Dzwonnik z równoległej rzeczywistości

19 września. To trwa już dziesiąty dzień z rzędu. W rosyjskich miastach – mniejszych, większych i tych całkiem dużych – dzień w dzień rozlegają się dziwne telefony. Tajemniczy informatorzy ściszonym głosem donoszą, że kino, centrum handlowe, ratusz, szkoła, lotnisko, dworzec itd. są zaminowane. Odpowiednie służby biegną do jakoby zaminowanego obiektu, ewakuują setki, a czasem tysiące ludzi. Po czym okazuje się, że bomby nie ma. Uff, co za ulga.

Przebieg dziwnej plagi można prześledzić na przykładzie Wołgogradu (http://v1.ru/text/news/344960180436992.html). „12:15. Pięć minut temu przez megafony w naszej galerii rozbrzmiał komunikat, że mamy się ewakuować. Wpierw poprosili o wyjście klientów, potem obsługę. Przez megafon nowy komunikat: Tylko bez paniki. Ochroniarz biegał od sklepu do sklepu i poganiał, żeby szybciej wychodzić. 12:27. Rośnie liczba centrów handlowych i rozrywkowych, o których poinformowano w anonimowych telefonach, że są w nich podłożone bomby. Na miejsce przybywają służby ratownicze. 12:35. – Siedziałem w kinie – relacjonuje uczestnik. – Przybiegła bileterka, kazała wychodzić. Wokół galerii stoi policja, wozy straży pożarnej. 12:36. Ewakuacja studentów i wykładowców uniwersytetu medycznego w Wołgogradzie. Mówią, że to planowa akcja. 12:46. Klienci ewakuowani z galerii Europa poszli coś przekąsić do pobliskich namiotów, do budynku galerii wkroczyli funkcjonariusze MCzS (ministerstwo ds. sytuacji nadzwyczajnych)”. Spływają meldunki z innych dzielnic – też ewakuacja, wokół obiektów policja, MCzS, strażacy. Obiekty sprawdzają funkcjonariusze z psami. Nic, spokój, cisza. Ludzie trochę psioczą, ale rozchodzą się po domach. Luzik. „Sytuacja w mieście jest spokojna” – mówią oficjalne czynniki. Elektrownia pracuje bez zmian, administracja też.

Podobne akcje miały miejsce m.in. w Jekaterynburgu, Permie, Irkucku, Moskwie, Petersburgu, Ufie, Nowosybirsku, Krasnojarsku, Rostowie nad Donem. O co chodzi? Kilka dni temu w Internecie pojawiło się wyznanie wysoko postawionego mundurowego, że telefony o podłożonych bombach i ewakuacje to po prostu ćwiczenia. Wpis długo nie powisiał, został szybko zdjęty. Gazety zaczęły nieśmiało drążyć temat, który niby jest, a jakoby go nie było. Oficjalne instytucje, które powinny zajmować się przypadkami terroryzmu, milczały lub bąkały coś pod nosem. Gdzieś przemknęła bokiem informacja, że Federalna Służba Bezpieczeństwa nakazuje trzymać gębę na kłódkę. Jakoby dla dobra śledztwa.

Niemniej RBK, powołując się na anonimowe źródło w MSW, pisze: „Za masowymi telefonami o podłożonych bombach może stać międzynarodowa grupa hakerska. FSB wszczęło śledztwo z art.207 (terroryzm telefoniczny). W wyniku ataków w Rosji ewakuowano z zaminowanych obiektów ponad 200 tys. ludzi”. Rozpatrywana jest wersja, że hakerzy napisali specjalny program, pozwalający kierować alarmy na wybrane obiekty infrastruktury. Na podstawie analizy alarmu dotyczącego szkół w Moskwie śledczy doszli do wniosku, że zidentyfikowane jako „telefony z Brukseli” alarmy mogły być sterowane za pośrednictwem IP-telefonii, a ich źródło znajduje się na Ukrainie. Co należało dowieść.  Do mediów wyciekła też wersja, jakoby za atakami stoi Państwo Islamskie. Bo niby dlaczego nie?

Były deputowany Dumy, eksfunkcjonariusz służb specjalnych Giennadij Gudkow przedstawia własną interpretację: „Władze przygotowują atak na Internet, na wszystkie serwisy, które są zaszyfrowane i nie są kontrolowane przez władze. To może zakończyć się tym, że napiszą nową ustawę i powiedzą, że ta kontrola jest potrzebna, aby zapewnić bezpieczeństwo ludności”.

Socjolog Jakow Kostiukowski zauważa: „Rosyjskie społeczeństwo trudno jest rozkołysać. Kiedy w Moskwie wybuchły domy [we wrześniu 1999], to wtedy ludzie autentycznie się bali, wszyscy o tym rozmawiali. Ale o tych obecnych telefonach nikt nie mówi, nikt nie reaguje. Nie ma ani strachu, ani w ogóle nic, jak gdyby nic się nie stało”.

Faktycznie dziwne te ćwiczenia/niećwiczenia.

Widzicie ludzie cuda w tej budzie

12 września. W regionach Rosji odbyły się w minioną niedzielę wybory do władz ustawodawczych i wykonawczych różnych szczebli – gubernatorów, merów miast, lokalnych legislatur. Wybory miały być ostatnim sprawdzianem dla machiny wyborczej przed zaplanowanymi na marzec przyszłego roku wyborami prezydenta. Władze z uwagą przyglądały się, które chwyty są najbardziej efektywne, które ściemy działają, a które już nie działają. Testowano, jakie technologie wyborcze (proszę wybaczyć ten żargon) zastosować, aby ludzi zachęcić do wzięcia udziału w głosowaniu, a jakie okazują się skuteczne, gdy ludzi trzeba do tego raczej zniechęcić.

Z reporterskiego obowiązku zaznaczę, że procentowo wygrała te wybory Jedna Rosja. Tak głosi komunikat. Było też kilka niespodzianek: mimo wykręcania rąk, kilku opozycjonistom udało się zdobyć mandaty w radach dzielnicowych w Moskwie, ale nie na tyle dużo, aby ich partie w przyszłych wyborach mera mogły wystawić własnego kandydata. Odnotowano spadek liczby mandatów zdobytych przez kandydatów LDPR Żyrinowskiego i Sprawiedliwej Rosji Mironowa (czyli wierne przystawki Jednej Rosji). Wybory odbyły się na Krymie – zostały oprotestowane przez Ukrainę i Unię Europejską.

Frekwencja na wyborach była niska, w niektórych regionach nie przekroczyła 10-15%, w całym kraju – 29%. Władzom generalnie nie zależało tym razem, aby była wysoka, zwłaszcza tam, gdzie dopuszczono do startu przedstawicieli pozasystemowej opozycji. W Moskwie, gdzie właśnie w kilku okręgach wystawiono kandydatów z ramienia opozycji, często brakowało informacji o lokalach wyborczych, kandydaci mieli ograniczone możliwości prowadzenia kampanii wyborczej itd. Czyli tu chodziło o to, aby ludzie nie przyszli i nie zagłosowali na opozycję.

W oficjalnych mediach odtrąbiono wielkie zwycięstwo demokracji. Dyżurni piewcy ogłosili, że zgodnie z genialnym zamysłem Kremla następuje wymiana elit – przychodzą nowi ludzie, pełni energii, z pomysłami, w demokratycznych procedurach wygrywają wybory, obejmują mandaty lub stanowiska, a ludziom dzięki temu żyje się dostatniej.

W mediach mniej oficjalnych opisywano przypadki świadczące o manipulacjach i fałszowaniu wyborów. Na przykład w moskiewskiej dzielnicy Arbat Ministerstwo Obrony zorganizowało tak zwane gumowe mieszkanie, w którym niedługo przed głosowaniem zameldowano pewnego dnia jednocześnie około 1500 żołnierzy, którzy służą w jednostce w podmoskiewskiej Bałaszysze. Jak poinformował sztab opozycyjnych partii, wszyscy ci nowo zameldowani zagłosowali w niedzielnych wyborach na Jedną Rosję, tym samym uniemożliwiając wygraną opozycjonistom. Inny przypadek opisują korespondenci agencji Reutera, którzy wybrali się obserwować wybory w regionach. „Pod lokalem wyborczym we Władykaukazie przez cały dzień dyżurowali dziennikarze. Liczyli głosujących, naliczyli 256. W oficjalnych wynikach z tego lokalu podano, że głos oddało tu 1867, czyli siedmiokrotnie więcej, niż zauważyli korespondenci. Okazało się, że większość głosów otrzymała tu Jedna Rosja. Członkowie komisji wyborczej stwierdzili, że wszystko policzyli i się zgadza. Jeden z obecnych w lokalu powiedział reporterom: „Musimy zapewnić Jednej Rosji 85 procent, w przeciwnym razie car przestanie dawać nam pieniądze”. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow pytany o naruszenia procedur wyborczych odparł, że wybory świadczą o zaufaniu społeczeństwa do Putina i że głosowanie wyróżniało się zerową tolerancją wobec naruszeń.

System musi fałszować wybory, inaczej nie potrafi – napisał jeden z komentatorów. Gdzieniegdzie stosuje metody toporne, jak karuzele z głosującymi, jeżdżącymi od punktu do punktu czy ordynarne dosypywanie kart do urn. Gdzieniegdzie metody są bardziej wysublimowane. Ale generalna zasada jest niezmienna: głosowanie musi dać odpowiedni dla władz rezultat.

Jeszcze nie wiadomo na sto procent, czy Władimir Putin będzie startował w marcowych wyborach prezydenckich. Zwleka z oficjalnym ogłoszeniem. Choć jak ćwierkają moskiewskie wróble, na Kremlu zaczęto już procedurę wyłaniania mężów zaufania Putina w kampanii wyborczej. A doświadczenia z niedzielnych wyborów na pewno się w procesie wyborczym przydadzą.

Druga śmierć pod murami Kremla

25 sierpnia. Po śmierci opozycjonisty Borysa Niemcowa, zastrzelonego pod murem Kremla 27 lutego 2015 roku, w miejscu, gdzie zginął, powstał spontaniczny memoriał. Ludzie przynosili kwiaty, zapalali znicze. Periodycznie przyjeżdżały służby oczyszczania miasta i pod osłoną nocy wymiatały złożone pamiątki, miejsce pamięci niszczyli też kilkakrotnie tak zwani prokremlowscy aktywiści, np. członkowie radykalnej grupy SERB. Nazajutrz memoriał ponownie ukwiecano. Po pewnym czasie na moście, gdzie dokonano zabójstwa, wolontariusze zaczęli pełnić dyżury, by zapobiec powtarzającym się demolkom. Jednym z wolontariuszy był 37-letni mieszkaniec Moskwy, montażysta Iwan Skripniczenko.

– Byliśmy umówieni w większym gronie, bo 15 sierpnia mijało dokładnie dziewięćset dni od śmierci Borysa Niemcowa – opowiedziała „Nowej Gazecie” wolontariuszka Tamara Ługowych (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/08/25/73598-politsiya-nikogda-etim-ranshe-ne-interesovalas-o-chem-govoryat-tovarischi-ivana-skripnichenko-pogibshego-posle-napadeniya-u-memoriala-nemtsova). – Planowaliśmy, że ogłosimy minutę ciszy, aby upamiętnić tę datę. Iwan przyszedł wcześniej. […] Jak potem opowiadał, stał sobie spokojnie, obok przechodziła para. Mężczyzna był wysoki i barczysty. I był podchmielony. Zaczął zaczepiać Iwana: „Po co pan tu stoi? Putina pan nie kocha?”. Iwan był bardzo spokojnym człowiekiem, więc spokojnie mu odpowiedział: „A dlaczego miałbym kochać Putina? Czy Putin to dziewczyna, że miałbym go kochać?”. Ta odpowiedź najwyraźniej zdenerwowała przechodnia, bo podszedł blisko i pięścią uderzył Iwana w twarz. Jak się później okazało, złamał mu nos. A potem sobie odszedł z towarzyszącą mu kobietą.

Jeden ze znajomych Iwana dodaje, że mężczyzna był w mundurze i mówił ze specyficznym akcentem, być może pochodził z Doniecka lub Ługańska.

Skripniczenko trafił do szpitala, tam został opatrzony, twarz miał zdeformowaną, sińce pod oczami, niemniej nic nie wskazywało, że jego stan zdrowia może się dramatycznie pogorszyć. 22 sierpnia ponownie trafił na oddział, gdzie miał przejść kolejny zabieg. W nocy zmarł. Oficjalnie przyczyny śmierci nie są znane, nieoficjalnie media przedstawiają dwie wersje: skrzep, który powstał w wyniku obrażeń albo choroba krążenia. Wszczęto śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności pobicia.

Jak twierdzą wolontariusze, np. Nadieżda Mitiuszkina z ruchu Solidarność (https://www.svoboda.org/a/28696683.html), dyżurujący przy memoriale ludzie często stawali się obiektami słownej agresji ze strony przechodniów. „Pijani, agresywni ludzie przychodzą tu niemal codziennie. Zwykle to jakaś pijana grupka albo pojedynczy podpity gość. Coś im się nie podoba, zaczynają wyklinać, wygadywać niestworzone rzeczy o Borysie [Niemcowie], o nas. Różnie się te sytuacje rozwijają […] Borys zawsze mówił, że nie można dać się sprowokować, trzeba dbać o ludzi, nie wdawać się w rozmowy z tymi, którzy zaczepiają i ewidentnie mają zamiar sprowokować kłótnie. Dla nas przekaz Borysa ma wielkie znaczenie”.

Czy sprawca pobicia zostanie złapany i postawiony przed sądem? Współpracownicy Skripniczenki wyrażają pesymizm. W sprawie wyjaśnienia okoliczności zabójstwa Borysa Niemcowa nadal bez odpowiedzi pozostają zasadnicze pytania. Wprawdzie odbył się proces, przed obliczem rosyjskiej Temidy postawiono kilku Czeczenów, których skazano za zabicie Niemcowa na wieloletnie wyroki pozbawienia wolności. I śledztwo, i proces pozostawiły jednak wiele znaków zapytania. Jedną z najważniejszych kwestii pozostaje ustalenie zleceniodawcy tego zabójstwa.

Pytanie do drzewa

19 sierpnia. Jak powszechnie wiadomo, rewolucja zjada własne dzieci. Rosyjska rewolucja swoje dzieci chętnie rozstrzeliwała. Tysiącami, setkami tysięcy. Także swoich piewców, którzy poezją, prozą i dramatem wysławiali pod niebiosa jej wyższość nad zastanym porządkiem. Wśród przemielonych przez zbrodniczą machinę stalinizmu był też jej wielki entuzjasta Władimir Kirszon. Dziś mija 115. rocznica jego urodzin, a niespełna miesiąc temu minęła 79. rocznica jego śmierci. Tak, przez rozstrzelanie.

Kirszon był zdeklarowanym bolszewikiem, członkiem partii od momentu uzyskania pełnoletności, w pierwszym szeregu walczył po stronie czerwonych w wojnie domowej. Służył rewolucji jako wierszokleta – pisał teksty piosenek i sztuki teatralne na potrzeby agitacji. Zasłużył się wielce w organizowaniu struktur organizacji pisarzy, od 1925 r. był sekretarzem RAPP – stowarzyszenia pisarzy proletariackich. Kirszon był apologetą Stalina i jego „wielkich dzieł”, a tych, którzy nie podzielali jego entuzjazmu, zwalczał wszelkimi dostępnymi środkami. Organizował nagonki na kolegów po piórze, między innymi na Michaiła Bułhakowa, Michaiła Zoszczenkę, Michaiła Priszwina, za niezbyt gorliwe zaangażowanie w tworzenie nowego człowieka sowieckiego, schlebianie gustom burżuazyjnym itd. Masami pisywał do Stalina listy, w których uprzejmie donosił na kolegów, zabiegał przy tym o przychylność wodza dla własnych dzieł. Z powodzeniem.

O popularnych w latach dwudziestych i trzydziestych sztukach Kirszona mało kto dziś pamięta. Tytuły mówią same za siebie „Tory śpiewają” (Рельсы гудят), „Cudowny spław” (Чудесный сплав), „Chleb” (Хлеб), „Wielki dzień” (Большой день) – to o wojnie światowej, która kończy się globalnym zwycięstwem komunizmu. We wszystkich utworach wysławiał przede wszystkim Stalina: „to typ nowego przywódcy, ideowego bolszewika”. Piętnował natomiast wpływ ideologii burżuazyjnej na młode pokolenie, od czci i wiary odsądzał tych, którzy sprzeciwiają się kolektywizacji itd.

Mimo że agitki Kirszona były marnymi sztuczydłami pozbawionymi walorów literackich, wystawiały je największe teatry – MChAT, Teatr Wachtangowa, Bolszoj Dramaticzeskij Tieatr w Leningradzie. Choć konstrukcja sztuk Kirszona miała wdzięk betonu, a bohaterowie wygłaszali propagandowe pogadanki dalekie od życia, w recenzjach pisano, że akcja jest wartka, problemy doniosłe, a postaci żywe. Te teatralne bohomazy nie schodziły z afisza przez kilka sezonów. Ale w końcu zeszły.

Ich wartość artystyczna nie miała tu nic do rzeczy. Kirszon należał od połowy lat dwudziestych do kręgu osób blisko związanych z Gienrichem Jagodą, komisarzem ludowym spraw wewnętrznych. NKWD pod wodzą Jagody przeprowadziło pierwszą wielką czystkę na fali represji po zabójstwie Kirowa. I jak to w totalitarnych bajkach bywa, wódz w pewnym momencie postanowił się pozbyć wykonawcy zbrodni, tym bardziej że Jagoda nie zgadzał się ze Stalinem w kilku kwestiach. W 1937 r. Jagoda został aresztowany, oskarżony o spisek i w 1938 r. stracony. Kirszon podzielił los swego protektora – został oskarżony o trockistowskie odchylenie, spisek i szpiegostwo i rozstrzelany. Miał zaledwie 35 lat. Został pochowany w bezimiennej zbiorczej mogile w tzw. Kommunarce.

Teraz jeszcze kilka słów o „życiu po życiu”. Jak pisała Jekatierina Kowalewska w „Rossijskiej Gazecie” (https://rg.ru/2015/06/29/reg-skfo/kirshon.html), Kirszon nie był poetą, w każdym razie za takiego się nie uważał, niemniej do niektórych swoich sztuk, zwłaszcza tych lżejszych, komediowych dodawał piosenki. Do wystawianej w Teatrze Wachtangowa w Moskwie komedii „Dzień urodzin” (День рождения) popełnił tekst „Zapytałem jesion, gdzie jest moja ukochana” (Я спросил у ясеня, где моя любимая), muzykę skomponował Tichon Chriennikow. Podobno kompozycja była ironiczna i wesoła, nuty się nie zachowały. Drugie życie tekst nieoczekiwanie zyskał dzięki oprawie Mikaela Tariwierdijewa – i ta kompozycja została wykorzystana przez Eldara Riazanowa w legendarnym dziś filmie „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem. Film wyświetlany jest w każdego Sylwestra w rosyjskiej telewizji, stał się takim samym trwałym elementem uroczystości powitania Nowego Roku jak szampan czy sałatka Olivier. Piosenka w filmie jest liryczna (https://www.youtube.com/watch?v=YkoBjUL-2uE) i nic nie wskazuje na jej proletariacki, zaangażowany ideowo rodowód. Nikt zresztą nie pamięta o autorze słów, który pewnie by się zdziwił, gdyby zobaczył, że to jedyne jego dzieło, które oparło się próbie czasu. I że prowadzi ono własne życie diametralnie odmienne od zamysłu twórcy.

Większość zdjęć Kirszona, jakie można znaleźć w dostępnych źródłach, przedstawiają jowialnego pana w średnim wieku, wystylizowanego (Bułhakow opisał go jako ubranego po europejsku elegancika), uśmiechniętego, zadowolonego z życia i dokonań, spełnionego i bez emocji patrzącego w przyszłość. I jest jedno zdjęcie, zrobione już po aresztowaniu (można je obejrzeć m.in. tu: http://andreistp.livejournal.com/7961650.html). W oczach Kirszona zaklęta jest bezbrzeżna rozpacz, przeżyte właśnie być może pierwsze w życiu upokorzenie, porzucona nadzieja. Czy jest w tych oczach świeżo uzyskana świadomość logiki zbrodniczego totalitarnego systemu, któremu z takim oddaniem służył? Nie zachowały się dokumenty, które by o tym świadczyły. Do końca Kirszon wierzył w Stalina i w to, że wódz mu pomoże. Nie pomógł. Przecież nie mógł pomóc.

Kanclerz na posyłki

15 sierpnia. Drug Gerhardt przyjeżdżał do druga Władimira w gości. Urządzali wspólne przejażdżki saniami w towarzystwie kochających małżonek. Razem chodzili do bani, pili piwo, podpisywali porozumienia o wzajemnej współpracy, fotografowali się uśmiechnięci, ściskający się w zachwycie. Drug Gerhardt nazywał druga Władimira „kryształowo czystym demokratą”. Państwo Schröderowie adoptowali trzyletnią Wiktorię z domu dziecka pod Petersburgiem, co uznano za akt pełnego wzajemnego zaufania. Wszystko szło bardzo dobrze i układało się po myśli. Aż tu drug Gerhardt przegrał w 2005 roku wybory i przestał być kanclerzem Niemiec. Drug Władimir pospieszył z pomocą. Niemal nazajutrz po przegranej elekcji zaproponował drugowi Gerhardtowi lukratywną posadkę, za drobne 250 tys. euro rocznie Schröder zaczął pracować w pocie czoła w firmie Nord Stream AG, spółce córce Gazpromu, obsługującej gazociąg z Rosji do Niemiec biegnący po dnie Bałtyku. Krytycy w Niemczech zaczęli nazywać Schrödera „sługą Putina”. Nie przeszkodziło to Schröderowi w 2016 roku stanąć na czele kolejnej struktury związanej z projektem drugiej nitki gazociągu Nord Stream.

I oto teraz po mediach rozchodzą się wieści, że były kanclerz wejdzie do zarządu kolejnego rosyjskiego molocha paliwowego – koncernu Rosnieft’. Nowy zarząd ma być wybierany na zgromadzeniu akcjonariuszy 29 września. Rząd Rosji już zatwierdził kandydatów, wśród których figuruje nazwisko Schrödera. Na liście znajduje się też Matthias Warnig, enerdowski znajomy Putina z okresu służby w Dreźnie, który podobnie jak drug Gerhardt pracuje w Nord Stream AG, jest kawalerem Orderu Honoru Federacji Rosyjskiej za wybitny wkład i tak dalej. Według enuncjacji niemieckiej prasy, nowi członkowie zarządu mieliby pobierać apanaże w wysokości pół miliona dolarów rocznie.

Wieści o zaangażowaniu Schrödera w obsługę interesów kolejnej rosyjskiej firmy wywołały tsunami krytyki w niemieckiej prasie. W licznych publikacjach przypomina się, że kierujący koncernem Rosnieft’ Igor Sieczin należy do najbliższych współpracowników Putina, naftowy gigant realizuje linię polityczną Kremla. Związanie się z firmą Rosnieft’ oznacza związanie się z Kremlem. „Schröder stoczył się ostatecznie na pozycję płatnego lokaja polityki Putina” – stwierdził polityk z partii Zielonych, Reinhard Bütikofer. Układanie się Schrödera z Rosjanami nazwał bezwstydem. Ekskanclerz zebrał też cięgi od ekologów, którzy krytykują Rosnieft’ za prowadzenie odwiertów na terenach należących do rdzennych narodów Północy, przez co niszczą ich środowisko naturalne. Krytycy decyzji Schrödera podnoszą jeszcze i to, że jego posadowienie w Rosniefti ma na celu lobbowanie decyzji o zdjęciu sankcji z rosyjskich firm (Rosnieft’ znajduje się na sankcyjnej liście UE). Bardzo możliwe. Ale czy z taką nadszarpniętą reputacją drug Schröder będzie skuteczny? Niemiecka prasa zauważa, że Schröder próbuje odbudować utraconą pozycję w rodzimej partii SPD, zabiera głos w sprawie modelu współpracy z USA, krytykuje Trumpa i na tym się lansuje.

„Przypadek Schrödera pokazuje, że nie chodzi o ideologię. Chodzi o pieniądze. Były kanclerz nie udziela się w fundacjach pracujących na rzecz obrony pokoju czy wsparcia społeczeństwa obywatelskiego. On pracuje tam, gdzie są pieniądze – pisze ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Problem wielu przedstawicieli zachodnich elit polega na tym, że zamiast nauczyć Rosję stosowania cywilizowanych reguł gry, sami przejmują rosyjskie reguły. W uproszczeniu: zarobić duże pieniądze bez wysiłku, z zastosowaniem brutalnej siły, reguł Gułagu. […] Możesz być prezydentem, premierem, ministrem, ale jeśli wspomagasz Putina, to wcześniej czy później wylądujesz w Gazpromie”.

Schröder jest już w Gazpromie od dawna. Ciekawe, czy ma jeszcze powrót na scenę polityczną i rozpoczęcie kolejnego etapu gry.