Galeony i jachty, czyli Batyskaf Batyskafowicz Putin na Krymie

22 sierpnia. To wydarzenie kremlowskie tuby ogłaszały przez co najmniej trzy tygodnie: prezydent wybiera się na Krym. Na Krym! Odwieczne prarosyjskie ziemie. To miał być obrzęd potwierdzający niezbywalne prawo Rosji do półwyspu. Podróż Putina otrzymała co najmniej taką oprawę propagandową, jak pamiętna wyprawa Katarzyny II na rzucone do jej stóp przez księcia Potiomkina nowe zdobycze terytorialne. W tej atmosferze spodziewano się od Putina wiekopomnych oświadczeń, nagłych zwrotów akcji, zapowiedzi wielkiego przełomu. Tymczasem z napompowanej do granic możliwości propagandowej chmury spadł mizerny kapuśniaczek.

Na wyjazdowej naradzie w Sewastopolu poświęconej sprawom bezpieczeństwa z udziałem premiera i szefów FSB, Komitetu Śledczego, Rady Bezpieczeństwa prezydent przestrzegł, że „siły zewnętrzne” usilnie pracują nad zdestabilizowaniem sytuacji na Krymie, wrogowie tylko czyhają, aby „słuszne pretensje obywateli wynikłe z przejściowych trudności skierować w stronę destrukcji”, „rozgrywać kartę nacjonalistyczną”. „W niektórych stolicach” [ciekawe, których] przygotowuje się „kadry, mające dokonać aktów dywersji, aktów sabotażu” i dla „radykalnej propagandy”. Wezwał uczestników, by wzmogli czujność: na Krym nie mogą się dostać żadne niepożądane produkty, objęte antysankcjami. Na kolejnej nasiadówce – tym razem w ramach prac Rady Państwa – Putin zatroskał się o rozwój turystyki (to oddzielny temat, jak po aneksji „rozkwitł” biznes turystyczny na Krymie: nawet przymusowe i dotowane przez państwo skierowania z zakładów pracy i wszelkie inne zachęty nie działają: plaże Krymu i w szczycie sezonu są puste). Coś nowego? Ano, nic. Może chociaż jakaś nagroda pocieszenia? Też nie. Radźcie sobie sami, wielkiej kasy na Krymie nie będzie, bo nie ma skąd zaczerpnąć. Po prostu nadal cieszcie się tym, że jesteście w Rosji. No i uważajcie, bo tu może coś wybuchnąć (czy ktoś coś wysadzi, nie wiadomo, to mogą być niefortunne tajne ćwiczenia, jak w Riazaniu z workami heksogenu w 1999 roku).

Kijów, który wyraził protest w związku z wizytą na Krymie prezydenta i premiera Rosji, zwrócił uwagę na jeden z pasaży mowy prezydenta: że narody rosyjski i ukraiński to jeden naród. Putin wypowiada to zdanie nie po raz pierwszy. To w jego rozumieniu pojednawcza oferta dla Ukraińców, którzy zbłądzili na europejskich manowcach, oszołomieni zachodnimi błyskotkami, a powinni powrócić na słowiańskie łono Moskwy i nie brykać więcej. Prezydent Poroszenko ripostował, że w czasie wojny nie ma braterstwa narodów, naród ukraiński wybrał marsz ku Europie, a naród rosyjski przeżywa głęboki kryzys.

A jeśli chodzi o kryzys w stosunkach rosyjsko-ukraińskich, to nie zanosi się na przełom. Putin próbuje zachęcić Zachód do rozmowy o Krymie. Jakiś handel wymienny, jakieś obietnice, jakieś strachy. Minister spraw zagranicznych Ławrow rzucił kilka dni temu zanętę: Putin wybiera się do Nowego Jorku na sesję ONZ, mógłby się przy tej okazji spotkać z Obamą. Biały Dom nazajutrz odparł, że nic mu nie wiadomo o planach spotkania obu prezydentów.

W poprzednich latach prezydent Putin dostarczał wakacyjnego tematu – a to buszował topless w tajdze, a to latał myśliwcem, a to nurkował w akwalungu i cudownym trafem odkrywał starożytne amfory. W tym roku też zanurkował, ale już nie w akwalungu, a zanurzył się w batyskafie na głębokość 82 metrów. A tam niespodzianie czekał na niego od dziesięciu wieków pewien galeon.

Może zdrowie już nie to, może nowych konceptów brak, dość że Putin nie zaryzykował wyczynu wymagającego żelaznej krzepy, a wolał polegać na dobrym sprzęcie. W związku z tym sprzętem pojawiły się w sieci informacje dotyczące putinowskiego batyskafu. Dziennikarz i bloger Arkadij Babczenko zauważa: „prezydent kraju, mającego linię brzegową 38,5 tys. kilometrów, omywanej przez wody trzydziestu mórz, […], swego wiekopomnego odkrycia bizantyjskiego galeonu dokonał w batyskafie wyprodukowanym przez holenderską firmę U-BOAT WORX, zakupionym w 2012 roku”. Po co Putin opuścił się na dno? W zamyśle autorów pomysłu, aby rozbudzić w Rosjanach zainteresowanie ojczystą historią, zamiast tego wykazał, że Rosja nie ma przyzwoitych batyskafów rodzimej produkcji i sprowokował niezliczone żarty i memy. „Putin opuścił się na dno, nareszcie prezydent jest ze swoim narodem”. „Putin na dnie, Rosja już dawno tam jest”.

Przy okazji morskich wyczynów głowy państwa w pole widzenia dociekliwych komentatorów ponownie trafił sekretarz prasowy Putina, Dmitrij Pieskow, szczęśliwy pan młody. Jego ślub z łyżwiarką Tatianą Nawką stał się centralnym wydarzeniem roku (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/02/1476/). Dla jednych – był zachwycającym eventem z życia celebrytów, którzy gremialnie zjechali na zaślubiny i imprezę w najdroższym hotelu Soczi, dla innych – powodem do przyjrzenia się dochodom Pieskowa, który jest skromnym urzędnikiem Kremla, pobierającym wynagrodzenie z budżetu państwa. Przy okazji ślubu i wesela, zorganizowanego z wielkim rozmachem, Pieskow zaprezentował wypasiony zegarek, na który na pewno nie byłoby go stać z pensji rzecznika. Wydatek na zegarek wzięła na siebie Nawka, powiedziała, że podarowała go narzeczonemu z okazji ich ślubu. Całe lato jeździła w rewii na lodzie, żeby zaoszczędzić na ten przedmiot luksusu i oto oblubieniec mógł na nadgarstku zapiąć drogie cacko. Zegarek był ewidentną wtopą. Ledwie temat chronometru przycichł – zaraz pojawił się następny: miesiąc miodowy szczęśliwych nowożeńców.

Pieskow spędza ten szczęsny czas z ukochaną żoną, w kręgu bliskich przyjaciół i dzieci na wynajętym jachcie Maltese Falcon u wybrzeży Sardynii. Czemu nie na Krymie? Pogoda nieładna? Plaże zaniedbane? Co mu nie odpowiada?

Niezmordowany tropiciel nabytych za rentę korupcyjną przez rosyjskich urzędników nieruchomości na Zachodzie Aleksiej Nawalny zaraz wyliczył Pieskowowi, że wynajęcie jachtu o rozmiarach boiska piłkarskiego kosztuje 385 tysięcy euro (26 milionów rubli) za tydzień, bez wyżywienia i rozrywek. „Dmitrij Pieskow musiałby wydać na to wszystko równowartość swojej pensji za trzy lata”. Fundacja Zwalczania Korupcji Nawalnego zwróciła się z wnioskiem o wyjaśnienie, skąd urzędnik państwowy Pieskow dysponował forsą na opłacenie tej ekskluzywnej formy spędzenia miodowego miesiąca (może tylko tygodnia), „a jeśli nie opłacił jej sam, to niech wskaże źródła takich dochodów”. Pieskow odpowiedział, że nie wynajmuje jachtu na Sardynii, tylko hotel na Sycylii. Świetnie. Dlaczego nie na Uralu, w Udmurcji czy Karelii? Brakuje bazy turystycznej? Kiepskie połączenia z Moskwą? Kłamstwa o Sycylii zresztą też nie wystarczyło na długo, Nawalny pokazał w Internecie zdjęcia gości Pieskowa na rzeczonym jachcie, pozyskane z ich profili w mediach społecznościowych. „Goście Pieskowa na pewno zniszczyli podczas rejsu góry zakazanej żywności. Widelcem” – ironizowali komentatorzy w Internecie.

Rosyjscy politycy, jak widać – i w celach prywatnych, i służbowych – używają zachodnich sprzętów, a jednocześnie zalecają prowadzenie zaciekłej wojny z zachodnią żywnością. Zapowiadane przez Putina i Miedwiediewa „importozamieszczenije”, czyli zastąpienie na rynku rosyjskim inkryminowanej żywności zachodniej żywnością rodzimego pochodzenia okazało się kolejnym blefem i chwytem propagandowym, niczym więcej. Zastąpiono jedynie producentów zachodnich producentami wschodnimi i południowoamerykańskimi. Producenci rodzimi nie skorzystali na tych nowych warunkach, a za wzrost cen (znaczący) zapłacą konsumenci. Największym beneficjentem restrykcji na razie okazała się sprytna Białoruś. Co do „importozamieszczenija” wysokich technologii, dobrego sprzętu latającego, odmierzającego czas, zanurzającego się w głębiny, to jakoś nic na razie na Kremlu nie wymyślono. Jadowity krytyk reżimu Putina, Andriej Piontkowski, zauważył, że może nawet Rosja byłaby w stanie zaproponować światu alternatywę dla ideologii Zachodu, ale jeżeli rosyjska elita ma konta w zachodnich bankach, wille na Lazurowym Wybrzeżu, apartamenty w Londynie i kształci dzieci w prestiżowych szkołach na Zachodzie itd., to żadna antyzachodnia ideologia Rosji nie ma siły przekonywania, jest tak kłamliwa i obłudna, że nikt nie jest w stanie w nią uwierzyć.

Ameryko, oddawaj Rachmaninowa!

16 sierpnia. Cały świat musi wiedzieć, że Siergiej Rachmaninow był rosyjskim kompozytorem – zapowiedział minister kultury Rosji Władimir Medinski. Świetnie. Tylko czy ktoś ma co do tego wątpliwości? Zdaniem pana Medinskiego, owszem: „Jeśli przejrzycie amerykańskie źródła, to przekonacie się, że Siergiej Rachmaninow jest wielkim amerykańskim kompozytorem pochodzenia rosyjskiego, Ameryka sprywatyzowała Rachmaninowa, podobnie jak nazwiska dziesiątek i setek Rosjan, których losy rzuciły po rewolucji za granicę”. Ponadto, według rosyjskiego ministra, grób kompozytora [na cmentarzu Kensico w Nowym Jorku] znajduje się w opłakanym stanie. „Sprowadzenie prochów Rachmaninowa do Rosji byłoby wielką sprawą” – patetycznie podkreślił Medinski. Rosyjscy dyplomaci pono już zaczęli nieoficjalne rozmowy o przeniesieniu grobu z Nowego Jorku do majątku rodowego Rachmaninowów Oneg w obwodzie nowogrodzkim w Rosji, gdzie kompozytor przyszedł na świat i spędził lata dziecięce. Według słów Medinskiego kompozytor marzył o tym, by spocząć w rosyjskiej ziemi.

Po kolei, bo dużo tutaj nieścisłości. Ostatnio to jakaś plaga wśród rosyjskich polityków różnych szczebli: mówić, co ślina na język przyniesie. Nie zgadza się z faktami? – tym gorzej dla faktów.

„Szukałem, szukałem. Tu i tam. I jakoś nie znalazłem tych źródeł, w których to Amerykanie nazywają Rachmaninowa wielkim amerykańskim kompozytorem. Medinski widocznie nakłamał jak zwykle. Tym bardziej że nie przez wszystkie lata z ćwierćwiecza spędzonego po ucieczce z Rosji Radzieckiej na obczyźnie kompozytor mieszkał w USA” – pisze na swoim blogu Andriej Malgin.

Gwoli przypomnienia Rachmaninow wyjechał z Rosji w 1917 roku (był przerażony rewolucją i bolszewikami; jako potomek szlacheckiego rodu spodziewał się po nowych władcach Rosji wszystkiego najgorszego). Od 1918 przez kilka lat mieszkał w USA, potem przez co najmniej dziesięć lat – w Szwajcarii, powrócił do Stanów, gdzie w 1943 roku zmarł na chorobę płuc. Jego muzyka jest tak mocno przepojona rosyjskością, że nazywany jest często „najbardziej rosyjskim z rosyjskich kompozytorów”. Komu może przyjść do głowy czynienie z Rachmaninowa amerykańskiego twórcy?

Idźmy dalej. Marzenie o pochówku w Rosji. Wnuk kompozytora, Aleksandr (zmarł kilka lat temu), w wywiadzie dla rosyjskiej prasy mówił, że „Siergiej Wasiljewicz [Rachmaninow] prosił, aby go pochowano w Stanach Zjednoczonych”, razem z żoną i córką.

Kolejny punkt: stan grobu w Nowym Jorku. Rzekomo fatalny. Możliwe, o groby trzeba dbać, jeśli się nie dba, to są zaniedbane. Jak zwraca uwagę cytowany przeze mnie Andriej Malgin, w Nowym Jorku znajduje się rosyjski konsulat. Pracownicy placówki powinni się zainteresować mogiłką i zadbać o nią, skoro wygląda niereprezentacyjnie. W opłakanym stanie znajduje się notabene również majątek Rachmaninowów pod Nowogrodem Wielkim. Dwór został zniszczony w czasie wojny, od tamtej pory przejęci losem prochów kompozytora na obczyźnie urzędnicy rosyjskiego ministerstwa kultury jakoś nie znaleźli czasu, aby podnieść zniszczony zabytek z ruin.

Od dawna trwają przymiarki, aby w Moskwie otworzyć muzeum kompozytora. Towarzystwo imienia Rachmaninowa na ulicy Bolszaja Ordynka w Moskwie wynajęło budynek, w sali koncertowej odbywają się koncerty, zbierane są eksponaty. Towarzystwo czyni od dwudziestu lat starania, aby na Ordynce powstało wreszcie muzeum kompozytora. W gazecie „Izwiestia” z 2014 roku czytam: „Towarzystwo, założone w 1982 roku, niedawno znalazło się w trudnej sytuacji i może zostać usunięte z budynku na ulicy Bolszaja Ordynka. Departament własności moskiewskiego merostwa dwukrotnie podniósł opłaty za wynajem, o czym poinformował Towarzystwo dopiero po dziesięciu miesiącach od wprowadzenia nowych stawek. W rezultacie wielbiciele talentu Rachmaninowa popadli w długi. Zarząd Towarzystwa w 2012 roku oznajmił, że gotowy jest bezzwrotnie przekazać swoje zbiory, w tym fortepian Rachmaninowa, państwu, jeżeli władze wyrażą zgodę, by utworzyć muzeum kompozytora. Ale państwo – po kilku przyzwalających gestach – zamilkło. […] Specjalna komisja oceniła zbiory, merostwo podjęło decyzję, że muzeum Rachmaninowa stanie się filią istniejącego muzeum Skriabina”. Na stronie internetowej tego muzeum nie znalazłam informacji, że zbiory faktycznie zostały przekazane, a „podmuzeum” Rachmaninowa otwarte.

No tak, ale po co minister kultury Rosji miałby zajmować się upamiętnieniem Rachmaninowa w Rosji, skoro znacznie fajniej jest wystąpić z filipiką pod adresem bezecnych Amierikosow-pindosow i rzucić hasło odzyskiwania prochów rosyjskiego kompozytora znajdującego się w amerykańskiej niewoli.

Parmezan i Beevor na stosie

6 sierpnia. Z całego kraju napływają meldunki: w obwodzie biełgorodzkim 45-tonowym kamazem rozjechano siedem ton sankcyjnego sera (http://www.znak.com/urfo/news/2015-08-06/1044013.html), w Petersburgu zniszczono partię zarekwirowanej wieprzowiny niewiadomego, więc zapewne europejskiego pochodzenia, podobnie w obwodzie samarskim, w Orenburgu – pod maczety siepaczy trafiła partia sera z Łotwy, na stos zostaną skierowane nektarynki i brzoskwinie, które przyjechały z Turcji (nieobjętej sankcjami), ale na lewych papierach, więc spłoną, podobnie jak pomidory i jabłka z Polski, którym podstępnie udało się dojechać do samej Moskwy. Od dziś obowiązują przepisy nowego dekretu prezydenta Putina, przewidujące niszczenie żywności objętej rosyjskimi sankcjami. Łącznie zniszczono 300 ton owoców i 30 ton mięsa. Ura!

Minister rolnictwa Aleksandr Tkaczow zapewnia, że niszczenie żywności pochodzącej z kontrabandy jest zgodne ze światową praktyką: „naruszyłeś prawo, jeśli to kontrabanda, to trzeba to zniszczyć” – wyjaśniał w telewizji. Poza tym, zdaniem ministra, ta produkcja jest kiepskiej jakości, więc rozdawać jej nie należy: „nie wolno narażać na szwank zdrowia obywateli”. Minister wyjaśnił, że już są odczuwalne rezultaty światłej decyzji prezydenta: od chwili, gdy podano do wiadomości, że kontrabanda będzie spalana na granicach, wwóz podejrzanych ładunków zmniejszył się aż dziesięciokrotnie. Ura!

Wokół nowych przepisów i sposobów ich zastosowania w rosyjskich mediach i Internecie rozpętała się burza. Mnóstwo ludzi jest zbulwersowanych tym, że niszczona jest żywność. Coś, co jest święte. Zbierane są podpisy pod petycją w sprawie uchylenia dekretu prezydenta, w ciągu jednego dnia podpisało ją 250 tysięcy ludzi. Czy to coś da? Eksperci wzruszają ramionami: owszem, petycja trafi do administracji prezydenta, dostanie się w biurokratyczne żarna, zaczną ją brać pod światło odnośne czynniki i sprawa umrze po drodze przed najwyższe oblicze.

„Niszczenie żywności jest przez rosyjskie organy państwowe wykonywane jak szeregowa akcja policyjna. Ale to nie jest zwyczajna akcja policyjna. To demonstracyjne barbarzyństwo, wyzwanie rzucone społeczeństwu, odwracanie oczu od etycznego aspektu tam, gdzie jest on najważniejszy” – pisze dziś gazeta „Wiedomosti”. Czym spowodowana jest ta pokazowa wojna z jedzeniem? Wersja, że jest podyktowane potrzebą zmobilizowania społeczeństwa, wzmocnienia poczucia oblężonej twierdzy, raczej odpada – mówi Aleksiej Lewinson z Centrum Lewady. Nie ma obecnie potrzeby dodatkowego mobilizowania ludzi – społeczeństwo nie podaje w wątpliwość działań władz. Tymczasem akcja z niszczeniem żywności dotyka bolesnych dla Rosjan miejsc. Na dodatek adresatami tej akcji są grupy lojalne wobec władzy, które zaczynają odczuwać drożyznę.

Ale władza się tym nie przejmuje. Władza i krąg obsługi ma się dobrze, w tym ich kosmosie nie głodują, a to, co się plącze pod nogami, niech sobie radzi. W zamian mamy Krym i poczucie, że wszyscy są przeciwko nam, a my się z przekory nie damy.

Opozycjonista Aleksiej Nawalny (https://navalny.com/p/4389/) zebrał na swoim blogu przykłady, jak biedni rosyjscy emeryci grzebią w kontenerach z wyrzuconą przez supermarkety przeterminowaną lub zepsutą żywnością, podczas gdy władza niszczy dobre produkty i jeszcze oznajmia, że to z troski o zdrowie ludności. Wielu internautów zadaje pytanie, jak to możliwe, że Putin – syn ludzi, którzy przeżyli blokadę Leningradu (matka omal nie umarła z głodu) – jest w stanie podpisać taki drakoński dekret, żeby wyrównać (w jego chorej wyobraźni) rachunki z Zachodem.

Walka na froncie mordowania krewetek ma swoich pierwszych bohaterów. Już dwadzieścia minut po północy pojawili się „białoruscy partyzanci”, donosi prasa. Ciężarówka wioząca 1,5 tony pomidorów przybyła na punkt kontrolny na granicy rosyjsko-białoruskiej. Gdy kierowca dowiedział się, że z powodu braku odpowiednich znaków na etykietkach towar zostanie zarekwirowany i zniszczony, wsiadł do wozu i odjechał na Białoruś. Pomidory zostały uratowane przed rosyjskim walcem.

W Twitterze i FB pojawiły się setki żartów i memów. Np.: „Zobaczcie, jak w Rosji szybko wprowadzany jest szariat – najpierw wielożeństwo dopuszczamy, teraz wieprzowinę niszczymy, a niedługo będziemy złodziejom ręce odrąbywać”. Albo trzeźwe spostrzeżenie: „Ciekawe, kiedy zaczną palić nie sery i mięso, a iPhony i ciuchy”. Albo taka przeróbka sławnego obrazu Riepina „Iwan Groźny i jego syn Iwan” – https://www.facebook.com/photo.php?fbid=1631498340469054&set=a.1508674989418057.1073741828.100008267112034&type=1&theater . Albo wizyta premiera Miedwiediewa – podczas wizyty w supermarkecie w towarzystwie ministra rolnictwa wskazuje, który kawałek mięsa spalić: https://twitter.com/hohland_gosdep/status/629222340342235136

Choć tak naprawdę do śmiechu nie jest. „Gejropejska” żywność nie jest jedynym kandydatem na putinowskie stosy. W Jekaterynburgu i obwodzie swierdłowskim z bibliotek szkolnych usuwane są książki dwóch brytyjskich historyków: Johna Keegana i Antony Beevora. Ich prace poświęcone II wojnie światowej dostarczała bibliotekom fundacja George’a Sorosa. Na razie fundacja nie dostała etykietki „organizacji niepożądanej” (choć według nieoficjalnych danych znalazła się na opracowanej w Radzie Federacji „patriotycznej stop liście”), ale nie od dziś wiadomo, jaką etykietkę ma u lokatorów Kremla Soros – to mecenas kolorowych rewolucji. Więc może z rekwirowaniem książek bardziej chodzi o uderzenie w Sorosa niż w historyków. Gubernator tłumaczy, dlaczego pozbywa się Brytyjczyków: „Książki tych autorów opacznie interpretują informacje o wydarzeniach II wojny światowej, są sprzeczne z dokumentami historycznymi i są przepojone propagandowymi stereotypami nazizmu”. No tak, no tak, teraz wszyscy są faszystami – i banderowska junta w Kijowie, i Soros, i brytyjscy historycy, i parmezan, i Abama, wszyscy.

Czym się Beevor naraził? Pokalał dziewiczą istotę działań Armii Czerwonej w Berlinie, pisząc, że krasnoarmiejcy gwałcili Niemki. Akademik Aleksandr Czubarjan wystąpił nieśmiało w obronie książek: „nauczyciel historii powinien mieć możliwość zapoznania się z różnymi opiniami, aby mógł je porównać”. Sam Antony Beevor odpowiedział władzom obwodu swierdłowskiego na łamach „The Guardian”: „Najbardziej obawiam się tego, że kolejna ekipa rządząca próbuje narzucić nam swoją wersję historii. Jestem kategorycznie przeciwny podobnym próbom dyktowania prawdy, niezależnie od tego, o czym mowa – o Holocauście, ludobójstwie Ormian czy „świętym zwycięstwie” maja 1945 roku”.

Nie wszyscy jednak są przerażeni planem wycinania niebłagonadiożnych ksiąg z rosyjskich bibliotek. „Patriotyczny” bloger zergulio (http://zergulio.livejournal.com/3076341.html) wali prosto z mostu: „Jak wiadomo, fundacja Sorosa w latach dziewięćdziesiątych wydawała niemałe pieniądze na dyskredytację naszej historii i dezinformację rosyjskich uczniów. Teraz, kiedy amerykański plan zniszczenia Rosji stał się dla wszystkich oczywisty, próbujemy oczyścić się od amerykańskiego brudu i kłamstwa, zerwać z fałszowaniem naszej historii i naszych zwycięstw”.

W paranoję wpadają coraz szersze kręgi. Fahrenheit 451 coraz bliżej?

Palenie surowo zalecane

2 sierpnia. Z radością w sercu i prawdziwie rewolucyjnym zaangażowaniem przystąpiły do działania odpowiednie służby ministerstwa rolnictwa, upoważnione do niszczenia przy punktach granicznych zagranicznej żywności, objętej rosyjskimi sankcjami. Mobilne spalarnie zostały już wyprawione na granice Rosji, wszędzie tam, gdzie podstępny jamon i złowieszcze krewetki, zepsute (moralnie) jabłka i paskudnie śmierdzący camembert mogą, skrytobójczo ukryte w ciężarówkach, nielegalnie wjechać na terytorium Federacji Rosyjskiej wbrew zakazowi. Niedoczekanie! Parmeńska szynka nie ma rzymskiego prawa wylądować na talerzu rosyjskiego patrioty. Jedz rosyjskie! – oto hasło dnia.

W sprawie niszczenia zakazanej żywności pochodzącej z zagranicy prezydent Putin podpisał 29 lipca specjalny dekret. Bo mimo sankcji zachodnie produkty ciągle trafiają na półki rosyjskich sklepów, a to niedopuszczalne. Blokadę trzeba uszczelnić. Praca nad likwidowaniem resztek zapasów trefnego żarła wre nie tylko na punktach granicznych. Do inspekcji sklepów spożywczych ochoczo przystąpili aktywiści prokremlowskich młodzieżówek. Media relacjonowały rajd po delikatesach aktywistek w ramach projektu „Jedz rosyjskie”. Dziewczęta przeglądały zawartość półek z serami i triumfalnie wymachując przed kamerami podejrzanymi produktami, krzyczały, że taki wraży ser nie ma tutaj racji bytu. Na inkryminowany kawałek nabiału przylepiały naklejki z wizerunkiem niedźwiedzia szczerzącego kły na amerykańską flagę i wielkim napisem „produkt objęty sankcjami”. Jedna z turkaweczek skrupulatnie fotografowała oklejone sery iPhonem. – Kupiłam go jeszcze przed wprowadzeniem sankcji – chichotała wstydliwie, gdy ktoś jej zwrócił uwagę, że trzyma w rękach produkt wroga. Projekt „Jedz rosyjskie!” otrzymał od administracji prezydenta grant w wysokości 5 milionów rubli.

Nie wszyscy są zachwyceni pomysłem palenia żywności, rozległy się głosy, by sankcyjne wiktuały rozdawać ubogim lub przekazać jako pomoc humanitarną do Donbasu. Na razie – bez echa. Palić i palić! Naukowcy z Tomska zaproponowali rodakom, by raz na zawsze wyrzucili ze swego jadłospisu zachodnią wołowinę i wieprzowinę, napakowaną sterydami, a zamiast tego wprowadzili do diety wysokobiałkowe robaki. Może to niezbyt smaczne, ale pożywne, ekologiczne i patriotyczne. Sałatka z pędraków pod rosyjską wódkę (whisky, ta ruda wóda na myszach, po której trzy dni łeb boli, została skreślona) – palce lizać!

Po tym, jak Rosja w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nałożyła weto na rezolucję o powołaniu międzynarodowego trybunału w sprawie wyjaśnienia okoliczności i ukarania winnych zestrzelenia malezyjskiego Boeinga, do sankcji przeciwko Rosji dołączyło się jeszcze siedem państw (w tym Ukraina). Sekretarz Putina, Dmitrij Pieskow, zapewnił, że Rosja będzie się kierować „zasadą wzajemności”. Oko za oko, ząb za ząb. I rzeczywiście – ostatnio po akcji Holendrów w sprawie trybunału rosyjskie służby stwierdziły w holenderskich tulipanach szkodliwe pasożyty, a zatem kwiaty nie ucieszą już oka Rosjanek – zakazano ich wwozu. Proste.

Wczoraj wzmiankowany Dmitrij Pieskow zawarł związek małżeński. Wesele wyprawiono w najdroższym hotelu w Soczi pod patriotyczną nazwą Rodina (Ojczyzna), z niepatriotycznym wszakże dodatkiem do nazwy Grand Hotel&SPA. Ciekawe, czy gościom podano kapuśniak i paszteciki z grzybowym farszem. Ten ślub narobił sporo zamieszania w rosyjskich mediach. Wpierw narzeczony unikał jak ognia odpowiedzi na pytanie, czy zamierza ożenić się z łyżwiarską mistrzynią Tatianą Nawką, która rok temu urodziła ich wspólną córkę, Nadieńkę. Dla Dmitrija Pieskowa to trzecie małżeństwo, poprzednie rozpadły się, to ostatnie chyba na okoliczność płomiennego romansu z łyżwiarką. To nie jest dobry przykład dla narodu w warunkach „nasadzania” mu ascezy. Tym bardziej że oblubienica też zostawiła swojego poprzedniego męża na lodzie. Potem tematem szeroko omawianym przez internautów były zabiegi wokół hasła „Tatiana Nawka” w rosyjskiej Wikipedii. Żartowano, że pospiesznie zmieniano sformułowanie „obywatelka USA” na „obywatelka Ukrainy” i odwrotnie (tak naprawdę Nawka od 1994 do 2002 roku miała obywatelstwo Białorusi, potem została obywatelką Federacji Rosyjskiej). A na koniec w oko ukłuł obserwatorów wypasiony zegarek Pieskowa (http://www.chrono24.com.ru/richardmille/index.htm). Aleksiej Nawalny, specjalizujący się w śledzeniu wysokich apanaży rosyjskich urzędników, napisał, że chronometr wart jest 38 milionów rubli (https://navalny.com/p/4378/), przy rocznych dochodach Pieskowa 9 mln rubli. Gazeta „Moskowskij Komsomolec” pospieszyła donieść, że ten zegarek to był taki żarcik, obliczony na reakcję dziennikarzy. Zegarek nie należy do Pieskowa, a został przez niego jedynie wypożyczony na okoliczność uroczystości ślubnej. Ale zaraz okazało się, że Pieskow miał zegarek już rok temu – http://top.rbc.ru/politics/02/08/2015/55be0d669a79475c58ad2247

Jeszcze jedną ciekawostką jest to, że – jak podają rosyjskie media – wydatki na wesele Pieskowa pokrył miliarder Oleg Deripaska, właściciel hotelu. No tak, ze skromnej pensji kremlowskiego urzędnika ledwie na byle jaki zegarek wystarcza (zdjęcia z imprezy: http://echo.msk.ru/blog/echomsk/1596008-echo/).

Wróżenie z plastra

28 lipca. Wizyta prezydenta Putina w obwodzie kaliningradzkim wywołała wielkie poruszenie. I wcale nie dlatego, że prezydent ogłosił wtedy nową redakcję doktryny morskiej, przewidującą wzmocnienie pozycji Rosji w Arktyce. Ani nie dlatego, że podczas pokazu siły i wdzięku jednostek pływających pod banderą rosyjskich sił zbrojnych z jednego z okrętów nie zdołano wystrzelić rakiety (https://www.youtube.com/watch?v=5zZraMvoXM4). Uwagę internautów przyciągnął pewien szczegół w wyglądzie prezydenta.

Jak można zobaczyć na zdjęciach (m.in. tu: https://www.belaruspartisan.org/politic/312289/) Władimir Władimirowicz ma dyskretnie przyklejony na szyi plaster, który niedyskretnie na chwilę wyłonił się zza wysokiego kołnierzyka koszuli. Spekulacje co do powodu pojawienia się plastra przypomniały mi niedawną historię z zaginięciem Putina na dziesięć dni (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/03/13/w-oczekiwaniu-na-jezioro-labedzie/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/03/17/nakarmieni-konserwami/). Wtedy też dociekano, co się stało i stawiano diagnozy, dotyczące poważnej choroby prezydenta.

Niezmordowani łowcy sensacji po obejrzeniu prezydenta w Kaliningradzie wysunęli przypuszczenie, że plaster zasłania ślad po punkcji gruczołów limfatycznych. Inni postulują, że plaster służył jako zakrycie śladów zabiegu na tętnicy szyjnej. Jeszcze inni, że Putin chciał ukryć ślad po ugryzieniu przez wampira. Każda z tych teorii jest dobra. Bo oczywiście oficjalnych komunikatów o stanie zdrowia prezydenta Kreml nie wydawał. Oficjalnie prezydent jak zwykle jest zdrów jak ryba.