Stary wróg, nowy przyjaciel

18 lipca. Od miłości do nienawiści i z powrotem – jeden krok. Jeszcze miesiąc temu Rosja i Turcja stały naprzeciw siebie całe czerwone ze złości, pełne wzajemnych oskarżeń, zwaśnione na śmierć i życie. Dziś na linii Moskwa-Ankara nastąpiło wielkie odprężenie, jeszcze chwilka i rozkwitnie przyjaźń. Ale po kolei.

Pierwsze jaskółki zgody zaczęły latać w czerwcu. Erdogan wysłał do Rosji list z wyrazami ubolewania z powodu zestrzelenia w listopadzie rosyjskiego samolotu i poprosił rodzinę zabitego pilota o wybaczenie. Strona rosyjska spomiędzy wierszy tego posłania z zadowoleniem wyczytała, że Turek się ukorzył, z kolei po stronie tureckiej dało się słyszeć niezadowolenie z powodu nazbyt serwilistycznej postawy Erdogana wobec Kremla. Mimo tych różnych interpretacji sprawy szły do przodu. Odbyła się rozmowa telefoniczna Erdogan–Putin, ten ostatni odniósł się ze zrozumieniem do pokojowej inicjatywy Ankary i zniósł zakaz wyjazdów rosyjskich turystów do Turcji (zaraz biura turystyczne zapełniły się chętnymi). Coś zaczęło się kręcić, choć niespiesznie, nawet wokół zniesienia rosyjskich sankcji handlowych, które mocno uderzyły Turków po kieszeni. Komentatorzy dostrzegli dyplomatyczne starania Erdogana i pewne ocieplenie w propagandowym mrozie rosyjskich mediów, przez ostatnie półrocze mówiących o Erdoganie najgorsze rzeczy. W rosyjskiej przestrzeni medialnej dominował ton triumfalistyczny – oto Putin przyjął kapitulację od skruszonego Erdogana i teraz ślini paluszki, aby „przewrócić stronę w dwustronnych stosunkach i zacząć wszystko od nowa”.

Rozmowa dwóch prezydentów toczyła się na tle krwawego zamachu na lotnisko w Stambule. Po pewnym czasie strona turecka ogłosiła, że o organizację zamachu podejrzewa m.in. jedenastu obywateli Federacji Rosyjskiej. I znowu zrobiło się zimniej między sąsiadami.

Ale polityczna pogoda ostatnio zmienia się bardzo szybko. I znowu mocno odmieniła się w piątek wieczorem, gdy w Turcji nastąpiła próba przewrotu wojskowego. W przeciwieństwie do kilku poprzednich prób, gdy armia – namaszczona przez ojca republiki Ataturka do pilnowania świeckości państwa i konstytucji – z powodzeniem odbierała władzę politykom, którzy odchodzili od tej linii, piątkowy pucz został skutecznie zduszony przez Erdogana. Co więcej – wzmocnił go. Przede wszystkim na arenie wewnętrznej, dając mocne narzędzia do rozprawienia się z opozycją i przyspieszenia kursu na autokratyczne rządy w religijnym sosie. Ale także na arenie zewnętrznej.

Moskwa zachowywała się w czasie puczu bardzo powściągliwie. Oficjalnie padły tylko dyżurne słowa i wezwania o powstrzymanie się od rozlewu krwi, o pilnym śledzeniu sytuacji i nawoływaniu do uspokojenia. A gdy Erdogan już sprzątał po puczystach, wyrażono poparcie dla legalnych władz kraju.

Co dalej? Nowe rozdanie.

„Erdogan ewidentnie przygotowuje się do ostrej jazdy. Zachód z jego ideologią obrony praw człowieka to dla niego przeciwnik w tej grze. A Putin – przyjaciel. Przecież jemu jest wszystko jedno, ile osób w Turcji będą torturować, rozstrzeliwać, wsadzać do więzień. Z Putinem sułtan ma lekko i wygodnie – napisał w „Graniach” Ilja Milsztejn. – Dlatego Ankara zbliża się z Moskwą. Putin i Erdogan są dla siebie stworzeni. […] Gra w trójkącie Zachód-Rosja-Turcja zaczyna się od nowa. […] Erdogan pospieszył nawet wypowiadać zimną wojnę Ameryce, choć to postępek bardzo ryzykowny. I jeżeli Erdogan się nie uspokoi, to ten problem Biały Dom będzie musiał jakoś rozwiązać. Rozwiązał się za to inny problem. W czasie, gdy Putin i Erdogan dowodzili sobie wzajem, czyje pomidory są większe, a filolodzy spierali się, czy turecki prezydent w odpowiedniej formie przeprosił rosyjskiego i czy w ogóle przeprosił, istniało niebezpieczeństwo bezpośredniego starcia Moskwy i Ankary. Słabe, ale istniało, tym bardziej że Turcy nie zamierzali ani wypłacać żadnych rekompensat, ani stawiać przed sądem winnych zestrzelenia rosyjskiego samolotu. A teraz, gdy okazało się, że Ameryka jest wspólnym przeciwnikiem, to niebezpieczeństwo minęło”.

Na razie politycy tasują karty, odbyła się rozmowa Putin–Erdogan, zapowiedziano, że obaj politycy niebawem się spotkają. Tymczasem rosyjscy turyści przerywają tak niedawno dopuszczone wczasy w Turcji z powodu niebezpiecznej sytuacji po buncie wojskowych, choć Turcy przysięgają, że zapewnią im bezpieczeństwo. Chyba nie da się wypocząć.

 

Małe mieszkanko na Mariensztacie

4 lipca. Wsławił się tym, że na całą Rosję wyraził prześmiewcze zdziwienie: „Pokazali nam mieszkanka o powierzchni dwudziestu metrów kwadratowych, wydaje się śmieszne, że ludzie kupują takie lokale”. Ten cytat – wypowiedź podczas gospodarskiej wizyty w stolicy Tatarstanu, Kazaniu – momentalnie stał się hitem Internetu. Autorem tych słów jest wicepremier Igor Szuwałow. Odpowiada w rządzie za…, właściwie za wszystko odpowiada. Mówią o nim, że jest w stanie zabajerować z miejsca na każdy temat. Jest też doskonale zaimpregnowany. Z kilku trudnych sytuacji – gdy wyciągnięto na światło dzienne nieczyste transakcje, niepłacenie podatków i inne uchybienia – wywinął się bez większych plam.

Jedną z namiętności wicepremiera są nieruchomości. Rok temu wyszło na jaw, że pan Szuwałow nabył przytulne 500-metrowe mieszkanko w Londynie. Z tej perspektywy 20-metrowa kawalerka w Kazaniu może faktycznie doprowadzić człowieka do niebezpiecznych dla zdrowia paroksyzmów śmiechu. Londyńska nora Szuwałowa kosztować miała, wedle enuncjacji prasy, drobne 11 milionów funtów. Sam podatek od transakcji wynosił 1,3 mln, co ośmiokrotnie przewyższało zadeklarowane przez Szuwałowa dochody za poprzedni rok. Formalnie mieszkanie jest wynajmowane. „Szuwałow sam od siebie wynajmuje kwaterę” – pisały opozycyjne media, próbujące ustalić, jak to jest z tym mieszkaniem. „Przez ponad dziesięć lat Szuwałow chował swoje mieszkanie, wykorzystując raje podatkowe, potem zasłaniając się firmą, zamiast przyznać, że ten luksusowy metraż należy do niego. Wprowadzał w błąd służby podatkowe Rosji i Wielkiej Brytanii, wynajmował prawników, którzy zarządzali nieruchomością, zawierał fikcyjne umowy wynajmu – wszystko po to, aby ukryć fakt, że mieszkanie należy do niego” – pisał Aleksiej Nawalny, niezmordowanie tropiący przewały na szczytach władzy. Czy ktoś się zajął wyjaśnieniem pochodzenia pieniędzy na apartament w centrum Londynu? Ktoś spytał? Zażądał odpowiedzi? Wolne żarty.

Aktywność biznesowa i upodobanie do ładnych kwater nie przeszkadzały Szuwałowowi w wygłaszaniu jedynie słusznych dobrych rad dla ludności, cierpiącej biedę i ubożejącej w warunkach narastającego kryzysu. Podczas zeszłorocznego zjazdu w Davos podnosił patriotyczną temperaturę: „Wytrzymamy – będziemy zużywać mniej żywności, mniej prądu. Ale jeśli ktoś z zewnątrz zechce zmienić nam lidera, to będziemy zjednoczeni jak nigdy. Im większe będą sankcje, im gorszy będzie stan gospodarki, tym większym poparciem będzie się cieszyć Putin”. Jasna sprawa.

Zamiłowanie do wielkopowierzchniowych pałaców wyposażonych w marmury, złote umywalki, łoża z baldachimem, jacuzzi, kominki itd. zdradza nie tylko Igor Iwanowicz Szuwałow – tej niewinnej słabości ulegają bodaj wszyscy członkowie rosyjskiej wierchuszki. Wiele pisano o pałacu Putina w Gelendżyku, o cesarskiej chacie ministra obrony Szojgu, o drogim remoncie apartamentu patriarchy Cyryla, o sześciopokojowej ciemnicy, w której dni aresztu domowego spędzała przyjaciółka eksministra obrony, o gustownej hacjendzie sekretarza prasowego prezydenta Pieskowa i wielu, wielu innych. Dziś do kolekcji ciekawych nieruchomości doszły mieszkania kupowane w ciągu ostatnich dwóch lat przez wicepremiera Szuwałowa.

Rzecz na światło dzienne znowu wywlókł Nawalny (https://navalny.com/p/4939/). Pomysł na fajny kwadrat w centrum Moskwy jest zaiste ciekawy: Szuwałow wykupił dziesięć mieszkań na tym samym piętrze jednej ze słynnych moskiewskich wysotek („pałaców kultury”). To budynek uważany za ekskluzywny, elitarny, z widokiem na Kreml, prestiżowy, pożądany. Mieszkania w wysotce należą do bardzo drogich, jeśli nie najdroższych w Moskwie. Formalnie skupem mieszkań zajmuje się prawnik, od lat związany z Szuwałowem, jego kolega z roku. Do pełni szczęścia – posiadania wszystkich mieszkań na piętrze – brakuje jeszcze siedmiu lokali. Już i teraz nowy właściciel ma ponad siedemset metrów kwadratowych. Można śmiało organizować turniej tenisowy. „Prawie wszyscy dotychczasowi lokatorzy [kupowanych mieszkań] przeprowadzali się na inne piętra. Więcej niż dobrowolnie. Nowe mieszkania proponowano im po remoncie, z dopłatą, kupujący zgadzał się na każde warunki” – pisze Nawalny. Podobną metodę zastosowano już pod innym adresem: ulica Kosygina 8. Też najpierw przylegające do siebie mieszkania skupywał prawnik, który potem przekazał połączony, wyremontowany lokal rodzinie Szuwałowów. Fundacja Zwalczania Korupcji Nawalnego odnalazła trzynaście takich łączonych mieszkań, które należą do Szuwałowa. Prawdziwa pasja do nieruchomości! I nie tylko do nieruchomości.

„Szuwałow służy narodowi od osiemnastu lat – przypomina Nawalny. – Kryzys gospodarczy, o którym tak chętnie wicepremier mówi w telewizji, jego rodziny nie poturbował. Rolls Royce, apartament w Londynie, zamek w Austrii, dacza w Zarieczu i wiele innych. Dżentelmen, arystokrata. Herb. Szlacheckie gniazda rozsiane po świecie, kilkadziesiąt osób obsługi, zimowy ogród za 2 mln euro – to wszystko bardzo się Szuwałowowi podoba. W telewizji o tym nie powiedzą”.

Jego nowe siedlisko w stalinowskiej wysotce kosztuje równowartość sześciuset dwudziestometrowych kawalerek w Kazaniu. Boki zrywać!

Ryby w mętnej wodzie

25 czerwca. „Nigdy się nie mieszaliśmy, nie mieszamy, nigdy się nie wypowiadaliśmy, zachowywaliśmy się, jak sądzę, bardzo poprawnie, choć oczywiście uważnie przyglądaliśmy się temu, co się dzieje, ale w żadnym razie nie wpływaliśmy na sam proces i nawet nie próbowaliśmy tego robić. […] I dla Wielkiej Brytanii, i dla Europy, i dla nas wyniki referendum będą miały znaczenie – i ze znakiem plus, i ze znakiem minus” – tak z dystansem o Brexit wypowiedział się prezydent Putin. Podkreślił też zaraz, że wykorzystane przez premiera Camerona w trakcie agitacji przed referendum hasło: „Jak wyjdziemy z Unii, to się spodoba Putinowi”, nie ma żadnych podstaw.

Prezydent Putin wypowiedział te słowa na zaimprowizowanej konferencji prasowej zaraz po przybyciu do Taszkentu, gdzie odbywało się posiedzenie Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW). Rosyjska telewizja pokazała migawki z tego wydarzenia, a korespondent omal nie płakał ze szczęścia, gdy wskazywał na różnice pomiędzy właśnie rozpadającą się Europą a pełną werwy, zgodną i rozkwitającą platformą współpracy – SzOW, w której Rosja współpracuje z ChRL i Indiami. Ten kontrast miał porazić wyobraźnię rosyjskiego telewidza i przekonać go, że to słuszny kierunek. Choć przecież nadal UE jest głównym partnerem handlowym Rosji, nawet w warunkach kryzysu i sankcji. W dalszej części programu informacyjnego telewizja zaserwowała materiał o historii Unii Europejskiej, od źródeł we Wspólnocie Węgla i Stali przez kolejne etapy rozszerzenia, przy czym ostatnie „przyłączenia” określono mianem coraz to gorszych, przyczyniających się do psucia Unii pod każdym względem – powiększania się kontrastów pomiędzy starą i nową Unią, wydłużania procedur itd. Rozszerzanie się Unii na wschód, polityka UE wobec wschodniego sąsiedztwa – to wszystko szalenie drażniło Rosję, która podjęła kilka akcji odstraszania Zachodu od „kanonicznego” terytorium tak zwanej bliskiej zagranicy (państwa postradzieckie z wyjątkiem państw bałtyckich). Jeżeli Brexit powstrzyma marsz Unii na wschód kontynentu, to będzie to uznane na Kremlu za sukces.

Trzeba powiedzieć, że rosyjska wierchuszka komentowała wyniki brytyjskiego referendum, w którym przeważyli zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, nader ostrożnie. Jeden z czołowych ekonomistów Aleksiej Kudrin namawiał, aby nie wpadać ani w euforię, ani w czarną rozpacz i patrzeć na własne podwórko; na Twitterze napisał: „Na Rosję Brexit nie wpływa, mamy własne problemy, bardziej wrażliwe”.

Z tezą Kudrina, że Brexit nie ma wpływu na Rosję, można polemizować. Zacznijmy od tego, że panowie, siedzący na Kremlu, utwierdzili się w przekonaniu, że Unia Europejska jest strukturą słabnącą. Liczą więc bardzo na pogłębianie się kryzysu, zarówno wewnątrz Unii, jak i na linii Europa-USA. Można się spodziewać, że Rosja będzie kontynuować taktykę wspierania ruchów nacjonalistycznych, radykalnych, eurosceptycznych. Moskwa na przestrzeni lat starała się dogadywać z poszczególnymi krajami, stawiała na stosunki dwustronne, wygrywała sprzeczności pomiędzy krajami członkowskimi UE. Teraz zapewne mocniej naciśnie na tym odcinku. Idźmy dalej: Brexit może (choć nie musi) stworzyć bardziej korzystne dla Rosji warunki do dalszego rozmiękczania gruntu pod zniesienie unijnych sankcji gospodarczych. Kreml na niedawnym Forum Ekonomicznym w Petersburgu kusił Europę wizją nowego otwarcia. Polecam tekst Witolda Rodkiewicza z Ośrodka Studiów Wschodnich na ten temat: http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2016-06-22/rosyjskie-kuszenie-europy

Prezydent Putin mówił o plusach i minusach Brexitu. W telewizji wystąpili urzędnicy odpowiedzialni za odcinek ekonomiczny i wszyscy uspokajali publiczność, uprzedzając, że z uwagi na niepokoje na rynkach finansowych Rosja może trochę doraźnie stracić, ale generalnie zaraz wszystko wróci do normy i nie ma się co bać. Ale nie dopowiadali, że – przynajmniej w krótkiej perspektywie – gospodarczo dla Rosji Brexit będzie oznaczał straty. Osłabienie koniunktury w Europie przełoży się na spadek popytu na rosyjskie surowce, ceny ropy w najbliższym czasie raczej nie wzrosną – uważają eksperci. A więc ekonomicznie to będzie na razie osłabienie, a politycznie – ułańska trąbka do boju. Putina ekonomia nudzi, a gierki podjazdowe na polu politycznym – wręcz przeciwnie, bardzo kręcą. Zwłaszcza że właśnie na tym polu Rosja spodziewa się dywidend.

O dywidendach i stratach napisała na swoim profilu FB politolożka Lilia Szewcowa: „Rosja karmi się iluzją, że rozprzężenie w Europie pozwoli jej łowić ryby w mętnej wodzie. Cóż, to zawsze dobre zajęcie dla słabeuszy. I może ono przynieść dywidendy. Tym bardziej że europejski populizm tak chciałby wykorzystać Rosję w swoich grach. Ale dywidendy z tej gry mogą być jedynie krótkoterminowe. Popieranie prawicowo-lewicowego populizmu, który opowiada się za protekcjonizmem i karmi podejrzliwością wobec otaczającego świata, raczej nie stworzy Rosji sprzyjającego jej środowiska. Zachodni populiści będą wobec Rosji podejrzliwi tak samo, jak wobec innych obcych. I będą tak samo nieprzewidywalni jak Rosja. Tymczasem Rosja buduje swoją nieprzewidywalną politykę na tym, że reguły stosowane w Europie są przewidywalne, stałe, niezmienne”. Jednym słowem: trafi swój na swego. Ciekawe spostrzeżenie. Ale przydatne w sytuacji, gdy faktycznie w Europie radykałowie zaczną robić politykę. A na razie możemy się spodziewać po Moskwie dążenia do zamknięcia tematu Ukrainy, no i wzmożonego namawiania Zachodu do zniesienia lub złagodzenia sankcji. A także anonsowanych przez Szewcową połowów w mętnej wodzie. A nuż coś się trafi.

Parasol Ławrowa

17 czerwca. Reprezentacja piłkarska Rosji ma jeszcze szansę – choć niewielką – na wyjście z grupy podczas turnieju Euro 2016 we Francji. Natomiast kilku rosyjskich kibiców nie ma szans na szybkie wyjście na wolność. Po burdach i złomotaniu angielskich kibiców na stadionie i ulicach Marsylii (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/13/rosyjska-pilkarska-marsylianka/) trzech dzielnych zabijaków trafiło przed oblicze francuskiego wymiaru sprawiedliwości, który wymierzył im wielomiesięczne kary pozbawienia wolności. Dwudziestu innych fanów sportu  deportowano z Francji, wśród nich szefa Stowarzyszenia Kibiców Rosji, Aleksandra Szprygina.

Wpierw Szprygin i jego „komanda” odgrażali się, że będą składać od tej niesprawiedliwej decyzji o wyproszeniu ich z mistrzostw Europy odwołania. Odpuścili jednak, gdy okazało się, że to jednorazowy kop na rozpęd, że mają teraz wyjechać, ale wizy nie zostaną im anulowane, mogą wrócić nawet na mecz Rosja-Walia.

Sam Szprygin, swoją drogą, to bardzo ciekawa postać. Stoi na czele stowarzyszenia od początku jego istnienia w 2007 roku. Wcześniej szukał zajęcia, próbując się w różnych rolach, po Sieci hulają jego fotki z podniesioną do góry grabulą w geście przypominającym hitlerowskie pozdrowienie. Sam Szprygin twierdzi, że to fotomontaż. W środowisku kibicowskim nazywany jest „Kamancza”. Współpracownicy z wierchuszki stowarzyszenia mówili o jego szemranych interesach, robionych z tyłu sklepu, ale w sądzie żadna ze spraw nie wylądowała. Szprygin pod koniec lat 90. wstąpił do LDPR i był doradcą Władimira Żyrinowskiego ds. sportu. Nawiązał też współpracę z merem Moskwy Jurijem Łużkowem, pośredniczył pomiędzy nim a tworzącym się moskiewskim stowarzyszeniem kibiców. Szprygin spędził rok w areszcie Matrosskaja Tiszyna pod zarzutem udziału w bójce. Sprawa została najprawdopodobniej zatuszowana, do procesu nie doszło. Patronem ruchu kibicowskiego jest minister sportu Witalij Mutko, znajomy Putina z czasów pracy w merostwie Petersburga. Szprygin się z nim świetnie dogaduje. W publikacjach na temat ruchu kibicowskiego często można spotkać twierdzenia, że środowiska te są nie tylko infiltrowane przez służby specjalne, ale także manipulowane i wykorzystywane do celów politycznych. Szprygin jest dobrze sytuowanym człowiekiem, ma knajpę, jeździ doskonałą bryką, w wywiadach mówi, że gdy jedzie do Europy, ma wrażenie, że przebywa w więzieniu narodów. Ale jeździ, jak widać, i jeszcze mocno się stresuje, gdy go z tego „więzienia” wyganiają za nieprzystojne zachowanie. Powiązania ruchu kibicowskiego z polityką i biznesem zyskały nieformalne miano „okołofutboła”.

Wyczyny rosyjskich kibiców we Francji trafiły na czołówki europejskich gazet. Nie pozostały bez echa również na najwyższych politycznych półkach w Rosji. Prokurator generalny Jurij Czajka (notabene kilka dni temu zatwierdzony na trzecią kadencję – nie zaszkodziły mu ujawnione informacje o przewałach finansowych jego dwóch niezmiernie uzdolnionych biznesowo synów, http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/12/03/cala-sala-kaszle-z-nami/) wydał polecenie, aby sprawdzić od strony prawnej, czy skazani przez francuski sąd rosyjscy kibole zostali potraktowani należycie, czy nie doszło do naruszenia norm prawa.

Francuski sąd nie był jedyną instytucją, do jakiej zwróciła się z podobnym zapytaniem Prokuratura Generalna Rosji. Marsylia nie była bowiem jedynym miejscem, w którym doszło do incydentów z udziałem rosyjskich wielbicieli łomotu. Po drodze z mistrzostw na ojczyzny łono grupa kibiców z Rosji wykazała się w niemieckiej Kolonii swoimi „marsylskimi” umiejętnościami w spotkaniu z turystami z Hiszpanii – wywołali bójkę, mocno poturbowali Hiszpanów, połamali im nosy itd. Najwyraźniej no po prostu nie mogli się powstrzymać i musieli kogoś nalać. Już od dwóch dni nikogo nie nalali, więc sami państwo rozumiecie…

Na odsiecz szalejącym po Europie kibicom ruszyła rosyjska dyplomacja. Minister Ławrow wysłał do swojego francuskiego odpowiednika list, w którym upomniał go za zatrzymanie i sprawdzanie autokaru wiozącego rozkibicowanych Rosjan na mecz do Lille (Rosja-Słowacja; autokarem jechała delegacja stowarzyszenia kibiców ze Szprynginem, Francuzi sprawdzali, czy nie ma tam sprawców pobić w Marsylii). „Francja złamała konwencję wiedeńską!” – grzmiał Ławrow. Jego zdaniem, rosyjscy kibice są zewsząd zaczepiani, prowokowani, „a my nie możemy na to zamykać oczu”. Ale to jeszcze nie wszystko, do majestatycznego gmachu na placu Smoleńskim (siedziba MSZ) wezwany został ambasador Francji, gdzie zmyto mu głowę za postępowanie brutalnej francuskiej policji wobec szlachetnych, poetycko nastawionych do świata i ludzi rosyjskich kibiców. W języku dyplomacji takie wezwanie ambasadora na dywanik to wyraz wielkiego niezadowolenia, a nawet gniewu. Mistrzostwa Europy, a może nawet świata w wykręcaniu kota ogonem rosyjski MSZ na pewno wygrałby w cuglach.

Przy czym francuskie służby nie są bez winy: tak mocno szykowały się na odparcie ataku islamskich terrorystów, że przeoczyły pojawienie się na Euro 2016 band wyszkolonych pseudokibiców z Rosji, wyposażonych w sprzęt do bicia bliźnich. Już mądre głowy zdążyły przeanalizować akcję „zielonych ludzików”, już wysmażono definicję „wojny hybrydowej”, ale nikt się nie spodziewał, że na Euro 2016 będziemy mieli do czynienia z „hybrydowym kibicowaniem” ludzików z twarzami wymalowanymi w rosyjskie barwy narodowe.

Ale wróćmy jeszcze pod polityczny parasol rozpięty ponad głowami udających kibiców młotkowych. Podczas dzisiejszego wystąpienia na Petersburskim Forum Ekonomicznym prezydent Władimir Putin wyraził zdziwienie: jak to się mogło stać, że tak nieliczna grupka rosyjskich kibiców tak srodze nalała tłumy angielskich kibiców. Duma go najwyraźniej przy tym rozpierała. Zaraz potem wezwał francuskie organy, aby jednakowo traktowały wszystkich tych, którzy naruszają porządek publiczny.

Przed nami mecz Rosja-Walia. Wszystko się może zdarzyć. Także dyskwalifikacja przez UEFA reprezentacji Rosji, kara ta została na razie zawieszona.

Rosyjska „piłkarska marsylianka”

13 czerwca. Już biegą, już biegą, już nic ich nie wstrzyma. Już szał ogarnął kontynent. Kto nie interesuje się piłką, wypada poza główny nurt. Zresztą na nic ostentacje braku zainteresowania – nawet gdy ktoś nie wie, po co jedenastu facetów w białych koszulkach skacze obok jedenastu facetów w niebieskich koszulkach po wielkim przestworzu murawy, to i tak zostanie wciągnięty w wir wydarzeń dziejących się wokół Euro 2016 we Francji. Bo tu się dzieje dużo więcej niż tylko sport. Tu się dzieje socjologia, tu się dzieje masowa kultura, tu się dzieje polityka.

Weźmy choćby występ drużyny Ukrainy. Mecz z Niemcami. Trybuny pełne po brzegi. Kibice naszych wschodnich sąsiadów żyły sobie prują i śpiewają co sił w płucach. A co śpiewają? Ano, przebój ukraińskich trybun: „Putin ch**ło, la-la-la-la-la-lala-la”. Ta nieelegancka pieśń łatwo wpada w ucho. Tym razem wpadła również w ucho rosyjskich telewidzów. Transmisję z meczu przeprowadził bowiem Pierwyj Kanał – program rosyjskiej telewizji o zasięgu ogólnokrajowym. Realizatorzy nie zdążyli wyciszyć ani zagłuszyć niewybrednego utworu stadionowego (http://24tv.ua/ru/v_jefire_rossijskogo_tv_pokazali_krichalku_pro_putina_n695348). Komentarze w rosyjskich mediach społecznościowych odznaczały się smutnym sarkazmem: „Oto kibice zza miedzy śpiewają na stadionie, że nasz prezydent jest wybitną jednostką i sławią jego męskość”. Hm, takie sobie.

Ale nie wyczyny wokalne ukraińskich kibiców stały się już w pierwszych dniach piłkarskiego turnieju przedmiotem największej liczby komentarzy i interpretacji. Uwagą sportowego i politycznego świata zawładnęli kibice z Rosji, którzy przybyli do Marsylii obejrzeć mecz swojej reprezentacji z Anglią. Czy obejrzeć? Można powiedzieć: między innymi obejrzeć. Mecz jak mecz, nic specjalnego. Remis wyrwany w doliczonym czasie gry był dla Rosji satysfakcjonującym wynikiem. Ale, jak się miało okazać, niekoniecznie satysfakcjonującym rozwojem wydarzeń dla rosyjskich kibiców. W sektor angielskich kibiców poleciała odpalona z rosyjskich trybun raca. No i się zaczęło. Angielscy kibice, znani z tego, że lubią sobie poszaleć, nie zamierzali puszczać płazem prowokacji. Poszły w ruch krzesełka, butelki i inne ciężkie przedmioty. Tak naprawdę to zaczęło się na ostro jeszcze przed meczem. Angielscy kibice byli atakowani na ulicach Marsylii. „To był dobrze przygotowany atak, który wielu świadków porównuje do wyszkolenia bojowego – mówi mieszkający w Anglii rosyjski politolog Andriej Ostalski. – Ci ludzie [rosyjscy kibice] byli wytrenowani, sprawni, wysportowani. Było ich od 150 do 300. Przeprowadzili skoordynowany atak na angielskich kibiców, na ogół podtatusiałych facetów z piwnymi brzuszkami. Rosyjscy siłacze wiedzieli, dokąd mają iść, wiedzieli, co mają robić […] mieli noże, pałki, łomy, a na sobie odzież chroniącą przed skutkami uderzeń. To było zaskoczenie dla brytyjskich kibiców. Mieszkam na Wyspach od dwudziestu paru lat, niejedno widziałem w wykonaniu miejscowych ultras – tępe twarze, wrzeszczące dziko, siła w grupie. Twarze Rosjan, które widzieliśmy w reportażach telewizyjnych, to był inny gatunek: to nienawiść w czystej postaci, złośliwie wyszczerzone zęby, samozachwyt, poczucie wyższości i bezkarności. Powstaje wrażenie, że ci ludzie nie przyjechali do Francji kibicować swojej drużynie, a po prostu napluć na piłkę, przyjechali się bić, a właściwie – dołożyć innym”.

Na to, że akcja Rosjan, była zaplanowana i skoordynowana, zwróciła dziś uwagę prokuratura Marsylii. Strona internetowa stowarzyszenia rosyjskich kibiców informowała jeszcze przed meczem, że do Marsylii przybył specjalnie wynajęty charter, który przywiózł na pokładzie „220 osób, które miały wesprzeć drużynę”. UEFA gniewnie oświadczyła, że zbada sprawę, a rosyjskiej i angielskiej reprezentacji grozi dyskwalifikacja i wywalenie z mistrzostw za skandaliczne zachowanie kibiców.

W Sieci pojawiło się mnóstwo komentarzy podobnych do tego: „Przemoc, jakiej dopuścili się rosyjscy kibice w Marsylii, to jeszcze jeden argument na rzecz twierdzenia, że przyznanie organizacji Mundialu 2018 Rosji to wielki błąd skorumpowanej FIFA. Jak można przeprowadzić mistrzostwa w kraju, gdzie antyamerykańska, antyeuropejska propaganda wywołuje nienawiść do wszystkiego, co inne. Nie, to nie jest miejsce na mistrzostwa”.

Ale nie brakowało i wyrazów dumy i radości, że „dołożyliśmy tym parszywym Angolom, niech wiedzą, kto tu rządzi, niech nas szanują”. Na boisku padł remis, ale na ulicach Marsylii wynik walki był inny: Rosjanie pobili Anglików i to na głowę. I to zwycięstwo wysławiano pod niebiosa. Zdaniem wielu rosyjskich komentatorów, to „bordello zaczęli nie Rosjanie, a Anglicy, którzy od kilku dni pili w porcie i roznosili wszystko wokoło”, a więc się im należało. Podobnie relacjonowały ekscesy w Marsylii rosyjskie stacje telewizyjne.

„Rosjanie zrobili porządek z Anglikami, wyręczyli przy tym policję. To wspaniałe!” – taki jest powtarzający się motyw sieciowych zachwytów. W rosyjskim segmencie Twittera i FB rozpowszechniane są twierdzenia, że Anglicy sami są sobie winni, bo wznosili obrażające Rosję okrzyki (brak potwierdzenia z neutralnych źródeł): „Każdy, kto obraża Rosję, niech pamięta, że w każdej chwili możemy mu przysłać Topol. Albo przynajmniej przyładować piąchą w machę”.

Są też tacy, którzy odczuwają wstyd. Siergiej Miedwiediew napisał: „Nasi kibole w Marsylii to kopia rosyjskiej polityki zagranicznej. Mistrzostw nie wygramy, więc przynajmniej poszalejemy, mordy obijemy, cały świat będzie o nas mówić”. Faktycznie, to się udało, cały świat o tym mówi. Następny mecz – 15 czerwca ze Słowacją. Piłkarze rosyjskiej reprezentacji poprosili kibiców, aby zachowywali się spokojnie.