Koniec ery Nazarbajewa

10 stycznia. Wydarzenia w Kazachstanie zaskoczyły wszystkich, z samym Kazachstanem włącznie. Zaczęło się od pokojowych demonstracji w Żanaozen 2 stycznia, potem protest przeniósł się do innych ośrodków miejskich, przerodził w protest polityczny, potem na ulicach pojawiły się bandy maruderów, dochodziło do rozbrajania (się) policji i wojska, prezydent Tokajew nazwał wystąpienia operacją terrorystyczną i wezwał siły Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) na pomoc (scenariusz pierwszych dni stycznia opisałam w rubryce „Rosyjska ruletka” https://www.tygodnikpowszechny.pl/antyrzadowe-protesty-w-kazachstanie-170240).

Siły OUBZ przybyły w trybie natychmiastowym. Aby można było interwencję obcych wojsk do tłumienia zamieszek ubrać w pozór działania zgodnego z literą traktatu (który dopuszcza wysłanie wojsk sojuszniczych jedynie w przypadku zewnętrznej agresji na jednego z sygnatariuszy), naprędce wymyślono legendę o napaści na Kazachstan 20-tysięcznej zorganizowanej grupy terrorystów. Tokajew, który na początku próbował rozmawiać z protestującymi po ludzku, obiecał zniesienie (jak się potem miało okazać – jedynie czasowe) podwyżek, zmienił ton i kazał strzelać do ludzi na ulicach. A gdy okazało się, że nie ma do dyspozycji wystarczających sił, aby obronić swoją władzę, zadzwonił do Putina. Prośba o pomoc została momentalnie wysłuchana i wprowadzona w życie.

Legenda o ataku międzynarodowych terrorystów nie trzyma się kupy i pruje się w wielu miejscach, odsłaniając gołe kłamstwo. Brak informacji (przez kilka dni w związku z wprowadzeniem stanu wyjątkowego odłączono łączność i internet) nie pozwala na razie na dokładną rekonstrukcję wydarzeń i stwierdzenie na przykład, kim byli i z czyjego poduszczenia działali ludzie rabujący sklepy i podpalający budynki administracyjne. A to wiele by wyjaśniło. Można natomiast wywnioskować, że nie byli to ludzie z zewnątrz, którzy napadli na Kazachstan.

Na dzisiejszym posiedzeniu rady szefów OUBZ drżącym głosem Kasym-Żomart Tokajew powtarzał legendę o międzynarodowym terroryzmie, zagranicznej inspiracji, sprawstwie i kierownictwie oraz zewnętrznym finansowaniu protestów. Nie przedstawił żadnych dowodów. Nawet nie wymienił nazwy państwa, z którego rzekomo napaść miała nastąpić. Brnął dalej w legendę: owe mityczne 20 tysięcy zagranicznych terrorystów opanowało miasta, zostali oni rozgromieni przez nagle lojalne siły porządkowe. Gdzie ciała? Nie ma ich. A wiecie Państwo, dlaczego nie ma ciał? Bo pozostali przy życiu terroryści napadali na kostnice i porywali stamtąd zwłoki swoich towarzyszy. Jakieś choćby jedno potwierdzenie? Brak.

Prezydent Putin z pełnym zrozumieniem przyklasnął wersji kazaskiego kolegi. Dodał od siebie, że najwyraźniej w Kazachstanie próbowano zrealizować scenariusz „jak z Majdanu”. Trauma Putina odniesiona w latach 2013-2014, gdy na kijowskim Majdanie Ukraina walczyła w rewolucji godności, ciągle tnie sen rosyjskiego prezydenta na kawałki, burzy spokój i trzeźwość myśli. Putin wyznał, że interwencja sił OUBZ, w których większość stanowią jednostki rosyjskie, nastąpiła po tym, jak usłyszał od prezydenta Tokajewa prośbę o pomoc: „W naszych rozmowach telefonicznych prezydent mówił mi, że ludzie bez przerwy do niego dzwonili, prosili, aby obronił ich przed bandytami”. Ciekawe, czy naprawdę tak łatwo każdy obywatel może dodzwonić się do prezydenta Tokajewa…

Wysyłając wojsko do Kazachstanu Putin pokazał, że jest „żandarmem Eurazji”, to on podjął ambitną grę o to, aby zagraniczni partnerzy uznali jego wyłączne prawo do bycia gwarantem spokoju w regionie Azji Centralnej. Chiny zachowały daleko idący dystans, nie wtrącały się, nie komentowały. Wielu komentatorów przypuszcza, że Putin musiał konsultować wysłanie sił OUBZ z Pekinem i dostał zielone światło.

Gra o Kazachstan dała Putinowi atu do ręki – teraz władze Kazachstanu są w pełni uzależnione od Moskwy. Jak napisał w analizie ekspert OSW Krzysztof Strachota, „Najważniejszą konsekwencją kryzysu jest radykalne osłabienie międzynarodowej pozycji Kazachstanu. Przede wszystkim traci on pozycję państwa stabilnego i rozwijającego się w sposób zrównoważony, efektywnie lawirującego pomiędzy Rosją, Chinami i Zachodem, o trudnym do przecenienia potencjale stabilizującym region. W obecnej sytuacji – i co najmniej w krótkoterminowej perspektywie – Federacja Rosyjska zdobywa pozycję bezpośredniego gwaranta stabilności państwa i jego władz oraz zwiększa swój wpływ na strategiczne instytucje Kazachstanu czy rozgrywki personalne. Jednocześnie znacząco podnosi swoją pozycję wobec sojuszników/klientów z OUBZ i oponentów na obszarze WNP, wobec Chin (potwierdzając swoje znaczenie w Azji Centralnej) i wobec Zachodu, którego możliwości prowadzenia dialogu (a tym bardziej ambitnej polityki) w kontekście pacyfikacji protestów znacznie zmalały. Kazachstan wzmacnia Kreml w rozgrywce o Ukrainę oraz narzucanej Zachodowi (USA, NATO) próbie rewizji postzimnowojennego porządku międzynarodowego” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2022-01-10/kazachstan-interwencja-oubz-i-pacyfikacja-protestow).

Na koniec jeszcze dygresja. Być może, Kasym-Żomart Tokajew wykorzystał protesty do zawalczenia o wyzwolenie się spod wpływów dotychczasowego patrona Nursułtana Nazarbajewa. Zastanawiające jest jednak to, że sam Nazarbajew jest w tym poważnym spektaklu politycznym aktorem niemym. Ba, nawet nie pojawia się na scenie. Nie ma go. Nie wiadomo, co się z nim dzieje. Jego rzecznik prasowy zapewnia, że były prezydent ma się dobrze i jest w kontakcie z Tokajewem. Tokajew usuwa z ważnych państwowych stanowisk kolejne osoby blisko związane z Nazarbajewem, a ten milczy jak zaklęty. Nie wiadomo, gdzie przebywa rodzina Nazarbajewa – może wyjechali za granicę, ale dokąd? Nikt się nie przyznał, że ich widział. Można postawić tezę, że Tokajew wygrał batalię o usamodzielnienie się, istniejący od 2019 r. tandem Tokajew-Nazarbajew właśnie się rozpadł, okres dwuwładzy się skończył. Choć z drugiej strony, nowy okres dwuwładzy właśnie się zaczął: Tokajew już na wstępie oparł swoją władzę na rosyjskich bagnetach i będzie musiał się w podzięce dzielić z władzą z Putinem. A Putin ma apetyt na odbudowanie ZSRR. W wystąpieniu na dzisiejszym spotkaniu z kolegami z OUBZ powiedział wprost: „Nie pozwolimy zdestabilizować sytuacji u nas w domu i nie damy realizować scenariusza tak zwanych kolorowych rewolucji”. U siebie w domu, czyli w Kazachstanie.

Oglądałam reportaż telewizyjny z posiedzenia rady szefów OUBZ – kilka gadających, a niekiedy dukających głów polityków tkwiących w kółku wzajemnej przymusowej adoracji. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to klub satrapów, trzymających się dożywotnio stołków w obawie o utratę wszystkiego w razie spuszczenia choć na chwilę swojego drogiego fotela z oka. Drżą o życie, o zgromadzone majętności. Wszędzie węszą spiski, podejrzewają swoich bliskich współpracowników o zdradę. Nienawidzą swoich społeczeństw, zwłaszcza tych, które – jak społeczeństwo białoruskie, a ostatnio kazaskie – buntują się przeciwko uzurpacji władzy czy niesprawiedliwości systemu i biedzie. Boją się i w tym strachu coraz mocniej dokręcają śrubę obywatelom, a pozostając we własnym gronie, zapewniają się wzajemnie o woli pomocy, klepią po plecach, powtarzają mantrę, że jeszcze nie jest tak źle, jeszcze mają siłę i z tej siły skorzystają, gdy niepokorni zechcą podnieść głowę.

Jeszcze więcej „zagranicznych agentów”

31 grudnia. Przed długimi noworocznymi wakacjami putinizm dokonał mocnego ataku na społeczeństwo obywatelskie: zlikwidowane zostały Międzynarodowy Memoriał i Centrum Praw Człowieka Memoriału, szef karelskiego oddziału Memoriału, badacz zbrodni na uroczysku Sandarmoch Jurij Dmitrijew został skazany na karę 15 lat łagru w sfingowanym procesie, przeprowadzono obławę na kilkoro byłych szefów sztabów Aleksieja Nawalnego, zatrzymano ich pod zarzutem ekstremizmu, wczoraj na listę „agentów zagranicznych” wpisano kolejnych osiem nazwisk dziennikarzy i aktywistów, zaostrza się kontrola nad Internetem, postępuje ograniczanie autonomii uczelni. Na to wewnętrzne zamiatanie ostatnich opiłków demokracji i wolności nakłada się jeszcze generowane przez Kreml napięcie wokół Ukrainy i twardo wyrażane pod adresem Zachodu żądania „gwarancji bezpieczeństwa”, czyli wymuszenia na NATO, USA i UE zobowiązania, że uznają one prawo Rosji do zatrzymania w wyłącznej strefie wpływów obszaru postsowieckiego i zgodzą się na obniżenie poziomu bezpieczeństwa państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Zwykle na Sylwestra pisałam w blogu o tradycjach rosyjskiej nocy noworocznej, filmach serwowanych nieodmiennie w tym czasie w telewizji, daniach zdobiących świąteczny stół. Tym razem pod noworoczną choinkę wjechały jednak kolczaste prezenty od prezydenta – zduszenie sumienia Rosji poprzez zakaz działalności zasłużonego w przywracaniu pamięci historycznej stowarzyszenia Memoriał, zastraszenie i karanie aktywistów, którzy mieli nieostrożność zaangażować się w działalność opozycyjną, nieustanne szykany wobec walczących o swoją niezależność mediów (symboliczne zamknięcie portalu OWD-Info i in.), przyklejanie dziennikarzom łatki „agenta zagranicznego”. Żadna alternatywa polityczna mogąca rywalizować z Kremlem nie ma prawa nawet zakiełkować, a cóż dopiero rozwijać działalność.

Zatrzymam się przy ostatnim punkcie wyliczanki: nadawaniu statusu „agentów zagranicznych” (o Memoriale pisałam już wielokrotnie, ostatnio na łamach TP – https://www.tygodnikpowszechny.pl/duszone-sumienie-rosji-169980, a wczoraj po decyzji o zamknięciu stowarzyszenia w swojej autorskiej rubryce Rosyjska ruletka: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-sad-zdecydowal-o-zamknieciu-stowarzyszenia-memorial-170232; dodam może jeszcze tylko cytat z nowy redakcyjnej opozycyjnego portalu Grani, bo wydaje mi się bardzo trafny: „Symboliczny rewanż NKWD-KGB został zsynchronizowany z antynatowskim ultimatum – próbą rewanżu na arenie międzynarodowej. Wewnętrzna i zagraniczna rozgrywka, represje i agresja są nierozdzielne. Kontrolny wystrzał w społeczeństwo obywatelskie brzmi jak sygnał do ataku. To nie końcowy akord, a uwertura w rytmie marsza”).

Lista „agentów zagranicznych” puchnie. Władze ustawiają pod ścianą kolejne organizacje, media i poszczególnych dziennikarzy. Za pretekst może posłużyć cokolwiek, istotny powód jest jeden: to jednostki, które nie obsługują interesów Kremla i jako takie są dla systemu nie tylko nieprzydatne, ale także groźne. Szerzą wszakże często treści zawierające krytykę władz, a w fazie dojrzałego putinizmu na krytykę już dawno nie ma miejsca. Im więcej władza ma do ukrycia, z tym większą zaciekłością atakuje tych, którzy wyłamują się z nakazanego wspólnego frontu poparcia dla umiłowanego przywódcy.

Wczoraj lista „zagranicznych agentów” wzbogaciła się o osiem nowych pozycji: pisarz, satyryk, publicysta Wiktor Szenderowicz, krytyk sztuki Marat Gelman, członkinie grupy Pussy Riot Nadieżda Tołokonnikowa i Weronika Nikulszyna, redaktor naczelna pisma „Chołod” Taisja Biekbułatowa, dziennikarze Radia Swoboda Jelena Władykina o Iwan Bielajew.

Co oznacza przyklejenie etykietki „agenta zagranicznego”? Pisała o tym Maria Domańska po nowelizacji przepisów rok temu: „O ile przepisy obowiązujące od 2019 r. pozwalały objąć tym statusem dziennikarzy i blogerów, o tyle od 2021 r. jako „agenci” mogą zostać zakwalifikowani ludzie „zajmujący się polityką w interesach obcego państwa lub jego obywateli lub organizacji zagranicznej”. Osoby fizyczne o statusie „agentów” m.in. nie będą mogły być mianowane na urzędy w administracji państwowej i na szczeblu municypalnym. Drugą kategorią podmiotów, które będą mogły być objęte statusem „agenta”, są organizacje niezarejestrowane jako osoby prawne. Dotychczas taki mniej sformalizowany rodzaj działalności stanowił jedną z częściej wykorzystywanych furtek pozwalających omijać restrykcyjne przepisy wymierzone w „agentów”. Na wymienione powyżej podmioty zostaje nałożony obowiązek zgłoszenia się do rejestru „agentów zagranicznych” i składania regularnych sprawozdań do Ministerstwa Sprawiedliwości na temat swojej aktywności oraz rozliczeń finansowych, przy czym obciążenie z tego tytułu jest o wiele większe niż w przypadku osób i organizacji spoza tej listy. Istnieją też praktycznie nieograniczone możliwości nękania „agentów” przez organy kontrolno-nadzorcze. Środki masowego przekazu, w przypadku rozpowszechniania przez nie informacji na temat „agentów zagranicznych” lub materiałów przez nich przygotowanych, zobowiązano do każdorazowego wspominania o przypisanym danemu podmiotowi statusie „agenta” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/komentarze-osw/2021-02-18/dokrecanie-sruby-represyjne-ustawy-putina).

W czasach Stalina stosowano kategorię „wroga ludu” – to było jak wyrok, wróg ludu wypadał na margines społeczeństwa, tracił wszystko, często także życie. Łatka „agenta zagranicznego” teraz zamyka jej posiadaczom drzwi, ustanawia podział na tych, co grają w drużynie błagonadiożnych i tych, co kombinują coś w interesach obcych państw, a więc są z definicji podejrzani. Trzeba się im przyglądać, a za każde uchybienie surowo karać.

Szenderowicz zapowiedział, że zastosuje się do wymogów, będzie składał sprawozdania, oznaczał swoje publikacje formułką o statusie agenta. Tołokonnikowa natomiast w firmowym stylu napisała: „Niech sobie własną d*pę oznaczą”.

*

Stary, trudny rok 2021 dobiega końca, życzę Państwu, aby Nowy Rok 2022 przyniósł nowe nadzieje i aby ich nie zawiódł.

Rozszerzone kolegium ministerstwa wojny

21 grudnia. W okazałym budynku w stylu stalinowskim, zajmowanym przez ministerstwo obrony Rosji odbyło się dziś rozszerzone kolegium tego resortu z udziałem prezydenta Putina. WWP wygłosił ostry speech, okraszony obficie wymownym wzruszeniem ramion po niemal każdym wypowiadanym zdaniu. Ta wyniesiona z leningradzkiego podwórka maniera towarzyszy prezydentowi w momentach, gdy wygłasza on kontrowersyjne kwestie lub prowadzi polemikę na odległość z – przeważnie zachodnimi – adwersarzami. To wzruszenie ramion podkreśla, że stanowisko strony przeciwnej jest głęboko niesłuszne, a słuszność jest i zawsze była po stronie Rosji. Dzisiejsze wystąpienie na rozszerzonym kolegium było rozszerzonym komentarzem do wystosowanego przez Moskwę pod adresem „kolektywnego Zachodu” bezpardonowego ultimatum w kwestiach bezpieczeństwa: zero Ukrainy w NATO, zero wojsk USA w Europie Środkowej, zero czasu do namysłu. Tylko bez sankcji, drodze zachodni partnerzy…

„W razie kontynuowania agresywnej linii zachodnich kolegów sięgniemy po adekwatne środki wojskowo-techniczne, będziemy ostro reagować na wszelkie nieprzyjazne kroki. Rosja ma do tego pełne prawo”, bo to kroki, mające zapewnić bezpieczeństwo i suwerenność kraju – dowodził WWP. Wyliczał, ile może lecieć rakieta na Moskwę z terytorium państw Europy Środkowej, ile z Ukrainy i jakie to stanowi zagrożenie dla Rosji. Powiedział też, że ma już dosyć manipulacji Zachodu, który prowadzi działania na terytoriach oddalonych o tysiące kilometrów. „Bo gdy im przeszkadza prawo międzynarodowe i statut ONZ, mówią, że to przestarzałe i niepotrzebne, a gdy to odpowiada ich interesom, to zaraz powołują się na normy prawa międzynarodowego”. Rosja, oczywiście, zdaniem Putina, zawsze działa z poszanowaniem prawa międzynarodowego (co dobitnie zaprezentowała w 2014 roku, anektując Krym i rozpalając zarzewie wojny w Donbasie, a wcześniej wkraczając w 2008 r. do Gruzji).

Po wysmaganiu Zachodu biczem oskarżeń Putin zapewnił o swoich pokojowych zamiarach. Powiedział, że wysłana do Brukseli i Waszyngtonu lista żądań, w tym gwarancji nierozszerzania NATO na wschód, nie jest ultimatum, ale Moskwa będzie się domagać natychmiastowego udzielenia na nie „jasnej odpowiedzi”. Specyficzne pojmowanie tego, czym jest ultimatum: to, jak powszechnie wiadomo, wysunięcie warunków i domaganie się bezwarunkowego ich wypełnienia przez stronę przeciwną, do tego często z wyznaczeniem granic czasu. Czyli to, co robi Moskwa, wystosowując (i publikując!) tekst z żądaniami do wykonania bez żadnych zobowiązań ze swej strony jest klasycznym ultimatum. Jak powiedział publicysta Siergiej Nowoprudski w audycji Radia Swoboda: „Rosja w odpowiedzi nie bierze na siebie żadnych zobowiązań. Nie mówi, że jeśli nie przyjmiecie Ukrainy do NATO, to Rosja wyjdzie z Donbasu. Rosja nie mówi, że nie będzie rozmieszczać baz wojskowych na postsowieckim terytorium [swoją drogą to ciekawe, jak zareagowałby Kreml, gdyby Amerykanie powiedzieli: Rosja nie może rozmieścić żadnej bazy w Kirgistanie albo Armenii]. Kolektywny Zachód nie dowiaduje się, co zyska, jeżeli zgodzi się na te propozycje. […] Po co Rosja to robi? Albo dla podjęcia ostrego politycznego targu, albo dla usprawiedliwienia możliwej gorącej, lecz umiarkowanej wojny w nadziei na to, że zajęty walką z pandemią i targany wewnętrznymi sprzecznościami kolektywny Zachód nie zareaguje odpowiednio mocno na wtargnięcie Rosji na terytorium Ukrainy, która wydaje się najbardziej prawdopodobnym obiektem agresji”.

„Konflikty zbrojne to nie nasz wybór, my chcemy rozwiązywać problemy na drodze polityczno-dyplomatycznej” – zapewnił prezydent Putin w wystąpieniu na dzisiejszym kolegium. Ale przy tym nie powiedział, co Moskwa ma w rękawie, jeśli Zachód nie zastosuje się do żądań. (W tej kwestii polecam analizę Marka Menkiszaka na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2021-12-20/rosyjski-szantaz-wobec-zachodu).

Rozwinął niedopowiedzenie minister obrony Siergiej Szojgu. Oświadczył on, że współpraca wojskowa Ukrainy i NATO stanowi zagrożenie dla Rosji. I że w strefie konfliktu w Donbasie „znajduje się 130 członków pewnej amerykańskiej firmy militarnej, którzy szykują prowokację z komponentami chemicznymi”. W licznych, zwłaszcza ukraińskich, komentarzach po wystąpieniu ministra powtarzała się obawa, że rzekomo przygotowywany przez rzekomych Amerykanów w Donbasie rzekomy atak chemiczny będzie „prowokacją gliwicką”, która da asumpt do rozpoczęcia działań zbrojnych.
Swoje wystąpienie minister zakończył długim passusem, jak dobrze wyposażona w nowoczesne uzbrojenie jest rosyjska armia.

Wielu komentatorów rozpatruje najnowszą awanturę Putina na arenie międzynarodowej w kontekście narastającego problemu z tranzytem władzy (decyzja, czy będzie operacja „Następca”, czy Putin znowu w 2024 r. wystawi swoją kandydaturę i zabetonuje kruszący się gmach putinizmu, jeszcze na Kremlu nie zapadła) oraz zapewnienia bezpieczeństwa własności członków putinowskiej ekipy. Jak ćwierkają moskiewskie wróble, Putin dopuszcza taką możliwość, że Zachód będzie go chciał obalić. Stąd ucieczka do przodu, próba zastraszenia Zachodu, Ukrainy, Gruzji itd.; rozmowa z pozycji siły.

Za dwa dni ma się odbyć wielka konferencja prasowa Putina, moskiewski Maneż jest już przygotowany na przyjęcie dziennikarskiej braci. Temat stosunków z Zachodem, tekstu ultimatum, sytuacji na Ukrainie zapewne zostanie w trakcie spotkania poruszony.

I znowu ten Sokurow

11 grudnia. Kalendarz prezydencki przewiduje raz do roku spotkanie z Radą ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka (organ doradczym przy prezydencie, stojący na straży praw człowieka i zabiegający o rozwój inicjatyw społecznych). Kilka lat radę opuściło wielu znanych ludzi kultury, publicystów i obrońców praw człowieka w ramach protestu przeciwko uciszaniu inicjatyw obywatelskich i duszeniu demokracji przez Kreml. Pozostał dworski rytuał fasadowej instytucji, który ma spłoszonym obywatelom pokazywać, z jaką troską Władimir Putin pochyla się nad ich problemami.

Tegoroczne spotkanie odbyło się 9 grudnia w trybie online. Choć jakiś czas temu Putin zapewniał, że jest zaszczepiony trzema dawkami antycovidowych szczepionek, a nawet jednym eksperymentalnym preparatem zapylił sobie nos, to nadal unika spotkań z niepewnym gremium przy prezydialnym stole. Członkowie Rady siedzieli zatem przed ekranem komputera i widzieli prezydenta z dala przez szybkę. W relacjach telewizyjnych zaprezentowano jedynie te wypowiedzi, które nie naruszyły dobrego samopoczucia prezydenta – cytowano przede wszystkim samego Putina, poruszonego losem obywateli nabieranych przez oszustów czy chorych dzieci, wymagających specjalistycznego leczenia. Była też mowa o bezdomnych i wprowadzaniu/niewprowadzaniu kodu QR dla zaszczepionych przeciw Covid19 w świetle praw obywatelskich. A nawet o torturach w aresztach śledczych i koloniach karnych (temat wypłynął jesienią dzięki projektowi Gulagu.net https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-na-torturach-169350, a ostatnio został przedstawiony w filmie przez popularnego dziennikarza i blogera Jurija Dudia). Pisarz, historyk i publicysta Nikołaj Swanidze podniósł kwestię najazdu na stowarzyszenie Memoriał, poprosił, aby władze jeszcze raz przemyślały strategię przyznawania statusu „agenta zagranicznego” generalnie, a Memoriałowi w szczególności. Putin zareagował na zgłaszane sprawy do rozwiązania dość spokojnie, notował, obiecywał zbadanie itd.

Spotkanie trwało, słuszne słowa padały i gdy pod koniec drugiej części pięciogodzinnego posiedzenia już zanosiło się na spokojne odfajkowanie wydarzenia, głos zabrał reżyser Aleksandr Sokurow („Moloch”, „Rosyjska arka”, „Faust”, „Aleksandra”, „Cielec”). Jak się znowu miało okazać – mąciciel prezydenckiego spokoju. W grudniu 2016 r. podczas spotkania Putina z twórcami kultury Sokurow upomniał się o wolność dla więzionego na podstawie fałszywych politycznych oskarżeń ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/05/rosyjskie-milosierdzie-wedlug-putina/); jego wypowiedź wywołała burzę i wyprowadziła Putina z równowagi.

Podobnie było i tym razem. Sokurow poruszył kilka tematów, o których Putin wolałby nie mówić. W katalogu trudnych spraw znalazła się sytuacja na Kaukazie. Reżyser stwierdził, że tamtejsze republiki znajdujące się w składzie Federacji Rosyjskiej, prowadzą własną politykę, mają własne prawa, własne armie, toczą między sobą wojny, jak np. ta o pograniczne tereny między Inguszetią a Czeczenią. Jego zdaniem w Czeczenii istnieje kalifat, co jest niedopuszczalne w ramach wspólnego rosyjskiego państwa. Wezwał, aby „wypuścić” z federacji tych, którzy nie chcą w niej być. Sokurow zauważył: dość biedny kraj jak Rosja po pańsku wydaje pieniądze na utrzymanie Białorusi, Osetii Południowej, Abchazji. Upomniał się o siedzących za poglądy polityczne opozycjonistów, prześladowanych aktywistów, dyskryminowane NGO z nadużywaną ostatnio łatką „agenta zagranicznego”.

Putinowi wystąpienie Sokurowa się nie spodobało – zanegował prawdziwość twierdzeń o tym, że Kaukaz chce opuścić federację, powołując się na wyniki ostatniego głosowania o nowelizacji konstytucji. Nazwał słowa Sokurowa „manifestem pewnej części społeczeństwa”, który stanowi zestaw problemów i obaw. „Chce pan nas przemienić w Moskowię? W NATO tak właśnie chcą zrobić” – polemizował Putin. Zaprzeczył, jakoby Białoruś znajdowała się na garnuszku Rosji. Zarzucił reżyserowi, że jego słowa były nieprzemyślane. Zaprosił do wizyty i rozmowy. „Dawno się nie widzieliśmy, proszę zadzwonić, proszę przyjść” – zachęcił.

Prezydent w toku wymiany zdań z Sokurowem był coraz bardziej rozdrażniony, zwłaszcza gdy reżyser zaprzeczał jego słowom, wcinał mu się w wywód. Władimir Władimirowicz jest przyzwyczajony do potakiwań ze strony interlokutorów, najwyraźniej kiepsko radzi sobie w dyskusji z oponentem, który nie chce przyznać mu racji.

Dalszy ciąg nastąpił wczoraj i dziś. Sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow określił wypowiedź Sokurowa jako „nieprofesjonalną” – to właśnie miało sprowokować ostrą reakcję prezydenta. Jego zdaniem, „reżyser nie mając odpowiedniego ładunku wiedzy, poruszał ważne, delikatne tematy. A to jest właśnie to, czego prezydent nie toleruje”.
Lider Czeczenii Ramzan Kadyrow zażądał, aby słowa Sokurowa Komitet Śledczy poddał analizie, czy nie są one ekstremistyczne. Zdaniem Kadyrowa, reżyser „pracuje na rzecz amerykańskiego planu rozpadu Rosji”.

Sokurow w wypowiedzi dla agencji Interfax stwierdził, że obawia się, iż będzie miał do czynienia z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości, choć ma nadzieję, że prezydent do tego nie dopuści. A w rozmowie z dziennikarzem Radia Swoboda powiedział: „Bardzo mi przykro, że mój rozmówca nie chciał wniknąć w to, co powiedziałem. Był zupełnie nieprzygotowany na mój tekst. Zwykle Putin dostaje zawczasu teksty wystąpień członków rady, a ja nigdy tekstu nie wysyłam, trudno mu się było zorientować. W tym, co mówiłem, było dużo nowych informacji, pewnie {Putin] nie jest gotów do takiej maniery pracy. Może z przywódcą kraju nie wolno tak rozmawiać, nie wiem. Ale ja nie jestem dyplomatą ani politykiem. Moje wystąpienie wywołało rozdrażnienie i gniew. Przykro mi, nie powinno tak być. Choć przecież rada jest po to, aby wymieniać opinie, różne opinie. Myślałem, że zostanę wysłuchany, tymczasem moje słowa okazały się błędem, mogę przypuszczać, że zapewne słusznie zostanę wykluczony z rady. Trudno. Do rady trzeba wziąć dyplomatów czy polityków, którzy są przyzwyczajeni do procedur […] Okazało się, że różnie patrzymy na problemy kraju”.

Posłuchać wypowiedzi Sokurowa i zobaczyć wyprowadzonego z równowagi Putina można na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=hH_wMIfQ5-o&t=6s