Spaleni fast foodem

9 kwietnia. Dawno już w rosyjskim segmencie Internetu nie było takiego karnawału. Reakcja na wiadomość o najświeższym pomyśle reżysera Nikity Michałkowa i jego brata Andrieja-Androna Konczałowskiego (również reżysera) założenia sieci rosyjskich barów szybkiej obsługi przeszła najśmielsze oczekiwania.

Dzisiejsze wydanie „Kommiersanta” uraczyło czytelników wiadomością, że braterski duet filmowców wpadł na pomysł utworzenia w Rosji sieci pod szyldem „Jemy w domu”, serwującej wyłącznie rodzime produkty w przeciwieństwie do wrażych zachodnich fast foodów. Na wdrożenie projektu Michałkow i Konczałowski poprosili prezydenta o miliard rubli. Prezydentowi idea się spodobała, zaaprobował ją i przekazał plan pod kuratelę wicepremiera Arkadija Dworkowicza, zajmującego się w rządzie zagadnieniami gospodarczymi.

Filmowi bracia wstrzelili się z biznes planem idealnie. Wyroby z sieci zachodnich fast foodów zaczęły jakiś czas temu szkodzić rosyjskim żołądkom. Do usunięcia McDonalda czy Burger Kinga z Rosji wzywali deputowani z trybuny parlamentu, a publicyści w licznych artykułach pisali o wyższości tradycyjnych rosyjskich potraw nad podstępnymi cheeseburgerami. Jednym z naczelnych haseł w dobie sankcji (wprowadzonych przez Putina zakazów wwozu zachodnich artykułów spożywczych) jest „importozamieszczenije” [импортозамещение], czyli zastąpienie rzeczy z importu rodzimą produkcją. Nie bardzo ta akcja na razie wychodzi, bo Rosja produkuje za mało, by zaspokoić potrzeby rynku w pełnym zakresie. Ale od czego są dobre pomysły osób obsługujących politykę Kremla?

Nikita Michałkow od dawna jest uważany za podnóżek Władimira Putina, realizujący zamówienie na patriotyczną sztukę dla mas. A że przy okazji kręci lody (tu konkretnie zapewne patriotyczne śledziki i barszczyki) na chwałę własnego portfela, cóż, każdy orze jak może. To po pierwsze, a po drugie, za obsługiwanie angielskiego króla należy się premia.

Idealny rodzinny interes ma wesprzeć żona Konczałowskiego (pozującego ostatnio na buddyjskiego mnicha i filozofa), aktorka Julia Wysocka, lansująca się jako wybitny znawca kuchni. Występuje w popularnych programach telewizyjnych propagujących gotowanie, ma w Moskwie dwie knajpy, należy do niej marka „Jemy w domu” (która teraz ma objąć również sieć szybkiej gastronomii). Dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy Siergiej Parchomienko dostrzega w dzisiejszym rwetesie wokół planu sieci rosyjskiego „szybkiego jedzenia” jedynie świetną akcję promocyjną dla tych lokali Wysockiej. Aktorka ma w planach rozszerzenie działalności gastronomicznej.

Całe to zamieszanie to rzecz świetnie charakteryzująca dzisiejszą Rosję. Oto dwie znane osoby chcą założyć sieć knajpek. To nie budowa elektrowni jądrowej czy zawrócenie biegu syberyjskich rzek, tylko mała gastronomia. I taką sprawą zajmuje się osobiście prezydent, który zleca pilotowanie projektu wicepremierowi. Oraz wydziela z budżetu państwa, na który składają się podatnicy, miliard rubli na dobrą wróżbę. „Najśmieszniejsze jest to, że nikt nie prosi Putina o pieniądze na drogi” – skomentował jeden z użytkowników Twittera.

Podatnicy, przynajmniej ci, którzy aktywnie korzystają z Internetu, urządzili popisową „rżakę”, nie zostawiając na pomysłodawcach suchej nitki. Krótki przegląd żartów, jakie pojawiły się w blogach i na Twitterze, nie jest w stanie oddać intensywności wymiany myśli o planie Michałkowa-Konczałowskiego.

„Dmitrij Anatoljewicz [Miedwiediew] poprosił Władimira Władimirowicza o pożyczkę na zakup baterii do Leiki” (premier lubi fotografować).

„Josif Kobzon zwrócił się do Putina z prośbą o dofinansowanie projektu sieci patriotycznych zakładów fryzjerskich” (jeśli Państwo pamiętacie, piosenkarz Kobzon jest nosicielem oryginalnej peruczki)

„W następnej książce kucharskiej Julia Wysocka opublikuje przepis, jak z niczego ukręcić miliard”.

„- O, rany, umieram z głodu.

– To chodź, tutaj jest bar Michałkowa.

– No nie, nie do tego stopnia”.

„W Rosji powstanie sieć luksusowych więzień pod nazwą „Siedzimy w domu”.

„Nikita Michałkow otworzy sieć kin „Róbta se filmy sami”.

„Dobrze, że nie poprosili kasy na sieć burdeli „Skok w bok”.

„Nazwa sieci barów „Żryj, co ci dają”.

„W barach Michałkowa kasy będą wolne od wpływu zachodnich imperialistów”.

„Potrawy będą podawać z hymnem albo bez hymnu” (ojciec Nikity i Andrieja, Siergiej Michałkow był autorem słów hymnu ZSRR/Rosji).

Całkiem poważnie podszedł do zagadnienia Leonid Krol, który napisał w FB: „Przecież to jasne, że nikt niczego nie otworzy, żadnej knajpy, nie będzie żadnego rospiłu [przywłaszczenia na lewo państwowej kasy]. Potrzebne są dobre, optymistyczne, prowokacyjne nowości. Trzeba zaprezentować, że mamy przyszłość. I to jest wiadomość z tego pożądanego gatunku. Rozrywka zarówno dla wyższych sfer, jak i plebsu. To taki kolejny tani gest antyamerykanizmu, a i okazja, by gwiazda pojawiła się w mediach i dała lekcję dobrego stylu w noszeniu eleganckiego szaliczka”.

Niewidzialny front

8 kwietnia. Dostali się do serwerów Departamentu Stanu, dzięki czemu uzyskali też dostęp do systemów komputerowych Białego Domu – zaalarmowała wczoraj telewizja CNN, informując o harcach rosyjskich hackerów we wrażliwych zakamarkach amerykańskiej administracji. Hackerzy zdołali sforsować zabezpieczenia Departamentu Stanu, wykorzystując zainfekowany mail jednego z pracowników resortu. Włamanie – nazwane największym cyberatakiem na serwery instytucji państwowej USA w historii – miało miejsce jesienią ubiegłego roku; przez kilka miesięcy trwało wnikliwe śledztwo. Zdaniem amerykańskich służb ślady wskazują na to, że hackerzy pracowali dla rosyjskich władz. Urzędnicy zapewniają, że cyberwłamywacze nie dostali się do tajnych bebeszków prezydenckiej administracji, ale niektóre „cenne dane” pozyskali, w tym np. rozkład dnia prezydenta Obamy obejmujący również nieformalne ciche spotkania. Takie „cenne dane” są nie lada rarytasem, za które służby specjalne różnych krajów gotowe są słono zapłacić.

„W Rosji działa około 20 tysięcy aktywnych hackerów, którzy dzięki swojej działalności zarabiają miliardy rubli, sami hackerzy są bezczelni do granic, gdyż są przekonani o własnej bezkarności. Rosyjscy hackerzy zajmują czołowe pozycje na świecie w cyberprzestrzeni, konkurować z nimi mogą bodaj jedynie Chińczycy” – twierdzi Aleksandr Czaczawa, prezes firmy LETA Group, zajmującej się walką z cyberprzestępczością. Rosyjscy hackerzy specjalizują się nie tylko w okradaniu kont bankowych i kart kredytowych, ale także atakach DDoS realizowanych na zamówienie polityczne (atakowani są przeciwnicy polityczni w kraju i za granicą, blogerzy, niewygodni dziennikarze).

W zeszłym roku głośna była sprawa Rosjanina Romana Sielezniowa, który na Malediwach został zatrzymany przez amerykańskie służby i przewieziony do USA, by odpowiedzieć za sprawne okradanie amerykańskich obywateli metodą na cyberrympał i to na niebywała skalę. Jak się bawić, to się bawić – Sielezniow okradł dwa miliony kart kredytowych. Sprawa hackera zyskała niezwykły rozgłos medialny, gdyż Sielezniow okazał się synem deputowanego Dumy Państwowej, Walerija. Pan Walerij Sielezniow poruszał niebo i ziemię, oskarżał Waszyngton o kradzież syna, zapewniał o jego niewinności, ale nie wskórał nic. Roman Walerjewicz oczekuje na proces przed amerykańską Temidą, grozi mu nawet do 30 lat pozbawienia wolności.

Rewelacje podane przez CNN na temat wtargnięcia rosyjskich cyberkrasnoludków do Białego Domu nie były pierwszą jaskółką, świadczącą o zainteresowaniu Rosji przeniknięciem za kulisy amerykańskiej (i nie tylko amerykańskiej) polityki za pośrednictwem cyberszpiega. „Wall Street Journal” kilka miesięcy temu pisała o opracowanym w Rosji wirusie (Sofacy) przeznaczonym do szpiegowania. Zdaniem ekspertów, na których powoływała się gazeta, program szpiegujący szyfruje ukradzione dane i przekazuje je dalej. Opisywana grupa hackerów nazwana kryptonimem ATP28 nie zajmowała się banalną kradzieżą pieniędzy czy własności intelektualnej, a pozyskiwaniem konkretnych informacji „na zamówienie władz Rosji w celach szpiegostwa na rzecz Kremla”. Grupa miała działać od 2007 roku i zaglądać przez ramię urzędnikom z państw Europy Wschodniej i NATO.

W Rosji też od czasu do czasu dochodzi do skandali związanych z włamaniami do komputerów różnych ważnych osób. Specjalizuje się w tym tajemnicza grupa Shaltay Boltay (pisałam o niej w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/08/20/anonimowa-miedzynarodowka-internetowa-shaltay-boltay/), która ostatnio zamieściła w przestrzeni publicznej korespondencję sms-ową wysokich urzędników Kremla z deputowanymi, dziennikarzami, wydawcami, ekspertami. Analiza ujawnionych materiałów potwierdza, że Kreml steruje przestrzenią medialną (organizując nagonki na niebłagonadiożnych opozycjonistów lub akcje wsparcia medialnego dla wskazanych osób czy wydarzeń, ingeruje w kształt publikacji itd.), aktywnością Dumy Państwowej, ściśle kontroluje teoretycznie niezależne agencje federalne, m.in. ds. mediów, sprawuje „opiekę” nad ludźmi kultury itd. Obszerne omówienie publikacji można znaleźć tu: http://yodnews.ru/2015/04/02/shaltay

Czemu służą takie publikacje? Zdaniem wielu obserwatorów rosyjskiej sceny politycznej Shaltay Boltay to „projekt” jednej z grupek ma Kremlu. Kremlowskie buldogi nieustannie gryzą się pod dywanem, walcząc o wpływy. Wypluwanie strumieni „kompromatów” (materiałów kompromitujących) na jednego lub kilku wysokich urzędników to jedna z metod tej walki. Wysoko wykwalifikowani hackerzy, którzy potrafią rozszyfrować i dostarczyć „kompromat” na wroga, są na wagę złota. Ostatnio doszło na Kremlu do wymiany kilku ważnych urzędników drugiego szeregu (szefów referatów odpowiedzialnych za politykę wewnętrzną), być może „sliw”, jak fachowo nazywają publikację rosyjscy spece, był związany z tą wymianą kadr.

Inna z wersji każe podejrzewać Shaltay Boltay o powiązania ze służbami specjalnymi. Projekt miałby wzmacniać służby w walce aparatczyków o wpływy u najważniejszego żłobu.

„Ujawniona korespondencja nie jest szczególnie szokująca. Owszem, obnaża obrzydliwe metody pracy Administracji Prezydenta, ale widać, że została świadomie przefiltrowana pod odpowiednim kątem: chodzi o to, by w przestrzeni publicznej nie znalazły się elementy mogące świadczyć o łamaniu prawa” – napisał Paweł Czikow w internetowej „Meduzie”. Rzeczywiście, ujawnione treści odnoszą się do kuchni działań urzędniczych, żadnych przełomów nie spowodują, o rzeczach najważniejszych, mechanizmach podejmowania kluczowych decyzji w państwie, najważniejszych osobach politycznego dramatu nie mówią nic. Co nie znaczy, że hackerzy do takich rewelacji się nie dokopali i że kiedyś nie zostaną one wyciągnięte na światło dzienne.

Dzieci zjadły weterana

1 kwietnia. Rosja przygotowuje się do obchodów 70. rocznicy zwycięstwa w II wojnie światowej, pozostającej dla większości Rosjan Wielką Wojną Ojczyźnianą, ich i tylko ich świętą wojną z faszystowskim najeźdźcą. Na trybunie honorowej na placu Czerwonym 9 maja zasiądzie prezydent Władimir Putin w otoczeniu… hm, no właśnie, nie wiadomo, w czyim otoczeniu. Przywódcy większości państw europejskich do Moskwy się nie wybierają, prezydent USA też nie, nieoczekiwanie natomiast potwierdził obecność północnokoreański wódz Kim Dzong Un. Rosyjscy weterani zostaną przesiani przez sito. Już wybuchł pierwszy skandal, gdy okazało się, że Kreml przewiduje wpuszczenie na plac Czerwony jedynie po jednym weteranie z każdego z podmiotów Federacji Rosyjskiej; pozostali chętni, którzy mimo wszystko przybędą tego dnia do Moskwy, zostaną zakwaterowani gdzieś w podmoskiewskich sanatoriach i tyle. „Nie wasze to święto, tylko Kremla” – pisali oburzeni liberalni komentatorzy na Twitterze i w blogach. Kreml zwykle słowami pokazowo dopieszczał okolicznościowo weteranów, stanowili znakomite tło dla umiłowanego przywódcy, po święcie natychmiast o nich zapominano. Charakterystyczne jest to, że przy każdej kolejnej (zwłaszcza okrągłej) rocznicy padały zapewnienia władz, że wszyscy weterani zostaną otoczeni troskliwą opieką państwa, a później okazywało się, że wielu weteranów mimo tych szumnych obiecanek nadal żyje w urągających warunkach i znowu trzeba było obiecywać, że teraz to już na pewno pomoc otrzymają i tak dalej, z roku na rok. Da capo al fine. Przed rocznicą odbywa się też rytualna obrona jedynej słusznej linii historycznej i ostre szarże na tych, którzy – jak to formułuje oficjalna propaganda – chcą wypaczyć historię i odebrać ZSRR (i jego spadkobierczyni – Rosji) zwycięstwo. A Rosja zwycięstwa z nikim dzielić nie chce. Szczególnie teraz – rok po Krymie, gdy stosunki z Zachodem uległy zdefasonowaniu. Można się spodziewać podgrzania historycznego frontu do czerwoności.

Poza uroczystościami na najwyższym szczeblu 9 maja w Moskwie odbędzie się mnóstwo pomniejszych wydarzeń. Już z gałązek rocznicowego drzewa puszczają się pierwsze pędy, pomysłowość inicjatorów niektórych form obchodów nie ma granic.

Wiele hałasu narobił konkurs cukierników, jaki odbył się kilka dni temu w Krasnojarsku. Konkurs był poświęcony siedemdziesiątej rocznicy zwycięstwa. Cukiernicy wypiekli wielkie torty udekorowane patriotyczną symboliką (wstążki św. Jerzego), militariami z czasów wojny, sylwetkami pomników poświęconych ofiarom wojny. Wśród nich największe uznanie jury pod kierownictwem niemieckiego cukiernika zyskał tort z repliką słynnego pomnika z białoruskiej wioski Chatyń, spacyfikowanej przez okupanta.

Poeta Andriej Orłow (Orłusza), piszący m.in. wiersze-komentarze do bieżących wydarzeń, stwierdził, że gdyby jego dziadek – uczestnik wojny – dożył tych dni, to pewnie by żałował, że nie ma pod ręką automatu. Orłusza napisał wiersz: „W Krasnojarsku wcześnie rano dzieci zjadły weterana” (całość w oryginale tu: http://www.mk.ru/social/2015/03/30/deti-seli-veterana-konditery-krasnoyarska-ustroili-neobychnyy-konkurs.html). Słodki smak zwycięstwa? Raczej gorzki jak piołun.

Wśród inicjatyw, mających w zamyśle uczcić wielką rocznicę, uwagę komentatorów zwrócił kuriozalny pokaz body artu na politechnice w Iżewsku (nawiasem mówiąc, mała ojczyzna Kałasznikowa). Studenci zaprezentowali się na scenie pomalowani w samoloty, czołgi, karabiny, elementy mundurów z czasów wojny itd. (można to obejrzeć na youtube; uprzedzam, to widowisko dla ludzi o mocnych nerwach: https://www.youtube.com/watch?v=1KUGXoLOWog). Przewodniczący miejscowego związku weteranów po zapoznaniu się z wątpliwym arcydziełem studentów nie krył rozczarowania: „Chcieli pokazać różne rodzaje wojsk? O czym my mówimy? To dlaczego jedna z dam ma na tyłku kwiatki? Czy można tak bezkarnie okrywać hańbą naszą armię, starsze pokolenie, obecne pokolenia obrońców ojczyzny? Gdyby to zobaczyli uczestnicy wojny i gdyby im powiedzieć, że to konkurs z okazji rocznicy Zwycięstwa, to wylew murowany”.

Pierwszy program rosyjskiej telewizji propaguje akcję „Nieśmiertelny pułk”, którą trzy lata temu zainicjował Ogólnorosyjski Front Narodowy. Akcja ma na celu przywrócenie pamięci o tych, którzy brali udział w wojnie, zachęca do poszukiwań w rodzinnych i nie tylko rodzinnych archiwach zdjęć i pamiątek po frontowcach. Cytuję za stroną internetową telewizji: „Wśród setek pożółkłych zdjęć Michaił Sidielnikow znajduje jedno – swojego dziadka. O bohaterskim przodku dopiero niedawno wygadała się babcia. W ogóle nie wiedziałem, że miałem takiego dziadka, miał na imię Wiktor […] – mówi wnuk uczestnika Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Zacząłem szukać w archiwach, chciałem ustalić, gdzie walczył, gdzie jest pochowany. Dla Michaiła Sidielnikowa i tysięcy innych Nieśmiertelny pułk to nie tylko akcja, podczas której wyjdą na ulicę, niosąc nad głową portret przodka, to także ich walka z niewiedzą o historii własnej rodziny”. Rzeczywiście zadziwiające jest to, że siedemdziesiąt lat po wojnie potomkowie tych, którzy walczyli, którzy zginęli, nic nie wiedzą o swoich dziadach czy pradziadach, oficjalne czynniki nadal nie mogą się doliczyć liczby ofiar po stronie ZSRR, a w rodzinach nie przekazuje się informacji, wspomnień o dokonaniach przodków. Może właśnie z tej niewiedzy, z pęknięcia pomiędzy rodzinną opowieścią, prawdą historyczną i narzucaną nachalnie odgórną wersją propagandową zmieniającą się w zależności od aktualnej politycznej koniunktury, wyrastają takie pomysły jak torty z Matką Rosją z kurhanu Mamaja, rozebrane studentki pomalowane w T-34 czy takie niezrozumiałe pląsy, jak popis rencistek pod tytułem „Pamięć Zwycięstwa”: https://www.youtube.com/watch?v=hXvbaFG2s8Q

Walc kwiatów

28 marca. Zaledwie kilka dni temu pisałam o akcie wandalizmu, jakiego na miejscu zabójstwa Borysa Niemcowa dokonali aktywiści ruchu SERB (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/03/25/bydlowata-w-natarciu/), a już z Moskwy płyną nowe doniesienia. W nocy z 27 na 28 marca kilkunastu panów odzianych w czarne kurtki i stroje sportowe przybyło na most Moskworiecki i ochoczo zajęło się likwidowaniem odtworzonego po wyczynach SERB-a miejsca pamięci. Cicho, szybko, sprawnie.

W youtube był przez kilka godzin dostępny półminutowy filmik, na którym ci „faceci w czerni” pospiesznie wrzucali kwiaty, fotografie i świece do czarnych worków na śmieci (ktoś to nakręcił komórką z okna samochodu). Teraz filmik już dostępny nie jest. Na stronie Radia Swoboda można obejrzeć natomiast świeży fotoreportaż z ponownie odtworzonego memoriału: http://www.svoboda.org/media/photogallery/26925374.html

27 marca na miejsce śmierci Niemcowa przyszło dużo ludzi – minął dokładnie miesiąc od tragedii. Przynieśli świeże kwiaty i pamięć. W prasie co kilka dni pojawiają się coraz to nowe publikacje dotyczące śledztwa w sprawie zabójstwa. Czy coś wyjaśniają? Raczej mącą. „Kommiersant” opublikował kolejną wersję, opartą na zeznaniach niejakiego Jewgienija, który został przedstawiony jako świadek, przechodzący mostem zaraz po tym, jak doszło do zbrodni. Wedle ujawnionych prasie słów Jewgienija, samego momentu strzału świadek nie widział, widział natomiast podbiegającego do samochodu (którym odjechał) zabójcę. Opis zabójcy – szczupły, niewysoki – nie pasuje do opisu Zaura Dadajewa, krzepkiego Czeczena z batalionu Siewier MSW, głównego podejrzanego o dokonanie zabójstwa. Zeznania Jewgienija są miejscami sprzeczne z wcześniej ujawnianymi szczegółami zabójstwa. Nieznana jest nadal rola ciężarówki, która zatrzymała się przy miejscu zbrodni. Jej kierowca został zatrudniony w przedsiębiorstwie odpowiedzialnym za czystość w mieście na kilka dni przed zabójstwem Niemcowa, a zaraz po tragicznym wydarzeniu zwolnił się i rozpłynął we mgle. W każdym razie śledztwo nie informuje o jego zeznaniach, nie wiadomo nawet, czy je składał. W sieci pełno było komentarzy pod opublikowanym zdjęciem domniemanego „kierowcy śmieciarki” (https://twitter.com/TataRomanovaYa/status/573111072044941312/photo/1) – powtarzało się przypuszczenie, że dostał awans na majora służb specjalnych. A teraz w tych nowych przeciekach ze śledztwa być może chodzi o osłabienie „czeczeńskiego śladu”. Być może. Nadal nic nie wiemy.

Wróćmy jeszcze na most, gdzie zginął Niemcow. Wieść o najnowszej „zaczistce” memoriału rozeszła się po sieciach społecznościowych już w nocy. Natychmiast powstała inicjatywa, by zbierać pieniądze na nowe kwiaty i wieńce (https://twitter.com/max_katz/status/581820372091342848). Ciekawe, jak długo poleżą. Niebawem sorokowina – czterdzieści dni od śmierci Niemcowa, wedle prawosławnej tradycji dzień „ostatniego pożegnania” ze zmarłym. Może chociaż do tego dnia kwiaty zostaną.

Na warszawskim placu Zwycięstwa (dziś plac Piłsudskiego) w latach osiemdziesiątych w miejscu, gdzie Papież Jan Paweł II odprawił w 1979 r. mszę i gdzie odbyły się uroczystości żałobne Prymasa Stefana Wyszyńskiego w 1981 r., ludzie układali krzyż z kwiatów, zapalali obok znicze. Co jakiś czas „nieznani sprawcy” usuwali kwiaty, a nazajutrz krzyż pojawiał się znowu. Motyw fenomenalnego krzyża z kwiatów Jerzy Kalina wykorzystał w instalacji na wystawie „Czas Niepokornych” (Muzeum Niepodległości, Warszawa, 1990). Nie wiem, czy to słuszna paralela. Bo czy teraz w Rosji znajdzie się tylu niepokornych, by uparcie układać kwiaty na moście pod murami Kremla?

Fabryka trolli

26 marca. Wojna informacyjna, która od wielu miesięcy trwa już nie tylko pomiędzy Ukrainą i Rosją, ale rozlewa się na coraz większe obszary, wymaga – jak wojna przy użyciu konwencjonalnej broni – ponoszenia nakładów. Rosja umiejętnie, choć topornie gra w tej wojnie na kilku fortepianach. Za wirtuozerię trzeba płacić i to słono. W zeszłym tygodniu rząd wniósł poprawki do budżetu. Ścięto wydatki na kulturę, edukację, usługi komunalne, ochronę środowiska. Cóż, kryzys, na wszystko pieniędzy nie wystarcza. Ale nawet w warunkach kryzysu rosyjski rząd nie robi oszczędności na propagandzie. Wręcz przeciwnie – ta rubryka została jeszcze szczodrobliwie zasilona dodatkowymi zastrzykami finansowymi. Łącznie w tym roku na te cele Rosja wyda 72 mld rubli (ok. 1,3 mld dolarów). Samej angielskojęzycznej tubie Kremla na zagranicę – telewizji RT dołożono dodatkowo 5,5 mld, dzięki czemu to propagandowe żądło dysponować będzie budżetem w wysokości prawie 21 mld rubli. Agencja TASS dostała bonusowy miliard (łącznie ma do wydania 2,6 mld rubli).

Tymczasem Reuter napisał wczoraj, że w eksperckim raporcie przygotowanym dla amerykańskiej rady ds. mediów BBG (Broadcasting Board of Governors) podkreśla się, że w USA należy wzmocnić tę kulejącą nogę i dosypać owsa. „Konkurenci [wskazano tu Rosję i Państwo Islamskie] kolportują antyamerykańskie treści, rozpętują wojnę informacyjną i wygrywają, podczas gdy amerykańskie media elektroniczne ledwie nadążają” – piszą autorzy ujawnionego fragmentu raportu.

„Jesteśmy pod tym względem Liechtensteinem w porównaniu z Rosją” – wskazał jeden z ekspertów w rozmowie z dziennikarzami Reutera. Rosja wydaje tylko na angielskojęzyczne serwisy około pół miliarda dolarów rocznie, podczas gdy USA na rosyjskojęzyczne – zaledwie 20 mln. Roczny budżet całego BBG wynosi 730 mln dolarów.

W tej wojnie faktów i fake’ów chodzi nie tylko o główne media – największe stacje telewizyjne i radiowe – ale także o prasę czy media społecznościowe. Tutaj Kreml też nie oszczędza. Wielokrotnie ukazywały się materiały dotyczące „fabryk trolli”, pracujących na użytek Moskwy. Nie tylko w Rosji, ale i za granicą. Trolli – psujących powietrze na wszelkich forach dyskusyjnych, zwłaszcza tych dotyczących Rosji, w komentarzach w blogach, Twitterze, FB itd. – kształci się na kursach i zatrudnia za całkiem niezłe pieniądze.

Radio Swoboda w audycji z 21 marca (http://www.svoboda.org/content/article/26913247.html) przedstawiła obszerną opowieść byłego trolla Marata Burkharda, który przez dwa miesiące pracował w jaczejce „fabryki trolli”, specjalizującej się we wrzucaniu komentarzy na mniej znane prowincjonalne fora i blogi. Firma, używająca nazwy „Badania internetowe” (Интернет исследования) działa w Petersburgu, mieści się przy ulicy Sawuszkina. Można się w niej zatrudnić za 40 tysięcy rubli miesięcznie, ci, którzy władają dobrze obcymi językami, zarabiają 65 tys. i więcej (dla porównania pensja petersburskiego nauczyciela wynosi ok. 55 tys.).

Burkhard opowiada w audycji o kuchni fabryki trolli – pracuje się 12 godzin dziennie (fabryka działa na dwie zmiany – dzienną i nocną), norma wynosi 135 komentarzy w ciągu jednej zmiany, każdy komentarz powinien zawierać co najmniej dwieście znaków. Wpisy są kontrolowane, muszą zawierać odpowiednie zadane treści; naczalstwo opracowuje dyrektywy, bazowe teksty, wyznacza konkretne cele i tematy do komentowania. Bywa, że pod jedną publikacją komentarze zamieszcza w sposób zorganizowany dwóch-trzech trolli, umiejętnie sterując dyskusją. Burkhard mówi, że wszystkie siły rzucone są na Ukrainę. „Kiedyś dostałem zlecenie, by wszędzie pisać, że Niemcy w większości popierają politykę Putina, są natomiast niezadowoleni z polityki Merkel. Nie trzeba żadnych argumentów, po prostu takie stwierdzenie”. Zdaniem ekstrolla, większość zatrudniającej się w fabryce młodzieży robi to wyłącznie dla pieniędzy. Ale zdarzają się fanatycy, którzy piszą z pobudek ideowych. Orwellowskie ministerstwo prawdy w czystym wydaniu. Jeśli do tego dołożyć dyrdymały, które na co dzień leją się z ekranu telewizyjnego podczas seansów nienawiści (znowu Orwell), czyli programów nazywanych z braku lepszego określenia politycznymi talk show, to trudno zachować trzeźwą ocenę sytuacji. I o to chodzi.