Carska Tauryda – marzenia i potrzeby

21 maja 2016. Swoją majestatyczną carską osobą Maria Władimirowna Romanowa przebywała z kilkudniową wizytą na Krymie. Towarzyszył jej syn Gieorgij Michajłowicz, czyli cesarzewicz Jerzy, następca.

Wielka księżna stoi na czele Domu Romanowów i uważa się, a także uważana jest przez grono zwolenników (również przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną), za głowę Domu i prawną następczynię tronu Romanowów. Jej prawo do tytułu podważa jednak – i to stanowczo – część potomków rodu, powołując się na to, że car Mikołaj II Romanow i jego następcy zginęli z rąk bolszewików w 1918 roku, zatem dynastia wygasła, a dziad Marii, Cyryl (stryjeczny brat cara Mikołaja II) ustanowił się w 1924 roku następcą samowolnie. Ponadto małżeństwa, które zawarli dziad i ojciec Marii, uznano za morganatyczne, a więc potomkowie pochodzący z takich małżeństw nie mogą być zdolni do dziedziczenia praw do tronu. Przeciwnicy nazywają Marię samozwanką i za nic mają jej carski majestat. Niektórzy wysuwają przypuszczenie, że Maria w ogóle nie jest córką Władimira Romanowa. Dyskusje wśród potomków Romanowów o nieistniejącej koronie carów trwają w najlepsze od wielu, wielu lat, tymczasem Maria Władimirowna i jej syn próbują zapisać się w kronikach politycznych współczesnej Rosji. I mają w tym pewne sukcesy.

Obecna wizyta księżnej i księcia na Krymie nie jest pierwsza. W 2013 r. (jeszcze przed aneksją) odwiedzili oni półwysep z okazji 400-lecia dynastii Romanowów. Rocznica ta była trochę naciągana – dynastii wszak nie ma od stu lat na tronie, a jej skłóceni potomkowie rozrzuceni są po świecie i nie mogą dojść ze sobą do ładu. Niemniej bal w pałacu carskim w Liwadii pod Jałtą się odbył, zgromadził przedstawicieli domów panujących z Europy. Romanowowie byli zachwyceni Taurydą i solennie obiecali, że powrócą tu.

Przez te trzy lata, jakie minęły od balu w Liwadii, sytuacja na Krymie i z powodu Krymu diametralnie się zmieniła. Rosja po zaanektowaniu półwyspu znalazła się w międzynarodowej izolacji. Z nielicznymi wyjątkami politycy omijają półwysep wielkim łukiem, kontakty biznesowe są objęte sankcjami.

Wizyta Romanowów to uznanie dla rosyjskiej jurysdykcji nad półwyspem, dla polityki Kremla i jego najważniejszego lokatora (w wywiadzie dla Interfaxu Maria Władimirowna powiedziała, że jest bardzo rada powrotowi Krymu do macierzy, gdyż służy to „odbudowie wspólnej przestrzeni cywilizacyjnej i kulturowej, łączącej bratnie narody”). Nie jest to pierwszy wyraz poparcia dla Putina. Maria Władimirowna nadała szlachectwo ludziom z bliskiego otoczenia Putina, przyznała wysokie odznaczenia osobom, zaangażowanym w aneksję Krymu (m.in. „Niaszy”, czyli Natalii Pokłonskiej, prokurator generalnej zaanektowanego Krymu). Jakiś czas temu głośno się zrobiło o tym, że Romanowowie otrzymają jakiś bliżej niesprecyzowany oficjalny status w Rosji, rezydencję, może utrzymanie. Później (chyba z powodu słabego odzewu) się z tego wycofywali rakiem. Jerzy przez kilka lat (2008-2014) był oficjalnie zatrudniony przez przyjaciela prezydenta w firmie Nornikiel. Miał lobbować interesy przedsiębiorstwa za granicą. Po odejściu z Nornikla założył w Brukseli własną agencję PR (Romanoff and Partners), która stawia sobie za cel promowanie rosyjskiego biznesu i ułatwianie kontaktów zachodnich biznesmenów z rosyjskim biznesem. W wywiadach dla mediów zapewnia, że nie ma zamiaru zajmować się polityką: „moim zadaniem jest symbolizować pewne historyczne wartości”. Symbolizowanie nie przeszkadza mu w nawiązaniu „ciepłych stosunków z Putinem” i wysławianiu jego talentów.

Obecna wizyta Romanowów na Krymie związana była ze stuleciem ostatniego pobytu cara Mikołaja II na Krymie. Car lubił pałac w Liwadii, rodzina odpoczywała tu czterokrotnie. W muzeum w odrestaurowanym pałacu eksponowane są pamiątki z tych pobytów, zdjęcia Romanowów. Tak na marginesie to w tym pałacu odbywała się konferencja jałtańska. Też można obejrzeć pamiątki, zdjęcia.

Program pobytu wielkiej księżnej obejmował m.in. odsłonięcie popiersia Mikołaja II, spotkanie z muzułmańskimi duchownymi, wizytę na cmentarzu w Sewastopolu, uścisk dłoni dowódcy Floty Czarnomorskiej, a także udział w oficjalnych imprezach z okazji rocznicy deportacji Tatarów krymskich, w której Marii Władimirownie towarzyszyli przedstawiciele miejscowych władz z rosyjskiego nadania. Ale chyba najpełniejszą oprawę medialną zyskało otwarcie przez wielką księżnę hotelu „Romanow” w Eupatorii, dokąd Romanowowie mają zjechać jesienią. Biznes to biznes.

Tajne sprzysiężenie muzycznych rusofobów

15 maja. Przez kilka dni poprzedzających konkurs Eurowizji rosyjska telewizja licznymi reportażami i wywiadami podgrzewała atmosferę wokół spodziewanej wygranej reprezentanta Rosji w konkursie, Siergieja Łazariewa: oto do Sztokholmu przyjeżdżają fani piosenkarza, wymachują rosyjskimi flagami, nie dają przejść ulicą, otaczając ukochanego wykonawcę gwarną ciżbą, proszą o autografy, bukmacherzy wróżą mu jednoznaczne zwycięstwo. Drugim strumieniem, spienionym i pełnym nieprzyjaznych wirów płynęła rosyjska relacja o przygotowaniach ekipy ukraińskiej. Na plan pierwszy wyciągano polityczny charakter pieśni reprezentantki Ukrainy, Tatarki krymskiej Dżamali, a także próbowano wykazać, że sama piosenkarka ma intencje polityczne, w podtekście: a zatem sprzeniewierza się apolityczności konkursu. Jej piosenka „1944”, podkreślano w relacjach telewizyjnych, to nie tylko opowieść o tragicznym losie narodu tatarskiego, wyekspediowanego przez Stalina w czterdziestym czwartym do Azji Centralnej, ale próba zainteresowania publiczności obecną sytuacją Tatarów na Krymie (w istocie niewesołej). Ekipa rosyjskiej telewizji jako akt polityczny przedstawiała też fakt przybycia do Sztokholmu Mustafy Dżemilowa, lidera „przez nikogo nieuznawanego Medżlisu krymskich Tatarów” (tak w towarzyszącym reportażowi tekście). Tak na marginesie, reporter podstawił Dżemilowowi mikrofon pod nos i zadał pytanie. Dżemilow odparł, że nie zamierza rozmawiać z ekipą z kraju, który okupuje jego kraj.

Ale wróćmy do konkursu. Piosenkarze zaprezentowali swoje numery. Obie piosenki – i rosyjska, i ukraińska – bardzo dobre. Obie w ciekawej oprawie scenicznej. Potem telewidzowie mieli okazję wziąć udział w ciekawym na poły spektaklu, na poły meczu, jakim było głosowanie. Ostatecznie zwyciężyła Dżamila, Łazariew zdobył trzecie miejsce.

No i się zaczęło – w rosyjskich mediach i komunikatorach społecznościowych rozpętało się pandemonium. Antyukraiński, antytatarski, antyeuropejski hejt na sto fajerek, typowy głos: „Eurowizja to polityczny gejowski śmietnik. Wygrywać w tym konkursie to tyle, co okryć się hańbą”. Głos zabrali i politycy: „to skutek wojny propagandowej przeciwko Rosji”; „jeśli na Ukrainie [gdzie odbędzie się kolejny konkurs] nic do przyszłego roku się nie zmieni, to Rosja nie powinna brać w tym udziału”; „wygrana Dżamali to fakt niesprawiedliwości [tak w oryginale], przecież wszyscy widzieli, jak wspaniale zaśpiewał Łazariew”; „niech na następny konkurs pojedzie Sznurow [rockman, znany z ciętego niecenzuralnego języka], na pewno nie wygra, ale wszystkim nawtyka”; „wyniki Eurowizji – hańba Europy! Cała ludność głosuje na Łazariewa, a wygrywa Ukraina. Zgniły farsz eurodemokracji zobaczył cały świat”, „ci, którzy oddali głos na Dżamalę, faktycznie zagłosowali za tym, by Kijów nadal stosował represje wobec swego narodu”. Rzeczniczka MSZ, Maria Zacharowa zaproponowała, aby w przyszłym konkursie przedstawić pieśń o Asadzie i nawet już sama napisała refren: „Assad bloody, Assad worst. Give me prize, that we can host”. Zaiste wiele talentów ma Rosja, a talent poetycki pani Marii formalnie więdnie w korytarzach wielkiego gmachu na placu Smoleńskim, a przecież tak uzdolniona niewiasta mogłaby pisać wiersze.

Bloger Andriej Malgin ostro skrytykował te przytyki rosyjskich polityków: „W czasie stalinowskiej deportacji w pierwszych latach zesłania zmarł co czwarty krymski Tatar, w pierwszym rzędzie osłabione z głodu kobiety, dzieci, starcy. Rano [do wagonów, w których wieziono Tatarów] podchodzili z pytaniem: czy są trupy? Ludzie nie chcieli oddawać swoich zmarłych, płakali […] Jestem przekonany, że Maria Zacharowa chętnie wzięłaby udział w tej akcji, oczywiście nie jechałaby w bydlęcym wagonie, a zaganiałaby ludzi pałą do wypełnionych już po brzegi składów kolejowych. Pieśń Dżamali nie jest polityczna. Choćby pani Zacharowa nie wiem jak szydziła, w piosence nie ma słów „krwawy Stalin” czy „krwawy Putin”. I widzowie z 42 krajów, którzy wzięli udział w głosowaniu, w większości nigdy w życiu nie słyszeli o deportacji Tatarów krymskich. Ale Zacharowa jest pewna, że głosujący wzięli udział w wojnie informacyjnej. W wojnie, w której po jednej stronie jest Rosja, a po drugiej – reszta świata”.

Rosyjscy komentatorzy przedstawiają wygraną Dżamali, a przegraną Łazariewa jako rezultat politycznych zabiegów i machinacji podczas głosowania. Główny kapłan kremlowskiej propagandy Dmitrij Kisielow w swoim cotygodniowym seansie nienawiści do Europy i USA „Wiesti niedieli” stwierdził, że przegrana Łazariewa to wynik wprowadzonego nie wiadomo na jakiej podstawie całkiem nowego systemu głosowania z udziałem jury. Jego zdaniem, gremia jurorskie o nieznanym składzie realizują polityczne zamówienie. Kisielow się myli: głosowanie jurorów było na większości poprzednich konkursów, punktację uzyskaną od jurorów i z głosowań telewidzów do tej pory sumowano i podawano łącznie. Tegoroczne novum polegało na oddzielnym podaniu wyników od jury i widzów. Jeszcze raz zacytuję Malgina: „Konkurs Eurowizji odbywa się od 1956 r. Rosja po raz pierwszy wzięła w nim udział w 1994. […] Najbardziej Rosję w tym roku dotknęło pierwsze miejsce Ukrainy. Ale przecież po głosowaniu profesjonalnego jury, gdzie teoretycznie „można się dogadać”, Dżamala nie była na pierwszym miejscu. O wszystkim zdecydowało głosowanie widzów, które tym razem zbierano i sumowano w Sztokholmie, a zatem nie mogło być mowy o falsyfikacji wyników. To im tak dopiekło”.  Co ciekawe, widzowie z Rosji zagłosowali na Dżamalę, a z Ukrainy – na Łazariewa. Łazariew zachował się elegancko: pogratulował zwycięstwa Dżamali, co – jak zauważył jeden z prasowych komentatorów – „trudno było sobie wyobrazić na tle komentarzy w rosyjskim polu medialnym”.

Wśród licznych memów, jakie pojawiły się w sieci na okoliczność konkursu Eurowizji, jest i taki (https://twitter.com/ARTEM_KLYUSHIN/status/731955462065799173) – zdjęcie Putina przy fortepianie, zrobione podczas jego spotkania przed kilku laty z gwiazdami Hollywoodu na wieczorze dobroczynnym w Petersburgu i podpis: „Dokładnie za rok w Kijowie”.

Daleka jest droga do Rio

13 maja. Czy w dzisiejszych czasach, poddanych presji zdrowego trybu życia trzeba jeszcze kogoś przekonywać, że sport to zdrowie? Okazuje się jednak, że sport może być też chory. I to jak. Od kilku miesięcy niemal codziennie agencje informacyjne wypluwają kolejne doniesienia o stosowaniu przez rosyjskich sportowców niedozwolonych substancji.

Dopingowy skandal w Rosji zatacza coraz szersze kręgi. Pod znakiem zapytania stanął nawet udział rosyjskiej reprezentacji w tegorocznych igrzyskach w Rio de Janeiro. Dzisiaj niemieccy działacze sportowi zasugerowali wprost, aby w związku z poważnymi zarzutami rosyjscy sportsmeni po dobroci wycofali się olimpiady. Niemiecka telewizja ARD, począwszy od 2014 roku, emitowała kilkuczęściowy film poświęcony dopingowi w rosyjskim sporcie (Doping Top Secret). Według autorów filmu i osób opowiadających o kulisach wyczynowego sportu w Rosji, doping jest w rosyjskim sporcie na porządku dziennym.

Sprawą dopingu w rosyjskim sporcie już kilka miesięcy temu zajęła się Światowa Agencja Antydopingowa, nakazano ponownie przebadanie próbek zebranych od sportowców podczas najważniejszych zawodów. Tymczasem Rosyjska Agencja Antydopingowa (RUSADA), głośno zapewniając, że wszystko jest w porządku, zniszczyła próbki, przeznaczone do ponownego przebadania. Agencja została zawieszona. Kierownictwo podało się do dymisji. Później zaczęły się dziać bardzo dziwne rzeczy. W lutym zmarł najpierw wieloletni przewodniczący rady wykonawczej RUSADA Wiaczesław Siniow, a dziesięć dni później były dyrektor wykonawczy agencji, Nikita Kamajew. Przyczyna śmierci Siniowa pozostaje nieznana, a 52-letni Kamajew zmarł na atak serca, jak głosił oficjalny komunikat. Tajemnice faszerowania sportowców zabronionymi środkami zabrali do grobu.

Wzmiankowane próbki przechowywane były w moskiewskim laboratorium antydopingowym. Dyrektor laboratorium Grigorij Rodczenkow kazał w zeszłym roku zniszczyć kilka tysięcy próbek. Kiedy afera z próbkami wyszła na jaw, podał się w listopadzie ub.r. do dymisji. W jego ślady poszedł również wicedyrektor Timofiej Sobolewski. Niedawno okazało się, że obaj przebywają w USA. Mówią, że obawiali się o własne życie. Rodczenkow zresztą w ogóle się ostatnio rozgadał się – udzielił gazecie „The New York Times” obszernego wywiadu o tajemnicach sukcesów rosyjskich sportowców.

Według enuncjacji Rodczenkowa, całe zastępy wyczynowców rano, wieczór i w południe koksowały pod czułym okiem trenerów, w tym na przykład co najmniej piętnastu medalistów ostatnich zimowych igrzysk w Soczi – narciarzy saneczkarzy, bobsleistów, a także cała drużyna kobieca w hokeja na lodzie. A więc co niemal połowa medali olimpijskich miała być zdobyta nieuczciwie. Decyzja o stosowaniu dopingu oraz fałszowaniu próbek podczas zimowych igrzysk została, jak twierdzi Rodczenkow, podjęta na wysokim szczeblu władz, a realizacja planu była starannie opracowaną operacją Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

Sam Rodczenkow opracował mieszankę trzech zabronionych środków, które podawał sportsmenom z alkoholem. Dla mężczyzn to było whisky Chivas, dla kobiet – wermut. Środki te pozwalały na błyskawiczną regenerację po ciężkim treningu. W Soczi, według słów Rodczenkowa, trzeba było podmienić w związku z tym próbki, a wyglądało to tak: w nocy eksperci i FSB pracowali w zaimprowizowanym tajnym laboratorium w pokoju 124 przy jednej lampie, aby nie zwracać na siebie uwagi osób postronnych (sceneria jak w filmach Hitchcocka), a próbki moczu [sprzed kilku miesięcy, kiedy sportowcy jeszcze byli „czyści”] przekazywane były przez dziurę w ścianie, którą w ciągu dnia zastawiano szafą. W czasie olimpiady podmieniono około stu próbek – powiedział Rodczenkow w wywiadzie.

Jeszcze przed olimpiadą Rodczenkow miał otrzymać listę sportowców, którzy stosowali doping. Jeżeli któryś sportsmen z listy zdobywał medal, Rodczenkow miał za zadanie podmienić jego próbkę.

Po igrzyskach w Soczi Rodczenkow otrzymał od Putina odznaczenie. Radość w Rosji była ogromna – ekipa zajęła pierwsze miejsce w klasyfikacji medalowej. Choć specjaliści przed zawodami olimpijskimi nie dawali aż tylu medalowych szans Rosjanom.

Jeszcze zanim wywiad Rodczenkowa się ukazał, rosyjski minister sportu Witalij Mutko oznajmił, że to „informacyjny atak na rosyjski sport, jak sztafeta kłamliwa wiadomość przekazywana jest od jednego zagranicznego środka masowego przekazu do drugiego. Nie ma w nich faktów, są bezwartościowe”. A po publikacji głos zabrał nawet Kreml. Rzecznik prasowy Putina, Dmitrij Pieskow uznał oskarżenia Rodczenkowa za absurdalne i gołosłowne, jego zdaniem, były działacz oczernia rosyjski sport i tyle.

Znawcy tematu po zapoznaniu się z materiałem „The New York Times” wypowiadają różne opinie. Jedni twierdzą, że to wzięte z sufitu bzdury, inni – że wierzą tak doświadczonemu specjaliście jak Rodczenkow bez zastrzeżeń, jeszcze inni – że gdyby jego rewelacje miały posłużyć antydopingowym instytucjom do wypracowania decyzji w sprawie wykluczania rosyjskich sportowców, to musiałyby się wspierać na wiarygodnym materiale dowodowym. A takowego (przynajmniej na razie) nie znamy. Są tylko słowa Rodczenkowa.

Do igrzysk w Rio zostało nie tak wiele czasu, jeszcze w maju ma zapaść decyzja o dopuszczeniu lub niedopuszczeniu rosyjskich lekkoatletów do zawodów olimpijskich. Do kontrowersyjnego tematu będzie jeszcze okazja wrócić.

Buk o numerze 332

5 maja. Analiza dostępnych w otwartych źródłach materiałów pozwoliła grupie Bellingcat ustalić, że Buk, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa zestrzelił samolot Malaysian Airlines w lipcu 2014 roku nad Donbasem, miał numer boczny 332. Potwierdzono to, co ujawniono już w poprzednich raportach dziennikarzy z grupy śledczej: Buk przybył na objęte walkami ukraińskie terytorium z Rosji, z Kurska, z 53. brygady wojsk rakietowych (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/10/16/dwa-raporty-kolejno/). Jeszcze w lutym dziennikarze z grupy śledczej wskazali nazwiska konkretnych rosyjskich wojskowych, którzy najprawdopodobniej dokonali zestrzelenia malezyjskiego boeinga. Rosyjskie ministerstwo obrony uznało te ustalenia za wypaczenie faktów, a wnioski za oparte na fałszywych przesłankach (z całą mocą negowano m.in. obecność rosyjskich wojsk na wschodzie Ukrainy).

Bellingcat opublikował 3 maja kolejny raport, przybliżający o jeszcze jeden krok wyjaśnienie tragedii: https://www.bellingcat.com/wp-content/uploads/2016/05/The-lost-digit-BUK-3x2_RU_final.pdf Można prześledzić etapy pracy analityków, które doprowadziły ich do wniosku o sprawstwie katastrofy – drobiazgowe porównanie zdjęć, sprawdzenie trasy, jaką pokonał Buk, wszystkie wykorzystane materiały zostały starannie opatrzone w odsyłacze. Zainteresowanie rosyjskich mediów raportem Bellingcat było znikome. Sekretarz prasowy Putina oznajmił, że Moskwie trudno jest ocenić prawdopodobieństwo ustaleń grupy Bellingcat. I doradził ciekawym, aby pytali rosyjskich wojskowych, bo to jest adres właściwy i krynica prawdy. Przedstawiciel Rady Federacji Konstantin Kosaczow dostrzegł w śledztwie Bellingcat cel polityczny: grupa wspiera swoją działalnością politykę Zachodu utrzymującego antyrosyjskie sankcje, a ustalenia dziennikarzy nazwał „pseudo-sensacją”.

Rosyjska telewizja od 24 kwietnia zapowiadała kilkakrotnie w tonie niemal triumfalnym, powołując się na przecieki brytyjskiej prasy, że BBC pokaże film, w którym dowodzi się, że malezyjski samolot został zestrzelony przez ukraiński myśliwiec. Kapłani propagandowo poprawnej wszechwiedzy grzali te silniki i grzali („oczekuje się – zachłystywali się – że w filmie pokazani zostaną świadkowie, którzy widzieli, że rakietę w kierunku samolotu Malaysian Airlines wystrzelił ukraiński myśliwiec”) aż do momentu, gdy okazało się, że film BBC poświęcony jest… fałszywkom i teoriom spiskowym, rozpowszechnianym przez rosyjską propagandę, a wersja z ukraińskim samolotem bojowym jest niczym więcej jak tylko jedną z takich teorii. Na stronie fundacji Openrussia można obejrzeć ten film z rosyjskim tekstem https://openrussia.org/post/view/14804/ (film jest dostępny na stronie BBC: http://www.bbc.com/russian/international/2016/05/160428_mh17_conspiracy_files_article )

Co było ukryte, niebawem będzie odkryte.

Amerykański prezydent Rosjan

2 maja. Na Obamę już Kreml nie liczy. Dobiega końca jego druga kadencja, żegnajcie, Baracku Husejnowiczu, już i tak na wszystko jest za późno. Teraz trzeba patrzeć w przyszłość.

W licznych programach publicystycznych w rosyjskiej telewizji, publikacjach w prasie i w Internecie słychać jedną wielką modlitwę o to, by tegoroczne wybory prezydenckie w USA wygrał „Donalduszka Trump, nasz rodnoj”. Przyjdzie Donald i wyrówna, dogada się z Putinem jak dwa razy dwa cztery. Uhonoruje należycie druha od parytetu atomowego, ustąpi we wszystkim, zostawi w spokoju Asada w Syrii, kopnie Poroszenkę i jego „benderowców” w Kijowie, zgodzi się na wyłączność rosyjskiego patronatu nad całym byłym ZSRR, a może i byłym obozem socjalistycznym. No, a na dobrą wróżbę przede wszystkim od razu, na drugi dzień po wygranej, zdejmie z Rosji te piekielne sankcje. Świat od razu stanie się lepszy i piękniejszy. Wizje spokojnej emerytury na Hawajach czy w Miami dla wysokich urzędników rosyjskiego państwa znowu okażą się możliwe do zrealizowania. Towarzysze, trzymajmy kciuki za Donalda Fredowicza!

Jest takie badanie opinii publicznej przeprowadzane przez międzynarodowy ośrodek YouGov, które wskazuje, na kogo z kandydatów na prezydenta USA zagłosowaliby ludzie mieszkający w innych krajach. Badaniem objęto mieszkańców krajów G20. Tylko obywatele Rosji wybrali na „swojego” prezydenta Donalda Trumpa, pozostałe dziewiętnaście państw wolałoby w fotelu prezydenckim widzieć panią Hillary Clinton (choć nie jest ona jeszcze pewna swojej nominacji z ramienia demokratów).

„Rosyjska trumpomania jest zrozumiała – pisze Władimir Abarinow (Grani.ru). – Nad popularyzacją Trumpa usilnie pracuje rosyjska prasa, pochwalił go sam prezydent Putin, nazywając bardzo wyrazistą osobowością, człowiekiem utalentowanym. Podkreśla się to, że Trump nie jest rusofobem. […] Trump imponuje większości Rosjan tym, co odrzuca od niego Amerykanów – swoim chamstwem i pogardą dla ogólnie przyjętych norm cywilizowanych zachowań”. Abarinow zwraca w swoim komentarzu uwagę, że wcale nie jest jeszcze powiedziane, że to właśnie Trump zostanie kandydatem Partii Republikańskiej, a nawet gdy zostanie, to że wygra wybory. I stwierdzenie Putina, że to „absolutny lider wyścigu prezydenckiego” jest przedwczesne, na wyrost i świadczy o nieznajomości zasad rządzących amerykańskimi wyborami.

Sam Trump też ostatnio wyhamował z deklaracjami przyjaźni pod adresem Rosji. Dzisiaj stwierdził wręcz, że „w pewnych okolicznościach” należałoby zestrzeliwać rosyjskie myśliwce prowokujące amerykańskie samoloty pełniące dyżur bojowy. Jego zdaniem, to wyraz braku szacunku dla USA i prezydenta. „Normalnie by Obama, powiedzmy, prezydent, zadzwonił do Putina i powiedział: słuchaj, weź się uspokój, nie rób tego, powstrzymaj tego maniaka, po prostu go powstrzymaj. Ale my nie mamy takiego prezydenta. On sobie gra gdzieś w golfa. […] [Te incydenty] to całkowity brak szacunku do Obamy, którego oni, jak wiecie, nie poważają” – powiedział Trump w rozmowie z dziennikarzem Indiana Radio. Wypowiedź Trumpa była nawiązaniem do manewru wykręcenia beczki przez rosyjski samolot Su-27 nad amerykańskim samolotem. Ten popis sztuki pilotażu miał miejsce 29 kwietnia nad Bałtykiem. To nie jedyny przykład prowokacji rosyjskiego lotnictwa wobec amerykańskich maszyn. Litwa dziś poinformowała, że nad Bałtykiem w tym tygodniu doszło do pięciu incydentów z udziałem rosyjskiego lotnictwa. A odnotowano też podobne akcje nad Pacyfikiem. Putin jedzie po bandzie.