Sakartwelo wre

21 czerwca. Od wojny w Gruzji minęło jedenaście lat. W jej wyniku Gruzja utraciła kontrolę nad dwiema prowincjami – Abchazją i Osetią Południową. Rosja zapewniła sobie w powołanych przez siebie tworach parapaństwowych (ich niepodległość uznała Moskwa i cztery państwa, w tym dwie wyspy szczęśliwe – http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/06/05/czy-wyspy-szczesliwe-uznaly-niepodleglosc-abchazji/) obecność wojskową. Po wojnie Gruzja zerwała stosunki dyplomatyczne z Rosją. Po tym, jak władzę w Gruzji utracił Micheil Saakaszwili i jego Zjednoczony Ruch Narodowy, rządząca partia Gruzińskie Marzenie potentata Bidziny Iwaniszwilego znacznie złagodziła antyrosyjską retorykę. Częściowo przywrócono połączenia komunikacyjne, uchylono też niektóre zakazy dotyczące wymiany handlowej. Ale sprawy, które stały się powodem zerwania stosunków, nie zostały rozwiązane. Tbilisi konsekwentnie uznaje Abchazję i Osetię Południową za swoje terytorium, znajdujące się pod rosyjską okupacją. Rosja uznaje Abchazję i Osetię Południową za niepodległe państwa i rozwija swoje usytuowane tam bazy wojskowe. Sytuacja zastygła bez widoków na rozwiązanie. Gruzja nadal deklaruje marsz w stronę NATO i UE, Moskwa nadal jest temu przeciwna.
Oficjalne kontakty polityczne Tbilisi i Moskwy nie zostały przywrócone. Tymczasem 19 czerwca w budynku parlamentu w Tbilisi pojawiła się rosyjska delegacja złożona z deputowanych Dumy Państwowej. Rosyjscy politycy przybyli na kolejne posiedzenie Międzyparlamentarnego Zgromadzenia Prawosławia, ciała powołanego w 1993 r. z inicjatywy Grecji (http://council.gov.ru/activity/crosswork/dep/64/). Jak głosi tekst na stronie internetowej tego ciała, „Rosja pełni w nim rolę lidera”.

Deputowany Siergiej Gawriłow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej przewodniczył obradom odbywającym się 20 czerwca w sali posiedzeń gruzińskiego parlamentu. „Prawosławny komunista”, jak drwią z niego media społecznościowe, wypowiadał się swego czasu na temat niepodważalnej niepodległości Abchazji i Osetii Południowej. To, że zajął fotel przewodniczącego w prezydium gruzińskiego parlamentu, wywołało poruszenie w ławach gruzińskiej opozycji. Posłowie z ramienia Zjednoczonego Ruchu Narodowego przerwali wystąpienie Gawriłowa, a następnie wymogli na nim opuszczenie sali. Tymczasem w mediach społecznościowych podniosła się fala komentarzy: Jak rosyjscy parlamentarzyści znaleźli się w Gruzji? Kto ich tu wpuścił? Itd.

Pod budynkiem parlamentu zbiera się tłum protestujących przeciwko wizycie Gawriłowa. Protestujący domagają się dymisji przewodniczącego parlamentu Iraklego Kobachidze za to, że wpuścił Rosjan i dopuścił ich do głosu. Zjednoczony Ruch Narodowy i jego zwolennicy komunikują, że czują się obrażeni wizytą rosyjskich deputowanych – to policzek dla tych, którzy pamiętają niedawną wojnę i nie zgadzają się na normalizację stosunków z okupantem. Protest rozszerza się. Przez cały dzień mieszkańcy Tbilisi ściągają pod siedzibę parlamentu. Wznoszą antyrosyjskie i antyrządowe hasła. Wielu uczestników trzyma w rękach karty z napisem „Putin khuylo”, „Russians go home”, „Rosja to okupant”, „Youth for future without Russia” itd. „Ta wojna nadal jest obecna w każdym gruzińskim domu. Nie zapomnieliśmy. Nie zapomnimy” – pisze jeden z aktywistów.

Choć przedstawiciele gruzińskich władz przepraszają, potępiają niefrasobliwość tych, którzy dopuścili do wizyty rosyjskich polityków, obiecują pociągnięcie do odpowiedzialności winnych tego fatalnego niedopatrzenia, nastroje się nie uspokajają. Co więcej, robi się coraz bardziej gorąco, protest się radykalizuje, padają coraz to nowe żądania: dymisji poszczególnych ministrów, a nawet całego rządu. Budynek parlamentu ochraniany jest przez jednostki specjalne prewencji, to tzw. kosmonauci – w hełmach, za tarczami, wyposażeni w pałki i broń na kule gumowe. Na polecenie ministra spraw wewnętrznych „kosmonauci” przystępują do ostrej akcji – w ruch idą najpierw pałki i armatki wodne, potem gaz łzawiący i gumowe kule. Jest wielu poszkodowanych, ranni zostali też dziennikarze. Telewizja Rustavi 2 relacjonuje wydarzenia na bieżąco, pokazuje, jak okrwawionych ludzi odwożą spod gmachu parlamentu karetki pogotowia.
Jak kula śnieżna narasta niezadowolenie. Rządzące drugą kadencję Gruzińskie Marzenie najwyraźniej nie ma pomysłu ani na to, jak zażegnać bieżący kryzys, ani na to, jak dalej rządzić Gruzją. Rozbita i osłabiona opozycja zyskuje nieoczekiwanie pole do działania, ma za sobą sympatię tych, którzy przyszli protestować i tych, którzy ich popierają. Czy zdoła zagospodarować ten kapitał?

A Rosja? Wiele osób zadaje sobie pytanie, czy to, co stało się w parlamencie, wizyta Gawriłowa i kolegów, to była zamierzona prowokacja Moskwy czy tylko badanie gruntu pod ewentualne dalsze kroki w stronę przywrócenia brykającej Gruzji w kremlowską wyłączną strefę wpływów? Rzeczniczka rosyjskiego MSZ odsądziła od czci i wiary „radykałów dokonujących pogromów”. Dziś MSZ doradza rodakom, aby wstrzymali się z wyjazdami do Gruzji ze względów bezpieczeństwa. Premier Dmitrij Miedwiediew pochrząkując, zagroził, że jak Gruzini będą stwarzać zagrożenie dla rosyjskich turystów, to ci turyści po prostu do Gruzji nie pojadą i gruzińska gospodarka poniesie wielkie straty. Rosyjskim turystom będzie o łatwiej podjąć decyzję o niejechaniu, po tym, jak dziś wieczorem Władimir Putin – po naradzie z członkami Rady Bezpieczeństwa o sytuacji w Tbilisi – nakazał wstrzymanie lotów rosyjskich linii lotniczych do Gruzji (dekret wchodzi w życie 8 lipca); rząd ma się zatroszczyć o powrót rosyjskich turystów przebywających obecnie w Gruzji. Za chwilę może się też okazać, że woda Borżomi i gruzińskie wina szkodzą Rosjanom na wysublimowany żołądek.

Dziś wieczorem pod parlamentem w Tbilisi znowu zbiera się tłum. CDN

Protest protestowi nierówny

16 czerwca. Poprzedni odcinek zajmującej serii o dziennikarzu Iwanie Gołunowie zakończyłam szczęsną wieścią o tym, że Iwan Gołunow na skutek umowy zawartej pomiędzy jego obrońcami a Kremlem odzyskał wolność, a śledztwo wobec niego umorzono.

Teraz cofnijmy się jeszcze do prologu. Jak to się stało, że Gołunow padł ofiarą fałszywego oskarżenia. Zdaniem obrończyni praw człowieka Olgi Romanowej Ивана заказали (na Iwana wystawili zlecenie) pod koniec lutego. Ten, który chciał mu dokopać i skutecznie pozbyć się jego wścibskiego dziennikarskiego nosa ze swoich nieczystych interesów, przyszedł do odpowiednich instancji w policji. Były dwa spotkania – jedno zapoznawcze, z koniaczkiem na stole, rozmiękczającymi serce prezentami, drugie – konkretne, gdy ustalono sposób przeprowadzenia akcji. Zdaniem Romanowej, która od lat zajmuje się pomocą dla osób, fałszywie oskarżonych i niesłusznie skazanych, to znany i sprawdzony schemat. Takich osób odsiadujących wyroki z samego artykułu 228 (posiadanie i zbyt narkotyków) jest obecnie w Rosji kilkaset. To artykuł „łatwy w obsłudze” – podrzucenie narkoty i sporządzenie odpowiednich „dowodów” to, jak twierdzi Romanowa, rutyna.

W przypadku Gołunowa policja zlecenie wykonała nieuważnie. „Dowody” rozleciały się jak puch z dmuchawców na wietrze. Nic się nie trzymało kupy, Gołunow nie miał na rękach ani twarzy śladów narkotyków, za to na rzekomo należących do niego torebeczkach z białym proszkiem nie było jego śladów DNA, natomiast ślady wielu innych osób. Tego policja dopatrzyła się dopiero wtedy, gdy Kreml krzyknął z góry, żeby sprawie ukręcić łeb i wyciszyć czym prędzej. Ukręcono, wyciszono.

Po uwolnieniu Iwana nastała radość. To było coś zaskakującego, wydawało się triumfem sprawiedliwości nad dyktaturą mundurowych, którym wszystko wolno. Ale fala euforii szybko opadła. Po pierwsze, do mediów wyciekły informacje o tym, jak doszło do ustaleń w sprawie umorzenia śledztwa i uwolnienia Gołunowa (szczegóły w poprzednim odcinku http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/15/kciuk-cesarza/). Po drugie 12 czerwca, w Dzień Rosji doszło do manifestacji. Początkowo planowano, że będzie to wielka akcja solidarności z niesłusznie aresztowanym i prześladowanym dziennikarzem. Gdy okazało się, że Iwan wyszedł na wolność, akcji właściwie nie odwołano, zmieniono hasło: o wolność dla wszystkich fałszywie oskarżonych, o ukrócenie samowoli ludzi w mundurach, o czyste ręce władz, o pociągnięcie do odpowiedzialności winnych fałszowania dowodów itd. To już było za dużo dla systemu, który i tak mocno stanął dęba w związku z koniecznością wycofania się z oskarżenia Gołunowa. 12 czerwca demonstrację potraktowano bardzo ostro. Z centrum Moskwy wygarnięto do policyjnych suk kilkaset osób, czasem po prostu spacerujących ulicą, na której odbywał się protest. Światowe media nazajutrz zamieściły zdjęcia: policjanci ciągnący za ręce starszą kobietę, która trzyma w ręku konstytucję, bicie człowieka, który opiera się przy wsiadaniu do suki itd. Stało się jasne, że uwolnienie Gołunowa to jednorazowa przyjemność. Reguły gry się nie zmieniają. To nie społeczeństwo obywatelskie rządzi, rządzą ci, co rządzą.
Z kolei na dzisiejszy wiec na prospekcie Sacharowa w Moskwie, organizowany w związku ze sprawą Gołunowa pod jakże słusznym hasłem „O prawo i sprawiedliwość dla wszystkich” przyszło zaledwie 400-600 osób, choć organizatorzy zapowiadali 20 tysięcy. Ha, pewnie rzecz właśnie w organizatorach. Akcja była uzgodniona na wszystkich możliwych szczeblach, a komitet organizacyjny składał się z przewodniczących związków dziennikarzy – ogólnorosyjskiego (toż to sam słynny kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow) i moskiewskiego, a także innej drobniejszej kremladzi (lekceważące określenie ludzi obsługujących Kreml). No i frekwencja nie dopisała. Ludzie nie przyszli i tym samym powiedzieli władzom: nie, nie odbierzecie nam słusznych haseł.

O innych protestach w Rosji napiszę w kolejnych odcinkach. A będzie o czym pisać.

Kciuk cesarza

15 czerwca. Korespondent portalu „Meduza” Iwan Gołunow zatrzymany ponad tydzień temu na moskiewskiej ulicy pod zarzutem posiadania i zbytu narkotyków, pobity na posterunku przez policjantów, a następnie osadzony przez sąd w areszcie domowym, został wypuszczony na wolność. Śledztwo przeciwko niemu umorzono, a zaangażowany w wyjaśnianie sprawy minister spraw wewnętrznych nawet ściął dwie generalskie głowy za przekroczenie uprawnień. Cud sprawiedliwości? Triumf prawa nad nieprawością? Obywatelskie podważenie wszechwładzy autorytarnego systemu? Po trosze tak. Ale tylko po trosze. Po małemu trosze. Przypomnijmy sekwencję wydarzeń.

Jak pisałam w poprzednim odcinku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/06/08/w-kolejce-do-protestu/), Gołunow został zatrzymany, na posterunku rutynowo „zmaglowany”, gdy próbowano wycisnąć zeń przyznanie się do posiadania narkotyków i uprawiania dilerki. Dziennikarz zaprzeczał. Bezskutecznie domagał się pomocy medycznej. MSW opublikowało zdjęcia rzekomo z rewizji w jego domu: funkcjonariusze mieli stwierdzić, że chałupniczo odchodziła tu całkiem niezła produkcja białego proszku. Zanim Gołunow został dowieziony przed oblicze sądu, który miał orzec o aresztowaniu za rzekomą dilerkę (art. 228 kk, czyn zagrożony karą do 20 lat pozbawienia wolności) o sprawie wiedziała już cała Rosja i zagranica. Odbyły się masowe protesty (pojedyncze pikiety, do przeprowadzenia których ustawiały się długie kolejki chętnych), o sprawie poinformowały rosyjskie i światowe media. Środowisko dziennikarskie stanęło murem za kolegą. Wystosowano wiele listów protestacyjnych, za Gołunowem wstawiali się koledzy po piórze, celebryci, a w pewnym momencie nawet kremladź (służalcza medialna obsługa Kremla). Trzy opiniotwórcze dzienniki („Kommiersant”, „Wiedomosti”, „RBK”) na pierwszej stronie zamieściły solidarnościowe hasło „Jesteśmy Iwanem Gołunowem”. W tej sytuacji sąd zdecydował o aresztowaniu na dwa miesiące, ale Gołunow miał je spędzić nie w areszcie śledczym, a domowym. Założono mu na nogę bransoletkę i wypuszczono. Już to „miękkie” podejście sądu powszechnie przyjęto jako rzecz fantastyczną, być może nawet efekt skutecznego nacisku opinii publicznej.

Wkrótce jednak miało się okazać, że większy wpływ niż to, co działo się na ulicy, na oczach wszystkich, miała akcja nieoficjalna, targi kilku ważnych osób z decydentami. „Iwan po prostu miał do kogo zadzwonić” – napisał jeden z kolegów komentatorów. A ci, do których zadzwonił, mieli dojście wyżej, a potem sprawa stała się tak głośna, że zajęła się nią najwyższa instancja polityczna. Okołokremlowskie wróble ćwierkały, że Władimir Putin był z obrotu sprawy Gołunowa mocno niezadowolony, ba, nawet wściekły. Głośne zatrzymanie dziennikarza zbiegło się bowiem z Petersburskim Forum Ekonomicznym, na którym Putin miał pokazywać gościom wypolerowane oblicze Rosji, oczekującej przełamania sankcji i napływu fajnych inwestycji ze świata. Tymczasem Gołunow skupił uwagę komentatorów, oblicze Rosji mocno spochmurniało, rzecz rozniosła się po świecie, cukrowe zamki na piasku zbudowane przez kremlowską propagandę osypały się. Według sugestii dobrze poinformowanych kolegów dziennikarzy, Kremlowi zależało na szybkim i pozytywnym załatwieniu sprawy Gołunowa również ze względu na zbliżającą się kolejną „bezpośrednią linię” Putina ze społeczeństwem (odbędzie się 20 czerwca). Od tygodnia wszystkie kremlowskie media pełne są wezwań do zadawania pytań prezydentowi. Propagandystom zależy na tym, aby prezydent dobrze wypadł, niewygodne pytania o niewygodne sprawy nie są na pewno mile widziane.

To kontekst. A teraz konkret. Padła komenda z góry, aby ugasić pożar (sformułowanie Iwana Prieobrażeńskiego http://www.rosbalt.ru/russia/2019/06/14/1786732.html). Jako strażak wysłany został zastępca szefa Administracji Prezydenta Aleksiej Gromow. Spotkał się z grupą wpływowych ludzi mediów, którzy reprezentowali Gołunowa i środowisko (m.in. naczelny „Nowej Gaziety” Dmitrij Muratow) i uzgodnił on dalsze kroki. Kreml zgodził się na wypuszczenie Gołunowa i postawił tylko jeden warunek: jak najszybciej zwinąć protest.

Zaraz po zakończeniu negocjacji minister spraw wewnętrznych Władimir Kołokolcew ogłosił, że śledztwo wobec Gołunowa zostało umorzone. Kołokolcew otrzymał pono „prikaz” o natychmiastowym wyciszeniu sprawy od samego Putina. Cesarz uniósł kciuk w górę: oszczędzić dziennikarza, ukarać jego prześladowców. Czyli funkcjonariuszy średniego szczebla, którzy uszyli śledztwo, mszcząc się za dociekliwe materiały Gołunowa o korupcji i innych ich biznesowych grzeszkach.

Gołunow mógł zdjąć bransoletkę z nogi i ogłosić, że jest wolnym człowiekiem. Zapanowała euforia. Krótka. Dlaczego krótka? O tym w następnym odcinku – wszystko w tym odcinku się nie zmieściło, a pozostało do rozważania jeszcze kilka ciekawych wątków tej sprawy. CDN

W kolejce do protestu

8 czerwca. W Moskwie zatrzymano przedwczoraj korespondenta „Meduzy” Iwana Gołunowa pod zarzutem posiadania i zbywania narkotyków (artykuł kk zagrożony karą do 20 lat pozbawienia wolności). Prowokacja wobec dziennikarza, który badał przewały finansowe moskiewskiego merostwa w powiązaniu z mafijnymi układami, wywołała protest środowiska dziennikarskiego i nie tylko dziennikarskiego. Zbierane są podpisy pod listem Związku Dziennikarzy żądającym uwolnienia Gołunowa („Meduza” publikuje listy i protesty w tej sprawie https://meduza.io/feature/2019/06/07/svobodu-ivanu-golunovu). W Moskwie i innych miastach trwają pikiety w jego obronie.

„Meduza” jest medium internetowym, założonym w 2014 r. przez Galinę Timczenko. Materiały są publikowane po rosyjsku i angielsku. Projekt miał się nazywać „Hydra”, ale przez pomyłkę w papierach znalazła się nazwa „Meduza” i tak już zostało. Timczenko wcześniej była redaktorem gazety internetowej „Lenta”. Po głośnym konflikcie wraz z dużą grupą dziennikarzy odeszła z „Lenty”. Wtedy zgłosił się Michaił Chodorkowski z pomysłem, aby podobne wydanie internetowe robić nadal, ale już z rejestracją poza granicami Rosji (aby uniknąć opresyjnych działań ze stron władz Rosji w razie publikacji niewygodnych dla niej treści i móc utrzymać status medium propagującego zachodnie wartości i wspierającego społeczeństwo obywatelskie). Ostatecznie wybrano Łotwę.

Poza wiadomościami codziennymi „Meduza” publikuje własne materiały, ma niezły dział śledczy (jakiś czas temu podpisała porozumienie o współpracy z BuzzFeed). I to właśnie w nim Iwan Gołunow publikował swoje artykuły dotyczące nieczystych biznesów i korupcji urzędników moskiewskiego merostwa (tutaj można przeczytać jedno z nich dotyczące mafii śmieciowej: https://meduza.io/feature/2018/11/01/moskve-nado-izbavitsya-ot-shesti-millionov-tonn-musora-v-kakie-regiony-ego-budut-svozit-i-kto-etim-zaymetsya albo mafii cmentarnej https://meduza.io/feature/2018/08/14/grob-kladbische-sotni-milliardov-rubley).

„Meduza” na bieżąco informuje o sytuacji dziennikarza. Do jego zatrzymania doszło przedwczoraj w pobliżu stacji metra Cwietnoj Bulwar w centrum Moskwy; dwaj cywile, którzy przedstawili się jako policja kryminalna, insynuowali, że Gołunow posiada torebeczki z narkotykami. Zatrzymywano go tak gorliwie, że dziś trafił do szpitala z podejrzeniem złamania dwóch żeber i wstrząśnienia mózgu. Przez długi czas utrudniano mu dostęp do adwokata. Gołunow obawiał się, że do jedzenia dosypią mu narkotyki, w związku z tym nie tykał podawanych w areszcie posiłków, domagał się przeprowadzenia analiz na obecność w organizmie środków odurzających, odmawiano mu tego. Policja opublikowała natomiast zdjęcia „małej fabryczki narkotyków”, jaką rzekomo odkryto w jego poddanemu rewizji mieszkaniu. Miało to niby świadczyć o tym, że Gołunow zajmował się dealerką „białej damy” na wielką skalę. Wiele osób, które znają osobiście dziennikarza i bywały w jego mieszkaniu, twierdzi, że to jakieś fikcyjne zdjęcia zrobione gdzie indziej. „Nie mamy wątpliwości, że zatrzymanie Gołunowa ma związek z jego śledztwami dziennikarskimi, a narkotyki mu podrzucono. Po to, aby nas wszystkich zastraszyć. […] Wzywamy naszych kolegów i czytelników, aby nie milczeli. Musimy wystąpić w obronie Iwana, mając na uwadze przyszłość niezależnego dziennikarstwa w Rosji, bez którego nie ma przyszłości ani dla nas, ani dla kraju” – napisali w oświadczeniu dziennikarze ze związku.

MSW twierdzi, że funkcjonariusze nie użyli wobec Gołunowa siły fizycznej, a podczas przesłuchania i rewizji osobistej znaleziono u niego pięć paczuszek ze środkiem odurzającym.
Dziś już drugi dzień trwają w Moskwie i innych miastach pojedyncze pikiety w obronie Iwana Gołunowa. „Pojedyncza pikieta” – indywidualny protest jednej osoby – to jedyna forma protestu, która w Rosji nie wymaga specjalnego pozwolenia władz.

Pod siedzibą stołecznego wydziału MSW na ulicy Pietrowka w Moskwie przez całą noc trwały pikiety. Ludzie stali w bardzo długiej kolejce, aby zająć miejsce pod budynkiem. Trzymali w rękach plakaty z hasłami poparcia dla zatrzymanego dziennikarza i domagającymi się wolności słowa (zdjęcia z akcji można znaleźć między innymi tu: https://www.svoboda.org/a/29987909.html; https://graniru.org/Politics/Russia/activism/m.276571.html).

Pojedyncze pikiety odbywały się już w Rosji wielokrotnie w różnych bulwersujących opinię publiczną sprawach, ale „kolejki do pikiety” jeszcze nie było.

Duchy rosyjskiej wiosny

31 maja. Mija pięć lat od operacji Rosji na wschodzie Ukrainy, znanej pod nazwą „rosyjska wiosna”. W kilku ośrodkach miejskich wschodniej Ukrainy pojawiła się wtedy bujnie hałastra różnego autoramentu. Głównie były to przerzucone po sukcesie operacji krymskiej zielone ludziki. Zgodnie z wypracowanym schematem zorganizowani bandyci zajmowali budynki użyteczności publicznej, terroryzowali ludność, ogłaszali się komendantami, premierami, ministrami, proklamowali niepodległość takiego czy innego obszaru czy miasta. Kolejnym etapem było umocnienie władzy watażków poprzez ściągnięcie posiłków wojskowych z Rosji (ochotnicy zatrudniani i szkoleni przez prywatne firmy ochroniarskie, de facto militarne, a także emerytowani i pozostający w służbie wojskowi różnych szczebli), którzy stawiali opór wojskom ukraińskim. W ten sposób doszło do opanowania części Donbasu. Prezydent Putin perfidnie wychwalał potem pod niebiosa czyn zbrojny „górników i traktorzystów”, którzy obronili swoją małą ojczyznę przed zakusami kijowskiej junty.
Jednym z bohaterów „rosyjskiej wiosny” był niegdysiejszy funkcjonariusz Federalnej Służby Bezpieczeństwa Igor Girkin vel Striełkow. Pisałam o nim niedawno w związku z tym, że wystawiał na aukcji swoje odznaczenia za operacje na Ukrainie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/03/10/wyprzedaz-goryczy/). A kilka dni temu udzielił obszernego wywiadu.
Rozmowa dostępna jest na kanale youtube. Obejrzało ją 48 tysięcy ludzi (https://www.youtube.com/watch?v=vn-ztUNkGWk&feature=youtu.be&t=961). Niewiele. Widać, że popytu na wywody bohaterów „rosyjskiej wiosny”nie ma. Striełkow mówi w wywiadzie to, co już od pięciu lat wiadomo, ale czego Rosja starannie się wypierała i nadal wypiera (np. że separatyści wspierani przez rosyjskich wojskowych walczyli z ukraińską armią i batalionami ochotniczymi przy perfidnym wykorzystywaniu jako tarczy cywilów itd.). Już nie pierwszy raz „lew Słowiańska” wspomina w wywiadzie o egzekucjach, do jakich dochodziło w tym mieście. Tym razem uszczegóławia, że to on podejmował decyzje o rozstrzelaniu „ukraińskich szpiegów i dywersantów”.
Striełkow od dawna jest mocno rozczarowany tym, że Kreml zaniechał walki o Ukrainę, Putina nazywa tchórzem, który zdradził, generalnie nie poważa polityki Moskwy wobec Kijowa. Rosyjskie media od dawna rozgoryczonego watażki nie zauważają. Tej rozmowy też bodaj nikt nie skomentował, choć tematy ukraińskie są przez rosyjski mainstream wałkowane na okrągło (w najpopularniejszych rosyjskich programach publicystycznych właściwie o niczym innym się nie mówi – Ukraina nie schodzi z wokandy).
Ciekawe jest też to, że Striełkow udzielający od pewnego czasu takich szczerych wywiadów nadal nie wyciągnął z rękawa swojego asa atutowego: a mianowicie wiedzy o zestrzeleniu nad Donbasem w lipcu 2014 roku samolotu pasażerskiego Maleysian Airlines. Przypomnę, co napisałam zaraz po tragedii: „Zwraca uwagę usunięcie z Twittera i vkontakte przechwałki „komendanta wojskowego Doniecka” Igora Girkina vel Striełkowa, który z triumfem informuje o trafieniu rakietą samolotu transportowego ukraińskich sił zbrojnych. „W rejonie Torezu dopiero co zestrzelono ukraińskiego An-26, wala się gdzieś w okolicy kopalni Progress. A uprzedzałem, żeby nie latali po naszym niebie” (…). A to jeszcze jeden cytat z Girkina-Striełkowa, z dzisiejszych wpisów: „trupy były nieświeże”, a więc sugestia, że w samolocie przewożono nieżywych pasażerów (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/18/mozna-zalozyc/)”.
Kwestia statusu Donbasu będzie jeszcze długo kartą przetargową w politycznych przepychankach Moskwy z Kijowem, a sprawa nieszczęsnego zestrzelonego boeinga nadal będzie powracać – dopóty, dopóki nie zostanie ostatecznie wyjaśniona. Czy Girkin odegra w tym jeszcze jakąś rolę czy zaśnie gdzieś na dnie lamusa snem niesprawiedliwych?