Przeprowadzone, sfałszowane, nasze

20 września. Niespodzianek nie było – fasadowe głosowanie nazywane wyborami do Dumy przyniosło zwycięstwo partii władzy, Jednej Rosji. Mandaty otrzymała także tak zwana systemowa opozycja, czyli partie obsługujące Kreml i imitujące pluralizm: komuniści, nacjonalistyczna LDPR Żyrinowskiego i do kompletu niezbyt udany klon partii władzy Sprawiedliwa Rosja.

Proces wyborczy był na każdym etapie kontrolowany przez Kreml. Dobrze poinformowane wróble na kremlowskim dachu mówią, że osobą, odpowiedzialną z ramienia władz za przebieg wyborczej farsy, był Wiaczesław Wołodin, zastępca szefa prezydenckiej administracji. Jego strategia polegała na tym, aby do Dumy – wybieranej znów według mieszanej ordynacji (połowa z krajowych list partyjnych, połowa z okręgów jednomandatowych; przywrócono tę ordynację po 13 latach) – dostała się maksymalnie mocna reprezentacja deputowanych Jednej Rosji oraz trzy partie, dotychczas zasiadające w parlamencie; eksperymentalnie dopuszczano obecność pojedynczych deputowanych startujących z okręgów jednomandatowych, reprezentujących partie zabiegające o względy Putina. Całość procesu wyborczego de facto sprowadzała się do zabiegania o jego względy. Niemniej obecność w pełni lojalnych przedstawicieli prokremlowskich ugrupowań spoza zaklętego kręgu czterech parlamentarnych partii niczego nie zmieni w ogólnym zagospodarowanym krajobrazie. Kontrola nad wyborami zakładała używanie sprawdzonych narzędzi: fałszowanie wyników, karuzele (wożenie autokarami od punktu do punktu zwerbowanych osób), kupowanie lub dosypywanie głosów, inne metody administracyjne.

Kapłani propagandy w mediach powtarzali, że rosyjskie społeczeństwo mimo kryzysu, pogarszających się wskaźników, zdradzieckich sankcji Zachodu itd. pokazało, że murem stoi za władzą. Nawet bezmyślne lapsusy formalnego szefa partii władzy, premiera Dmitrija Miedwiediewa w rodzaju wypowiedzi „pieniędzy nie ma, ale wy się trzymajcie, życzę dużo zdrowia”, nie zmieniły sytuacji. Jedna Rosja z list partyjnych i okręgów jednomandatowych otrzymała 343 mandaty – większość konstytucyjną – w 450-osobowej izbie (na razie nie ma jeszcze oficjalnych wyników, ale zapewne nie zmienią się te wstępne dane jakoś diametralnie). Otrzymała dzięki dorysowaniu około 14% głosów, jak twierdzi analizujący wyniki wyborów statystyk Siergiej Szpilkin. Jego zdaniem dorysowano też frekwencję: nie oficjalne 47%, a najwyżej 37%.

Opozycja pozasystemowa nie znalazła się w Dumie, kilka startujących partii – m.in. Jabłoko, PARNAS – nie przekroczyło nawet 3-procentowego progu, uprawniającego do dotacji z budżetu, aby wejść do parlamentu, trzeba było zdobyć co najmniej 5% głosów, progi okazały się – z różnych względów – za wysokie jak na opozycyjne nogi. Po poprzednich wyborach opozycja antysystemowa zorganizowała protesty przeciwko fałszerstwom wyborczym. Ruch białej wstążki bardzo nie spodobał się Putinowi, który podobno panicznie boi się czegoś w rodzaju arabskiej wiosny czy Majdanu pod murami Kremla. Tym razem chodziło o to, aby nikomu w głowie nie postało protestować. I faktycznie ogólna apatia, brak wiary w skuteczność jakichkolwiek protestów sprawiają, że opozycja nie wzywa do wyjścia na ulicę, a potencjał protestu nawet wśród niezadowolonych jest mizerny. System triumfuje i pokazuje, że może mieszać w wyborczym kotle, jak chce.

Z reporterskiego obowiązku dodam słowo o odbywających się jednocześnie z wyborami do Dumy lokalnymi wyborami w kilku regionach. Ramzan Kadyrow zwyciężył w plebiscycie potwierdzającym jego mandat szefa republiki ze słabym wynikiem 97%. Jego człowiek, zasiadający od lat w Dumie i cieszący się zasłużoną sławą zbira, „człowiek ze złotym pistoletem” Adam Delimchanow nadal reprezentować będzie interesy klanu w Dumie – zdobył mandat deputowanego z jeszcze słabszym rezultatem 92% głosów. W obwodzie tulskim stanowisko gubernatora przypadło Aleksiejowi Diuminowi (kilka miesięcy temu został mianowany przez Putina na to stanowisko, ale w teatrze marionetek wymagane było potwierdzenie tego stanu rzeczy w głosowaniu). Diumin to ciekawy case – przez lata był osobistym ochroniarzem Putina (to jego jedyny na razie walor; ciekawa ścieżka kariery, nieprawdaż?), krążą pogłoski, że nawet szykuje się go na następcę, telewizja przyjeżdża robić z nim wywiady, pokazuje mleczne krowy, które dają więcej mleka pod jego światłym przewodem itd. Na razie Diumin nie umie publicznie przemawiać, przyzwyczajony do roli człowieka za plecami bossa. Zobaczymy.

Co dalej? Z posłuszną prokremlowską partią, mającą konstytucyjną większość w kieszonkowym parlamencie Kreml będzie mógł błyskawicznie i bez targów z przystawkami przeprowadzać każdą ustawę. Może się to przydać w takim prognozowanym przez „The New Times” rozwiązaniu jak przeprowadzenie przedterminowych wyborów Putina (http://newtimes.ru/stati/xroniki/dosrochnyij-prezident.html), które mogą się odbyć już nawet w marcu 2017, na rok przed ustawowym terminem. Autor analizy Artiom Torczinski zauważył, że w przyszłorocznym budżecie przewidziano duże kwoty na wybory, a takowych brak w projekcie budżetu na 2018.

Lekarzu, obroń się sam

11 września. Rosyjska służba zdrowia na co dzień dostarcza wytrawnych materiałów dla seriali, ale częściej tych z gatunku opowieści z dreszczykiem niż mydlane opery. Kilka miesięcy temu w Biełgorodzie doszło do pobicia pacjenta przez lekarza. I to ze skutkiem śmiertelnym (pisałam o tym: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/01/09/bokserzy-i-hackerzy/), ostatnio odnotowano z kolei głośne w całym kraju przypadki pobicia lekarzy lub personelu medycznego przez pacjentów.

Oriechowo-Zujewo, miasto niedaleko Moskwy. 120 tysięcy mieszkańców. Kilka zakładów przemysłowych, jedna uczelnia techniczna, dwa kina. No i szpital. A w nim kolejki pacjentów pod każdym gabinetem. W jednej z takich kolejek utknęła pewna młoda kobieta, której coś się stało w nogę. Był późny wieczór. Czekała na prześwietlenie. Czekała i czekała. Jak wszyscy. Kobiecie towarzyszył brat. Bratu skończyła się w pewnym momencie cierpliwość i postanowił siostrzane procedury przyspieszyć. Radykalnie i niestandardowo. Wtargnął do gabinetu, obalił rentgenologa na podłogę, ściągnął mu kitel i wrzeszcząc coś nieprzyjemnego pod adresem służby zdrowia jął okładać nieszczęsnego po twarzy pięściami. Z wprawą i widoczną satysfakcją. Zajście sfilmował komórką jakiś pacjent, który siedział pod gabinetem. Przebieg można obejrzeć w sieci (uwaga, sceny drastyczne: https://lenta.ru/news/2016/08/31/fight/). Wezwano policję. Rentgenolog trafił na oddział z rozpoznaniem: wstrząśnienie mózgu.

Incydent miał miejsce pod koniec sierpnia. Wszczęto śledztwo. Mężczyznę, który pobił lekarza, aresztowano. Krewki brat pacjentki okazał się recydywistą, kilka dni wcześniej opuścił zakład karny, w którym odsiadywał wyrok za pobicie. Śledztwo wziął pod swoje skrzydła sam naczelnik Komitetu Śledczego, Aleksandr Bastrykin. Prokuratura zaraz też zmieniła kwalifikację czynu z pobicia na usiłowanie zabójstwa (czyn zagrożony karą do 15 lat pozbawienia wolności). Siostra, z powodu której doszło do zajścia, zeznała, że rentgenolog obraził ją, dlatego brat wystąpił w jej obronie. Poszkodowany jednak wskazuje, że miły pan brat przystąpił do rękoczynów, gdy rentgenolog domagał się od pacjentki skierowania, bez którego nie mógł wykonać prześwietlenia. Lekarze zaczęli zbierać podpisy pod petycją w sprawie odwołania pani minister zdrowia za bezczynność. Z kolei ministerstwo zdrowia zażądało wprowadzenia dotkliwszych kar za pobicia personelu medycznego. Bo też do tego typu zdarzeń dochodzi w rosyjskich placówkach dość często.

Choćby w tym samym Oriechowie-Zujewie w szpitalu numer jeden grupa „karków” pobiła w maju tego roku trzech lekarzy, ponaglając ich w ten oryginalny sposób, by z większą chęcią i szybciej zajęli się stanem zdrowia przywiezionego przez nich na izbę przyjęć starszego krewnego.

O pobiciach lekarzy pogotowia można przeczytać w lokalnej prasie w niemal każdym rosyjskim mieście. Nagminnie zdarza się, że wezwany do chorego lub ofiary wypadku zespół ratunkowy staje się obiektem agresji pacjentów, pijanych w siwy dym. Podobne incydenty odnotowano ostatnio w Wołgogradzie, Oziorach pod Moskwą, Czelabińsku… Lista jest długa. Z tej rutynowej kroniki wybija się przypadek z Krasnogorska – tam pijany pacjent w stanie wielkiego pobudzenia zaatakował personel medyczny izby przyjęć, gdyż… uznał ich za bojowników Państwa Islamskiego.

Każdy z kolejnych przypadków pobić wzbudza dyskusję w środowisku. W blogu kardiologa na stronie rozgłośni Echo Moskwy czytamy: „Cała nasza rzeczywistość prowokuje nas do TAKICH reakcji. Rozejrzyjcie się wokół siebie. Jedziesz w metrze, ktoś kogoś potrącił, zaraz awantura, mordobicie, kolejka w sklepie – kasjerka dostaje po twarzy, lekarz nie dość szybko obsługuje, na podłogę go i kopa. […] Byłem na kongresie kardiologicznym w Rzymie. Organizatorzy pierwszego dnia podstawili za mało autokarów, trzeba było poczekać. Rosjanie, stojący obok mnie, stwierdzili, że gdyby coś podobnego zdarzyło się w Rosji, to zaraz wszyscy poszliby na te autokary czeredą i wzięliby je szturmem. A jakże! Bo też ta agresja jest u nas kultywowana. Oglądamy w telewizji polityków, którzy wrzeszczą na siebie nawzajem, obiecują, że zaraz wszystkim naokoło „wsypią” – Ukrainie, Łotwie. Najważniejsze to przywalić. Prezydent też nam powiedział, że można bić. To dozwolone. Nauczyli nas, że prawo nie działa, że trzeba szukać sprawiedliwości samodzielnie. Dlatego pobicia lekarzy będą się powtarzać. I nie tylko lekarzy”.

Smutna refleksja. Dotyczy zresztą nie tylko Rosji i nie tylko lekarzy.

Koszulki z napisem „Putin kat Biesłanu”

3 września. Ten ból nie daje się uśmierzyć. Matki Biesłanu ciągle opłakują swoje dzieci. Od tragedii w szkole numer jeden minęło dwanaście lat. W Osetii Północnej to ciągle niezabliźniona rana, w Rosji – już coraz bardziej zapomniane wydarzenie, jedno z dramatycznego pasma, spychane na margines. Władze nie chcą, by przypominać liczne znaki zapytania, które nadal wiszą nad tą ponurą tragedią. Nie chcą dostrzegać własnych błędów, nie chcą przyznawać się do winy, wyciągać na światło dzienne upychanych po kątach niewygodnych epizodów. A tych pytań i wątpliwości jest wiele. I jest nowe źródło bólu.

O wyjaśnianie wątpliwości i o ukaranie winnych ciągle upominają się kobiety, które straciły podczas zamachu dzieci i bliskich. W trakcie obchodów rocznicy napadu czeczeńskiego komanda na szkołę kilka matek Biesłanu wyraziło protest. Mówi Ełła Kiesajewa, przewodnicząca organizacji Głos Biesłanu: – Akcję zorganizowała nasza organizacja, w jej skład wchodzi trzydzieści osób. 1 września w czasie uroczystości żałobnych w szkole zdjęłyśmy płaszcze, aby było widać napisy na naszych koszulkach [napis głosił: „Putin – kat Biesłanu”]. Swoją akcją chciałyśmy wskazać społeczeństwu winowajcę tej tragedii. Prowadzona jest kolosalna agitacja, tworzone są mity o Biesłanie. A my chciałyśmy pokazać, że przez te dwanaście lat widzimy jednego winnego – tego właśnie człowieka. Prowadzimy własne śledztwo, zbieramy fakty, dowody. Złożyłyśmy pozew do Trybunału Europejskiego w sprawie naruszenia konwencji praw człowieka. Policjanci i ludzie z Federalnej Służby Bezpieczeństwa od razu nas otoczyli i zaczęli spychać w róg sali. Stanęłyśmy pod ścianą, zablokowali nas tam. […] Łapali nas za ręce, nie pozwalali wyjść na środek sali, ale w końcu nam się to udało. Krzyczałyśmy: „To nasze prawo, my tak uważamy”. Kiedy wyszłyśmy ze szkoły, podjechała policja – ze stu ludzi. Okrążyli nas i pojedynczo wyciągali. Szturchali, szarpali, wykręcali ręce, popychali.

Zatrzymane kobiety z Głosu Biesłanu i dwie dziennikarki (z Nowej Gaziety i internetowego czasopisma Takije Dieła) przewieziono na posterunek, przetrzymywano sześć godzin, nie udzielono pomocy medycznej, choć były poturbowane. Matki Biesłanu trafiły przed oblicze sądu za zakłócanie porządku. Przy pustej sali, pod osłoną nocy. I zostały skazane prawomocnym wyrokiem. Sąd uznał ich winę. Za podstawę wyroku biorąc zeznania policjantów. Skazał matki Biesłanu na bardzo wysokie grzywny i prace społeczne.

Dalej.

Rzeczniczka praw człowieka Tatiana Moskalkowa potępiła i matki Biesłanu, i policjantów, którzy szarpali kobiety przy zatrzymaniu (za przykład odpowiedniego zachowania dała policji „uprzejmych ludzi”, czyli zielonych ludzików). Wzięła w obronę prezydenta: „Nasz prezydent zrobił tak wiele dla podniesienia poziomu życia społeczeństwa. Zrobiono tak wiele, aby w naszym kraju nie powtórzyła się ta tragedia”. Na forach internetowych zaraz pojawiły się komentarze, że pani Moskalkowa jest rzecznikiem praw człowieka. Jednego konkretnego człowieka – Putina.

W jednym z talk show na pierwszym programie rosyjskiej telewizji uczestnik dyskusji polityk Leonid Gozman próbował podjąć temat Biesłanu. Został zakrzyczany przez rycerzy telewizyjnej propagandy, zarzucono mu, że w celach politycznych wzywa imienia Biesłanu. Gdy nie przestawał mówić, prowadzący odebrał mu głos.

Nie ma miejsca na refleksję. Wygląda na to, że nie ma już miejsca na wspominanie o Biesłanie w ogóle.

Dziennikarka Radia Swoboda Jelena Rykowcewa napisała na FB: „Nie znajduję w języku rosyjskim słów na określenie tego draństwa. W głównym wydaniu dziennika telewizyjnego [1 września] nadano wielowątkowy materiał o tym, że w kraju rozpoczyna się rok szkolny. We Władywostoku prezydent spotyka się z uczniami, w Tule tamtejszy gubernator – w elewami, […] w Groznym uroczyście zaczyna działać ogólnokrajowy ruch uczniów, w Moskwie minister Ławrow przemawia do studentów MGIMO, premier Miedwiediew jest z wizytą w szkole kształcącej techników transportu, minister Szojgu wpada na uroczystości na uczelnię wojskową, Żyrinowski tu, Ziuganow tam. A jeszcze apele w szkołach w Doniecku i Ługańsku. I nawet korespondencja z Kijowa, pełna niepokoju, że podręczniki historii tam zmieniają. Wszędzie były kamery, wszystko pokazały. A Biesłan? Nie ma Biesłanu. Nie pasuje do obrazka szczęśliwości”.

Przez kilka lat na szkolnych uroczystościach rozpoczęcia roku ogłaszano minutę ciszy, czcząc w ten sposób pamięć dzieci, które zginęły w Biesłanie. W tym roku nie ogłoszono. Zanik pamięci.

Czeczeński trening prezydenta

27 sierpnia. Noc. Zegar na Spaskiej wieży Kremla wybija kuranty, których brzmienie zna cały kraj. Kraj pogrążony jest we śnie, ale w gabinecie Najważniejszej Osoby pali się światło. Wódz nie śpi. Wódz pracuje, pochyla z zatroskaniem czoło nad rozwiązaniem problemów, które mu to czoło chmurzą. Tak zaczyna się wiele opowieści o tym, jak pracował Józef Wissarionowicz Stalin, który nie spał po nocach i złowrogo miotał się po gabinecie, wprawiając w drżenie współpracowników, czujnie wyczekujących, czy nie wezwie ich na rozmowę.

Czy nocne spotkanie na Kremlu prezydenta Putina i pełniącego obowiązki prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa było nawiązaniem do tej tradycji? Zegar na Spaskiej wieży Kremla wybija kuranty. Kraj pogrążony jest we śnie, tymczasem w gabinecie Najważniejszej Osoby zjawia się w eleganckim ciemnym garniturze Ramzan Kadyrow i rozmawia z patronem. „Już 1200 dojnych krów mamy w naszym przedsiębiorstwie, niedługo będziemy mieli cztery tysiące sztuk bydła hodowanego na mięso. Nie będziemy zależni od importu” – relacjonuje nocny gość. Czy rzeczywiście postępy w produkcji nabiału w Czeczenii są aż tak ważne, by organizować spotkanie w środku nocy? A może tak ważny jest drugi powód, który został opisany przez oficjalną służbę prasową prezydenta: Kadyrow z radością poinformował o osiągnięciach republiki w sportach walki i zaprosił prezydenta na imprezę mistrzowską, na treningi dżudo. A prezydent z taką samą radością przyjął zaproszenie. Tyle strona oficjalna. No, właśnie, oficjalna – po co nocnemu spotkaniu nadano oficjalny status? O czym panowie rozmawiali, gdy wyłączono kamery i mikrofony? I czemu robocza rozmowa prezydenta z reprezentantem władz lokalnych stała się tematem dnia?

Dużo tych pytań. A nawet jeszcze więcej. A w odpowiedzi tylko spekulacje i domysły. Kremlinologia stosowana w całej okazałości. Ramzan Kadyrow ma status faworyta. Dzięki temu może liczyć na przychylne wsparcie patrona w sprawach, na których mu zależy (z oficjalnych źródeł wiadomo, że Kadyrow poprosił podczas wizyty na Kremlu o osobiste wstawiennictwo Putina w jakichś ważnych, bliżej niesprecyzowanych sprawach). Czeczeński lider obficie tryska wiernopoddańczymi aforyzmami pod adresem gospodarza Kremla, zapewnia o swej lojalności i oddaniu. Za to otrzymuje pełną gratyfikację pieniężną. Wprawdzie mówi, że dostaje pieniądze od Allaha, ale nie ulega wątpliwości, że są to ruble ziemskie, kremlowskie.

No, właśnie, pieniądze. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi podobno właśnie o nie. „Moskowskij Komsomolec” pisze, że ministerstwo finansów, rozpaczliwie poszukujące oszczędności w sytuacji kryzys i sekwestru budżetu, zamierza ściąć o 5 procent nakłady na Czeczenię. A tu wybory akurat idą. Te parlamentarne – a Czeczenia dostarcza 114% głosów na Jedną Rosję. I te potwierdzające status Kadyrowa jako prezydenta republiki. No to trzeba raczej sypnąć dodatkowym groszem z Moskwy, a nie oszczędzać.

Może zatem chodziło o pieniądze, a może o wsparcie prezydenta w innej sprawie. Okołokremlowskie wróble uparcie ćwierkają, że Ramzan Kadyrow i jego dzielna drużyna zabijaków ma na pieńku z wysoko postawionymi funkcjonariuszami Federalnej Służby Bezpieczeństwa i MSW. Wiele napisano o tym konflikcie przy okazji zabójstwa Borysa Niemcowa, kiedy konflikt na linii Kadyrow-siłowicy mocno się zaostrzył. Hasło „przyjemniaczek z Kaukazu” przewija się w bardzo wielu sprawach – i gdy mowa o gangsterach, bezpiecznie uprawiających swój proceder w Moskwie i gdy mowa o zaciągach do oddziałów walczących w Donbasie po stronie separatystów, i gdy chodzi o rekrutację do formacji Państwa Islamskiego. A zatem szerokie spektrum do spekulowania, o czym to nocą rozmawiano na Kremlu.

Mając powyższe na uwadze, z zainteresowaniem można się przyjrzeć publikacji „Nowej Gazety” sprzed kilku dni. „17 sierpnia twerski sąd rejonowy w Moskwie wydał nakaz aresztowania pięciu uczestników zorganizowanej grupy, wymuszającej haracze od stołecznego przedsiębiorcy. To może być głośna sprawa, jako że wśród podejrzanych jest dwóch funkcjonariuszy MSW Republiki Czeczeńskiej” – pisze gazeta.

Czy to w ich sprawie wstawiał się u prezydenta Kadyrow? Potwierdzenia nie ma. Kremlinologia stosowana.

 

Młodokremlowcy na start

22 sierpnia. Ciemne korytarze Kremla zawsze przyciągały uwagę świata. Spiski, intrygi, zawiłe plany, wojny podjazdowe zwalczających się koterii w najbliższym otoczeniu władcy dawały i dają nieodmiennie znakomitą pożywkę interpretatorom. Znawcy pokrętnych tajemnic kremlowskiego dworu mają od dwóch tygodni nowy temat do przeanalizowania: dlaczego Putin odwołuje poszczególne osoby z dotychczasowego „najbliższego kręgu” i zastępuje je osobami młodszymi, które karierę zawdzięczają prezydentowi? Przedmiotem rozważań jest dymisja Siergieja Iwanowa ze stolca szefa administracji prezydenta (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/08/18/kadry-w-tas/) i wprowadzenie na ten wysoki urząd mało znanego klerka Antona Wajny.

Ta zmiana personalna była bardzo zaskakująca. Wajno niczym nie zasłynął, niczym się nie wybijał, niczym nie błysnął w świecie biurokracji. Jego nazwisko nie pojawiało się nigdy na giełdzie kandydatów do obsadzenia ważnych posad. Był jednym z kamyczków, które tworzą nieciekawą urzędniczą mozaikę na ścianach biurowych pomieszczeń Kremla.

Wajno ma 44 lata, jest o pokolenie młodszy od Iwanowa i innych bliskich współpracowników Putina z najbliższego kręgu. Pochodzi z Estonii (w wersji estońskiej jego nazwisko pisze się Vaino), jest wnukiem Karla Wajny, pierwszego sekretarza Estońskiej Partii Komunistycznej w latach 80., kształcił się na prestiżowej uczelni w Moskwie (MGIMO). Próbował sił w dyplomacji, potem mozolnie wspinał się po szczeblach kariery w kancelariach rządu i prezydenta, ostatnio był zastępcą szefa administracji prezydenta, odpowiadającym za prace organizacyjne. Żadnych spektakularnych wpadek, żadnych wybitnych osiągnięć. Ot, życie faceta z teczką pełną dokumentów wagi państwowej, zawsze ogolonego, ostrzyżonego, w niewygniecionym garniturze, nabierającego coraz większej biegłości w załatwianiu ważnych spraw w ważnych kręgach, spokojnego, lojalnego, bez zarzutu.

I można by przy studiowaniu biografii nowego szefa prezydenckiej administracji umrzeć z nudów, gdyby nie to, że w pewnym momencie Anton Wajno zapragnął również – tak trochę na boku – zrobić karierę naukową. A może nie tyle zrobić karierę, ile dokonać rzeczy ważnych dla całej ludzkości. Owóż, na początku dekady opublikował on kilka prac naukowych z zakresu futurologii. Szczególnie pochylił się nad przyrządem, pozwalającym kumulować wiedzę. Nooskop, bo tak nazywa się to cudo wymyślone przez niepozornego urzędnika putinowskiego gmachu władzy, pomaga „materializować moment przejścia życia z przestrzeni w czas”, ma to służyć przewidywaniu np. kryzysów w gospodarce. Wiem, trudno to zrozumieć, ja też mam problem. Poczytajmy dalej: „Nooskop składa się z sieci przestrzennych skanerów – pisze wizjoner – przeznaczonych do rejestracji zmian w biosferze i działalności człowieka z pomocą transakcji – klatek współ-Bytu – w postaci skrzyżowania przestrzeni-czasu-życia […] Nowy paradygmat zarządzania polegać ma nie na gromadzeniu doświadczeń przeszłości, a kapitalizacji przyszłości”. O co w tym wszystkim chodzi? Nie bardzo wiadomo. Jedni mówią o zbieraniu do kupy zbiorowego doświadczenia ludzkości, drudzy o futurystycznych wizjach. Prace Wajny były jednak publikowane w poważnych czasopismach, takich jak „Problemy Ekonomii i Prawa”, cytowane itd. Takie publikacje potrzebne są w procesie otrzymywania uczonych tytułów.

Można w tym kontekście sięgnąć po popularna teorię spiskową, że Putin interesuje się ezoteryką, sposobami wszelakimi przedłużania młodości i życia i chętnie nadstawia ucha, gdy mowa o praktykach ocierających się o zjawiska paranormalne (pisałam o tym w blogu w cyklu „Putin i nieśmiertelność”). A może kandydatura Wajny spodobała się Putinowi z przyczyn czysto pragmatycznych. Jak mówi Siergiej Aleksaszenko (ekonomista, b. wiceszef banku centralnego), „Putin wprowadza [do struktur władzy] kolejną generację ludzi, uruchamia windy awansu dla młodszych technokratów, czyli ludzi, którzy nie mają ani światopoglądu, ani wartości, za to mają wpojone, że należy słuchać zwierzchnika i wykonywać jego polecenia. […] Tacy ludzie mogą być wykonawcami poleceń, ale mogą też mieć własne pomysły, niemniej jedynie w ramach wyznaczonych odgórnie. Putin stopniowo wymienia kadry. Stara gwardia odchodzi, przychodzą ludzie, którzy wszystko zawdzięczają Putinowi. Żaden z nich w tej chwili nie ma własnych ambicji politycznych. Z punktu widzenia prezydenta – tak, to o to chodzi, bo tacy ludzie nie są w stanie zorganizować przewrotu pałacowego. Nominacja Antona Wajno jest symboliczna. Szef administracji prezydenta to człowiek, który pilnuje drzwi głównego gabinetu. Może tam w każdej chwili sam wejść. Z teczką dokumentów. Ale także ze szkatułką czy nożem do lodu”.

W ciekawych kategoriach się obracamy – intrygi, spiski, przewroty pałacowe, nóż do lodu. Jak gdyby od czasów pierwszych Rurykowiczów nic się nie zmieniło. Jeśli nie liczyć nooskopów.