Jeszcze jeden bal u Szatana

22 lutego. Dzień po wygłoszeniu orędzia i w przeddzień Dnia Obrońcy Ojczyzny na stadionie Łużniki w Moskwie odbyła się wielka Z-patriotyczna feta, na której Putin ogłosił, że „cały naród to obrońcy ojczyzny”.

Łużniki były areną wielkiego putinowskiego spędu w zeszłym roku. Świętowano wtedy formalnie ósmą rocznicę przyłączenia do Federacji Rosyjskiej Krymu – 18 marca Kreml uznaje za datę wchłonięcia półwyspu. Mijał niecały miesiąc od rozpoczęcia inwazji. Już było wiadomo, że Blitzkrieg Putinowi nie wyszedł – Kijów się nie poddał, Zełenski nie uciekł, armia ukraińska stawia zaciekły opór. (Opisałam ów „bal u Szatana” w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/03/19/bal-u-szatana/). Po roku od rozpoczęcia inwazji widać, że Putin zamierza nadal prowadzić tę koszmarną wojnę i przekuć ją w narzędzie polityczne, zapewniające mu wieczne trwanie na szczytach władzy. Chyba że znów coś pójdzie nie tak.

Z dużym opóźnieniem Putin zdecydował się na wygłoszenie orędzia przed połączonymi izbami parlamentu. W moskiewskim Gościnnym Dworze ustawiono półtora tysiąca krzeseł. Zasiedli na nich deputowani Dumy i senatorowie Rady Federacji, członkowie rządu, szefowie federalnych agencji, głowy wspólnot religijnych, a także weterani obecnej putinowskiej awantury w Ukrainie. To, o czym mówił Putin, spisałam w autorskiej rubryce „Rosyjska ruletka”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/oredzie-putina-na-wschodzie-bez-zmian-182499.

Dziś tutaj uzupełnię ten wpis o kilka szczegółów. Przyglądałam się uważnie wierchuszce, która przybyła, aby wysłuchać wystąpienia Putina. Wśród zgromadzonych odnotowano kilka istotnych braków. Nie było „wiernego piechura Putina”, głowy Czeczenii Ramzana Kadyrowa. Podobno poleciał do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, często tam bywa, kręci jakieś geszefty, odbywa tajne misje, swoje i nieswoje. Ale że też odważył się nie przybyć do Moskwy w tak ważnym dniu, to ciekawe. Czeczenię reprezentowało dwóch zauszników Kadyrowa: Adam Delimchanow i Magomed Daudow. Ten ostatni prężył się latem ubiegłego roku w Donbasie, aby wykazać, że tylko czeczeńskie bataliony wojują jak należy. Ale chyba niewiele zwojował.

Nieobecny był i Jewgienij Prigożyn, zawiadujący wagnerowcami. Ostatnio się nadmiernie jak na nerwy Kremla rozbrykał. Nie dość, że znowu zaczął mocno krytykować ministerstwo obrony, to jeszcze wystąpił z oskarżeniem, że jego chłopaki specjalnie są „na głodzie”, jeśli chodzi o zaopatrzenie w amunicję. A jak nie mają czym strzelać, to masowo giną. W mediach społecznościowych opublikował bulwersujące zdjęcie przedstawiające stos trupów z równie bulwersującym opisem: ci żołnierze (wagnerowcy) mogliby nie zginąć, gdyby mieli amunicję. Ciekawe, co dalej z Prigożynem.

Kreml pełen jest jak zwykle szeptów o podjazdowych wojnach pomiędzy najważniejszymi urzędnikami. Dlatego tak smaczny kąsek jak nieobecność w Gościnnym Dworze szefa administracji prezydenta Antona Wajno i zastępcy szefa administracji Siergieja Kirijenki, odpowiadającego za podporządkowanie terytoriów odebranych Ukrainie, wzbudził domysły. Czyżby wypadli z łaski? Wajno jest sprawnym administratorem, nie zdradzał do tej pory ambicji politycznych. Co innego Kirijenko, który był przecież już premierem (dawno temu, jeszcze za Jelcyna, krótko) i niewątpliwie chce błysnąć, odnieść sukces, zasłużyć na laury od Putina, dwoi się i troi, aby zabrane ziemie Ukrainy jak najszybciej zniewolić. Jesienią media ukraińskie i europejskie spekulowały, że Kirijenko może być następcą Putina. Nieobecność została zauważona. Podobnie jak brak mera Moskwy, Siergieja Sobianina. Ten absencję tłumaczył chorobą. Komentatorzy w mediach społecznościowych tradycyjnie nabijali się z utytułowanych słuchaczy, którym podczas podniosłego wystąpienia głowy państwa własne głowy opadały. Jak mówią bywalcy okołokremlowskich imprez, przed główną częścią oficjalną jest mały „beforek”, podczas którego można „priniat’ na grud’” małe sto gramów wódeczki albo koniaczku. Albo wielokrotność. No i potem się chce spać, duszno, monotonny głos mówcy i klient gotów. Liderem trendu nieodmiennie pozostaje Dmitrij Miedwiediew.

Dzisiaj na Łużnikach Putin postawił kropkę w orędziu. Ogłosił, że obrońcami ojczyzny są wszyscy Rosjanie, nawet dzieci. O ile w zeszłorocznym show, poprzedzającym inwazję, Putin uczynił odpowiedzialnymi za decyzje wojenne wszystkich swoich najbliższych współpracowników, to teraz krwią mają spływać w jego mniemaniu wszyscy jego poddani. Poddani zgromadzeni na trybunach stadionu przytupywali z zimna, machali masowo flagami Rosji i skandowali „Rosja” i „Putin”. Tło wystąpienia prezydenta stanowili wojskowi, nagrodzeni za udział w wojnie. A właściwie „specjalnej operacji wojskowej” – ta nazwa nadal obowiązuje w oficjalnej nomenklaturze.

A jeśli chodzi o dzieci, które wedle Putina też walczą, to na scenie w pewnym momencie pojawiła się grupka kilku- i kilkunastolatków. Powiedziano, że to dzieci z Mariupola. Tak, tego Mariupola, zrównanego z ziemią przez rosyjską armię. Dzieci przytulały się na polecenie prowadzących koncert do wojskowego, niejakiego „wujaszka Jury”, i dziękowały mu za uratowanie. Putinowskie odwracanie pojęć zyskało nowe, koszmarne oblicze. Wykorzystanie tych nieszczęsnych dzieci do uwierzytelniania podłej, kłamliwej propagandy powinno zostać uznane za kolejną zbrodnię wojenną putinowskiego reżimu.

Publiczność zabawiali sprawdzeni putinowscy estradowi weterani – Grigorij Leps, Dmitrij Diużew, grupa Lube i inni. Wystąpił też jak zwykle w takich imprezach Oleg Gazmanow. Było zimno, więc na scenie śpiewał w kurtce. Uważni obserwatorzy zauważyli, że sprytnie zalepił na przodzie kurtki naszywkę z logotypem producenta – kurtka pochodzi z kolekcji firmy Prada i kosztuje, bagatela, 340 tys. rubli. Nowicjuszem w gronie oddanych putinistów był raper Szaman, który lansuje przebój tej wojny „Ja russkij”. Młode pokolenie podryguje Z-patriotycznie przy tych rytmach.

Sumienie Petersburga i sieć neuronowa

10 lutego 2023. W życie kulturalne Rosji już dawno wplątał się cień. Reżim zaciska kościste dłonie nie tylko na gardle opozycyjnych polityków czy politycznych aktywistów, ale coraz częściej ingeruje w kulturę. Jeśli ktoś nie spełnia wymagań reżimu, próbuje zachować swobodę twórczą lub przynajmniej zwykłą ludzką przyzwoitość, jest sekowany, wdeptywany w błoto, wyganiany z pracy, eliminowany jako element niepożądany w ojczyźnie Z-szczęśliwości.

Niespełna dwa tygodnie temu w Petersburgu, w lokalnej siedzibie partii Jabłoko udostępniono dla zwiedzających wystawę prac Jeleny Osipowej. Mówią o niej „sumienie Petersburga”. Siwowłosa starsza pani jest od wielu lat uczestniczką antyputinowskich protestów – bez jej plakatów trudno wyobrazić sobie działania akcjonizmu obywatelskiego w mieście: przeciw wojnie w Syrii, aneksji Krymu, prześladowaniom za poglądy polityczne. Po agresji Rosji na Ukrainę Osipowa wychodziła na Newski Prospekt z własnoręcznie namalowanymi plakatami. Wzywała do opamiętania, zakończenia wojny. Gdy pojawiała się z kartonami, na których anioły wyśpiewywały hasła w rodzaju „Putin to wojna”, „Pokój” itd., rzucały się na nią rozjuszone zwolenniczki Putina (zwolenników płci męskiej jakoś było mniej) z obelgami, pluły na nią, domagając się natychmiastowej interwencji policji. Tak, czujność wykazują nie tylko organy bezpieczeństwa, ale także „oddziały Putina” czuwające, aby nikt w przestrzeni publicznej nie „dyskredytował rosyjskiej armii” (a tak klasyfikowane są antywojenne wypowiedzi czy hasła umieszczane na plakatach).

Na petersburskiej wystawie policja zjawiła się nazajutrz po otwarciu. Zarekwirowano prace Jeleny Osipowej, mają być przedmiotem dogłębnej ekspertyzy. Biegli mają orzec, czy owe plakaty i obrazy nie dyskredytują armii prowadzącej „specjalną operację wojskową” w Ukrainie. Na podstawie ekspertyzy zostanie powzięta decyzja, czy wszczynać postępowanie administracyjne, a może karne, czy może odstąpić od ścigania 77-letniej malarki i organizatorów wystawy.

Policja zastosowała metodę „na bombę” – patrol przyjechał do siedziby Jabłoka z powodurzekomego anonimowego zgłoszenia o podłożeniu ładunku pod budynek. Rozglądali się po biurze i zupełnie przypadkiem zainteresowali pracami Osipowej wiszącymi na ścianie. Natychmiast też bez dania racji prace zdjęto i wywieziono.

Niezłomna pani Jelena powiedziała „Nowej Gazecie”, że w warunkach totalnego absurdu, z jakim mamy do czynienia w Rosji, ona niczego się nie boi. „U nas teraz ściga się i karze nie tych, którzy ponoszą winę, a tych, którzy zauważają bezkarne zło. Bardziej martwi mnie to, co stanie się z moimi pracami, zapewne nie odzyskam ich”.

W teatrze też panują Z-nakazy i Z-zakazy. Pisałam w blogu o wyrzuceniu z teatru MChT aktora Dmitrija Nazarowa i jego żony Olgi Wasiljewej za antywojenną postawę (https://labuszewska.pl/mala-rosyjska-panorama/). Najnowsze osiągnięcie czujnych stróżów Z-porządków na scenach to zdjęcie z repertuaru teatru Sowriemiennik sztuki, w której występowała nestorka ekranu i sceny Lija Achedżakowa. 83-letnia aktorka wielokrotnie wyrażała swoją negatywną opinię o haniebnej wojnie w Ukrainie. Niby nic się nie stało, nikt przecież aktorki znikąd nie wyrzucał, ot, spektakl spadł z afisza i tyle (poprzedni spektakl z udziałem aktorki „Pierwszy chleb” zdjęto już wcześniej po skargach organizacji Oficerowie Rosji, którzy poczuli się obrażeni tekstem monologu bohaterki granej przez Achedżakową).

Putin i putinowcy nie mają odwagi cywilnej, boją się działać wprost, wolą załatwiać przeciwników hybrydowo. Przecież oni nawet wojny w Ukrainie nie prowadzą ani na nikogo nie napadali, bo to nie wojna, tylko operacja specjalna, a wszystkiemu winna Ukraina, bo zaczęła w 2014 r., dokonując przewrotu, a teraz Rosja stara się tę wojnę zakończyć (to dzisiejsze słowa Putina). Więc jeśli chodzi o walkę z artystami, to też władze stosują hybrydowe metody – wygibasy, poszukiwanie zarzutów nie wprost, gnębienie ludzi itd.

Lija Achedżakowa zagrała w wielu popularnych filmach, jednym z nich była komedia Eldara Riazanowa „Ironia losu” (https://labuszewska.pl/szczesliwego-nowego-roku/) – film nadawany przez rosyjską telewizję zawsze w noc sylwestrową. Achedżakowa zagrała w nim drugoplanową rolę nieco zagubionej, nieśmiałej koleżanki głównej bohaterki. A główną bohaterkę – Nadię zagrała Barbara Brylska. Polska gwiazda wyraziła poparcie dla rosyjskiej koleżanki i jej antywojennej postawy. „Taka ojczyzna nie zasługuje na ciebie. Wyjedź. Ci przeklęci przez Boga ludzie nie dadzą ci spokoju” – powiedziała Brylska.

Gest Brylskiej został dostrzeżony przez deputowaną Dumy Państwowej, wiceprzewodniczącą komisji ds. rozwoju społeczeństwa obywatelskiego Olgę Zanko. „Niegdyś kochana przez widzów w całym kraju (Rosji) aktorka Brylska dokonała wyboru, nazywając swoich wielbicieli „ludźmi przeklętymi przez Boga”. Nasz kraj podarował jej sławę i szacunek, ale my równie lekko możemy usunąć tę aktorkę z „Ironii losu” – napisała Zanko w Telegramie. Cudu zniknięcia Brylskiej z filmu można dokonać dzięki sieci neuronowej, twierdzi deputowana. Była Brylska, nie ma Brylskiej.

Cerkiew podwójnego przeznaczenia? Część czwarta

6 lutego. Patriarcha Cyryl od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę błogosławi tę wojnę, jej pomysłodawców i wykonawców. Cerkiew moskiewska pod jego kierownictwem wspiera Kreml w agresywnej polityce. O karierze hierarchy pod auspicjami KGB pisano wielokrotnie, Patriarchat Moskiewski dystansował się od tych rewelacji. Dziś wracam do tego tematu w związku z nowymi publikacjami szwajcarskiej prasy, potwierdzającymi powiązania Władimira Gundiajewa (to świeckie imię patriarchy) z sowiecką bezpieką.

Szwajcarskie gazety „SonntagsZeitung” (https://www.tagesanzeiger.ch/priester-spion-propagandist-das-geheime-leben-des-moskauer-kirchenfuersten-in-der-schweiz-566103963787) i „Le Matin Dimanche” opublikowały omówienie dokumentów szwajcarskiej policji, odtajnionych w ostatnich dniach. Autorzy publikacji Sylvain Besson i Berhard Odehnal piszą, że Władimir Gundiajew na początku lat 70. przyjechał do Genewy. Młody (24 lata), dobrze zapowiadający się duchowny był przedstawicielem Patriarchatu Moskiewskiego przy Światowej Radzie Kościołów. Do jego zadań miało należeć zbieranie informacji o członkach Rady oraz kształtowanie ich poglądów na sytuację z Związku Sowieckim. Używał pseudonimu operacyjnego „Michajłow” (imię odojcowskie Władimira Gundiajewa – Michajłowicz mogło stanowić inspirację dla nadania takiego kryptonimu). Autorzy artykułu zauważają również, że w dokumentach znalazła się adnotacja, że nazwisko Władimira Gundiajewa znalazło się w tamtych latach na liście osób objętych przez szwajcarską policję „pewnymi czynnościami” (można założyć, że chodzi o obserwację lub analizę aktywności).

Bratanek patriarchy, Michaił Gundiajew, mieszka w Genewie i jest… przedstawicielem Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej w Światowej Radzie Kościołów oraz proboszczem cerkwi Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Genewie. Twierdzi, że stryj „znajdował się pod ścisłą kontrolą KGB”.

„Nowa Gazeta. Europa” przytacza słowa niemieckiego teologa Gerharda Beziera: „KGB chciało mieć wpływ na Światową Radę Kościołów w latach 70. i 80., aby Rada nie krytykowała ograniczeń wolności wyznania w ZSRR, a zamiast tego aby krytykowała USA i ich sojuszników”.

Aleksandr Sołdatow, dziennikarz specjalizujący się w tematyce służb specjalnych, ponad dwa lata temu poświęcił jeden z artykułów w „Nowej Gazecie” majętnościom patriarchy (https://novayagazeta.ru/articles/2020/08/04/86520-sovsem-arhierei), wspomniał w nim o domku wypoczynkowym w szwajcarskich górach, którym Cyryl miał być obdarowany przez obywatelkę Szwajcarii.

Sprawa domniemanej współpracy Władimira Gundiajewa z KGB nie jest nowa. Na początku lat 90. działała komisja Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej ds. wyjaśnienia okoliczności puczu sierpniowego GKCzP. Członkowie komisji mieli dostęp do wielu archiwów. W swoich dokumentach komisja stwierdziła: „po linii Cerkwi za granicę wyjeżdżali i wypełniali zadania postawione przez KGB agenci oznaczeni pseudonimami „Swiatosław”, „Adamant”, „Michajłow” i in. Głęboka infiltracja środowisk religijnych przez agenturę służb specjalnych stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa społeczeństwa i państwa”. Deputowany Rady, sowiecki dysydent ojciec Gleb Jakunin (dwukrotnie poddany anatemie przez hierarchów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej za śmiałe wypowiedzi, krytykujące RCP za różne skandale obyczajowe, nadmierne przywiązanie do bogactw doczesnych oraz dotyczące współpracy duchowieństwa z KGB) porównał daty zagranicznych wyjazdów wskazanych agentów KGB z datami wizyt hierarchów RCP. Daty podróży „Michajłowa” pokrywały się z datami wyjazdów Władimira Gundiajewa. A wizyt tych było kilkadziesiąt (https://novayagazeta.eu/articles/2022/10/16/raby-kgbozhi).

Patriarchat Moskiewski odmówił komentarza w sprawie publikacji szwajcarskiej prasy, Światowa Rada Kościołów oznajmiła, że nie dysponuje informacjami na ten temat.

Kałmucja bez lamy

29 stycznia. Ministerstwo sprawiedliwości Rosji idzie szerokim frontem w ujawnianiu i wpisywaniu na listę „agentów zagranicznych” coraz to nowych podmiotów i osób. Ostatnio do rejestru trafił oficjalny przedstawiciel Dalajlamy XIV w Federacji Rosyjskiej – naczelny lama Kałmucji.

Erdne Ombadykow (Telo Tulku Rinpocze) był najwyższym lamą Kałmucji, oficjalnie uznanym przez Dalajlamę XIV. Miał też za sobą nauki pobierane w tybetańskim klasztorze od lat dziecinnych. Przyczynił się do odrodzenia buddyzmu w Kałmucji.
Co tak wzburzyło rosyjskie organy sprawiedliwości, że przypięły szanowanemu duchownemu łatkę „agenta”? Erdne Ombadykow wypowiedział się przeciwko rosyjskiej agresji na Ukrainę. W wywiadzie na kanale Youtube „Alchemia duszy” nazwał wojnę „sprawcą wielkich cierpień” i poparł stronę ukraińską: „Ukraina broni swej ziemi, swojej prawdy, swojego narodu, swojej konstytucji. Natomiast co do Rosji, trudno powiedzieć, że ma rację, że ta wojna jest potrzebna”. Jesienią 2022 r. wyjechał do Mongolii, aby przygotowywać wizytę Dalajlamy XIV. Jak powiedział miejscowym blogerom, jego wyjazd był też związany z rozpętaniem się w Rosji militarnej histerii, która jest obca idei nieużywania przemocy, zalecanej przez buddyzm.

W uzasadnieniu wciągnięcia lamy na listę „agentów” ministerstwo zaznaczyło jeszcze, że Telo Tulku Rinpocze ma obywatelstwo amerykańskie (rosyjskiego obywatelstwa nie ma) i większość czasu spędza za granicą.

Dzień po tym, jak ministerstwo ogłosiło o uznaniu lamy za „agenta zagranicznego”, Erdne Ombadykow ogłosił swoją rezygnację z tytułu naczelnego lamy Kałmucji i przekazał swoje pełnomocnictwa dwóm zaufanym osobom. „Narodowi Kałmucji i wszystkim wyznawcom buddyzmu życzę, by w tych trudnych czasach pozostali wierni ideałom współczucia, miłości i sprzeciwu wobec przemocy. W swoich modlitwach i czynach pozostaję z narodem kałmuckim i rosyjskimi buddystami, którym poświęciłem całe swoje życie” – oświadczył lama.

Oprócz Telo Tulku Rinpocze 27 stycznia ministerstwo wciągnęło na listę „agentów zagranicznych” także tatarskiego aktywistę Rafisa Kaszapowa, solistę grupy Little Big Ilję Prusikina, aktywistkę Feministycznego Ruchu Oporu Antywojennego Darię Sierienko oraz dwie organizacje: Filozofia bez Przemocy i Fundacja Rozwoju Praw Cyfrowych.

Jak napisał Aleksiej Malutin w internetowej „Nowej Gazecie. Europa”, padła kolejna bariera: teraz za „agenta zagranicznego” w Rosji może zostać uznana osoba zajmująca oficjalne stanowisko, posiadająca status równy dyplomatycznemu. „Wpisanie na listę „agentów zagranicznych” osoby przywódcy religijnego, postaci symbolicznej stwarza nowy niebezpieczny precedens. Władze wysyłają w ten sposób sygnał duchowym liderom: nie wystarczy już być lojalnym, w obecnych warunkach od działaczy religijnych wymaga się wyrażania pozycji „patriotycznej”, czynnego udziału w działaniach władz, niezależnie od przekonań i doktryn wyznawanej religii. W takich warunkach swoboda życia religijnego będzie niemożliwa – propaganda rzuciła się formować kult „świętej wojny”. Służyć temu kultowi można, biorąc udział w różnych obrzędach, najważniejsze, aby nie miały one wymiaru antywojennego”.

Znowu wysiedlają Sacharowa

27 stycznia. Coraz bardziej żarłoczny putinizm czasu wojny rozprawia się z ostatnimi wysepkami pokojowego ruchu obywatelskiego: sąd zdecydował o likwidacji Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, władze Moskwy wysiedlają Centrum Sacharowa z siedziby, niezależny portal Meduza uznano za „organizację niepożądaną”. Putin wieczorami w swoim dobrze strzeżonym bunkrze przymierza przed lustrem trencz Stalina.

Moskiewska Grupa Helsińska (MGH) to najstarsza w Rosji organizacja obrony praw człowieka. Powstała w Związku Sowieckim, w latach siedemdziesiątych, gdy Breżniew jeszcze rozdawał karty, a KGB trzymało społeczeństwo za gardło. Członkowie Grupy domagali się władz przestrzegania praw człowieka – wprowadzili to pojęcie do wewnętrznej gry. Potem za czasów wegetariańskiego jeszcze Putina MGH zwracała uwagę na łamanie przez Rosję zobowiązań międzynarodowych. Putin chcąc uchodzić za kryształowego demokratę, wyrażał się z szacunkiem o MGH. Ale po wielkim gwałcie na prawie międzynarodowym w 2014 r., gdy Rosja zaanektowała Krym i rozpętała wojnę na wschodzie Ukrainy, Putinowi coraz bardziej zawadzała grupka aktywistów, którzy krytykowali jego politykę. W 2017 r. MGH zrezygnowała z zagranicznych grantów, aby nie dostać się na listę „agentów zagranicznych” i móc kontynuować działalność. W tymże roku Putin wykonał ostatni przyjazny gest wobec Grupy: odwiedził nawet nestorkę MGH, Ludmiłę Aleksiejewą w dniu jej dziewięćdziesiątych urodzin, wręczył wielki bukiet kwiatów, przyznał nagrodę za wybitny wkład w działania na rzecz obrony praw człowieka.

Ministerstwo sprawiedliwości poszukiwało pretekstu do ustrzelenia niezłomnych obrońców godności. I znalazło powód więcej niż wątpliwy, ale przecież nie o literę prawa tu chodzi. W grudniu 2022 r. ministerstwo doszło do wniosku, że członkowie MGH, która jest zarejestrowana jako organizacja lokalna, moskiewska, bezprawnie, łamiąc przepisy statutu, uczestniczyli w wydarzeniach organizowanych w innych regionach, poza Moskwą. Absurd? Nie szkodzi.

– Popełniacie wielki grzech, niszczycie ruch obrony praw człowieka! Likwidacja MGH to poważny cios w ruch nie tylko w Rosji, ale i w świecie – powiedział w sądzie współprzewodniczący Grupy, Walerij Borszczew. MGH kładła nacisk na to, że poza Moskwą żadnych imprez nie organizowała, a udział poszczególnych osób z Moskwy w przedsięwzięciach poza stolicą nie może być uważany za „działalność poza regionem”. Żadne argumenty obrony nie trafiły do przekonania sądu, wyrok był do przewidzenia, zanim rozprawa się rozpoczęła. Sprawę rozpatrywał ten sam sędzia, Michaił Kazakow, który w grudniu 2021 r. zdecydował o likwidacji Memoriału.

O utworzeniu Moskiewskiej Grupy Helsińskiej w 1976 roku ogłoszono na konferencji prasowej zwołanej w mieszkaniu Andrieja Sacharowa, akademika, wybitnego fizyka, jednego z autorów bomby wodorowej, bodaj najbardziej znanego sowieckiego dysydenta, obrońcy praw człowieka. Za swoją działalność został wysiedlony ze swego mieszkania i przymusowo zesłany do miasta Gorki (Niżny Nowogród). I oto teraz mamy do czynienia z zadziwiającym zbiegiem okoliczności: 24 stycznia władze Moskwy powiadomiły Centrum Sacharowa o wypowiedzeniu umowy najmu na pomieszczenia biurowe, sale wystawowe i mieszkanie, znajdujące się w budynku zajmowanym przez Centrum. Jednym słowem: fora ze dwora. Koniec wystaw o obronie praw człowieka, odczytów, projekcji, seminariów, spotkań autorskich itd. Powód: 1 grudnia 2022 r. weszły w życie nowe przepisy zakazujące „agentom zagranicznym” (Centrum zostało wpisane na listę „agentów” w 2014 r.) korzystania z jakiejkolwiek formy pomocy państwowej, a siedzibę władze Moskwy udostępniały Centrum za darmo. Jeszcze jeden przykład, że żadne organizacje łączące ludzi niezależnych w myśleniu i działaniu nie mają prawa istnieć w prowadzącej brutalną wojnę putinowskiej Rosji.

Co będzie z archiwum Centrum Sacharowa, nie wiadomo. Podobnie jak nie wiadomo, co się stanie w unikatową ekspozycją pokazującą historię sowieckiego reżimu totalitarnego. Ludzie związani z Centrum mówią: – Ta wystawa miała pomóc społeczeństwu w uświadomieniu, że powtórzenie politycznych represji, deportacji, agresywnej polityki zagranicznej jest dla państwa zgubne i nie powinno się powtórzyć, że droga do godnej przyszłości nie może prowadzić przez samowolę, przemoc i krew.

I jeszcze jeden akord – uderzenie w niezależne media. Prokuratura Generalna Rosji uznała niezależny portal rosyjskojęzyczny Meduza za „organizację niepożądaną”. To oznacza, że w Rosji sprawa karna grozi teraz zarówno pracownikom i współpracownikom portalu, jak i tym czytelnikom, którzy będą wpłacać pieniądze na jego działalność (portal utrzymuje się z dobrowolnych datków). Jakiekolwiek powołanie się w mediach na publikacje Meduzy też zagrożone jest na terytorium Rosji karą. Nawet na stare publikacje, sprzed przyznania nowego statusu „trędowatego”, bo tak należy odczytywać przypięcie łatki „organizacji niepożądanej”.

Meduza działa z terytorium Łotwy. Zdaniem prokuratury jej działalność stanowi zagrożenie dla podstaw ustroju konstytucyjnego i bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.
Co ciekawe, portal – choć mający siedzibę w Rydze – podporządkował się wymogom rosyjskiej ustawy o „agentach zagranicznych” i umieszczał przy każdej swojej publikacji adnotację, że jest owym agentem. Po tym, jak prokuratura ogłosiła o swoim postanowieniu, te adnotacje zniknęły ze strony internetowej.

Po wkroczeniu armii rosyjskiej na terytorium Ukrainy, federalna agencja ds. mediów Roskomnadzor zablokowała dostęp do strony internetowej Meduzy na terytorium Rosji z powodu publikacji o wojnie.

Dmitrij Koleziew („agent zagraniczny”) z portalu Republica napisał: „To nie jest silna władza, a słaba. Silna władza nie walczy z dziennikarzami, nie zamyka ust krytykom, nie złości się na lustro. Dziennikarstwo nie może być przestępstwem”.