Nagi instynkt polityczny, część druga

7 kwietnia 2016. Internetowa publiczność z satysfakcją upijała się szczegółami afery mieszkaniowej niedługo (https://labuszewska.pl/nagi-instynkt-polityczny/). Zwłaszcza że główne bohaterki – kobiety, które zostały hojnie obdarowane luksusowymi nieruchomościami przez znajomego przyjaciela Putina – były dla ciekawskiej prasy niedostępne. Seksowna Alisa Charczewa w ogóle zniknęła z radarów; po serwisach plotkarskich przeleciały przypuszczenia, że gdy Alina Kabajewa dowiedziała się o istnieniu potencjalnej rywalki, wydrapała jej oczy.

Przyroda, a tym bardziej pole medialne, nie znosi pustki. Uwagę widzów błyskawicznie przekierowano na inne mieszkanie i inną atrakcyjną niewiastę. 1 kwietnia telewizja NTW wyemitowała w paśmie wieczornym film, mający pozbawić czci i wiary lidera opozycyjnej partii Parnas, byłego premiera, Michaiła Kasjanowa. Wisienką na torcie przyrządzonym przez demaskatorów były obszerne fragmenty podsłuchanych w sypialni Kasjanowa rozmów i podejrzanych ukrytą kamerą scen z życia intymnego. Kasjanow prowadził w zaciszu alkowy nie tylko rozmowy o życiu partyjnym z zajmującą współpracowniczką Natalią, ale przeżywał wraz z nią miłosne uniesienia. W telewizji zaprezentowano fragmenty nagrań, natomiast do sieci wyciekła pełna wersja dozwolona od lat osiemnastu.

Żadne studio filmowe nie opatrzyło pokazanych materiałów swoim logo. Kto nagrywał, na czyje zlecenie? Tego nie wiemy. W czasach siermiężnego komunizmu służby specjalne łowiły współpracowników metodą „na korek, worek i rozporek”, czyli szantażowały alkoholików, łudziły łatwym zarobkiem chciwców lub podstawiały atrakcyjne osobniczki miłośnikom kobiecych wdzięków. Jak świat światem to działało i działa. I rosyjskie służby też doskonale o tym wiedzą. Wszyscy mieli się okazję przekonać, że metoda „na rozporek” jest skuteczna jak żadna inna, jeszcze w czasach Jelcyna. Był taki moment pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy pewna zawzięta prokurator ze Szwajcarii tropiła nielegalne pieniądze Familii Jelcyna. W Rosji pomagał jej w tym prokurator generalny Jurij Skuratow, który dokopał się do materiałów kompromitujących bliskie otoczenie prezydenta. W marcu 1999 r. TV Rossija wyemitowała w porze największej oglądalności film (nakręcony ukrytą kamerą), na którym „człowiek podobny do Skuratowa” oddawał się rozkoszom łoża w towarzystwie dwóch zgrabnych dziew, jak się miało okazać, prostytutek opłaconych nawet nie przez Skuratowa, a kogoś, kto chciał mu zrobić prezent. Kilka dni później Skuratow (który bronił się, że to nie on był na filmie) został zdymisjonowany. Interesy Familii nie ucierpiały. Jak twierdzą niektórzy komentatorzy, mający wtedy wgląd w zakulisowe sprawy Kremla, Familia uczyniła odpowiedzialnym za utrącenie Skuratowa ówczesnego dyrektora Federalnej Służby Bezpieczeństwa, Władimira Putina. Putin miał prokuratora wysadzić z siodła. I zrobił to metodą brzydką, brudną, niehonorową, ale, jak widać, skuteczną.

Kilka lat temu podobną metodę „rozporkową” zastosowano wobec kilku przedstawicieli tzw. niesystemowej opozycji (czyli istniejącej poza systemem władzy). Pewna swawolna fotomodelka, Jekatierina Gierasimowa, używająca pseudonimu Katia Mumu kręciła się intensywnie wokół nielubianych przez Kreml i nielubiących Kremla polityków, satyryków, pisarzy, dziennikarzy itd. Na krótko udawało jej się zakręcić im w głowie. Zaproszeni panowie lądowali w jej łożnicy, a to, co się w niej działo, Katia utrwalała zamontowaną w ukryciu kamerą. Żniwa panny Mumu – opublikowane w sieci – miały ukazać mizerię moralną ludzi, którym postało w głowie przeciwstawianie się światłemu przywództwu Władimira Putina. I znowu na materiałach nakręconych w sypialni nie było znaczka wytwórni filmowej.

Zatem pojawienie się kolejnej pościel-gate w życiu politycznym Rosji nie jest nowością. Ciekawy jest moment. Próba skompromitowania Kasjanowa (który po wszystkim oświadczył, że nie zamierza wycofywać się z działalności politycznej, a nawet skarżyć NTW o naruszenie dóbr osobistych) nastąpiła zaraz po ujawnieniu przez zachodnie media afery z mieszkaniami dla niewiast związanych tak czy inaczej z Putinem. I na dwa dni przed publikacją „Panama papers”. Tą publikacją zajmę się w kolejnym odcinku serialu, a dziś jeszcze mały rarytas z pokrewnej dziedziny.

Tygodnik „Sobiesiednik” od pewnego czasu śledzi działalność struktur obsługujących prezydenta. Administracja Prezydenta jest rozgałęzioną instytucją, są w niej nie tylko biura, ośrodki analizy politycznej, archiwa, ale także posiadłości. Gazeta opublikowała dziś listę zakupów dla jednej z rezydencji prezydenta, Zawidowo (http://sobesednik.ru/rassledovanie/20160406-dlya-kogo-rezidencii-putina-zakupayut-zhenskoe-bele?luchshee). Oszałamia na tej liście wszystko: i sumy przeznaczane na zakup luksusowej pościeli, rowerów, pieców do sauny, łódek, i dobór markowej garderoby na czas relaksu (np. damskie kostiumy kąpielowe w trzech rozmiarach, luksusowa bielizna czy rajstopy za prawie milion rubli). Ale najwięcej emocji wzbudziło zamówienie sześciu strun do harfy oraz pejcza i kagańca. Twitter zareagował momentalnie – jako ilustrację do listy zamówień Zawidowa przywoływano kadry z ekranizacji „Pięćdziesięciu twarzy Greya” i opatrywano niezbyt wybrednymi żarcikami. Niektórzy zawczasu kupują popcorn i szykują się, aby pytanie o te wyszukane zakupy zadać Putinowi za tydzień, gdy odbędzie się kolejny seans kontaktu ze społeczeństwem, czyli telewizyjna „Bezpośrednia linia”.

Nagi instynkt polityczny

5 kwietnia 2016. Już w zeszłym tygodniu kremlowska służba prasowa grzała silniki – zapowiadano, że Zachód szykuje prowokację przeciwko Putinowi, a mianowicie do przestrzeni publicznej mają trafić jakieś materiały kompromitujące. W gabinetach obsługi wodza zrobiło się naprawdę bardzo nerwowo. Sekretarz prasowy głowy państwa od razu zaznaczał i podkreślał wężykiem, że te spodziewane rewelacje to będą wraże głosy tych, którzy tylko czyhają, aby zdyskredytować jego szefa, zazdrośni o jego sukcesy. Więc to wszystko funta kłaków nie jest warte.

Zapowiedź stała się ciałem 31 marca: agencja Reutera powołując się na OCCRP (Projekt Badań Korupcji i Zorganizowanej Przestępczości) opublikowała materiały, z których wynikało, że jeden nieznany szerokiej publiczności biznesmen z Petersburga Grigorij Bajewski kupował luksusowe nieruchomości (domy i apartamenty) pewnym kobietom. Cóż, gość miał gest, powiecie Państwo, czy to miałby być ten słynny atak na prezydenta, o co chodzi? Otóż, ciekawa jest lista obdarowanych dam. Znalazły się na niej: siostra oraz babcia Aliny Kabajewej (domniemanej konkubiny prezydenta), domniemana córka prezydenta, Katerina Tichonowa oraz pewna urodziwa posiadaczka bujnego biustu, a w przeszłości również indeksu uniwersytetu moskiewskiego Alisa Charczewa (http://alisakharcheva.livejournal.com/). Alisa jakiś czas temu wzięła udział w całkiem niedomniemanej sesji fotograficznej do kalendarza wydawanego przez studentki uniwersytetu ku czci Putina, była „dziewczyną kwietnia” wyznającą: „Władimirze Władimirowiczu, jest pan najlepszy”.

Bajewski, według enuncjacji OCCRP, jest człowiekiem Arkadija Rotenberga i podziałał w tych drogich nieruchomościach na jego polecenie. A Rotenberg jest bliskim znajomym Putina. Najprawdopodobniej jest jego osobistą „skarbonką”. Czy Bajewski istnieje naprawdę, czy jest tylko fikcyjnym bytem? Mniejsza o to. Rotenberg z całą pewnością istnieje naprawdę i naprawdę zarabia krocie na lukratywnych zamówieniach państwowych, otrzymywanych przeważnie bez przetargów. Być może jest przy okazji szyldem nad kantorkiem, w którym leżą pieniądze Putina. A gdy trzeba obdarować jakąś miłą kobietkę, to pod ladę tego kantorku sięga i transakcje firmuje i finansuje.

Nerwowość służb prasowych Kremla była uzasadniona. Gdyż z tej publikacji można wyciągnąć prosty wniosek, że Putin prowadzi podwójne życie, za kulisami wielkiej polityki ukrywa swoje „związki międzyludzkie”, no i jakieś dziwne pieniądze, które raczej nie pochodzą z oficjalnego wynagrodzenia prezydenckiego. A do ukrywania tej lewej kasy używa „słupów”. W tej roli widzimy dawnych znajomych i ich znajomych. Jak długi jest łańcuch ludzi „dobrej woli” obsługujących zakulisowe interesy prezydenta? „Grigorij Bajewski jest kolejnym dowodem na to, że raczej nie uda nam się znaleźć szwajcarskiego konta na nazwisko Putin W.W. […] Wszyscy ci Bajewscy, Timczenko, klan Rotenbergów, Szamałowów – to oni figurują jako właściciele tego, co tak naprawdę należy do Putina” – napisał Aleksiej Nawalny, od lat tropiący nielegalne aktywa rosyjskiej wierchuszki w kraju i za granicą.

Polowanie na skrywaną przed oczami całego świata fortunę Putina trwa nie od dziś. Już kilka lat temu przez prasę całego świata przemaszerowały dumnie doniesienia, że osobisty majątek Putina wynosi 40 mld dolarów. Politolog Stanisław Biełkowski, który te miliardy nagłaśniał, zawsze podkreślał, że potwierdzeniem tego, iż mówi prawdę, jest fakt, że nie został za te słowa pociągnięty do odpowiedzialności, nie wytoczono mu procesu, nie szykanowano. Gdyby to nie była prawda, przeczołgano by mnie przez wszystkie dywany – powtarzał. Skoro więc wypłynęły informacje o drogich lokalach dla dam serca Putina, to oznacza, że opowieści o miliardach nie są fikcją literacką. Ponadto można było się przekonać, że ktoś tropi podejrzane pieniądze Putina i ma go na muszce. Takie publikacje na pewno nie przysparzają rosyjskiemu prezydentowi autorytetu w gronie polityków z wysokich półek. A przecież i tak Putin jest poddany na arenie międzynarodowej ostracyzmowi z powodu aneksji Krymu i awanturniczej polityki wobec Ukrainy.

Na kolejną odsłonę tego pasjonującego serialu o lewej kasie Putina nie trzeba było długo czekać. Już w niedzielę OCCRP opublikowała Panama Papers: obszerny „kompromat” na liczną grupę polityków, którzy korzystali z rozkoszy raju podatkowego w Panamie. Zanim jednak omówię ten wątek, opowiem o jeszcze jednym znamiennym wydarzeniu, jakie wstrząsnęło rosyjską sceną polityczną w ubiegłym tygodniu. Zainteresowanie publiczności zaglądającej w dekolt  długonogim dziewczętom i w umowy o nabyciu atrakcyjnych nieruchomości szybko przełączono na informacje o liderze opozycji Michaile Kasjanowie.

W porze dobranocki dla niezbyt grzecznych dzieci telewizja NTW wyemitowała film poświęcony Kasjanowowi i jego partii PARNAS. W filmie znalazły się obszerne fragmenty pewnego spotkania, nakręcone ukrytą kamerą. A co podejrzała wścibska kamera, i co pokazano spragnionej sensacji publiczności, opiszę jutro.

W metrze ukazał się Stalin

1 kwietnia. W mowie potocznej nazywa się ten dzień Dniem Durnia. I nie do końca wiadomo, czy durniem jest ten, którego wkręcają, który uwierzy, że ma białe plecki albo urwany guzik, czy może ten, który te niewybredne żarciki sobie z ufnych bliźnich stroi. Czytanie doniesień agencyjnych i gazet tego dnia to chodzenie po polu minowym. Każda redakcja stara się wymyślić jakąś wiadomość, która wygląda prawdopodobnie, a jest fałszywką, na ogół zabawną, czasem złośliwą, a czasem kompletnie beznadziejną. Niektórzy świetnie się przy tym bawią. Niektórzy zgrzytają zębami.

Tegorocznym hitem rosyjskiego Prima Aprilisu było poinformowanie o tym, że na stacji moskiewskiego metra Arbatskaja odpadł kawałek tynku ze ścianki. I proszę sobie wyobrazić, że miejsce po tym tynku, któren odpadł, miało kształt mapy Rosji wraz z odzyskanym Krymem. Ale to jeszcze nie wszystko: w tym „okienku” ukazała się stara mozaika z podobizną Józefa Wissarionowicza Stalina. No, cud prawdziwy, sam Stalin się ukazał na ścianie stacji metra i patrzy na pędzące przed siebie tłumy, a oczy ma takie dobre, takie dobre. Boki zrywać, nieprawdaż? (https://twitter.com/sikorochka/status/715822565898452992). Inni żartownisie dodawali jeszcze: a na Łubiance widziano Berię.

Żarcik pewnie się bardzo spodobał wielu osobom. Według ostatniego sondażu ośrodka badań socjologicznych Centrum Lewady, Stalin przeżywa prawdziwy renesans. W marcu 2016 r. 54% badanych pozytywnie oceniło wodza. Tyleż respondentów uważa go za mądrego przywódcę, pod którego rządami ZSRR rozkwitł. Jednocześnie dwie trzecie pytanych nazwało Stalina tyranem, który ponosi winę za zamordowanie milionów niewinnych ludzi. Połowa badanych nazywa represje stalinowskie zbrodnią. W sondażu wykazano, że rośnie liczba tych, którzy uważają, że represje były polityczną koniecznością.

Jako primaaprilisowy kawał powszechnie przyjęto wiadomość o podpisaniu przez prezydenta Putina planu walki z korupcją na najbliższe dwa lata. Przecież korupcja jest nieodzownym elementem systemu, jakże to tak bez korupcji. Nikt by nie wiedział, co robić, jak postępować, jak żyć. Owszem, władza od czasu do czasu ogłasza plany walki z korupcją, od czasu do czasu odbywają się pokazowe chłosty tych, którzy mieli pecha i wpadli pod kosiarkę. Ale o uleczeniu systemu z tej choroby tak na poważnie nikt nie myśli. Urzędnicy straciliby rację bytu, cała wierchuszka – sens sprawowania urzędów. Bez renty korupcyjnej nie byłoby z czego płacić za pałace, wille czy apartamenty na znienawidzonym zgniłym Zachodzie, nie byłoby z czego odpalać kieszonkowego dzieciakom, które kształcą się na tymże Zachodzie w elitarnych szkołach, w których czesne kosztuje tyle, ile niezbudowana droga z miasta N do miasta M itd.

Na koniec jeszcze raz powołam się na badania Centrum Lewady. Wynika z nich, że 85% Rosjan gotowych jest cisnąć bekę z przyjaciół i znajomych, ale już tylko 8% z szefów, zaledwie 4% ze znanych polityków. Kategorycznie nie zgadza się na żarty ze świętych swojej religii 48%, innych religii – 40%, z polityków swojego kraju nie chce się podśmiewać 20%, z polityków obcych – 14% (dla porównania pięć lat temu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2011/04/01/smiech-i-polityka/).

Przeglądałam dziś przez cały dzień zasoby Twittera i FB w poszukiwaniu okolicznościowych dowcipów. Niewiele tego było. W tym roku Prima Aprilis w Rosji był raczej smutny i refleksyjny niż filuterny i skrzący się finezyjnym, beztroskim humorem. Jakie czasy, takie żarty.

Palmyranasz i rosyjski Rambo

30 marca. Od wielu dni rosyjska telewizja na wszystkich kanałach dmie mocno w rożki zwycięstwa: oto ze starożytnego miasta Palmyry wyparte zostały oddziały barbarzyńców z tzw. Państwa Islamskiego. Wojska rządowe Asada przy wsparciu rosyjskiego lotnictwa (jak się okazuje, nie za wiele wycofali) weszły do miasta, znajdującego się przez wiele miesięcy we władaniu wandali, niszczących bezcenne zabytki, siejących terror. Powodów do zadowolenia jest kilka. Już samo to, że wspierany przez Kreml polityk odnosi na froncie sukcesy. Poza tym, ocalono przynajmniej część eksponatów we wspaniałym muzeum, nad którym znęcali się degeneraci z PI. Podanie ludowi na tacy sukcesu może trochę podpompować flaczejący ostatnio ranking Putina.

Kremlowska buchalteria stara się pokazać po stronie zysków z operacji syryjskiej mnóstwo plusów, a po stronie strat – zero. Ale ten rachunek jest znacznie bardziej skomplikowany i niejednoznaczny. Nie znamy protokołów z posiedzeń Rady Bezpieczeństwa FR, na której Putin podejmował z najbliższymi współpracownikami decyzje o włączeniu się Rosji do rozgrywki na Bliskim Wschodzie. Nie wiemy zatem, jakie były rzeczywiste cele militarnego wejścia do gry. Możemy się jedynie domyślać. Znamy cele deklarowane – pokonanie tzw. Państwa Islamskiego, powstrzymanie jego marszu na Rosję już na dalekich rubieżach. Czy to się udało? Np. wczoraj i dziś doszło do ataków na policję w Dagestanie (w zamachach zginął jeden policjant, kilku zostało rannych), przyznało się do nich Państwo Islamskie (brak oficjalnego potwierdzenia). Dzisiaj w Moskwie zatrzymano kilku gości, którzy prowadzili werbunek do sił Państwa Islamskiego. W Moskwie, nie na dalekich rubieżach, nie na niespokojnym ciągle Kaukazie. Media donoszą, że „obywatele Rosji przelali terrorystom miliony rubli na „wojnę z niewiernymi”. Więc chyba jednak nie odrzucono islamistów od terytorium Rosji, jak to było w oficjalnym planie. Dalej: czy wysadzenie samolotu wiozącego rosyjskich turystów z Egiptu nie było odwetem za interwencję Rosji w Syrii, czy ludzie, którzy wtedy zginęli, nie są ofiarami polityki Putina, który cynicznie walczy o miejsce przy lepszym politycznym stole?

Informacje o bojowych ofiarach też są wstydliwie wypierane i z medialnego pola, i ze społecznej świadomości. Hybrydowa wojna – hybrydowy honor.

We wczorajszym wydaniu petersburskiej gazety „Fontanka” (http://www.fontanka.ru/2016/03/28/171/) czytamy: „Straty Rosji w Syrii to dziesiątki zabitych. Ale biuro prasowe ministerstwa obrony nie kłamie, zaprzeczając – ci bojownicy nie należą do ewidencji resortu”. To żołnierze prywatnej firmy Wagnera. Ciekawostką jest to, że za bojowe zasługi na syryjskim (a także ukraińskim) froncie panowie od Wagnera otrzymują całkiem urzędowe ordery, decyzje o ich przyznaniu podpisuje osobiście prezydent Putin.

Jak piszą autorzy opracowania, firma Wagnera oficjalnie nie istnieje. Nie ma bowiem podstaw prawnych, na mocy których można byłoby zarejestrować firmę mającą w swej dyspozycji transportery opancerzone czy haubice (podstaw prawnych nie ma, bo władze obawiają się – jak powiedział szczery Żyrinowski – że takie rejestrowane i istniejące w ramach prawa prywatne armie mogłyby przejść do partyzantki i zagrozić władzom).

Ale taka firma istnieje i działa bez przeszkód. Na jej czele stoi doświadczony pies wojny posługujący się pseudonimem Wagner. Pod jego dowództwem od 2013 r. działał tak zwany Korpus Słowiański. W 2014 r. był na Krymie, potem w obwodzie ługańskim. A od jesieni ubiegłego roku – w Syrii.

Dziennikarze „Fontanki” przyjrzeli się bliżej działalności korpusu. Wagner to, wedle ich enuncjacji, podpułkownik rezerwy Dmitrij Utkin, lat 46, zawodowy wojskowy, służył w specnazie (według innych źródeł – w GRU), potem pracował dla Moran Security Group, ochraniającej statki przed piratami. W 2013 r. wziął udział w nieudanej ekspedycji, mającej na celu wsparcie Asada w Syrii. Po powrocie z niesławnej wyprawy Wagner zaczął działać na własny rachunek, sam zorganizował „prywatną firmę wojskową Wagnera”. Pseudonim wybrał nieprzypadkowo – to hołd dla ulubionego kompozytora Hitlera, Utkin wielbi Trzecią Rzeszę (po Ługańsku paradował w niemieckim hełmie). Obecnie przebywa bądź w Syrii, bądź w obozie treningowym Molkino (Kraj Krasnodarski).

Kto walczył pod komendą Wagnera? Jak wynika z dziennikarskiego śledztwa „Fontanki”, np. Kozacy albo ludzie werbowani na Bałkanach.

Ilu ich było, ilu zginęło? Dziennikarze przyjrzeli się jednej kompanii, która walczyła w Syrii od września do grudnia ub.r. Spośród 93 ludzi zaledwie jedna trzecia powróciła do kraju – reszta zginęła lub została ranna. Najkrwawsze boje zaczęły się w roku 2016 pod Palmyrą. Nie udało się ustalić, ilu konkretnie żołnierzy Wagnera tam walczyło – może czterystu, może sześciuset. Jak walczą? „Fontanka” cytuje wypowiedź jednego z byłych podkomendnych Utkina-Wagnera: „Idziemy na pierwszy ogień, naprowadzamy lotnictwo, artylerię, staramy się wyprzeć przeciwnika. Za nami wchodzi asadowski specnaz, za nimi ekipy telewizyjne z Rosji”.

Ile zarabiają? 240 tysięcy rubli miesięcznie. To świetne pieniądze, więc chętnych jest znacznie więcej niż miejsc.

Oficjalnie rewelacji opisanych w „Fontance” brak. Ale przecież taki sukces jak zdobycie Palmyry musi mieć swojego bohatera. Do tej roli został wytypowany 25-letni Aleksandr Prochorienko, którego nazwano „rosyjskim Rambo” (http://eadaily.com/ru/news/2016/03/29/russkiy-rembo-vyzvavshiy-ogon-na-sebya-v-sirii-eto-sasha-prohorenko-iz-orenburga). Według oficjalnej wersji, oficer został zabity podczas wykonywania specjalnego zadania polegającego na naprowadzaniu rosyjskich samolotów z bazy w Chmejmim na pozycje przeciwnika wokół Palmyry. Rosyjskie ministerstwo obrony potwierdziło, że w walkach w Syrii zginęło w czasie trwania operacji sześciu rosyjskich wojskowych. Szóstym był właśnie wspomniany Rambo.

Putin polecił rosyjskiemu ministerstwu obrony okazać wszechstronną pomoc w rozminowaniu Palmyry. Zaraz też rozległy się głosy, że Rosja chętnie weźmie udział w odbudowie miasta. „Cóż za świetny powód do rozpiłowania budżetu” – zakrzyknęli zaraz komentatorzy w sieci. „Zlecenie dostanie Rotenberg [bliski współpracownik Putina, który zrobił kokosy na zamówieniach rządowych] i zbuduje do Palmyry most, który powinien zbudować na Krym”. „Ci rosyjscy wojskowi, którzy zostali wycofani z Syrii, teraz powrócą, aby rozminować Palmyrę”.

Tak czy inaczej to doskonały powód, aby wycofując się z Syrii, nadal tam pozostać.

Mały reset marcowy

25 marca. Ostatnie rosyjskie zabiegi wokół Syrii sprowadziły do Moskwy sekretarza stanu Johna Kerry’ego. Wszyscy zwrócili uwagę na wielką tekę, jaką ze sobą przytargał.

Moskwie udało się doprowadzić do zawieszenia broni w Syrii na swoich warunkach – przymusiła ona do zamilknięcia armaty ugrupowań opozycyjnych, a sobie i armii Asada pozostawiła prawo do bombardowań i innych działań zbrojnych „w razie potrzeby”. Potrzeba, jak się okazuje jest, i to niemała. Wczoraj nadeszły informacje o śmierci oficera rosyjskiego specnazu pod Palmirą (według innych źródeł, zginęło kilku Rosjan, którzy byli najemnikami, zwerbowanymi przez prywatną agencję). O miasto trwają od kilku dni intensywne walki, siły Asada donoszą, że są bliskie zdobycia tego ważnego ośrodka.

Kerry przyjechał, aby z ministrem spraw zagranicznych Ławrowem i prezydentem Putinem ustalić dalsze kroki. Według enuncjacji prasowych, Kerry został przysłany, by dowiedzieć się od Rosjan, dlaczego wycofali swoje siły (częściowo) z Syrii. Bo istniały obawy, że teraz Moskwa zechce je wysłać na Ukrainę. Sądząc z enigmatycznych, ale optymistycznych wypowiedzi Kerry’ego, został on w tym względzie uspokojony. Chyba tym razem nie było zresztą powodów do niepokoju.

Po spotkaniu podano, że i Rosja, i USA będą dążyć do zorganizowania bezpośrednich rozmów pomiędzy syryjską stroną rządową a opozycją. W trakcie tych rozmów ma zostać ustalony kalendarz okresu przejściowego przed przyjęciem konstytucji, wyborami etc. Rosja nadal trwa jednak przy Asadzie, którego Stany nadal chcą się pozbyć. W tym miejscu węzełek się zaciska.

Sprawa syryjska była przygrywką albo, jak wolą niektórzy komentatorzy, taranem, który umożliwił Putinowi przełamanie izolacji międzynarodowej, w jakiej znalazł się on po aneksji Krymu i interwencji na wschodzie Ukrainy. Teraz negocjacje dotyczące uregulowania sytuacji w Syrii są wykorzystywane przez rosyjską dyplomację do poszerzania obszarów „do obowiązkowego obgadania” w szerszym gronie. Tym obszarem numer jeden pozostaje Ukraina. Przy tym ukraińskim stole Rosja chce dyktować swoje warunki. Stany odpowiadają, że może częściowo zdejmą sankcje z Rosji, jeśli porozumienia mińskie zostaną w pełni implementowane. Czy zostaną? Kiedy? Jednym z punktów jest odzyskanie kontroli przez Kijów nad granicą z Rosją. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że to Himalaje. Uszczelnienie granicy odznaczałoby odcięcie separatystów od źródeł broni, specjalistów wojskowych, wreszcie pomocy finansowej z Rosji. Ograniczyłoby to Rosji możliwość wpływania na sytuację w Donbasie, a zatem i na Ukrainie. A przecież plan powstrzymania Ukrainy w jej deklarowanym marszu na Zachód, w stronę UE i NATO, zakłada rozjątrzanie sytuacji na tych terytoriach, a nie uregulowanie sytuacji, odbudowę i święty spokój.

Teraz najwidoczniej i ze strony Rosji, i ze strony USA mamy fazę nawijania makaronu na uszy, jak najczęstszych kontaktów, kontrolowanego rozluźniania atmosfery. Na razie bez zasadniczych zmian i zobowiązań.

Jak wspomniałam na wstępie, Kerry miał ze sobą wypchaną tekę. Co w niej miał – nie wiemy. Tego dowiedział się podobno tylko sam Putin. Ale co zobaczył? Nie wyjawił.

Kerry upomniał się na Kremlu o Nadiję Sawczenko, skazaną na 22 lata łagru w ustawionym politycznym procesie za rzekome spowodowanie śmierci rosyjskich dziennikarzy podczas walk w Donbasie w 2014 r. Kreml ze swej strony położył na stole los dwóch Rosjan, którzy siedzą w amerykańskich więzieniach: „handlarza śmiercią” Wiktora Buta i handlarza narkotykami pilota Konstantina Jaroszenki. A Putin oświadczył, że o uwolnieniu/wymianie Sawczenko będzie można porozmawiać „w odpowiednim czasie”.

Równolegle o podjęciu kroków na rzecz uwolnienia Sawczenko rozmawiali telefonicznie Petro Poroszenko i wiceprezydent Joe Biden. Obaj potępili skazanie ukraińskiej pilotki przez rosyjski sąd i ustalili, że będą działać. Ale kartę Nadii Sawczenko trzyma w rękawie Putin i to on podejmie decyzję.

Słowo klucz na najbliższy czas w stosunkach Rosji ze światem to wymiana. Kogoś się wymieni na Sawczenko, coś na coś się wymieni z USA w Syrii albo na Ukrainie. Albo tylko się powie, że coś się da, w czymś ustąpi, a jak będzie naprawdę, to się jeszcze zobaczy.