Wyciek, czyli wszystkie kaczki dziennikarskie

15 stycznia. Stirlitz wiedział, że ludzie zapamiętują tylko ostatnie zdanie z przekazu słownego. Gdyby zastosował tę metodę do sytuacji wokół skandalu z rosyjskimi hakami na prezydenta elekta USA Donalda Trumpa, to by sobie zęby połamał. Niezależnie od tego, jakie będzie ostatnie zdanie w tej aferze (bo jeszcze nie padło i może długo nie padnie), ludzie zapamiętają z tego „materiału do przemyślenia” wiele szczegółów, zwłaszcza te pikantne. Choć nikt rewelacji o hakach nie potwierdził. Stirlitz w epoce postprawdy dostałby szpiegowskiej migreny.

Spróbujmy poukładać te zawiłe amerykańskie i amerykańsko-rosyjskie puzzle. Telewizja CNN informuje, że Rosja ma w rękach skandaliczne materiały na Trumpa pozyskane w czasie jego pobytu w Moskwie pięć lat temu (nakręcone jakoby ukrytą kamerą zabawy przyszłego prezydenta USA w moskiewskim hotelu Ritz-Carlton z damami rozwiązłych obyczajów). Następnego dnia ta sama stacja podaje, że FBI nie potwierdziło prawdziwości materiału. Sam bohater głośno zaprzecza, jakoby Kreml mógł mieć na niego cokolwiek, zapewnia, że Rosja nigdy na niego nie naciskała. Kreml też dementuje, że ma cokolwiek na Trumpa. W tę sytuację w niewygodnej pozycji wkręcone są amerykańskie służby specjalne, zapewniające z kolei, że nie miały nic wspólnego z przeciekiem do mediów na temat moskiewskiego „kompromatu”. Na to wszystko nakłada się wciąż do końca niewyjaśniona sytuacja z atakami hakerskimi na amerykańskie cele, najprawdopodobniej przeprowadzonymi przez hakerów pracujących dla Rosji (co zakłóciło proces wyborczy i wpłynęło na wynik) i poddawany krytyce raport amerykańskich wywiadowni o zagrożeniach ze strony Rosji. A to właśnie w tym raporcie miały znajdować się sugestie, że nowo wybrany prezydent USA może być szantażowany przez Moskwę z uwagi na materiały kompromitujące. Dyrektor Wywiadu Narodowego James Clapper podkreśla z całą mocą, że dokumenty, o których mówią media, nie są rezultatem pracy agencji wywiadowczych USA.

I jak to w szpiegowskich bajkach bywa, zaraz znajduje się osoba, którą wszyscy wskazują jako źródło tego nieszczęsnego przecieku. To nie Amerykanin, a Brytyjczyk, Christopher Steele, weteran MI-6, niegdyś pracujący m.in. w Moskwie pod dyplomatycznym przykryciem. Steele miał po odejściu z MI-6 świadczyć usługi na podstawie prywatnego kontraktu dla FBI. Dokopał się np. do materiałów umożliwiających zbadanie korupcji w FIFA. Dobre wyniki jego operacji sprawiły, że Steele cieszył się estymą w środowisku. Toteż dostarczane przez niego materiały traktowano poważnie. Tak potraktowano również informacje na temat moskiewskich przygód Trumpa. W 2009 roku Steele założył agencję Orbis Business Intelligence. Według Reutera, agencja ta została zaangażowana przez anonimowych członków Partii Republikańskiej, niechętnych kandydaturze Trumpa, do szukania na niego haków; potem dostarczanymi przez Steele’a materiałami zainteresowała się FBI. A i sama FBI też zaczęła szukać informacji o rosyjskich kontaktach Trumpa i ludzi z jego otoczenia.

Ile są warte materiały Steele’a? Trump nazywa jest fałszywką. Media, które miały je w swojej dyspozycji, wyrażają wątpliwości. Nawet publikujący z lubością pieprzne szczegóły portal Buzzfeed odnosi się do ich treści z dystansem. Czemu więc te kaczki dziennikarskie uczyniły tyle plusku? O tym jeszcze za chwilę.

Tymczasem zaprzysiężenie Donalda Trumpa już za kilka dni (20 stycznia). Wszyscy mu patrzą na ręce, wszyscy patrzą na usta. Rosja oczywiście pilnie słucha tego, co dotyczy przyszłych stosunków dwustronnych – Kreml czeka na nowe rozdanie i zupełnie nowe podejście amerykańskiej administracji do polityki zagranicznej. W Moskwie z uwagą wsłuchiwano się w tym tygodniu w przesłuchania przed senacką komisją kandydatów na stanowiska w administracji Trumpa. Co ciekawe, rosyjska telewizja powtarzała z upodobaniem tylko te fragmenty wystąpień m.in. Rexa Tillersona (kandydat na sekretarza stanu), w których mówił on o Rosji rzeczy neutralne (np., gdy na pytanie, czy nazwałby Putina zbrodniarzem wojennym, odparł: „nie zastosowałbym takiego terminu”). W ostatnich dniach rosyjskie media skupiają się na wieszaniu pożegnalnych psów na prezydencie Obamie, nie ukrywając pogardy do niego samego i jego polityki. W dzisiejszym wydaniu publicystycznego podsumowania tygodnia „Wiesti Niedieli” wyśmiewano łzy wzruszenia żegnającego się Obamy i odznaczonego wiceprezydenta Joe Bidena, niwelowano do zera, „a nawet poniżej zera” wszystkie dokonania kończącej się prezydentury. To Obama, to wszystko przez Obamę, wszystkie nieszczęścia on sprowadził na świat, nieudacznik, nic mu się nie udało. Z hasła „Yes, we can” zostały suche wióry. Nawet te ostatnie sankcje wobec Rosji wprowadzane w ostatniej chwili – ha, niech będą świadectwem jego nieudolności. Rosja, jak się dowiadujemy z programu, wcale nie jest antyamerykańska, wcale a wcale, tylko po prostu nie dogadała się z Obamą, to znaczy z winy Obamy oczywiście. Trump to co innego. I to nie dlatego, że jest taki prorosyjski, jak o nim mówią, ale dlatego że nie jest Obamą. Czekamy na zmiany.

Zmiany będą, niewątpliwie. Ale czy zgodne z rozbudzonymi oczekiwaniami Rosji? Kreml odniósł się oficjalnie do wycieku o domniemanym rosyjskim „kompromacie” na Trumpa z wielkim dystansem. Jeśli wierzyć dobrze poinformowanym moskiewskim wróblom, to nikt na Kremlu nie był zadowolony z tego przecieku. Temat rozwinął w rozmowie z Radiem Swoboda Igor Sutiagin, rosyjski analityk mieszkający w Londynie: „To, co się teraz dzieje [wokół Trumpa z ujawnianiem „kompromatu”] wygląda jak wyznaczanie mu korytarza możliwości przez amerykański establishment na wypadek, gdyby chciał zrobić coś niezgodnego z tradycyjną amerykańską linia polityczną. W interesach rosyjskiego wywiadu było to, aby materiały kompromitujące nie wyciekały. Skoro wyciekły, to koniec gry, nie ma czym grać. No bo Trump się wyrwie z tych sideł i tyle […] A na dodatek Trump może nie zapomnieć, kto mu psuje reputację i grać z Rosją ostro”.

Od wczoraj po mediach obija się informacja, że pierwsze spotkanie Trumpa i Putina już jest organizowane. I to w Rejkiawiku. Wieści opatrywane są komentarzami, że to nawiązanie do historycznego, przełomowego spotkania Reagana z Gorbaczowem itd. Zaraz potem idzie fala dementi – nie, to nie będzie Rejkiawik, skąd takie przypuszczenia. Rejkiawik czy nie Rejkiawik, nie jest to takie ważne. Spotkanie Putin-Trump zapewne się odbędzie i zapewne już ruszyły przygotowania. Kremlowi zależy, by odbyło się jak najszybciej, by móc trąbić, że Trump przywiązuje wielką wagę do ułożenia stosunków z Moskwą, tak wielką, że wprost nie może się doczekać spotkania z Władimirem Władimirowiczem. A jak będzie, niebawem się dowiemy.

Wampir z Angarska

10 stycznia. Dzisiaj mam do opowiedzenia ponurą historię. Równie ponurą jak historia seryjnego mordercy Andrieja Czikatiły, Kuby Rozpruwacza z Rostowa. Jego sprawa w latach osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych bulwersowała i przerażała – zwyrodnialec zgwałcił i zamordował co najmniej 53 ofiary (dziewczynki, chłopców i kobiety). Długo wymykał się organom ścigania, został zdemaskowany niemal przypadkowo. Stanął przed sądem, choć podnoszono wątpliwości co do stanu jego poczytalności. Został skazany na najwyższy wymiar kary, w 1994 r. wyrok wykonano. Przypadek Czikatiły był głośny na całym świecie. Powstały o nim filmy, setki publikacji prasowych, rozpraw naukowych.

Podobnie obszernego i sensacyjnego materiału do analizy dostarcza przypadek Michaiła Popkowa z Angarska. W tym mieście położonym ponad pięć tysięcy kilometrów na wschód od Moskwy, liczącym 225 tysięcy mieszkańców, raczej nieciekawym, wydarzyła się seria zbrodni. Ofiarami maniaka padały kobiety w wieku 18-28 lat, które w momencie zabójstwa znajdowały się w stanie upojenia alkoholowego. Morderca gwałcił ofiary, a następnie zabijał nożem, siekierą lub tępym narzędziem, zadając kilkanaście ciosów, niektóre ofiary dusił przy pomocy powrozu. Śledztwo dreptało w miejscu. Od 1994 roku, gdy popełniono pierwsze morderstwo z długiej serii, do 2012 roku wielokrotnie zmieniano ekipy śledcze i wersje, poszczególne sprawy umarzano, śledztwa zamykano. Wreszcie w 2012 roku Komitet Śledczy wznowił wysiłki na rzecz wyjaśnienia okoliczności zbrodni w Angarsku i okolicach. Na pomoc przyszły nowe metody operacyjne i badania. Ekspertyza materiału genetycznego zabezpieczonego na miejscu zbrodni z 2003 roku pozwoliła zatrzymać winnego – okazał się nim milicjant z Angarska, Michaił Popkow. Podejrzany oddał się w ręce śledczych. Bez oporu składał zeznania.

W ciągu trwającego prawie rok postępowania Popkow przyznał się do popełnienia 22 zabójstw. Sprawa trafiła do sądu. Materiał dowodowy obejmował 195 tomów. Przeprowadzono trzysta ekspertyz, ponad 2,5 tys. analiz medycznych, przesłuchano ponad dwa tysiące świadków. W styczniu 2015 roku sąd skazał Popkowa na dożywocie w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.

Wkrótce miało się okazać, że to nie koniec. Popkow po ogłoszeniu wyroku postanowił opowiedzieć o kolejnych zbrodniach. Zeznał, że dokonał gwałtu na kolejnych 59 kobietach, które następnie zamordował. W czasie pierwszego śledztwa Popkow utrzymywał, że w pewnym momencie stracił zainteresowanie dla maniakalnych zabójstw kobiet, bowiem zaraził się chorobą weneryczną. „Zaniedbałem sprawę, próbowałem leczyć się sam, bałem się zgłosić do szpitala. Na skutki infekcji nie trzeba było długo czekać, cierpiałem na impotencję. Straciłem chęć, by gwałcić i zabijać” – opowiadał Popkow śledczym.

Popkow był milicjantem, dosłużył się stopnia młodszego lejtnanta, odszedł ze służby na własną prośbę. Był żonaty, miał córkę. Dla sąsiadów był miły i uprzejmy. Przełożeni mieli o nim dobrą opinię.

W sądzie uzasadniał swoje postępowanie chęcią „oczyszczenia społeczeństwa od rozpustnych, zepsutych, zapijaczonych kobiet”. Powtarzał: „Jestem sanitariuszem społeczeństwa”.

Teraz szykuje się nowy proces. Jeżeli zbrodnie, do których przyznaje się obecnie Popkow, zostaną udowodnione, wampir z Angarska przejdzie do dziejów kryminalistyki jako jeden z najkrwawszych – lub wręcz najkrwawszy – seryjny morderca w kryminalnej historii Rosji. Popkow mówi z satysfakcją o tym, że jest nawet „lepszy od Czikatiły”.

Potłuc lustra

30 grudnia. Wiele lat temu w głównym wydaniu programu informacyjnego rosyjskiej telewizji spikerka z wypiekami ekstazy na twarzy opowiadała o rosyjskim hakerze, który został przyłapany przez amerykańskie służby. Włamywał się do systemów bankowych i innych wrażliwych miejsc, narobił szkody. Wiadomość podano pod grubą warstwą dumy narodowej z wyczynu cyberwłamywacza, który zagrał Amerykanom na nosie. Czy był to „samotny biały żagiel” czy działał pod parasolem wysokich opiekunów? Tego zapewne wtedy nie ustalono. Złapanie hakera – choć było tego dnia dla rosyjskich telewidzów newsem numer jeden – szybko przeminęło z wiatrem, jak wiele innych sensacyjnych jętek jednodniówek. Pozostało mi jednak w pamięci, a to ze względu na pewien charakterystyczny dysonans: oto telewizja opowiada o przestępcy jak o bohaterze, któremu należy się szacun społeczny, choć przestępcę przecież powinna potępić. Strona amerykańska przeczytała to wydarzenie po swojemu: trzeba się mieć na baczności, Rosjanie znowu próbują nam wpuścić jeża do spodni, tym razem cyfrowego. W tym roku okazało się, że czujność była niewystarczająca.

Wczoraj ustępujący prezydent USA Barack Obama ogłosił nowe sankcje wobec Rosji z uwagi na włamania rosyjskich hakerów podczas kampanii wyborczej w Stanach (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/07/27/mane-tekel-hacker/). Ataki miały wpływ na przebieg wyborów. Amerykańskie służby specjalne opublikowały raport w tej sprawie (https://www.us-cert.gov/sites/default/files/publications/JAR_16-20296A_GRIZZLY%20STEPPE-2016-1229.pdf). Opublikowały listę hakerów (https://www.treasury.gov/resource-center/sanctions/OFAC-Enforcement/Pages/20161229.aspx).

W ramach sankcji 35 rosyjskich dyplomatów pracujących w USA ogłoszono personae non gratae. Na opuszczenie terytorium USA mają 72 godziny. Jak pisze amerykańska prasa, część personelu dyplomatycznego rosyjskich placówek zajmowała się wspieraniem aktywności hakerskiej, wykorzystywano do tego m.in. piękną rezydencję w stanie Maryland. „Administracja Obamy dała do zrozumienia, że USA mogą dokonać uderzenia odwetowego za mieszanie się w przebieg wyborów prezydenckich nie tylko z pomocą finansowych i dyplomatycznych sankcji, które zostały ogłoszone publicznie. Wiadomo, że amerykański cyberarsenał jest najlepszy na świecie, ma możliwości przenikania do sieci przeciwnika. To daje szeroki wachlarz możliwości – od zniszczenia danych w rosyjskich bazach rządowych po publikację dyskredytujących kremlowskich urzędników dokumentów. […] Istnieje wiele świadectw, że rosyjski prezydent czerpie zyski z ciemnych transakcji finansowych; jednym z wariantów może być publikacja tych dokumentów” – napisał Eric Geller w „Politico”.

Kreml wielokrotnie odrzucał oskarżenia o inspirowanie czy pilotowanie cyberataków na amerykańskie serwery. Ostatnio Putin odniósł się do tego zagadnienia podczas konferencji prasowej tydzień temu – uznał te komunikaty strony amerykańskiej za dowód, że obóz demokratów, który przegrał wybory prezydenckie, nie potrafi pogodzić się z porażką i szuka usprawiedliwienia.

Sytuacja jest delikatna. Na niespełna miesiąc przed inauguracją Trumpa taki pasztet na stole. Nie można się od tego odciąć i machnąć ręką. Prezydent elekt ma się w przyszłym tygodniu spotkać z szefami wywiadu USA, aby omówić problem cyberataków.

Dziś od rana rosyjski MSZ szykował retorsje: minister Ławrow zwrócił się do Putina z wnioskiem o wydalenia 35 amerykańskich dyplomatów z Rosji. Ot, zwyczajna rutynowa odpowiedź – osoba za osobę, oko za oko. Efektowna pauza trwała kilka godzin. Po czym prezydent Putin wystąpił z komunikatem łagodzącym obyczaje bardziej niż sentymentalna muzyka: „Pozostawiamy sobie prawo do kroków odwetowych, niemniej nie zamierzamy zniżać się do poziomu kuchennej, nieodpowiedzialnej dyplomacji i odpowiadać wydaleniem pracowników ambasady USA czy ograniczać im dostęp do miejsc odpoczynku. Nikogo nie wydalamy. Będziemy dążyć do odbudowy stosunków rosyjsko-amerykańskich, opierając się na polityce, którą będzie prowadzić administracja prezydenta Trumpa”. Aby podkreślić, jak pozytywnie jest nastawiony, prezydent zaprosił dzieci akredytowanych dyplomatów USA na imprezę choinkową do siebie, na Kreml. Humanitarnie, w związku ze świętami. Proszę wszelako zwrócić uwagę na początek komunikatu: „pozostawiamy sobie prawo do kroków odwetowych”.

Władimir Abarinow w internetowych „Graniach” pisze: „W Moskwie już wszystko przygotowane do tego, że sankcje zostaną zdjęte i nastąpi reset z USA. Nowo wybrany prezydent USA wziął kurs na samoizolacjonizm i chciałby mniej uwagi poświęcać polityce międzynarodowej. […] Pojawienie się na scenie takiego apostoła Realpolitik jak Henry Kissinger, który ma się zająć stosunkami rosyjsko-amerykańskimi, odpowiada temu kierunkowi. […] Tymczasem odchodzący prezydent pozostawił twardy orzech do zgryzienia: nowe sankcje” (http://graniru.org/opinion/abarinov/m.257787.html).

Gra toczy się więc dalej. Zobaczymy, jakie będą posunięcia Trumpa i co się będzie działo wokół jego prezydentury. A co do samych sankcji, ich dolegliwości i sensu, to ciekawe pytania postawiło kilku komentatorów, m.in. Ilja Warłamow: „Kiedy wszyscy się podśmiewają z ostatniej histerii Obamy, przyjrzyjmy się, czym te sankcje grożą. Odtąd nasi czekiści i GRU nie będą mieli dostępu do Oracle, Cisco, MS i innych. Amerykańskie firmy będą miały obowiązek informować o Entitlements itd. […] Jeżeli [Trump] nie zniesie Executive Order, to GRU i FSB zostaną bez amerykańskiego sprzętu”. Jeżeli…

Na razie Trump pochwalił Putina za miękką reakcję. Matwiej Ganapolski w „Echu Moskwy” skomentował tę wymianę uprzejmości: „Czym Trump miałby się odpłacić za ten przejaw dobroci rosyjskiego dyktatora? A może już się odpłacił. Swoją teatralną dobrocią Putin stawia Trumpa przed wyborem: albo wesoła choinka u Putina, albo mroczna szpiegowska narracja amerykańskich służb specjalnych. Czy w tej sytuacji Trump wybierze imprezę na Kremlu czy jednak własne służby wywiadowcze? […] Wyrywając Trumpa ze środowiska jego partii, Kreml kopie mu grób, w którym ten spocznie pod brzemieniem podejrzeń, że jego zwycięstwo wykuł Putin ze swoimi hakerami”.

Wiele wątków, tyle nitek sterczy z tego kłębka. Niektórzy kupują popcorn i wygodnie rozsiadają się na kanapie, by śledzić ten zajmujący polityczny spektakl. Inni wolą przełączyć się na noworoczne programy rozrywkowe. Na najbliższe dni to na pewno dobry wybór.

Władca much

23 grudnia. Na pierwszym planie bezbarwna ciecz w różnych flaszeczkach, słoikach i butelczynach. Wszystkie ozdobione estetyczną etykietką z napisem „Bojarysznik” (Głóg). Za rzędem naczynek ekran wielkiej plazmy. Na ekranie obrazek, który od wielu, wielu lat znają wszyscy na pamięć: prezydent Władimir Putin cały w błękitach. Z troską pochyla się nad losami Rosji i całego świata. Fundacja Otkrytaja Rossija w ten sposób skomentowała dwa najważniejsze medialne tematy dnia: masowe zatrucie metanolem w Irkucku i doroczną konferencję prasową prezydenta (https://twitter.com/openrussia_org/status/812225293725396992).

Od kilku dni depesze z Irkucka są podobne do siebie jak krople wody: zawierają informacje o kolejnych śmiertelnych ofiarach „Bojarysznika”. Dziś zmarła 74 osoba. W szpitalach lekarze próbują ratować jeszcze kilkudziesięciu pacjentów, ci, nawet jeśli przeżyją, będą ociemniali. Tragedia.

„Bojarysznik” to jeden z wielu specyfików gospodarstwa domowego na bazie alkoholu. Płyn do łazienek cieszy się popularnością nie tylko jako skuteczny środek pomagający utrzymać higienę pomieszczeń, ale także jako tani zamiennik wódki. Wódka jest droga (około dwustu rubli za pół litra w legalnym obrocie), wyciąg z głogu i inne pokrewne „wynalazki” – tanie jak barszcz, najwyżej 50 rubli za pół litra. A opakowania są różne – głównie małe, setuchna głogowego uszczęśliwiacza kosztuje najwyżej kilkanaście rubli.

Na etykiecie jest przestroga: „Nie nadaje się do spożycia”. Ha, ha, dobre sobie, wszyscy piją, sąsiad to pije i teściowa się napiła, i nic im nie było – to typowa reakcja na uwagę o niebezpieczeństwie. Według szacunków, produkcję przydatną w czyszczeniu wanien czy płyny przeciwko zamarzaniu szyb samochodowych pije regularnie 15-20 milionów ludzi w Rosji.

„Państwo doskonale o tym wie, takie środki jak Bojarysznik stały się faktycznie alkoholem dla ubogich, rodzajem pomocy socjalnej – mówi dyrektor Centrum Badań Rynków Alkoholu Wadim Drobiz w audycji Radia Swoboda (http://www.svoboda.org/a/28191070.html). – Takie płyny są w zasadzie nieszkodliwe. Tragedia w Irkucku zdarzyła się dlatego, że do sprzedaży trafiła partia podrobionego Bojarysznika, zawierająca alkohol metylowy”. Czyli w Rosji podrabia się nie tylko markowe alkohole, ale nawet tanie specyfiki przeznaczone do szorowania powierzchni.

Według statystyk agencji federalnej Rospotriebnadzor, w Rosji z powodu nadużywania alkoholu umiera rocznie około pół miliona ludzi. Statystyki mówią, że tylko z powodu zatrucia po spożyciu „wynalazków” typu płynu hamulcowego, wód kolońskich, płynów do szyb, technicznego spirytusu itd. rocznie umiera około 15 tysięcy osób. Piętnaście tysięcy.

Zatruciem w Irkucku zajęto się na najwyższym szczeblu władzy. Prezydent Putin polecił zaostrzenie zasad produkcji i sprzedaży artykułów zawierających alkohol, opowiedział się za podniesieniem akcyzy. „Żeby to nie były flakoniki za trzy kopiejki, a by kosztowały normalne pieniądze. […] Widzimy, czym kończy się takie pobłażanie: ludzie dziesiątkami mrą jak muchy”.

„Mrą jak muchy”. To zdanie mówi więcej o prezydencie Putinie niż cała dzisiejsza czterogodzinna konferencja prasowa. Dworski rytuał o przewidywalnym scenariuszu, z użyciem wielkich porcji wazeliny. Cztery godziny okrągłych fraz – spektakl dla ludzi o mocnych nerwach, a szczególnie żelaznych pęcherzach. Można przez cztery godziny mówić na wszystkie tematy świata i nie powiedzieć nic.

Ciekawsze wydaje mi się pytanie, które w kontekście Irkucka postawił dziennikarz Oleg Kaszyn: „Czy kraj, który pije płyny do czyszczenia umywalek, ma przyszłość?”. Zdaniem Kaszyna, człowiek pijący Bojarysznik to ktoś pożądany z punktu widzenia obecnego systemu. „Władza może sobie pozwolić w ogóle nie myśleć o mieszkańcach takich odległych regionów jak Zabajkale”. Przecież się nie zbuntują, a jeżeli nawet, to co z tego? To nie Moskwa, nie Petersburg. „Widzimy, że ludzie w takiej liczbie władzy nie są potrzebni. Z modelu wielkiego kraju z wieloma ośrodkami kultury i życia władze [Rosji] już dawno zrezygnowały, wybrały model meksykański – życie kipi w nieproporcjonalnie wielkiej stolicy, a cała reszta to dzikie pole”.

A mieszkańcy dzikiego pola z dala od rosyjskiej stolicy muszą sobie jakoś radzić. W warunkach długotrwałego kryzysu gospodarczego i tak mizerne dochody ludności spadają. Bloger Ilja Warłamow tłumaczy, że nie da się na tym dzikim polu nie pić. „Po piętnastu latach wielkich dochodów ze sprzedaży ropy w Rosji żyją miliony ludzi, którzy nie mogą sobie pozwolić na zakup nawet najtańszej wódki. 22% Rosjan wystarcza pieniędzy tylko na jedzenie, z każdym rokiem jest gorzej. A napić się każdy chce. Patrzą w okno, patrzą na swoje wynagrodzenie, patrzą w telewizor – i jak tu nie wypić? Jak patrzeć na Irkuck, Omsk czy inne rosyjskie miasto i nie wypić? […] A człowiek pije i przestaje być człowiekiem, dlatego że nie czuje się jak człowiek i nie ma sił, by o siebie powalczyć”. [Polecam tekst z blogu i – szczególnie – znakomite zdjęcia http://echo.msk.ru/blog/varlamov_i/1896648-echo/].