Słynne ucieczki. Pirogow i Barsow

11 października. Oficjalna sowiecka propaganda niezmordowanie głosiła, że pierwsze na świecie państwo socjalistyczne jest rajem na ziemi, ludzie żyją dostatnio, kochają przywódców, panuje równość, nie ma wyzysku klasowego, a każdy posiadacz opiewanego przez Majakowskiego paszportu Kraju Rad z uzasadnioną wyższością patrzy na zbiedzony lud gnijącej cywilizacji Zachodu. Od czasu do czasu na tafli sowieckiej szczęśliwości powstawała jednak rysa: niektórzy obywatele nie wytrzymywali takiego naporu błogości i nawiewali za granicę. Po zachodniej stronie żelaznej kurtyny opowiadali, jak naprawdę żyje się w warunkach zaostrzającej się walki klas, industrializacji, kolektywizacji itd. Najbardziej bolesne dla reżimu okazywały się ucieczki ludzi należących do grup uprzywilejowanych lub stanowiących filary reżimu. Tak było w przypadku ucieczki dwóch oficerów lotnictwa wojskowego – właśnie minęła 71. rocznica brawurowego rajdu Piotra Pirogowa i Anatolija Barsowa, o czym przypomniał na swym profilu FB „Nieśmiertelny Barak” (Бессмертный барак).

Pirogow i Barsow (prawdziwe nazwisko Borzow) w czasie wojny walczyli na froncie, dosłużyli się rangi lejtnanta i starszego lejtnanta oraz wysokich odznaczeń państwowych. Zdawać by się mogło: oto życie kłania się w pas, wojna się skończyła, przeżyli, służą w niezwyciężonej Armii Czerwonej, mają dostęp do dóbr bardziej wykwintnych niż ogół społeczeństwa. Tymczasem pewnego październikowego dnia 1948 roku podjęli zgodną decyzję o ucieczce ze Związku Sowieckiego. Na pokładzie bombowca Tu-2 dnia wylądowali na lotnisku w amerykańskiej bazie wojskowej w pobliżu Linzu w Austrii. A zaraz po wylądowaniu poprosili o azyl polityczny w USA.

Ucieczka wojskowych, tym bardziej samolotem, stała się sensacją nie lada. Pisały o tym wiele amerykańskie gazety. Uciekinierzy – szczególnie Pirogow – nie stronili od kontaktów z przedstawicielami zachodniej prasy. W rozmowach z dziennikarzami opowiadali, że zdecydowali się zwiać, aby na Zachodzie „poczuć się wolnymi ludźmi”, gdyż w kraju byli nieustannie poddawani kontroli i naciskom. Czytelnicy gazet w USA mogli się dowiedzieć, że w Armii Czerwonej panuje atmosfera strachu. Paranoidalne obawy Stalina i kręgu jego najbliższych współpracowników o to, że w wojsku szykowane są spiski na ich życie, sprawiały, że służba przypominała chodzenie po polu minowym. Każde wypowiedziane zdanie mogło stać się podstawą podejrzenia o zdradę czy udział w sprzysiężeniu mającym na celu podkopanie ustroju itd. Pirogow poddawał w swych wypowiedziach dla amerykańskiej prasy ostrej krytyce władze ZSRR, odchodzenie od ideologii komunizmu, rozchodzenie się deklaracji i rzeczywistych posunięć, błędne przeprowadzenie kolektywizacji. Na pytania dziennikarzy, dlaczego piloci wybrali jako miejsce azylu USA, odpowiadali, że wierzą, iż to wolny kraj. Skąd to wiedzą? Bo słuchają rozgłośni Głos Ameryki.

Pirogow wziął się za pisanie książki – tom wspomnień „Dlaczego uciekłem” (okres wojny, opis życia codziennego w ZSRR, przyczyny ucieczki) wyszedł na Zachodzie, stał się bestselerem, w USA i Wielkiej Brytanii ukazało się kilka wydań, książka została przetłumaczona m.in. na francuski, chiński. Pirogow opisał w niej szczegółowo stosunki panujące w wojsku. Na jeden z wielu ciekawych aspektów zwrócił uwagę w swym opracowaniu „Nieśmiertelny Barak”: Pirogow służył w 63. pułku lotnictwa wojskowego, latał na bombowcach. Pułk miał wziąć udział w defiladzie z udziałem samolotów bojowych nad placem Czerwonym w Moskwie. Za przygotowania do defilady odpowiadał SMIERSZ, wielu pilotów odsunięto od udziału, gdyż podejrzewano ich niejasno o niecne zamiary wobec zgromadzonych na trybunie honorowej stalinowskich notabli (później wielu z tych oficerów trafiło do łagrów). „Pirogow doszedł do wniosku, że te działania były świadectwem strachu członków władz i ich niewiary w lojalność wojska wobec partyjnej i państwowej wierchuszki, co również rozciągało się na brak zaufania władz do społeczeństwa, te nastroje wzmogły się jeszcze w czasie wojny i po jej zakończeniu”. Każdy w każdej chwili mógł być aresztowany pod wyimaginowanymi zarzutami. We wspomnieniach znalazły się też wątki osobiste: Pirogow, gdy już powziął postanowienie o ucieczce, rozstał się z narzeczoną. „Nie chciałem jej narażać na szykany ze strony organów bezpieczeństwa, a na pewno zostałaby wzięta w obroty, gdyby nadal była moją narzeczoną. Musiałem ją chronić” – uzasadniał.

Ta ucieczka i wypowiedzi obu pilotów były ciosem dla sowieckiej propagandy. Toteż Związek Sowiecki nie odpuszczał. Dyplomaci z ambasady sowieckiej w Waszyngtonie usiłowali co jakiś czas nawiązać kontakt z uciekinierami. Pirogow wymigiwał się od jakichkolwiek kontaktów, natomiast Barsow po pewnym czasie zmiękł. W przeciwieństwie do Pirogowa, który łatwo zaaklimatyzował się za oceanem, Barsow był osowiały, nie mógł znaleźć sobie miejsca, dużo pił, w niczym nie przypominał dawnego wesołego kompana, który wieczorami śpiewał rosyjskie romanse, akompaniując sobie na gitarze.

Jak twierdzą autorzy audycji Radia Swoboda o słynnych uciekinierach (https://www.svoboda.org/a/29542638.html), Barsow uległ namowom, gdyż sowiecki ambasador Paniuszkin obiecał mu osobiście, że po powrocie do kraju zostanie objęty amnestią i generalnie włos mu z głowy nie spadnie. „Wiesz, stęskniłem się za krajem, za moimi stronami, chcę wrócić” – wyjaśniał Barsow swoją decyzję Pirogowowi. Ten kręcił głową z dezaprobatą: „Kochaneńki, zastrzelą cię tam jak psa”.

Niestety miał rację. Barsow po powrocie spędził kilka miesięcy w obozie, a potem został rozstrzelany. Jak twierdził jeden z najbardziej znanych uciekinierów z ZSRR, kagiebesznik pułkownik Władimir Pietrow, dyplomaci, którzy namawiali Barsowa do powrotu, doskonale wiedzieli, że sowiecki wymiar sprawiedliwości skazał obu pilotów zaocznie na najwyższy wymiar kary, ale rzecz jasna zataili to przed Barsowem. Kilka lat później w Moskwie na konferencji prasowej przedstawiony został niejaki Barsow, który opowiedział, że spędził kilka lat w łagrach w Workucie i Omsku, a teraz pracuje jako elektromonter. Konferencja była ewidentną „ustawką”, mającą podważyć rozpowszechnioną przez Pietrowa na Zachodzie wersję o straceniu Barsowa, toteż nikt w nią nie uwierzył.

Pirogow skończył studia, podjął współpracę z Radio Liberty, a także pracował jako wykładowca uniwersytecki (specjalność lingwistyka). Ożenił się z Rosjanką, córką przedrewolucyjnych emigrantów. Zmarł w 1987 r. w Waszyngtonie.

Protest świecki i cerkiewny

30 września. Chcesz nauczyć kilkuletnie dziecko strzelać? Nie ma problemu: wbijasz na festiwal Rosgwardii w Moskwie „Bezpieczne miasto”, a tam specjaliści już wiedzą, jak wyedukować pociechę. Wiadomo, czym skorupka za młodu nasiąknie, tym w późniejszym wieku (roz)trąci antyrządowe demonstracje. Takie jak na przykład te odbywające się w Moskwie latem, gdy na ulice wyszły tysiące ludzi domagających się przywrócenia na listy wyborcze opozycyjnych kandydatów, skreślonych przez Centralną Komisję Wyborczą na podstawie naciąganych i jawnie sfałszowanych powodów. Podczas tych demonstracji zatrzymano setki ludzi, teraz wybiórczo niektórzy mają stanąć przed sądem pod równie naciąganymi zarzutami (np. jeden z uczestników ma być skazany za rzekome rzucenie w policjanta plastikowym kubeczkiem).

Festiwal Rosgwardii miał na celu nie tylko wyszkolenie przyszłych pokoleń w obchodzeniu się z bronią, ale przede wszystkim zademonstrowanie wyposażenia oddziałów prewencji. Wygląda na to, że miasto ma być bezpieczne przede wszystkim dla funkcjonariuszy gwardii, rozpędzających protesty. Jak pisze „Komsomolskaja Prawda” w entuzjastycznym reportażu z wydarzenia (https://www.kp.ru/daily/27035.5/4099720/), funkcjonariusze będą wyposażeni między innymi w sprzęt rejestrujący to, co się dzieje w ich bezpośredniej bliskości. Dzięki temu usprawnieniu i podłączeniu urządzeń do baz danych, gwardziści podczas nielegalnych zgromadzeń natychmiast wychwycą ludzi, którzy już kiedyś byli na takiej demonstracji. Dostaną też na wyposażenie odpowiednie pojazdy. Gazeta z niecierpliwością oczekuje wprowadzenia tych nowości, które umożliwią funkcjonariuszom zadanie bobu warchołom, łamiącym ustawę o zgromadzeniach publicznych.

Impreza odbywała się w dniu, gdy na prospekcie Sacharowa trwał wiec opozycji pod hasłem „Wypuść”. Został zorganizowany w obronie ludzi skazanych (lub oskarżanych) za udział w protestach lub za działalność opozycyjną (jak pisze Iwan Dawydow w „The New Times”, „w żadnym razie nie wolno nam zapominać o tych, którzy siedzą skazani w sfabrykowanych procesach ani o tych, którzy czekają na proces [oskarżeni o to, że] swoim bezczelnym spojrzeniem zranili funkcjonariusza Rosgwardii”). Tym razem zgromadzenie było legalne, miało pozwolenie władz. Przemawiali politycy (m.in. Aleksiej Nawalny). „My się nie boimy” – krzyczano z trybuny. Na wiec przyszło 25 tysięcy ludzi.

W obronie niesłusznie prześladowanych uczestników protestu wystąpiło 39 duchownych Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. 18 września na portalu „Prawmir” opublikowali oni list otwarty w obronie zatrzymanych, sądzonych i skazywanych na wysokie wyroki pozbawienia wolności uczestników letnich demonstracji w Moskwie (https://www.pravmir.ru/otkrytoe-pismo-svyashhennikov-v-zashhitu-zaklyuchennyh-po-moskovskomu-delu/). Wyrażali w nim duszpasterską troskę o losy niewinnie represjonowanych. List został dostrzeżony i powitany z radością przez przedstawicieli społeczeństwa obywatelskiego. W komentarzach dominowała opinia: ci duchowni uratowali honor Cerkwi, której hierarchowie wyłącznie obsługują interesy Kremla.

Sygnatariusze listu nie konsultowali swoich działań ze zwierzchnością. Po kilku dniach pojawiły się doniesienia, że są oni wzywani przez hierarchów „na rozmowy”, po czym piszą noty wyjaśniające swoje postępowanie. Przedstawiciel Patriarchatu Moskiewskiego wystąpił z oświadczeniem, że podpisanie listu to nie działalność w obronie praw człowieka, a mieszanie się do polityki. Co, jak można wywnioskować, stoi w sprzeczności z linią hierarchii cerkiewnej (która wprawdzie do polityki miesza się nieustannie, ale po „właściwej” stronie).

Pogonić szamana

25 września 2019. Szedł szaman Aleksandr Gabyszew z Jakucji na Moskwę, by wygonić złe moce z Kremla. Szedł, po drodze rozmawiał z ludźmi, opowiadał im, jak chce zmienić Rosję, oni opowiadali mu, co ich boli, wspierali. Władza tego nie wytrzymała: w zeszłym tygodniu szamana aresztowano (pisałam o tym na blogu: https://labuszewska.pl/marsz-szamana-na-kreml/).

Nazajutrz po zatrzymaniu Gabyszew został przewieziony do Jakucka, gdzie umieszczono go w klinice psychiatrycznej. „Reanimowano stare dobre metody wsadzania oponentów politycznych do psychuszki” – rozbrzmiały masowymi komentarzami media społecznościowe. Podano do wiadomości, że szaman został zatrzymany pod zarzutem „wezwań do ekstremizmu”, poważny paragraf z poważnymi konsekwencjami. W psychuszce Gabyszew przebywał niedługo, zaraz po wypuszczeniu (jako sankcję zastosowano zakaz opuszczania miejsca pobytu) wystąpił z oświadczeniem, że był traktowany dobrze, wszyscy przedstawiciele organów ścigania, z którymi miał do czynienia, zachowywali się przyzwoicie. Mówił tak, jak gdyby odczytywał oficjalny komunikat podyktowany przez naczelnika zakładu karnego. Liczni komentatorzy dopatrzyli się w tym efektu targu: szaman się wycofuje z planu, zwija żagle i zachowuje się biernie i wiernie, za co władze wypuszczają go z psychiatryka, ale trzymają pistolet przy skroni w postaci dochodzenia z artykułu 280 kk zagrożonego wysoką karą pozbawienia wolności.

Amnesty International uznała szamana za więźnia sumienia i zaczęła się domagać jego uwolnienia od absurdalnych zarzutów: „Gabyszew – podobnie jak inni obywatele – ma prawo do swobodnego wyrażania swoich politycznych poglądów, a także do sprawowania religijnych obrzędów”. W obronie Gabyszewa niesłusznie sponiewieranego wystąpiła też grupa mieszkańców Jakucji, którzy zaczęli zbierać podpisy pod petycją w sprawie uwolnienia go od zarzutów. Na razie podpisało się około tysiąca osób.

Szaman wezwał swoich zwolenników do rozejścia się. Ale nie wszyscy posłuchali. Jak informuje Radio Swoboda, kilku spośród 21 przybocznych Gabyszewa kontynuowało marsz na Moskwę. Zostali zatrzymani podczas noclegu w Irkucku. Według internetowej gazety Znak.com zwolennikom Gabyszewa propozycję nie do odrzucenia [aby się rozejść] złożyły zielone ludziki. „Zwinęli nas, zawieźli na posterunek i tam dobitnie wytłumaczyli, że nasze działania noszą znamiona zamachu na system polityczny i żebyśmy tego zaniechali, bo nas oskarżą o terroryzm, a to negatywnie wpłynie na sytuację szamana” – opowiedział Aleksiej z grupy wsparcia.

Czy to koniec historii niezwykłego wyzwania, jakie rzucił władzy szaman z Jakucji? W jakuckich mediach pojawiły się informacje, że Gabyszew znalazł naśladowcę: misję chce podjąć inny szaman, Aleksandr Barczachow. Zaraz jednak pojawiło się dementi…

Marsz szamana na Kreml

19 września 2019. Szaman z Jakucji, Aleksandr Gabyszew, od kilku miesięcy jest ulubieńcem mediów społecznościowych. W marcu tego roku z wózeczkiem, na którym wiezie namiot i skromne wyposażenie podróżne, wyruszył z Jakucji na piechotę do Moskwy. Wyznaczył sobie jasny cel: dotrzeć do rosyjskiej stolicy w sierpniu 2021 roku, stanąć pod murami Kremla i użyć wielkich swych mocy, aby wygnać stamtąd „ciemne siły” z Putinem na czele.

Szaman po drodze nie próżnował, rozmawiał z setkami kierowców, którzy masowo zatrzymywali się na jego widok przy trasie, prosili o wspólne zdjęcie, autograf, wyjaśnienie celu wyprawy, sami opowiadali o swoich problemach, zapewniali o wsparciu dla szamańskiej inicjatywy. Wiele z tych rozmów zarejestrowano i umieszczono w internetach (głównie na kanale Youtube). Zebrały kilka milionów odsłon.

Aleksandr ma 51 lat. Pochodzi z Jakucka, z wykształcenia jest historykiem (ukończył Jakucki Uniwersytet Państwowy), ale nigdy nie pracował w zawodzie. Kim był zatem? A kim popadnie, jak znalazł pracę na budowie, to spawaczem, jak praca się kończyła, zatrudniał się jako dozorca albo palacz.
Dziennikarzowi Radia Swoboda, który spotkał go na trasie, szaman wyłuszczył swój program i pogląd na świat: „W demokracji nie może być strachu. A teraz ludzie w Rosji boją się mówić, bo nie chcą stracić pracy. Siła państwa u nas jest demoniczna. Społeczeństwo jest zastraszone. To sztucznie stworzona depresja. Depresję naturalną znachor może wyleczyć jednym gestem, natomiast do pokonania sztucznie wytworzonej depresji muszą być użyte czary. Biały czarownik – taki jak ja – może te zjawiska pokonać. Polityk się w takich wypadkach nie przyda, tylko czary. Państwo rządzone przez tyrana nie pozwala na istnienie demokracji. Putin będzie się bronił, nie odda władzy. Idę do Moskwy, a po drodze dzięki nowoczesnym technologiom wszystkim opowiadam o sobie, o swoich ideach. Nowy porządek nastanie, tak musi być. To ja niosę na plecach nowy świat. Do Moskwy dojdę z całą armią zwolenników”.

Najwidoczniej władze dostrzegły potencjał Gabyszewa. Dziś w nocy w Buriacji przy granicy z obwodem irkuckim kilkudziesięciu uzbrojonych funkcjonariuszy służb mundurowych – nie jest jasne, czy to była policja czy służby specjalne – otoczyło obozowisko, w którym nocował szaman i towarzyszący mu zwolennicy. Gabyszewa wywleczono z namiotu, zapakowano do suki. Na tę chwilę nie wiadomo, gdzie się znajduje. Lokalne media podają, że zatrzymano go pod zarzutem „organizacji grupy o charakterze ekstremistycznym”.

W ubiegłym tygodniu w stolicy Buriacji Ułan-Ude odbyły się akcje protestu, przez trzy dni ludzie przychodzili na główny plac miasta, zgromadzenie rozganiano, uczestników zatrzymywano, a następnego dnia demonstranci ponownie się zbierali. Chodziło o wyniki wyborów mera miasta, które mieszkańcy Ułan-Ude uważali za sfałszowane. Domagali się też wypuszczenia zatrzymanych wcześniej zwolenników szamana Gabyszewa. Spontaniczne wiece ostatecznie ustały po siłowej akcji policji. Najwyraźniej władze uznały, że warchołem, który podburza ludzi do protestów, jest właśnie wędrujący szaman i należy go uciszyć. Wcześniej tak uznali też jego koledzy po fachu z Buriacji. Szamani z organizacji o nazwie Tengeri wyszli na drogę, zatrzymali Gabyszewa i zagrozili, że gdy ten zrobi choć jeden krok w kierunku Moskwy, to przestanie być szamanem. Jakut wzruszył ramionami i poszedł dalej. Ale Ułan-Ude ominął. Kilka tygodni wcześniej był natomiast gościem w mieście Czyta, gdzie zorganizował wiec. Przyszło siedemset osób. Główne hasło: „Rosja bez Putina”.

Wokół sprawy nocnego zatrzymania szamana od samego rana w rosyjskich mediach społecznościowych trwa wielka burza. Opozycjonista Lew Rubinstein napisał: „Najstraszniejsze nie jest wcale to, że oni [władze] przeprowadzili operację mającą na celu izolację szamana. Różnych ludzi przecież zamykają, oskarżając o brak równowagi psychicznej. […] Najgorsze jest demonstracja ich [władz] poziomu cywilizacyjnego. Oni naprawdę widzą zagrożenie dla siebie w kampanii szamana. Oni naprawdę wierzą w szamanów, czarowników i wróżbitów. Oni naprawdę wyznają cargo cult, rytualnie i strasznie nieudolnie imitując różne instytucje cywilizowanego świata: parlament, wybory, sądy itd. Oni sami są poganami-szamanistami. Nie na żarty wystraszyli się szamana: a co jeśli ten szaman ma przełożenie na silne duchy, silniejsze niż ich szaman. Lepiej się zabezpieczyć”.

Inny komentator wzywa do zebrania pieniędzy na bilet samolotowy dla Gabyszewa: „Niechże już szybciej przyleci do Moskwy, po co zwlekać do 2021 roku”.

Rosja sierpniowa, część czwarta i ostatnia

31 sierpnia. Poprzednią część, traktującą o tajemniczym wypadku na poligonie w pobliżu Siewierodwińska, zakończyłam zarysowaniem ciekawego wątku medycznego (rozwinę go w dalszej części tekstu). To, w jaki sposób władze cywilne i wojskowe potraktowały temat ofiar tragicznej awarii jest znakomitym przyczynkiem do rozważań o efektywności systemu i metodach jego postępowania w sytuacjach kryzysowych.

Wspomniałam w części trzeciej opowieści o Rosji sierpniowej, że polityka informacyjna rosyjskich władz jako żywo przypominała „schemat czarnobylski”: brak informacji, dementi na wszelki wypadek, skąpa informacja, łgarstwo i takie kółeczko kilka razy. Cel? Być może ukryć, że na poligonie testowano coś, co jest zabronione traktami międzynarodowymi.

Wiaczesław Dokuczajew, ekspert ds. fizyki jądrowej Rosyjskiej Akademii Nauk, skomentował w Radiu Moskwa sytuację, próbując zrozumieć, dlaczego władze milczą lub kłamią i dlaczego po wybuchu na poligonie wyłączono w Rosji stacje monitorujące tło radiacyjne (wspominałam o tej okoliczności już w poprzedniej części (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/08/29/rosja-sierpniowa-czesc-trzecia/): – To takie trywialne. Tam [pod Siewierodwińskiem] odbywają się przecież sekretne próby. Jeżeli przekazywać wszystkie komunikaty o pomiarach, to na ich podstawie można odtworzyć, jaką próbę przeprowadzono. A skoro to jakaś tajna broń, to Rosja nie chce pokazywać, nad czym pracuje. Dlatego dane otrzymywane ze stacji pomiarowych zostały utajnione. Dopóki nie poznamy tych danych, niczego nie będziemy wiedzieć. Proszę sobie przypomnieć o Czarnobylu. Powtórka z rozrywki”.

Wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow w „czarnobylskim stylu” pospieszył zapewnić, że przekazywanie innym państwom danych ze stacji monitorujących próby jądrowe jest dobrowolne. A zatem, Rosja nic nie musiała podawać do wiadomości, Rosja nie łamie żadnych układów i Rosja dotrzymuje zobowiązań. Czy na pewno? Można przeczytać tekst traktatu i stwierdzić, że w punkcie dziewiątym części pierwszej zostało zapisane, że każdy z krajów sygnatariuszy zobowiązuje się/jest zobowiązany do przekazywania informacji o radionuklidach na swoim terytorium (https://www.ctbto.org/fileadmin/user_upload/legal/treaty_text_Russian.pdf).

Jeszcze jedno spostrzeżenie komentatorów wydaje mi się godne przytoczenia: wiatry znad Siewierodwińska wiały na początku sierpnia w bezpiecznym dla władz Rosji kierunku, to znaczy zepchnęły obłok radioaktywny nad terytorium Rosji. „Gdyby zwiały tę chmurę pełną cezu-137 nad Europę, rozmowy Putina i Macrona we Francji odbyłyby się w zupełnie innej atmosferze”.

A teraz jeszcze słów kilka o stronie medycznej. Kilka, może kilkanaście osób zostało poważnie rannych. Przewieziono je do szpitali. W ramach trzymania wszystkiego, co związane z wybuchem pod Siewierodwińskiem, w głębokiej tajemnicy lekarzom i ratownikom, którzy mieli udzielić pomocy ofiarom, nie powiedziano, że podczas eksplozji doszło do skażenia promieniotwórczego. W związku z powyższym personel medyczny nie miał początkowo odpowiedniej odzieży, sprzętu ani nawet podstawowych środków dezaktywacyjnych. Nie zastosowano też przewidzianych w wypadku skażenia procedur oddzielenia napromieniowanych pacjentów od reszty ludzi leczonych w szpitalach (np. wożono ich wózkiem po korytarzach, na których siedzieli inni pacjenci, używano sprzętu przeznaczonego dla wszystkich, operowano w ogólnych salach operacyjnych , dezaktywację przeprowadzono dopiero następnego dnia). Lekarz, który miał do czynienia z ofiarami wypadku na poligonie, tak relacjonował przebieg zdarzeń dziennikarzom portalu „Meduza”: Przywieźli pacjentów w ciężkim stanie. Pytaliśmy, czy nie są napromieniowani. „Nie, wszystko w porządku, przystępujcie do pracy”. Jeden z pacjentów miał złamany kręgosłup i zmiażdżone biodro. Położyliśmy go natychmiast na stół operacyjny. W czasie operacji przywieźli wreszcie z opóźnieniem dozymetry, których nie mieliśmy w szpitalu. Jak zmierzyli poziom radiacji, to w pośpiechu wybiegli z sali. To było groźne promieniowanie beta. Dopiero nazajutrz wojsko przeprowadziło dezaktywację. […] W organizmie jednego kolegi stwierdzono cez-137, to groźny izotop, znacznie podwyższa ryzyko choroby nowotworowej. A to młody człowiek, jego żona jest w ciąży. Zaczęli go wypytywać, gdzie był na urlopie. Powiedział, że w Japonii. „A to najadł się pan krabów z Fukushimy, dlatego ma pan podwyższone normy cezu”.

I jeszcze jeden wątek, który cały czas monitorują eksperci. Co tak naprawdę wydarzyło się na poligonie? Jedna z wersji mówi: próba z nową bronią, być może to „Buriewiestnik”, nowa groźna rakieta. Może. A może to „Scyt”? Może i „Scyt”, choć to mniej prawdopodobne. Są i inne wersje. Według źródeł Radia Swoboda, awaria, w wyniku której doszło do wybuchu i skażenia, nie miała bezpośredniego związku z testem nowej broni. Najprawdopodobniej wypadek zdarzył się podczas próby podniesienia z dna morskiego rakiety „Buriewiestnik”, która zaległa na dnie Zatoki Dwińskiej podczas nieudanych ćwiczeń w listopadzie 2017 roku lub w październiku 2018. Rosyjskie władze nie potwierdzają żadnej z prób wyjaśnienia okoliczności awarii.