Szczyt, Syria i koty

16 listopada. Na zjazd dwudziestki w tureckiej Antalyi prezydent Putin jechał z zamiarem przełamania izolacji w stosunkach z Zachodem. Od półtora miesiąca rosyjskie lotnictwo bombarduje w Syrii pozycje bojowników różnej proweniencji (Moskwa twierdzi, że tylko Państwo Islamskie, ale są na ten temat i inne doniesienia). Ponadto po krwawych zamachach w Paryżu, do których przyznało się Państwo Islamskie, sprawa przyduszenia hydry terroryzmu oraz problem napływających do Europy uchodźców z Bliskiego Wschodu stanęły ostro na porządku dnia. Kreml w tej zaostrzonej sytuacji zgłosił akces utworzenia wspólnego frontu walki.

Zachętę do tworzenia czegoś w rodzaju „koalicji antyhitlerowskiej bis” Putin zgłasza zachodnim partnerom już od pewnego czasu. W obliczu groźnego wroga (terroryzm, Państwo Islamskie) Rosja będzie sojusznikiem Zachodu, mówi Putin, bo w pojedynkę wroga się nie pokona; niech zatem Zachód puści w niepamięć różne grzeszki (aneksja Krymu, wojna w Donbasie, zestrzelony boeing), a będzie „fajnie i gites”, jak śpiewa Jaromir Nohavica. No i jeszcze niech na stolcu w Syrii pozostanie Asad, „jedyny prawomocny prezydent”. No i jeszcze w ramach poprawy atmosfery niech Zachód zniesie wreszcie te okropne sankcje.

Od piątkowego wieczora, gdy napłynęły wiadomości o zamachach w Paryżu, tuby kremlowskiej propagandy dęły co sił w płucach: trzeba się zjednoczyć, trzeba połączyć wysiłki, trzeba razem.

Pozycja przetargowa Moskwy w świetle ostatnich wydarzeń poprawiła się. Proszę sobie przypomnieć, jak wyglądał ostatni szczyt G20 w Australii: Putin siedział sam przy stoliku, nikt z nim nie chciał rozmawiać, premier Australii był nieprzyjemny do granic możliwości, a może nawet bardziej (to było niedługo po katastrofie samolotu nad Donbasem, w której zginęli obywatele Australii); Putin się obraził i wyjechał wcześniej. W Antalyi z Putinem spotkało się kilkoro najważniejszych przywódców zachodniego świata. Czy rozmowy te miały jakiś konstruktywny wymiar?

„Na wymarzony pakt o nowej Jałcie w nagrodę za udział Putina w walce z Państwem Islamskim, wydaje mi się, Zachód nie pójdzie i Putinowi w czasie szczytu dano to jasno do zrozumienia – uważa politolog Andriej Piontkowski (zawsze krytyczny wobec Kremla). – Widać to było choćby po suchym komunikacie Białego Domu: Putin i Obama rozmawiali o Ukrainie, Putinowi przypomniano o konieczności przestrzegania porozumień mińskich. W rosyjskiej telewizji odtrąbiono wielki sukces: na obrazku widać było rosyjskiego lidera, którego dopuszczono do wspólnego stołu. Putin z wielką przyjemnością wypowiadał przed kamerą słowa „David”, „Barack”, „Angela”, demonstrując, że znowu jest swój wśród swoich. Ale na tym sukces się jednak kończy i raczej nie sięgnie poza granice Rosji. […] Zachód może sam poradzić z problemem Syrii i Państwa Islamskiego, Rosja się tylko ze swoim Asadem plącze pod nogami. Nowa koalicja antyhitlerowska to fałszywy mem”.

Jest jeszcze jeden aspekt kontaktów na linii Moskwa-Zachód: zaufanie. Towar deficytowy. Igor Ejdman w audycji Radia Swoboda przypomina: „Jak pokazuje praktyka ostatnich lat, jak pokazuje historia ukraińskiego konfliktu, każde porozumienie Putin z łatwością narusza i stara się sytuację wykorzystać nie dla osiągnięcia deklarowanych celów, jak np. walka z Państwem Islamskim, a dla rozwiązania swoich konkretnych taktycznych ekspansjonistycznych zadań. […] Teraz sama walka z islamizmem Putina nie interesuje. Nawet jeśli Zachód postanowi układać się z Putinem, to i tak nic na tym nie wygra, po prostu Putin po raz kolejny oszuka zachodnich polityków, owinie ich sobie wokół palca, choć mam nadzieję, że tym razem do tego nie dojdzie”. Cóż, zobaczymy. Przed zamachami we Francji sytuacja była inna, po zamachach jest inna, rozmiękczony grunt jest bardzo na rękę Putinowi, liderzy Zachodu są bardziej skłonni do kompromisów.

Prezydent Obama powiedział, że Rosja może połączyć swoje wysiłki z działaniami koalicji walczącej z Państwem Islamskim. Ale czy Moskwa jest do tego gotowa? Zacytuję jeszcze raz Igora Ejdmana: „Nie ma mowy o tym, że Rosja zacznie działać w składzie tej [istniejącej pod auspicjami USA] koalicji, że jest w stanie podporządkować się wspólnemu planowi, walczyć z islamistami, pokonać nowych barbarzyńców z Państwa Islamskiego. Nie, to niemożliwe, dlatego że to stoi w sprzeczności z praktyką rosyjskiej polityki i tymi zadaniami, które miejscami nie różnią się od zadań islamistów, bo to zadania ekspansji, rozbicia cywilizacyjnego ładu”.

Na koniec jeszcze kilka słów o nieformalnym spotkaniu Putin-Obama. TASS podkreśla, że tego spotkania nie było w programie. Na kanale youtube zamieszczono filmik nakręcony z boku:

https://www.youtube.com/watch?v=d6qJpCutWug

Satyryk Jołkin zauważył, że największym zainteresowaniem mediów i publiczności portali społecznościowych cieszyła się nienerwowa przechadzka kotów po podium przygotowanym dla uczestników spotkania:

http://www.svoboda.org/content/article/27368678.html

 

 

Moskwa patrzy na Paryż

14 listopada. Ludzie przynoszą pod ambasadę Francji na ulicy Bolszaja Jakimanka w Moskwie kwiaty, ikony, świece. Długa kolejka tych, którzy chcą złożyć hołd ofiarom zamachów terrorystycznych w Paryżu, stoi na ulicy aż do wejścia do stacji metra Oktiabrskaja. „Rosja opłakuje Paryż”, „Kochamy Paryż”, „Nie boimy się” – takie napisy można przeczytać na pozostawianych pod ambasadą karteczkach. (Zdjęcia tu: http://grani.ru/Events/Terror/m.245881.html). Kilka obiektów w Moskwie, między innymi wieżę telewizyjną w Ostankino, podświetlono we francuskich barwach narodowych.

W nocy depeszę kondolencyjną w związku ze śmiercią 129 ofiar sześciu ataków terrorystów w Paryżu, na ręce władz Francji wystosował prezydent Rosji. „Ta tragedia to kolejne świadectwo barbarzyńskiej istoty terroryzmu, który rzuca wyzwanie ludzkiej cywilizacji. Aby efektywnie walczyć, musimy połączyć wysiłki całej wspólnoty międzynarodowej”. Putin zaproponował też pomoc w śledztwie. Liczny zastęp deputowanych do Dumy powtarza dziś postulat stworzenia wspólnego frontu walki z Państwem Islamskim. To nie tylko dyżurne wyrazy współczucia, to ważna oferta płynąca z Moskwy. Zresztą, nie po raz pierwszy. Teraz lepiej ją słychać po tragicznych atakach w Paryżu i po katastrofie rosyjskiego samolotu nad półwyspem Synaj dwa tygodnie temu. Rosyjska solidarność z ofiarami we Francji ma jeszcze i to tragiczne podłoże – wspólnotę żałoby po ofiarach.

Szef komisji spraw zagranicznych rosyjskiego Senatu Konstantin Kosaczow zasugerował, że należy odnowić współpracę służb specjalnych, mocno ograniczoną po wydarzeniach na Ukrainie. Jeszcze wczoraj przedstawiciele ugrupowania Władimira Żyrinowskiego pikietowali ambasadę Francji w Moskwie w związku z niedawnym opublikowaniem przez pismo „Charlie Hebdo” rysunków związanych z katastrofą rosyjskiego samolotu. Stali z transparentami: „My nie jesteśmy Charlie”, „Nowi przyjaciele terrorystów?” itd. Dzisiaj miała się też odbyć podobna demonstracja organizowana w Petersburgu przez Wiaczesława Miłonowa, antygejowskiego aktywistę. Miłonow odwołał akcję i wezwał satyryków pisma, aby powstrzymali się od publikowania rysunków związanych z zamachami. „Terroryzm nie ma narodowości” – oznajmił przytomnie. Prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow zwrócił się do przywódców państw muzułmańskich z apelem o podjęcie wspólnych działań na rzecz zwalczania Państwa Islamskiego.

Użytkownicy rosyjskich mediów społecznościowych nie tylko masowo wyrażają współczucie i solidarność z Francją (wielu zmieniło swoje zdjęcia profilowe w FB i Twitterze, umieszczając w tle francuską flagę). Pojawiają się również komentarze i prognozy. Administrator prześmiewczego konta na Twitterze „Mysli pierzidienta” dziś jest poważny: „Oglądam telewizję Dożd’ – chłopak z Moskwy opłakuje pod francuską ambasadą ofiary zamachów. Dopóki są tacy ludzie, Rosja żyje”. Ale częsty jest i taki motyw: „Lepszego prezentu dla Putina niż zamachy w Paryżu trudno sobie wyobrazić. To tak oczywiste, że nawet nie wymaga dodatkowych wyjaśnień”. Niektórzy idą jeszcze dalej: „Zamachy terrorystyczne w Paryżu to operacja specjalna Moskwy – akt przymuszania Europy do przyjaźni, świetny środek do tego, aby świat zapomniał o Krymie i Donbasie, o zestrzelonym malezyjskim boeingu”. W zupełnie innym duchu wypowiedział się w FB politolog Siergiej Markow, głosiciel idei „rosyjskiego świata”, Noworosji etc., zawsze do usług Kremla: „Należy wzmocnić środki bezpieczeństwa w Moskwie. Rosja, USA, Francja razem powinny dodusić Państwo Islamskie w Syrii, Iraku i Libii. Należy natychmiast zakończyć konflikt Rosji z Zachodem z powodu Ukrainy. Juntę zamienić na rząd techniczny, zmienić konstytucję, sprzątnąć neonazistów, przeprowadzić nowe wolne wybory. Kijowska junta to jedna z największych przeszkód w podjęciu wspólnej walki przez USA, UE i Rosję”. (Znowu to hasło wspólnej walki.)

Gazeta „Izwiestia” przeprowadziła błyskawiczną sondę wśród czytelników. Aż 77% uczestników powiedziało, że spodziewało się „czegoś podobnego” jak paryskie zamachy. 74% zadeklarowało, że po tym, co się stało, zrewidowało swoje plany wyjazdowe do Francji (wielu miało zamiar udać się do Paryża na powitanie Nowego Roku). Zdaniem badanych następnym celem terrorystów będzie Rosja (39%) lub Europa (32%). W ankiecie wzięło udział 15 tysięcy osób.

Większość dzisiejszych reakcji zarówno ze strony rosyjskich polityków, jak mediów oficjalnych i mniej oficjalnych wypowiedzi w Sieci dotyczy międzyludzkiej solidarności z ofiarami terroru, z władzami Francji, obywatelami tego kraju. Na stricte polityczne gesty i posunięcia przyjdzie czas już niebawem. Przed nami szczyt G20.

Córki stanu

11 listopada. Rodzice się do niej nie przyznają. Nie wiadomo, kim jest, nie wiadomo, skąd jest. Nie wiadomo, jakie umiejętności sprawiły, że zajęła stanowisko dyrektora firmy Innopraktika, realizującej lukratywny kontrakt na Uniwersytecie Moskiewskim (projekt wart 1,7 mld dolarów; na projekt zrzucają się same tuzy: Rosnieft’, Transnieft’, Rosatom). Nie wiadomo, jak zarobiła 3,7 mln dolarów na willę w Biarritz. Nie wiadomo, jak zgromadziła majątek wart 2 mld dolarów. Wiadomo tylko, że ma fajne hobby: akrobacje w rytmie rock and rolla. I że nieźle jej te tańce wychodzą (mistrzostwa świata w Szwajcarii sprzed dwóch lata, piąte miejsce https://www.youtube.com/watch?v=wg5q4ub74yc).

W styczniu sprawa tożsamości 29-letniej blondynki Kateriny Tichonowej wypłynęła po raz pierwszy. Dziennikarska brać zainteresowała się enuncjacjami publicysty i blogera Olega Kaszyna, który twierdził, że wysportowana miłośniczka akrobatycznego rock and rolla i dyrektorka Innopraktiki jest młodszą córką prezydenta Putina. Sekretarz prasowy głowy państwa wzruszył ramionami: „nie wiem, kim ona jest, już tyle dziewcząt uważano za córki Władimira Putina”. I tyle.

Temat ostatnio powrócił. Tym razem za sprawą publikacji Reutersa (http://www.reuters.com/investigates/special-report/russia-capitalism-daughters/). Dziennikarze agencji ustalili, że Katerina to prezydencka latorośl. Jej mąż Kiriłł Szamałow – syn członka kooperatywy Oziero, Nikołaja – jest akcjonariuszem firmy SIBUR Holding (przetwórstwo ropy, gaz). Akcje nabył od innego dobrego znajomego pana Putina, Giennadija Timczenki. Kółko wzajemnej adoracji.

Po publikacji Reutersa do Kateriny znów nikt się nie przyznał. Sekretarz prasowy oznajmił z niezmąconym spokojem: Nie dysponuję informacjami o życiu osobistym pani Tichonowej. Mogę zdementować doniesienia Reutersa.

Taki trend panuje na Kremlu: to nie nasi żołnierze, to nie nasz Buk, to nie nasz zegarek, to nie nasze dzieci. I jeszcze – to nie nasze domy. Niezmordowana fundacja zwalczania korupcji zainteresowała się olbrzymim domem w prestiżowym osiedlu willowym pod Moskwą (http://alburov.ru/2015/11/neotvetila/). Nieruchomość została w rejestrze zapisana na nazwisko Kseni Szojgu, młodszej córki ministra obrony. Dziewczyna ukończyła MGIMO i zaczyna karierę biznesową – zarabia na organizowaniu „patriotycznej” gry terenowej. Wartość samej działki w tej okolicy kosztuje krocie, a cóż dopiero wzniesienie pałacu w stylu chińskiej pagody. Jaka była reakcja na publikacje dociekliwej fundacji? Zamknięcie nieuczciwego właściciela? Nie! Zamknięcie dostępu do rejestru nieruchomości.

Płonące wrota

9 listopada. Zaszyte usta Piotra Pawlenskiego, ucięty płatek ucha, jego chude nagie ciało na bruku placu Czerwonego w Moskwie albo okręcone drutem kolczastym w Petersburgu – poprzednie akcje artysty performera protestującego przeciwko autorytaryzmowi władz, tłumieniu wolności słowa, skazaniu dziewczyn z Pussy Riot, ale także przeciwko obojętności społeczeństwa znane są na całym świecie. Dzisiejsza akcja została zatytułowana „Zagrożenie”.

Pawlenski o godzinie pierwszej w nocy podszedł do drzwi głównej siedziby Federalnej Służby Bezpieczeństwa na Łubiance, oblał je benzyną i podpalił. Został zatrzymany przez policję, a po wielu godzinach przesłuchań tymczasowo osadzony w areszcie. Podobno policjanci odnosili się do niego z nieufnością i ostrożnością na zasadzie: skoro przybił sobie jaja do bruku, to nie wiadomo, na co go stać.

Zdjęcie ascetycznej sylwetki performera na tle płonących drzwi podawane jest dziś w sieciach społecznościowych z rąk do rąk. Fotoreportaż z miejsca zdarzenia opublikował bloger Ilja Warłamow: http://varlamov.ru/1507107.html

Sam Pawlenski zamieścił film z akcji: https://vimeo.com/145096472, opatrując go komentarzem. „Płonące drzwi Łubianki to rękawica, którą społeczeństwo rzuca w twarz terrorystycznemu zagrożeniu. Federalna Służba Bezpieczeństwa, posługując się metodą nieustannego terroru, sprawuje władzę nad 146 milionami ludzi. Strach zmienia wolnych ludzi w zbitą masę zatomizowanych ciał. Zagrożenie, że i z nim się z pewnością rozprawią, wisi nad każdym, kto znajduje się w zasięgu kamer, urządzeń podsłuchowych i granic kontroli paszportowej. Sądy wojskowe likwidują każdy przejaw wolnej woli. Ale terroryzm może istnieć tylko karmiąc się zwierzęcym instynktem strachu. Przeciwstawić się temu instynktowi może wyłącznie odruch walki o swoje życie. A życie warte jest tego, aby zacząć o nie walczyć”. Za podpalenie drzwi mitycznego gmachu na Łubiance może mu grozić do pięciu lat pozbawienia wolności, o ile akcja zostanie zakwalifikowana jako akt chuligański. Jeden z członków Izby Społecznej przy prezydencie, Anton Cwietkow, zażądał od MSW odizolowania od społeczeństwa „tego wielbiciela sportów ekstremalnych”.

Za swój poprzedni happening „Swoboda” Pawlenski stanął przed sądem. Happening polegał na zbudowaniu barykady z opon na moście w Petersburgu, podpaleniu tych opon i stukaniu po metalu, aby „wydobyć dźwięk podobny do tego na Majdanie”. Pawlenski odmówił w sądzie składania zeznań i odpowiadania na jakiekolwiek pytania. Śledczy, który prowadził jego sprawę, Paweł Jasman, pod wpływem artysty-akcjonisty zwolnił się z pracy w Komitecie Śledczym, przekwalifikował, zdał egzaminy adwokackie. Nawet złożył wniosek, aby dołączono go do dwojga obrońców, którzy bronili Pawlenskiego w sądzie (przyczyny formalne nie pozwoliły na to – skoro Jasman był głównym oficerem śledczym w sprawie, nie mógł potem wskoczyć w buty adwokata). Historia prawie biblijna.

Reakcje użytkowników mediów społecznościowych na akcję na Łubiance są diametralnie różne. Od zachwytów – „genialna akcja, arcydzieło akcjonizmu”, „Piotr Pawlenski, apostoł” – po niezrozumienie i krytykę – „Pawlenski do psychiatryka!” itd. Satyryk Jołkin podsumował wydarzenie takim rysunkiem: http://polit.ru/gallery/elkin/

Rozważano też, co by się stało, gdyby Pawlenski analogiczną akcję chciał wykonać w Ameryce pod drzwiami FBI: „w Waszyngtonie mają w siedzibie FBI szklane drzwi, nie da się ich podpalić. Najważniejsze, że człowieka, który by się zbliżał z kanistrem benzyny, najprawdopodobniej przewróciliby mordą w dół już w odległości stu metrów od celu. Albo zastrzelili. W związku z tym mam pytanie: jak to możliwe, że do drzwi jednego z najważniejszych obiektów w mieście może sobie podejść ktoś, niosący kanister z paliwem i jeszcze na dodatek podpalić? A gdyby ten człowiek miał materiał wybuchowy? To nie jest pytanie od czapy w świetle ostatnich wydarzeń”. Pytanie faktycznie niepozbawione sensu. Ale na razie na nie nikt nie spieszy odpowiedzieć. W każdym razie w oficjalnej przestrzeni. Bo w tej mniej oficjalnej, owszem, używają sobie ludziska: „Ci [słowo niecenzuralne] nawet własnych drzwi nie są w stanie upilnować, tajna policja, niech ich licho [dalej: słowo niecenzuralne]”. Dziennikarz Arkadij Babczenko na swoim profilu FB rozwija tę myśl: „Patrzę na akcję Pawlenskiego i przychodzi mi do głowy: żadnego potwora FSB nie ma. Oni przejęli władzę, otrzymali gigantyczne zasoby, gigantyczne budżety, absolutną władzę, sto milionów pokornego i gotowego na wszystko społeczeństwa, telewizor – tę niesłychaną machinę propagandową, ze wszystkich sił starali się zbudować policyjne, zmilitaryzowane państwo. I nawet to im nie wyszło”.

Happening Pawlenskiego jest bardzo mocną akcją artystyczną. Skojarzenie płonących drzwi Łubianki z piekielnymi płomieniami narzuca się jako pierwsze. Obraz nieruchomej postaci na tle płomieni buchających z budynku, w którym życie straciły tysiące ofiar systemu, zapada w pamięć. Pawlenski nie ucieka z miejsca akcji, nie stara się ukryć w anonimowości. Wręcz przeciwnie – podkreśla, oto ja, samotny artysta, to mój indywidualny protest, za który biorę odpowiedzialność. Słuchajcie, co mam do powiedzenia!

Marat Gelman, marszand i znawca sztuki, tak powiedział dziś w Radiu Swoboda o akcji Pawlenskiego: „Strategia Pawlenskiego jest bardzo zgrabna i bardzo ważna. Pawlenski pokazuje siłę słabego człowieka. W społeczeństwie, w którym dominują wszelkie represyjne siłowe gesty (armia, policja, prokuratura), on pokazuje, że jest słaby, ale to społeczeństwo nic z nim nie może zrobić. Co możecie zrobić człowiekowi, który okręcił się drutem kolczastym? Będziecie go straszyć torturami w więzieniu? Temu człowiekowi, który przybił swoje genitalia do placu Czerwonego, możecie zrobić jeszcze większą krzywdę, niźli robi sobie on sam? To jego sposób na demonstrację siły słabego człowieka. I pokazuje to w chwili, gdy w społeczeństwie powszechne jest przekonanie, że nic nie możemy, że jesteśmy bezsilni, opozycję uciszają, biznesy odbierają, władza jest silna, i na dodatek cieszy się poparciem. Co my możemy? Nas jest mało. A Pawlenski pokazuje, że nawet jeden człowiek coś może. To w pewnym sensie bardzo optymistyczna sztuka. On mówi: jestem słaby, ale wy i tak nie możecie nic ze mną zrobić”.

Podpalone drzwi wyglądają (a właściwie nie wyglądają) teraz tak: https://twitter.com/raymond_saint/status/663680040228528128

Nadia Tołokonnikowa (niegdyś Pussy Riot) skwitowała wyczyn Pawlenskiego, wykorzystując dawne sowieckie hasełko (Lenin – rozum, honor i sumienie epoki): „Pawlenski – rozum, honor i jaja epoki”.

Bomba na pokładzie

6 listopada. Do czasu wyjaśnienia okoliczności katastrofy samolotu A321 rosyjskich linii lotniczych Metrojet, który 31 października rozbił się nad półwyspem Synaj, wstrzymane zostaną loty do Egiptu rosyjskich samolotów – taki komunikat wypłynął z Kremla po posiedzeniu Komitetu Antyterrorystycznego. W trybie pilnym ma być także opracowany i wdrożony plan ewakuacji obywateli Federacji Rosyjskiej przebywających w Egipcie. Obecnie jest ich tam około 35 tysięcy.

Sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Jeszcze wczoraj rosyjscy politycy gniewnie fukali i wzruszali ramionami po decyzji Londynu w sprawie zawieszenia lotów i ewakuacji obywateli Wielkiej Brytanii z Egiptu. Może na decyzję Putina wpływ miały nie tylko rekomendacje dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który apelował o wstrzymanie ruchu powietrznego z Egiptem, ale także wczorajsza rozmowa telefoniczna z brytyjskim premierem Davidem Cameronem. Cameron miał namawiać Putina do podjęcia analogicznych kroków z uwagi na podejrzenie, że ponownie może dojść do zamachu na samolot z cywilami.

Media amerykańskie i brytyjskie, powołując się na anonimowe źródła w służbach specjalnych, od kilku dni informują, że najbardziej prawdopodobną wersją katastrofy jest zamach terrorystyczny. Ładunek wybuchowy miał zostać wniesiony na pokład. Być może został podrzucony do bagażu. Media rosyjskie trzymają się wielowątkowej narracji, na plan pierwszy wysuwając przypuszczenia, że powodem wypadku mogła być awaria techniczna (uszkodzony kilka lat temu podczas feralnego startu ogon samolotu mógł pęknąć, odpaść i zdehermetyzować kabinę).

W rosyjskich mediach społecznościowych szeroko komentuje się jednak inną okoliczność niż powody tragedii: dlaczego prezydent Putin zniknął z radarów po katastrofie Airbusa, nie pojawiał się publicznie przez dwa dni. Dwa bardzo ciężkie dni. Kiedy rodziny i bliscy ofiar, oczekujący na pasażerów lotu z Szarm el-Szejk, rozpaczali po ich stracie, nie usłyszeli od przedstawicieli władz państwa żadnych słów otuchy. Nie przyjechał porozmawiać z nimi ani prezydent, ani premier. To była najtragiczniejsza katastrofa w dziejach rosyjskiego lotnictwa cywilnego. Prezydent nie wygłosił orędzia do narodu w tej ważnej i ciężkiej chwili. Wprowadził jednodniową żałobę (notabene nieprzestrzeganą – w wielu klubach organizujących zabawy z okazji Halloween imprez nie odwołano, goście świetnie się bawili do białego rana; niektórzy artyści nie odwołali też swoich koncertów). Putin pojawił się w przestrzeni publicznej dopiero po 72 godzinach od tragedii, wykorzystał spotkanie z ministrem transportu, aby wygłosić kilka okolicznościowych zdań. Spotkanie pokazała telewizja. I tyle. A – o ile dobrze pamiętam – orędzie po zestrzeleniu boeinga Malezyjskich Linii Lotniczych nad Donbasem w lipcu ubiegłego roku Putin wygłosił późnym wieczorem, w trybie nagłym. Choć w tamtej katastrofie nie zginął ani jeden obywatel Rosji, samolot nie należał do rosyjskich linii i nie spadł na terytorium Rosji.

Publicystka Natalia Geworkjan napisała: „Nie jesteśmy krajem demokratycznym, więc ta spóźniona reakcja Putina nie odbije się na jego dalszej karierze, rankingach i innych nic nieznaczących w naszym systemie liczbach. I on o tym doskonale wie. Ale bardzo bym chciała powiedzieć Putinowi, a jest to moje osobiste zdanie jako obywatela Rosji: lider, który porzuca swoich ludzi w dni katastrofy i nie potrafi dzielić z narodem bólu, nie jest liderem, choćby miał nie wiadomo jaki ranking. Człowiek, który jest w stanie prezentować wyłącznie siłę i chce kojarzyć się jedynie z sukcesem, chowając się w trudny czas, nie rozumie, co tak naprawdę jest powinnością prezydenta. Prezydent, któremu intuicja nie podpowiada, że w tragicznej chwili powinien być razem z narodem, jest słabym politykiem i tchórzem”.

Kremlinolodzy twierdzą, że Putin faktycznie unika jak ognia przykrych wydarzeń, aby nie pokalać swego teflonowego wizerunku człowieka sukcesu. Coś w tym jest. I działa. Nie tylko na rosyjskie społeczeństwo, popierające prezydenta. Forbes po raz trzeci uznał Putina na dniach za najbardziej wpływowego człowieka świata.