Legitymacja Stasi majora Putina

12 grudnia. To archiwalne znalezisko podano jako sensację: oczom zdumionej publiczności ukazano legitymację Stasi wystawioną na nazwisko Władimira Putina. Właściciela legitymacji łatwo zidentyfikować; już pierwsze spojrzenie wystarcza, by stwierdzić, że to obecny prezydent Rosji. Zdjęcie legitymacji zamieścił popularny niemiecki „Bild”.

Jak wiele epizodów z życia Putina, również „okres drezdeński” spowija mgiełka tajemnicy. Istnieje oficjalna legenda. I zdarzają się nieformalne przecieki od osób, które znają jakiś fragmencik biografii prezydenta. Opublikowanie legitymacji Stasi majora Putina dało asumpt do przypomnienia tego rozdziału.

Dokument został wydany w grudniu 1985 roku. Co kwartał stawiano w nim pieczątkę potwierdzającą ważność. W równych kwadracikach wstawiano kolorowe geometryczne kompozycje, każda w innym kolorze. Putin używał legitymacji przez kilka lat, zdążył więc zebrać kilkanaście pieczątek. Razem tworzą różnobarwny batik o nietuzinkowym rysunku. Widocznie w Stasi pracował jakiś niezrealizowany Michał Anioł, który wyżywał się w nadawaniu nudnym urzędowym dokumentom pięknych form.

Podana przez „Bild” wiadomość obiegła natychmiast światowe media, niektóre dawały tytuły: „Putin agentem Stasi” itd. To nie tak. Kilka słów wyjaśnienia. Trzeba sobie przypomnieć, czym była w połowie lat osiemdziesiątych Niemiecka Republika Demokratyczna, czym była Stasi. I czym była KGB. Otóż w NRD stacjonowało potężne zgrupowanie wojsk sowieckich, Stasi była sprawną służbą specjalną, która oplatała swoimi licznymi odnóżami enerdowskie społeczeństwo, zaglądając wszystkim w garnki i pod kołdrę, a w szczególności w kontakty z rodzinami w RFN. KGB sprawowała czułą opiekę nad enerdowską siostrą, inspirując, podglądając, pouczając. Władimir Putin w latach 1985-1990 pracował w rezydenturze w Dreźnie. Jako funkcjonariusz KGB otrzymał legitymację Stasi, co ułatwiało mu dostęp do budynków zajmowanych przez Stasi. Mógł tam wchodzić, spotykać się z kolegami po fachu, może mógł dzięki temu łatwiej werbować do współpracy z KGB. A zapewne także mógł korzystać z „socjalu” przynależnego uprzywilejowanym służbom, np. ze stołówki.

Sekretarz prasowy Putina nie był wcale oburzony enuncjacjami niemieckiej prasy. Spokojnie zaznaczył, że legitymacja może być autentyczna – wszak KGB blisko współpracowało ze Stasi. Legitymacja nie była jedynym dokumentem potwierdzającym związki „drezdeńskiego” Putina ze Stasi. Został również uhonorowany medalem Stasi z okazji rocznicy powołania armii NRD, otrzymał też list gratulacyjny od szefa drezdeńskiej ekspozytury Stasi.

Czym było Drezno dla Putina? Pierwszą zagraniczną placówką, która miała być stopniem do raju – wyjazdu na Zachód. Według autora wspomnieniowej książki z okresu drezdeńskiego, byłego współpracownika Putina, byłego podpułkownika KGB, Władimira Gortanowa, Putin uwielbiał zachodni styl życia i marzył o tym, aby dostać się na Zachód. Pracując w Dreźnie, wykorzystywał każdą okazję, aby przez znajomych dostarczać sobie dóbr zza żelaznej kurtyny. Gortanow pisze, że codzienną orką, jaką uprawiali w Dreźnie z Putinem, było przeglądanie masy dokumentów, dotyczących cudzoziemców odwiedzających miasto, w nadziei na pozyskanie nowych kandydatów na współpracowników czy agentów. Nawet Gortanow, najbliższy współpracownik, nie wiedział, czym jeszcze zajmuje się w Dreźnie Putin. Być może był oficerem łącznikowym różnych dziwnych postaci przewijających się przez Drezno, a pracujących na dwa fronty, być może oficerem prowadzącym dla ludzi pracujących pod przykrywką. Czy miał jakieś osiągnięcia? Zdania są podzielone.

Przyszedł rok 1989 i cały ten uporządkowany enerdowski świat nagle zawirował i runął. Wkrótce runął też Związek Sowiecki, a Putin został odwołany. Wrócił do kraju, który za chwilę miał przestać istnieć. Tu zaczyna się kolejny rozdział biografii Putina – Petersburg i jego merostwo. Również temat, o którym Putin mówi ogródkami, niechętnie, nieszczerze. Taka karma.

O „okresie drezdeńskim” mówiłam dziś w audycji Radia TOK Jakuba Janiszewskiego https://audycje.tokfm.pl/podcast/Putin-agentem-Stasi/70208

Kerczeńskie tango

2 grudnia. Już znowu miało być pięknie, już czułe gesty w Paryżu zapowiadały przełom i rozkwit, już propagandowe silniki rosyjskich mediów rozgrzano do czerwoności w oczekiwaniu na spotkanie Putin-Trump w Buenos Aires. Choć znowu tylko w kuluarach, tylko na marginesie szczytu G20, ale jednak spotkanie, rozmowa, targ. Będą o tym mówić wszyscy, Władimir Putin znów będzie bohaterem doniesień światowych agencji, wielki wódz wielkiego kraju, wreszcie uda się opowiedzieć Trumpowi „całą prawdę matkę”, przekonać go do kremlowskich racji. Donald Trump jeszcze wsiadając na pokład samolotu, który wiózł go do Buenos Aires na G20, zapowiadał, że tak, tak, oczywiście, mają sobie dużo do powiedzenia. Tymczasem już z pokładu samolotu napisał w Twitterze, że jednak nie – nie będzie spotkania z Władimirem Władimirowiczem. Bo Trump wysłuchał sprawozdania na temat wydarzeń 25 listopada na Morzu Azowskim i w Cieśninie Kerczeńskiej i doszedł do wniosku, że po tym, jak Rosja przejawiła agresję wobec ukraińskich okrętów, do spotkania z Putinem dojść nie może. Zaplanowane na dwie godziny rendez vous prezydentów strona amerykańska odwołała. Ale potem… O tym na końcu tekstu.

Zanim przejdę do wydarzeń w Argentynie, przypomnę w skrócie, co stało się 25 listopada na Morzu Azowskim. Grupa trzech okrętów ukraińskiej marynarki wojennej przemieszczała się z Odessy nad Morzem Czarnym do Mariupola nad Morzem Azowskim. Strona ukraińska twierdzi, że powiadomiła o tym stronę rosyjską. Tymczasem jednostki rosyjskiej ochrony wybrzeża zatrzymały Ukraińców, nie pozwalając im przepłynąć przez Cieśninę Kerczeńską, użyto broni palnej, doszło do staranowania ukraińskiej jednostki (do sieci trafił filmik, w którym rosyjski dowódca, klnąc jak szewc, wydaje rozkaz staranowania) i abordażu, a potem zatrzymania okrętów i marynarzy. Ponadto pod przęsłami tak zwanego mostu krymskiego ustawiono w poprzek rosyjski tankowiec, który skutecznie sparaliżował żeglugę na akwenie. [Opis incydentu w analizie Andrzeja Wilka na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2018-11-28/rosyjski-atak-na-ukrainskie-jednostki-na-morzu-czarnym-aspekty; przydatne dane, mapy, daty, opisy zawiera wpis Andrieja Iłłarionowa, dawniej doradcy Putina ds. ekonomicznych, obecnie putinożercy: https://aillarionov.livejournal.com/1093770.html#/1093770.html, Iłłarionow sugeruje, że Moskwa zaanektowała Morze Azowskie, pogwałciła tym samym umowę z Ukrainą z 2003 r. o wspólnym użytkowaniu akwenu i prawo międzynarodowe].

W oficjalnym przekazie rosyjskich polityków i mediów obsługujących Kreml rajd Ukraińców stanowił czystej wody prowokację, był naruszeniem granicy państwowej, wobec czego strona rosyjska zmuszona była zareagować zbrojnie. Dlaczego dopuszczono się tej prowokacji? Ano po to, aby ułatwić prezydentowi Poroszence wygranie wyborów prezydenckich albo ewentualnie ich odwołanie. W taki sposób w Moskwie skomentowano zamiar wprowadzenia w związku z incydentem stanu wojennego na Ukrainie. Stan wojenny, który pierwotnie (dekret prezydenta) miał obowiązywać przez 60 dni na terytorium całego kraju, ostatecznie – po burzliwej dyskusji w Radzie Najwyższej – ograniczono do dziesięciu obwodów i 30 dni. A to nie ogranicza kalendarza wyborczego. Rosja ostatnio coraz częściej powtarza ustami swoich polityków i komentatorów, że jak kania dżdżu czeka zmiany obozu władzy w Kijowie. Sygnalizuje na różne sposoby, że jak Ukraińcy „pogonią banderowców”, to wreszcie Moskwa będzie się mogła na nowo z Kijowem dogadać i znów będzie dobrze i przyjaźnie, bo przecież Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. Można się spodziewać, że Putin zrobi wszystko, aby zamieszać w ukraińskim kotle i osłabić obecny obóz rządzący. Ale to temat na inny tekst, a teraz wróćmy do Buenos Aires.

Temat kerczeńskiego incydentu zbrojnego był lejtmotywem rozmów, jakie Putin prowadził w kuluarach G20. Powrócił i w rozmowie z kanclerz Merkel, i z prezydentem Macronem.

Na konferencji prasowej w Buenos Aires prezydent Rosji powiedział: „musimy potwierdzić prowokacyjny charakter działań ukraińskich władz i zapisać to w dokumentach, które mają moc prawną. Musimy otrzymać pełne zeznania ukraińskich marynarzy i dalej odpowiednio postępować”. Ciekawe jest to, że zatrzymanych ukraińskich marynarzy przewieziono najpierw do Symferopola na zaanektowanym Krymie, a potem do Moskwy, gdzie osadzono ich w areszcie śledczym Lefortowo. Kilku z marynarzy postawiono też przed kamerami rosyjskiej telewizji. Marynarze wypowiadali okrągłe formułki, zgodne z linią rosyjskiej propagandy o prowokacji etc.

Putin wyłożył zgromadzonym na konferencji prasowej, że Ukraińcy podstępem chcieli przeciąć Cieśninę Kerczeńską, a przecież „tyle razy ogłaszali, że chcą wysadzić most [krymski]”, no to w tej sytuacji, sami wiecie. Przypomniał też, że do incydentów na Morzu Azowskim dochodziło również wcześniej [ale nigdy nie użyto w nich broni]. Faktycznie od miesięcy trwa tam przepychanka, Rosjanie zatrzymują statki handlowe i rybackie pod ukraińską banderą i wzajemnie; niedawno dokonano wymiany dwóch zatrzymanych załóg.

Grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat pokazała, że Putin, mówiąc o „terytorialnych wodach Rosji”, na które rzekomo wtargnęli bezprawnie Ukraińcy, mija się z prawdą: incydent miał miejsce poza rosyjskimi wodami (https://www.bellingcat.com/news/uk-and-europe/2018/11/30/investigating-the-kerch-strait-incident/).

Państwa zachodnie domagają się od Rosji zwrotu zatrzymanych jednostek i wypuszczenia ukraińskich marynarzy.

Na koniec uzupełnienie na temat odwołanego przez Trumpa spotkania z Putinem. Odwołane zostało dwugodzinne oficjalne spotkanie. Natomiast jak poinformowały służby prasowe Białego Domu obaj politycy jednak mieli okazję się spotkać. Nieformalnie. „Jak to zwykle bywa podczas wielostronnych spotkań, na obiedzie u prezydenta Trumpa i pierwszej damy miało miejsce kilka nieformalnych rozmów ze światowymi liderami, w tym z prezydentem Putinem” – ogłosiła rzeczniczka Trumpa. Więc może to jeszcze nie koniec operacji „Trump nasz”? Dopóki ziemia kręci się…

Nastoletnia rozpacz

22 listopada. Było jej ciężko. Z wielu powodów. Tak ciężko, że nie wytrzymała brzemienia swej osamotnionej rozpaczy. Czternastolatka z miasta Safonowo w obwodzie smoleńskim targnęła się na życie. Samobójstwo to zawsze wielki ból, samobójstwo dziecka to bezmiar tragedii.

Nie znamy jej nazwiska, prasa pisze o niej – Natasza lub Nastia, zastrzegając, że nie ujawni personaliów. Natasza/Nastia nie była lubiana w szkole. Koledzy nabijali się z niej nieustannie, bo słabo widziała, była niezgrabna, miała nadwagę, nie nadążała za rówieśnikami. A ci z całym rówieśniczym okrucieństwem przezywali ją „Cyklop”. Na swoim profilu w mediach społecznościowych dziewczynka napisała: „Dlaczego wy wszyscy jesteście tacy źli?”.

Problemy dziewczynki nie były w szkole dla nikogo tajemnicą. Niemniej szkolny psycholog ani razu nie rozmawiał z nią. Nic nie wiadomo też o tym, by wychowawca czy nauczyciele pochylali się z troską nad uczennicą, która od dwóch lat nie rozmawiała z kolegami z klasy.

Matka dziewczynki pracowała w miejscowym szpitalu jako salowa, pensję miała niską. Natasza/Nastia miesiąc temu napisała w tej sprawie list do Władimira Putina i wysłała przez specjalną stronę internetową. W liście skarżyła się, że mama za harówkę w szpitalu dostaje grosze: 10-12 tysięcy rubli, na utrzymanie dwojga dzieci stanowczo nie wystarcza, więc rodzina cierpi biedę. „A pan, choć w telewizji obiecuje ludziom dobre życie i dobre pensje, nic nie robi, żeby moja mama więcej zarabiała”. Gdy miejscowa prasa zainteresowała się listem dziewczynki do prezydenta, przełożeni wezwali jej mamę i udzielili srogiej reprymendy. Dziewczynka bardzo mocno to przeżyła.

Siostra Nataszy/Nastii powiedziała prasie, że list był jednocześnie skargą i prośbą: dziewczynka błagała prezydenta, aby sprawił, by matka więcej zarabiała; zapewne opisywała w liście swoją szkolną gehennę, poskarżyła się też, że w szpitalu nie wszystko jest pięknie, bo personel pije. Nie wiadomo, czy list dotarł do adresata.

Z kolei w liście pożegnalnym napisanym przed samobójczą śmiercią Natasza/Nastia prosiła, aby pochować ją w szkolnym mundurku. I by nikogo nie winić w jej śmierci.

Przypadek Nataszy/Nastii znalazł się w Rosji w centrum zainteresowania opinii publicznej. W większości komentarzy w mediach społecznościowych powtarza się krytyka obojętnej na nieszczęście szkoły, fatalnego zachowania uczniów wobec niepełnosprawnej koleżanki, a także krytyka niesprawiedliwych porządków społecznych w Rosji, spychających w nędzę ludzi o niskich dochodach. Ludzie w mieście Safonowo mówią po cichu: Dziewczynka powiesiła się nie tylko dlatego, że była biedna i nieszczęśliwa, odrzucona przez rówieśników, ale głównie przez ten przeklęty list do Putina, przez to, że matkę chcieli za to wyrzucić z pracy.

Komitet Śledczy wszczął śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci Nataszy/Nastii.

Szpieg w neutralnym kraju

10 listopada. W Wiedniu nastało wielkie poruszenie: odkryto, że pewien cichy pułkownik austriackiej armii przez ostatnie dwadzieścia lat pracował na rzecz rosyjskiego wywiadu wojskowego. Przekazywał informacje o austriackim lotnictwie i artylerii, a w ostatnich latach bardziej skupiał się na zagadnieniach społecznych i politycznych: kryzysie migracyjnym (według telewizji ORF, szczególnie ten aspekt interesował Rosję), działaniach austriackiego rządu i nastrojach społeczeństwa.

A taki miał być przyjemny nastrój przy podwieczorku. Niedawno cały świat świetnie bawił się wraz z prezydentem Putinem na weselu pani minister spraw zagranicznych Austrii Karin Kneissl – krótki filmik z tańcem rosyjskiego gościa z austriacką panną młodą zrobił furorę w mediach. Pani Kneissl wybierała się właśnie, aby złożyć swemu danserowi wizytę w Moskwie i jeszcze bardziej ocieplić relacje dwustronne. Austria była jedynym państwem UE, które nie wydaliło rosyjskich dyplomatów w ramach akcji solidarnościowej z Wielką Brytanią po otruciu Siergieja i Julii Skripalów. Kanclerz Sebastian Kurz przyjął w czerwcu Putina, uścisnął mu dłoń i zapowiedział, że fajnie będzie mieć rosyjski gaz i że Austria popiera zarówno Nord Stream 1, jak i Nord Stream 2. Gazprom i OMV podpisały kontrakt. A wicekanclerz Christian Strache pieścił ucho rosyjskiego gościa stwierdzeniami, że należy złagodzić sankcje, a nawet z nimi skończyć. Aż tu nagle taki despekt: austriacki pułkownik (aktualnie już na emeryturze) na służbie rosyjskiego pułkownika.

„Nowy Redl”, jak szpiega okrzyknęła austriacka prasa, pracował w sztabie i przekazywał informacje, do których miał dostęp. Nie były to hity super hiper, ale jednak dostarczane przez dwadzieścia lat regularnie raporty, informacje wrażliwe, które nie powinny były nigdy wyciec poza mury ministerstwa obrony. Pułkownik miał się spotykać co dwa tygodnie z rosyjskimi oficerami prowadzącymi. Przez wiele lat jego patronem był niejaki „Jurij”, który przekazywał pułkownikowi zadania. Zdobyte informacje pułkownik szyfrował. Za usługi otrzymał 300 tysięcy srebrników, pardon, euro. A teraz składa zeznania, przyznał się do zarzutu szpiegostwa.

Na razie wiadomo niewiele więcej. Ciekawe jest to, że – jak twierdzi prasa – wiadomości o pułkowniku przekazały Austrii „służby zaprzyjaźnionego kraju”, prawdopodobnie Niemiec. Sam delikwent od pewnego czasu spodziewał się, że zostanie zdekonspirowany (pono został ostrzeżony przez Rosję), więc starał się zniszczyć kompromitujące go materiały, ale nie zdążył: w ręce austriackich służb trafiły laptop i inny sprzęt. Jeszcze jedna ciekawostka: w 2006 roku szpieg zamierzał wycofać się rakiem z miłej współpracy z Rosją, ale widocznie przedstawiono mu mocne argumenty na rzecz kontynuowania działalności szpiegowskiej, bo pracował dalej.

Kanclerz Kurz przeżył szok. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej oburzał się, że ktokolwiek śmiał uprawiać szpiegostwo przeciwko neutralnemu państwu. Czyżby naprawdę myślał, że skoro tak przyjaźnie potraktował znajdującego się w izolacji Putina i zaproponował mu gazowe kontrakty, to Putin zrewanżuje mu się przyzwoitym zachowaniem? Teraz kanclerz zapowiedział, że zadba o bezpieczeństwo Austrii (w tym bezpieczeństwo cybernetyczne) we współpracy z europejskimi partnerami. Lepiej późno niż wcale.

Rosja zareagowała klasycznie. Na plac Smoleński w Moskwie do siedziby MSZ wezwano ambasadora Austrii i zadano pytanie: dlaczegóż to austriaccy partnerzy nie próbowali wyjaśnić sprawy dyskretnie przez kanały dyplomatyczne, tylko od razu z przytupem podano rzecz do publicznej wiadomości. „Ta metoda jest nie do przyjęcia” – powiedział minister Ławrow. A poza tym oczywiście nie ma dowodów. Jak zwykle „nastamniet”

Po ostatnich wpadkach rosyjskiego wywiadu w Europie teraz kolejny sygnał z Austrii: Rosjo, koniec wczasów. Wyjawienie „szpiona” akurat w Austrii jest dla Rosji szczególnie nieprzyjemne. Wiedeń dokładał starań, aby dobrze się działo w stosunkach z Moskwą, deklarował współpracę, wpływanie na osłabienie reżimu sankcyjnego itd. Przynajmniej na jakiś czas temperatura uczuć odczuwalnie spadnie. No i tańców z Putinem raczej nie będzie.

Którzy odeszli 2018, część trzecia

5 listopada. Zdarza się, że polityka wkracza na teren kultury i wywija hołubce w labiryntach żywotów ludzi twórczych profesji. Zdarza się też, że ludzie twórczych profesji garną się do polityki lub zwyczajnie obsługują interesy politycznej góry. A polityczna góra w podzięce nagradza ich. Ale wymaga też, aby oddany artysta wsparł władcę w odpowiednim momencie i we wrażliwej sprawie: napisał coś, zaśpiewał, powiedział, poparł.

Zmarły 30 sierpnia w Moskwie Iosif Kobzon, popularny piosenkarz, już na początku kariery estradowej zaznaczył, że potrafi iść w nogę z politycznym duchem czasu. Podczas studiów w moskiewskiej akademii muzycznej im. Gniesinów („Gniesince”) był aktywistą Komsomołu (studiów nie ukończył, gdyż zaangażował się w koncerty wyjazdowe, które kolidowały z tokiem nauczania). Na początku lat sześćdziesiątych wystąpił w telewizji w popularnym programie „Błękitny ognik” – pieśń „Kuba, moja miłość” zapewniła mu zachwyt widzów i uznanie odpowiednich czynników partyjnych. Pieśń została napisana z okazji przyjazdu Fidela Castro do ojczyzny Lenina. Kobzon wystąpił z automatem przewieszonym przez szyję, z przyklejoną brodą i w kostiumie kubańskich rewolucjonistów.

Przez kolejne lata Kobzon budował karierę piosenkarską i równolegle polityczną, w połowie lat siedemdziesiątych ukończył partyjny Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu. Zapewne po to, by jeszcze uważniej wsłuchiwać się w partyjne trele morele. Co ciekawe, powrócił też do nieukończonej swego czasu „Gniesinki”, gdzie został profesorem na wydziale wokalnym. Spod jego ręki wyszło wielu popularnych artystów estrady. Między innymi Waleria, piosenkarka („śpiewająca jamą ustną”, jak określają ją adwersarze) hołdująca również regule Kobzona „kochana władzo, ja wam wszystko wyśpiewam”.

Śpiewał, śpiewał, śpiewał. Miał w repertuarze podobno trzy tysiące pieśni i piosenek: komsomolskich, patriotycznych, sławiących przodowników pracy, Armię Czerwoną, Lenina, przeboje filmowe (zaśpiewał m.in. piosenkę w serialu „Siedemnaście mgnień wiosny”), klasyczne romanse, arie operowe. Jego miękki baryton zachwycał słuchaczy. Kobzon w latach rządów Breżniewa z zaangażowaniem objeżdżał wielkie budowy tamtej epoki, jeździł do Afganistanu w czasie interwencji, po katastrofie w Czarnobylu śpiewał dla ratowników. Po rozpadzie ZSRR startował (z powodzeniem) w wyborach do Dumy.

Po podpisaniu porozumień kończących pierwszą wojnę czeczeńską pojechał z koncertami do Groznego. Krewcy kaukascy słuchacze z zachwytu strzelali z kałachów w powietrze na cześć wykonawcy. Potem w 2002 roku był tragiczny epizod w teatrze na Dubrowce w Moskwie, gdzie komando czeczeńskich terrorystów wzięło jako zakładników widzów spektaklu „Nord Ost”. Kobzon zaangażował się wtedy w pertraktacje z terrorystami, udało mu się przekonać ich do wypuszczenia kobiety z trojgiem dzieci. Gdy po latach wspominał te dramatyczne chwile, nie był w stanie opanować wzruszenia. Ludzie, którzy go znali i opowiadali o nim w programach telewizyjnych nadawanych po śmierci piosenkarza, mówili, że Kobzon nie odmawiał, gdy potrzebujący prosili go o pomoc. Miał bardzo szerokie grono znajomych i przyjaciół. Przez bliskie powiązania z ludźmi mafii w połowie lat dziewięćdziesiątych został pozbawiony amerykańskiej wizy. Kobzon wielokrotnie zaprzeczał, by łączyły go jakiekolwiek biznesy z kryminalistami. Ale jednocześnie przyznawał, że takie szychy „ruskiej mafii” działające w USA jak „Tajwańczyk” czy „Japończyk” to jego przyjaciele.

Mimo zaawansowanego wieku (ur. 1937), poważnej choroby oraz formalnego zakończenia kariery (w 2012 roku) wznowił działalność estradowo-polityczną w 2014 roku. Całym sercem poparł aneksję Krymu. A gdy Rosja rozpętała „rosyjską wiosnę” na wschodzie Ukrainy, jeździł do Donbasu, ściskał się z watażkami (a nawet śpiewał z nimi w duecie), powtarzał z upodobaniem: „tu zakopany jest mój pępek” (urodził się w obwodzie donieckim), został honorowym konsulem samozwańczej Donieckiej Republiki Ludowej, zbierał pieniądze na pomoc humanitarną dla mieszkańców Donbasu, w 2016 r. otrzymał „obywatelstwo tzw. Donieckiej Republiki Ludowej”. Został objęty przez Ukrainę zakazem wjazdu oraz pozbawiony wszelkich ukraińskich nagród i tytułów.

Na ceremonię pogrzebową piosenkarza przyszli Władimir Putin i Dmitrij Miedwiediew oraz szereg polityków, którzy wspominali nie tylko drogę twórczą Kobzona, ale jego zaangażowanie w sprawy społeczne. Kobzon spoczął w żydowskiej części Cmentarza Wostriakowskiego w Moskwie.