Teraz już można?

12 lutego. Czemu ma służyć złagodzenie przepisów dotyczących penalizacji za przemoc domową w Rosji? Czy w kraju, w którym rocznie ginie z ręki partnera 12-14 tysięcy kobiet, zostanie to odczytane jako ciche przyzwolenie na fizyczne znęcanie się nad domownikami? Autorzy pomysłu, by pobicia członków rodziny nie karać pozbawieniem wolności, twierdzą, że to dla dobra rodziny i jej trwałości.

„Ojciec bił mnie od zawsze, odkąd pamiętam, pasem ze sprzączką, czym popadnie, w domu, ale także na klatce schodowej, na ulicy, wystarczyło, że wrócił z pracy nie w humorze. Myślałam przez długi czas, że to normalne, że wszyscy tak żyją” – relacje bitych kobiet spisała „Nowaja Gazieta” (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/02/03/71397-otets-bil-menya-dnem-nochyu-doma-na-lestnichnoy-kletke). Oto opowieść dziewczyny, która nie chciała ujawniać swoich personaliów: Siostrę i matkę też maltretował. Kiedyś siostra uciekła z domu. Policja ją znalazła, policjant widział siniaki na jej ciele, powiedział: „gdybyś była moją córką, to bym cię zabił”. Sąsiedzi widzieli – nie reagowali. Szkoła przeprowadzała ankiety jedynie wśród rodziców, pytając, czy biją dzieci. Ojciec zawsze odpowiadał, że kocha dzieci i nie bije. Uczniów nikt o to nie pytał. Wstydziłam się o tym mówić. Raz ojciec pobił mamę do nieprzytomności, pojechaliśmy na pogotowie. Lekarz spytał tylko, czy mama złoży skargę na sprawcę pobicia. Nie chciała.

To jedna z wielu podobnych historii. Ile kobiet w Rosji może opowiedzieć o takim traktowaniu? W badaniu z lipca 2016 roku przeprowadzonym przez Centrum Lewady na pytanie skierowane do kobiet: „czy pani partner kiedykolwiek bił panią?”, 77% odpowiedziało: ani razu, 2% przyznało, że często, 4% że kilka razy, 6% – raz, a 10% odmówiło odpowiedzi. W badaniu ośrodka WCIOM, 80% respondentów potępiło przemoc domową, ale aż 19% stwierdziło, że dopuszcza stosowanie przemocy fizycznej wobec żon/mężów i dzieci.

Rosyjskie ustawodawstwo kwalifikuje pobicie jako „umyślne działania powodujące ból fizyczny, ale nie doprowadzające do utraty zdolności do pracy”. Dotychczas art. 116 kk przewidywał za pobicie członków rodziny karę do 2 lat pozbawienia wolności. W obecnej zmienionej wersji zrównano epizody przemocy domowej, nie powodujące utraty zdolności do pracy, z takimi wydarzeniami jak np. bójka w parku, nie skutkująca trwałym uszkodzeniem ciała. Taki epizod może być teraz ukarany grzywną lub inną kara administracyjną.

Z inicjatywą zmian w ustawodawstwie wystąpiła senator Jelena Mizulina, znana w Rosji bojowniczka o „tradycyjne” wartości rodzinne. Projekt zmian poparł rzecznik praw dziecka. Członek komisji ds. wsparcia rodziny Izby Społecznej Anatolij Kuczeriena (notabene adwokat Edwarda Snowdena) stwierdził: „Im mniej ingerencji państwa w stosunki rodzinne, tym lepiej”. Przedstawiciel Cerkwi poparł z tego względu, że złagodzenie przepisu pozwala na karanie dzieci klapsem w celach wychowawczych. Też „tradycyjne” podejście pedagogiczne. „Domostroj” (zbiór przepisów prawnych z XVI w., zabytek piśmiennictwa) nie tylko dozwalał, ale nawet zalecał bicie dzieci za nieposłuszeństwo.

Projekt zmian trafił na ekspresową ścieżkę legislacyjną, został przegłosowany prawie jednogłośnie w obu izbach parlamentu, podpisany przez prezydenta. Ciach – i już działa (http://publication.pravo.gov.ru/Document/View/0001201702070044).

Zwolennicy złagodzenia kar z artykułu 116 zwracają uwagę, że pozostają w mocy artykuły 115 i 117 kk, przewidujące kary pozbawienia wolności za spowodowanie ciężkich uszkodzeń ciała i permanentne znęcanie się nad członkami rodziny. Obrońcy praw człowieka, pomagający kobietom-ofiarom przemocy domowej, podkreślają jednak, że w sytuacji lżejszych pobić ofiara faktycznie nie podlega ochronie prawnej. Mówią: ofiara nadal mieszka pod jednym dachem z uroczym mężem-katem, jest zastraszana, bita, poniżana, po złożeniu skargi często ją wycofuje, bo partner ją zapewnia o woli poprawy lub bije jeszcze dotkliwiej za to, że skargę złożyła itd., wyjście z tego zaklętego kręgu jest bardzo trudne. Czy stanie się jeszcze trudniejsze? Autorzy nowego przepisu wierzą, że będzie wręcz przeciwnie: „wysokie kary za dopuszczenie się przemocy wobec członków rodziny są barierą dla tych, którzy chcą zgłaszać takie przypadki”. Bo za pierwszy odnotowany epizod przewidywane są jedynie kary administracyjne, a nie kryminał. To ma umożliwić sprawcy opamiętanie się i nie zabagni mu życiorysu. Zdaniem mera Jekaterynburga Jewgienija Rojzmana, wpływ nowych przepisów już widać: nawet w ciągu tych kilku dni, jakie minęły od wprowadzenia noweli, liczba wezwań policji do interwencji w sprawie epizodów przemocy domowej wzrosła 2,5-krotnie. „Rozmawiam z tymi, którzy pracują z ludźmi. Widzą, że policja wzywana jest częściej. Wcześniej ofiary bały się, że wezwanie będzie oznaczało wsadzenie [mężów] do więzienia, a to była dla nich istotna przeszkoda”.

Obrońca praw człowieka Borys Altszuler w rozmowie z Radiem Swoboda ocenia: „Nie sądzę, by liczba pobić w rodzinach wzrosła. […] Tyle że deputowani Dumy i senator Mizulina zajęli się nie tym, co trzeba. Potrzebne są akty prawne wspierające rodziny, dzieci, trwałość rodzin, zapobiegające aktom przemocy w rodzinie. Kary nie są profilaktyką, nie zapobiegają biciu. Takie rzeczy dzieją się zwykle po pijanemu, w emocjach. Czy sprawca myśli wtedy, czy mu za to grozi kara administracyjna czy jakaś inna? W ogóle nie myśli. Większość rodziców nie potrafi rozmawiać z dziećmi, odnosi się do nich jak żandarm, wymaga wyłącznie podporządkowania, stąd przemoc. Tam, gdzie dochodzi do przemocy domowej, ignorowane są wszelkie artykuły kodeksu karnego, wszelkie przepisy”.

Od wprowadzenia nowych przepisów minęło zaledwie kilka dni, trudno więc orzec, jakie przyniesie to owoce. Czy okaże się jedynie sztuką dla sztuki czy spowoduje istotne zmiany? I wcale nie jest przesądzone, czy pozytywne czy negatywne.

Taka sytuacja

5 lutego. Z wysokich koturnów na wielkiej scenie politycznej na ogół nie widać małych scenek, które dzieją się blisko ziemi. A to te drobiazgi są solą życia.

Pisze na FB Igor Markow: „Moskiewska kolejka podmiejska. Sobota. Pasażerowie drzemią. Wtem jeden z mężczyzn podrywa się z miejsca z błyskiem w oku: Trump zadzwonił – krzyczy na cały wagon. Ludzie wstają, w uniesieniu obejmują się, całują, wzajem sobie winszują tego szczęścia niesłychanego. Po senności nie zostało ani śladu. Po wagonie rozszedł się przyjemny zapach #trumpnash, wszyscy zadowoleni tacy. Stacja. Mężczyzna, który przekazał szczęsną wieść o telefonie Trumpa, wysiadł. Pociąg ruszył. Pasażerowie zorientowali się, że ich portfele gdzieś zniknęły”.

Mieszkaniec Soczi postanowił uczcić tę wiekopomną rozmowę telefoniczną Putina i Trumpa wygrawerowaniem sobie na zębach podobizn obu polityków. Własnych zębów już nie miał, więc zamówił sztuczną szczękę, a na niej kazał sobie wygrawerować na wieczną rzeczy pamiątkę profile przywódców. Każdy ząb kosztował go, bagatela, tysiąc euro. Czego się nie robi dla miłości. (https://life.ru/t/%D0%BF%D1%83%D1%82%D0%B8%D0%BD/965366/pierieghovory_putina_i_trampa_uviekoviechili_na_zubakh).

Miasto Sierow na Uralu nie wyróżnia się niczym specjalnym na tle innych podobnych, 100 tys. mieszkańców, huta, przemysł drzewny, splugawiona odpadami z fabryk rzeka. Od kilku dni w ogólnokrajowych rosyjskich mediach o Sierowie jest głośno, a to za sprawą gigantycznego stalagmitu z ekskrementów, jaki wyrósł na klatce schodowej jednego z domów przy ulicy Biełorieczeńskiej 5, w którym znajdują się mieszkania socjalne. Wizyta ekipy telewizyjnej sprawiła, że odpowiednie służby zajęły się wreszcie woniejącym problemem. Mieszkanka domu Olesia: „Przyszło dwóch facetów z siekierami i młotem, wyrąbali [stalagmit] i wyrzucili na ulicę”. Proste? Proste. (Dla wielbicieli mocnych wrażeń krótki, a dosadny dreszczowiec z życia rosyjskiej prowincji: https://www.youtube.com/watch?v=K4enbr8yIqw).

W obwodzie władymirskim, w mieście Aleksandrow na świat przyszedł chłopiec, 3200 g, 50 cm. Słuszną linię ma władza. I tę linię w całej rozciągłości popiera dziadunio nowonarodzonego, który polecił nadać chłopcu imię Szojgu. Na cześć ministra obrony Rosji. Jak poinformowały miejscowe gazety, mały Szojgu jest ciotecznym bratem chłopca imieniem Putin, któremu imię też wybrał ów dziadek, głowa rodziny pochodzącej z Tadżykistanu, a osiadłej w centralnej Rosji. W komentarzach pod informacją o narodzinach Szojgu pojawiła się sugestia: „Czas najwyższy, aby rosyjscy patrioci zaczęli nadawać dzieciom imię Trump”.

A skoro o migrantach z Tadżykistanu mowa, to jeszcze taka historia. Żył był Maksim B., pracował w Gazpromie jako ochroniarz. Za ciężko zarobione pieniądze postanowił zamieszkać pod Moskwą w eleganckim apartamentowcu. Do robót przy wykańczaniu mieszkania wynajął gastarbeiterów z Tadżykistanu. Pewnego dnia Maksim przyjechał i stwierdził, że wynajętych pracowników nie ma. I nie ma również sedesu ze złota za jedyne dwieście tysięcy rubli. Ochroniarz Gazpromu nie może mieć w toalecie białego sedesu, nieprawdaż? Zresztą nie tylko ochroniarz, swego czasu wiele szumu narobiła historia sprzątaczki pracującej w Gazpromie, Marii K., która zaparkowała beztrosko swoim mitsubishi outlanderem pod centrum biznesowym Rumiancewo na peryferiach Moskwy, a na siedzeniu trzymała skromną torebkę Diora. Torebką zajęli się nieznani sprawcy. Gdy Maria K. zgłaszała kradzież na policji, wyceniła torebkę na dwa miliony rubli. Ot, zwyczajne życie pracowników korporacji.

A na koniec dla wielbicieli sztuki filmowej – krótka etiuda, trzyma w napięciu do końca https://twitter.com/ChetkiyTASS/status/827972645371142150

Comandante Łukaszenka

4 lutego. Głównym tematem konferencji prasowej Alaksandra Łukaszenki był nieprzyjemny zapaszek, jaki od pewnego czasu unosi się nad stosunkami rosyjsko-białoruskimi. Przez siedem godzin i 21 minut (tak, to nie pomyłka – siedem godzin, Fidel Castro żyje i zwycięża!) białoruski prezydent wykładał, co mianowicie się psuje i emituje toksyczne gazy. To już cały kryzys na linii Mińsk-Moskwa. I nie zanosi się na szybkie uspokojenie.

Kryzys narastał co najmniej od grudnia, gdy Łukaszenka niezadowolony ze stanu relacji z partnerem z Państwa Związkowego nie pojechał na szczyt Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej do Petersburga, czym przyczynił się do opóźnienia w pracach nad kodeksem celnym tej struktury. Przez 2016 rok Białoruś obliczyła stawki za rosyjski gaz na poziomie 107 dolarów za tysiąc metrów sześciennych, choć w kontrakcie z Gazpromem przewidziana była stawka 132 USD. Mińsk ogłosił, że w ogóle to należy się jedynie 80 dolarów z uwagi na przywileje wynikające z przynależności do wyżej wzmiankowanej unii. Rosja w tej unii dzieli i rządzi, przepisy są skrojone tak, że przywileje, owszem, są, ale uznaniowo, zależnie od interesów Moskwy. A Moskwa wyliczanek Mińska nie uznała za poważne i Gazprom zaczął naliczać zaległości. W ruch poszedł też bacik – Rosja zredukowała dostawy ropy do białoruskich rafinerii. A dochody z przetwórstwa rosyjskiej ropy to ważna pozycja w budżecie Białorusi. Zrobiło się nieprzyjemnie. Mińsk dołożył do tego zapowiedzi podniesienia opłat za tranzyt rosyjskiej ropy. Zrobiło się jeszcze nieprzyjemniej. Do tego doszły stosowane przez stronę rosyjską zapory w handlu z Białorusią, wstrzymywanie przez stronę białoruską utworzenia bazy rosyjskiego lotnictwa pod Bobrujskiem, wreszcie narastająca w rosyjskiej przestrzeni medialnej fala krytyki pod adresem Białorusi, dotykająca kwestii fundamentalnych dla istnienia państwa białoruskiego i podająca w wątpliwość sens istnienia Białorusi jako odrębnego państwa. (O eskalacji napięcia w stosunkach Mińska i Moskwy można przeczytać w analizie Kamila Kłysińskiego https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2017-01-04/ryzyko-eskalacji-w-stosunkach-minsk-moskwa).

Tak więc tło dla emocjonalnej przemowy Łukaszenki do dziennikarzy było zasnute gęstymi chmurami nieporozumień. Bezpośrednio przed dniem konferencji z Moskwy nadeszła kolejna niepokojąca wiadomość – szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa wydał polecenie wprowadzenia reżimu granicznego i utworzenia strefy przygranicznej na granicy rosyjsko-białoruskiej. Bat’ka zagryzł wędzidło i ruszył do boju. Wygarnął Moskwie, że ta narusza szereg ustaleń, podkopując tym samym współpracę, braterstwo i wzajemne zrozumienie w ramach Państwa Związkowego, unii gospodarczej i wszelkich innych tworów fasadowych, mających świadczyć o pogłębiającej się integracji. I zapowiedział, że dopóty, dopóki nieporozumienia nie zostaną uregulowane, jego prezydencka noga w Moskwie nie postanie (wcześniej Kreml sygnalizował, że spotkanie Putin-Łukaszenka planowane jest na 9 lutego). Na szybkie uregulowanie się nie zanosi. Dziury w białoruskim budżecie są nie do załatania bez pomocy Moskwy, natomiast rosyjska gospodarka robi bokami i Kreml niechętnie patrzy na konieczność subsydiowania Mińska na piękne oczy Łukaszenki.

Kilka słów o zmianach dotyczących funkcjonowania granic. W idyllicznym bycie Państwa Związkowego granice miały być przezroczyste, ruch nieograniczony, wymiana towarów – zwłaszcza w warunkach unii gospodarczej – płynna i obopólnie korzystna. „Eksperci uważają, że bezpośrednią przyczyną rozporządzenia [FSB o wprowadzeniu reżimu granicznego] była styczniowa decyzja Łukaszenki o wprowadzeniu na lotnisku w Mińsku reżimu bezwizowego dla obywateli 80 krajów” – przypuszcza Igor Jakowienko. Ale niektórzy eksperci uważają, że to tylko formalny powód, a nie zasadniczy, uchylenie tej furteczki na jednym lotnisku nie jest istotne dla skali ruchu osobowego. „Bezwiz” był potrzebny Łukaszence, by pokazać Zachodowi, że Mińsk ma dobre zamiary i jest generalnie otwarty.

Jeszcze jedna sprawa bez precedensu, zasygnalizowana w trakcie konferencji prasowej – Łukaszenka zapowiedział, że rosyjski minister odpowiadający za bezprawne (zdaniem Łukaszenki) haltowanie białoruskich produktów eksportowanych do Rosji stanie przed sądem za „powodowanie strat w odniesieniu do państwa białoruskiego”. Na taką śmiałość – pociąganie do odpowiedzialności karnej urzędującego rosyjskiego ministra – Bat’ka nigdy sobie nie pozwalał. Zresztą, chyba nikt sobie dotąd nie pozwalał.

Długaśna przemowa złotoustego Bat’ki obfitowała w smakowite stwierdzenia. „Damy sobie radę bez rosyjskiej ropy. Będzie nam bardzo trudno, ale wolność, niepodległość nie da się przeliczyć na pieniądze. […] Niepodległość, przyzwoitość, nasza historia są droższe niż ropa”. „Rosja obawia się, że Białoruś odwróci się ku Zachodowi”. Prowadził też konsekwentnie narrację: źli bojarzy (rosyjscy ministrowie, którzy krzywdzą Białoruś) i dobry car („mój przyjaciel, prezydent Putin”).

Po tych ostrych stwierdzeniach Łukaszenki w przestworzach rosyjskiego segmentu Twittera przetoczyła się fala domysłów, jak teraz rosyjska machina propagandowa powinna potraktować Białoruś i Białorusinów: „Instrukcja dla rosyjskich propagandonów [prześmiewcze określenie dziennikarzy i prezenterów telewizyjnych, uprawiających propagandę]: od dziś Białoruś to Kartoflany Batkoreich, Białorusini – partyzanofaszyści lub partyzanobanderowcy”.

W interpretacji monodramu Łukaszenki daleko (może za daleko) poszedł politolog Andriej Piontkowski (opozycjonista, krytyk polityki Putina, od pewnego czasu na emigracji): „Łukaszenka świadomie zaostrzył konflikt z Moskwą, rozegrał wszystko publicznie. Przez siedem godzin pokazywał, że nie chodzi o ceny gazu, krewetki, awokado czy wołowinę, chodzi o niepodległość kraju. Gdyby tego nie zrobił, to zaistniałoby ryzyko, że Putin by go ograł w zakulisowych gierkach – zorganizowałby przewrót [by osadzić w Mińsku osobę bardziej uległą wobec Moskwy], najpóźniej w czasie ćwiczeń rosyjsko-białoruskich, które są planowane w tym roku. Teraz Łukaszenka powiedział światu, że suwerenności Białorusi zagraża Rosja Putina i że on, prezydent Białorusi, będzie o tę suwerenność walczyć”.

Independiencia o muerte? Nieźle.

 

 

Porozmawiaj z nim

29 stycznia. Po inauguracji 45. prezydenta USA Donalda Trumpa w Moskwie nastąpiło pełne nadziei oczekiwanie inauguracji nowego etapu w stosunkach dwustronnych. Z Obamą już do zgody nijak nie dało się dojść, a Trump to nowe otwarcie, nowe możliwości.

Dzień w dzień z ekranów rosyjskich telewizorów na oczy i uszy obywateli lały się strumienie wazeliny, w której dziennikarska „kremladź”, jak oponenci Putina nazywają obsługę jego tronu, usłużnie kąpała Trumpa. Z dzisiejszego wydania programu publicystycznego „Wiesti Niedieli”, do tej pory zajętego głównie wzniecaniem antypatii do Ameryki, widzowie mieli okazję się dowiedzieć, że Trump chce dobrze, tymczasem zewsząd wbijają mu szpilki. Wśród nich takie żałosne postaci jak na przykład Robert De Niro, który podczas krótkiego antyprezydenckiego wystąpienia posiłkuje się kartką, bo najwidoczniej nie potrafi zgrodzić samodzielnie dwóch zdań. Kapłan rosyjskiej propagandy telewizyjnej Dmitrij Kisielow, plujący dotąd sprawnie antyamerykańskim jadem na odległość, tym razem bronił wszelkich zamiarów i poczynań Trumpa jak czci własnego chlebodawcy, a od czci i wiary odsądzał jego adwersarzy. Nie on jeden – radosna atmosfera „Trump nasz” nadal powszechnie króluje w przestrzeni informacyjnej głównych rosyjskich mediów.

Trump nie kazał na siebie długo czekać – zadzwonił na Kreml 28 stycznia. Rozmowa z Putinem trwała około 45-50 minut. Podjęto, jak głosi komunikat służby prasowej rosyjskiego prezydenta (http://www.kremlin.ru/events/president/news/53787), szeroki krąg problemów międzynarodowych, w tym walkę z terroryzmem, sytuację na Bliskim Wschodzie, konflikt arabsko-izraelski, irański program atomowy i sytuację na Półwyspie Koreańskim, kryzys na Ukrainie. Ustalono, że obaj liderzy będą się często kontaktować. Wyrażono nadzieję na odbudowę dobrych stosunków. Temat zdjęcia nałożonych na Rosję sankcji nie został poruszony. Choć akurat to słowo w codziennych modłach rosyjskich ekspertów i publicystów wypowiadających się w mediach powtarza się nader często. Amerykańscy komentatorzy zwracali w tym kontekście uwagę, że wspomniany przez Trumpa niedawno w jednym z tweetów możliwy deal, w skrócie: zdjęcie sankcji w zamian za nowe porozumienia rozbrojeniowe, nie stał się tematem rozmowy, gdyż wcześniej sygnały z Rosji były negatywne. W telefonicznym dialogu Putin-Trump najwyraźniej unikano nieprzyjemnych tematów, m.in. ominięto temat cyberataków na amerykańskie cele, których autorami najprawdopodobniej byli rosyjscy hakerzy. Władimir Władimirowicz chciał być dla interlokutora miły i na stwierdzenie Trumpa, że naród amerykański z sympatią odnosi się do Rosji, odparł, że naród rosyjski odwzajemnia tę sympatię. W Twitterze zaraz pojawił się komentarz: „Rosjanie dowiedzieli się dziś od prezydenta, że kochają Pindosów” (w języku rosyjskim prześmiewcze określenie Amerykanów).

Putin nie był jedynym rozmówcą Trumpa, który tego dnia zadzwonił jeszcze m.in. do Japonii, Francji, Niemiec.

Profesor MGIMO Walerij Sołowiej rozpisał oczekiwania Rosji względem nowego lokatora Białego Domu: „Moskwa liczy, że osobiste spotkanie Putina i Trumpa przebiegnie w atmosferze wzajemnego zrozumienia, co stanie się podstawą do zawarcia strategicznego porozumienia. W nowej amerykańskiej administracji są wpływowe osoby, które uważają, że porozumienie z Rosją odpowiada narodowym interesom USA. Eksperci już przystąpili do pracy nad tym porozumieniem. Ze strony Stanów główne tematy to likwidacja Państwa Islamskiego, powstrzymywanie Iranu i Chin. Dla Rosji – uznanie jej nowego geopolitycznego status quo, uznanie przestrzeni postsowieckiej (poza państwami bałtyckimi) za strefę rosyjskich wpływów, normalizacja stosunków z NATO, złagodzenie sankcji. Wspólna operacja Rosji i USA przeciwko Państwu Islamskiemu (teatrem działań wojennych poza Syrią staną się jeszcze dwa-trzy państwa). Dzięki tej operacji Kongres dojdzie do wniosku, że można zdjąć sankcje z Rosji. […] Dla Moskwy ważne jest uniknięcie zadrażnień z Chinami. […] Co do Ukrainy pozycja jest następująca: gwarancje, że Rosja nie zajmie Ukrainy, a dalej niech się sąsiedzi między sobą dogadują, USA mają inne priorytety”. Ciekawa wyliczanka, szczególnie ciekawe będzie teraz ustawianie się Rosji względem Chin. Dla Trumpa to bezwzględny priorytet. Rosja od lat prowadzi politykę ustępstw wobec Pekinu, zabiegając o przychylność niegdyś młodszego, dziś na pewno starszego chińskiego brata. Komentarz do tego dała w rozgłośni Echo Moskwy Julia Łatynina: „Rosja dla Trumpa [w grze z Chinami] to atut. Putin bardzo chce, aby zdjęto sankcje. Obietnice, że sankcje zostaną zdjęte, to marchewka, którą można wymachiwać przed nosem Rosji. I Trump ma nadzieję, że Rosja za tę marchewkę coś będzie robić”.

Karty w tas. Ruszyły przygotowania do spotkania Trump-Putin. Wedle enuncjacji, może do niego dojść już za kilka miesięcy.

Zakończę świeżym żartem z rosyjskich zasobów FB: „Oto, jak wyglądał początek wczorajszej rozmowy Trump-Putin: – Wowa, jak tam wasze najlepsze na świecie dziewczynki? Pamiętają mnie jeszcze? – Pamiętają, pamiętają, Donald, takiego cudaka się nie zapomina. Zresztą wideo zawsze można sobie obejrzeć. Tak a propos, to dostały ode mnie niedawno awans”.

Przygody małego czołgu

26 stycznia. Literatura dla dzieci i młodzieży wzbogaciła się o nowe pozycje. W mieście Niżny Tagił, gdzie znajdują się wielkie zakłady zbrojeniowe Urałwagonzawod, Uralska Fabryka Wagonów, dba się o odpowiedni poziom wychowania najmłodszego pokolenia.

Urałwagonzawod produkuje czołgi, wagony, wozy strażackie (http://www.uvz.ru/products). Za Jelcyna było różnie, kwadratowo i podłużnie, zamówień jak na lekarstwo, fabryka ledwie przędła (jeśli można tak powiedzieć o zakładach przemysłu ciężkiego). Później w okresie, gdy z nieba padał na głowy Rosjan złoty deszcz petrodolarów, Putin rozpiął nad Urałwagonzawodem parasol ochronny, nie pozwalając na upadłość. W związku z programem modernizacji armii ruszyły zamówienia państwowe. Zakłady przetrwały i pozbierały się z podłogi. Od 2006 roku poddawane są stopniowej prywatyzacji. Kilka lat temu podczas szczytu demonstracji ruchu „białej wstążki” przeciwko fałszerstwom wyborczym i powrotowi Putina na Kreml o zakładach nieoczekiwanie zrobiło się głośno. Jeden z kierowników wydziału Urałwagonzawoda, Igor Chołmanskich wystąpił w telewizji z płomienną przemową w obronie Putina. Zapowiedział, że „jeżeli policja nie potrafi sobie poradzić [z demonstrantami], to my z chłopakami jesteśmy gotowi sami wyjść i obronić swoją stabilność”. Jak widać, uzbrojenie dla rosyjskiej, i nie tylko rosyjskiej, armii produkują mocne chłopy. Na marginesie – lojalność i gotowość do wsparcia prezydenta została przez tegoż nagrodzona: Chołmanskich został wkrótce po cytowanym występie mianowany na wysoki stołek przedstawiciela Putina w uralskim okręgu federalnym.

Jak się okazało, zakłady zbrojeniowe skupiają się nie tylko na produkcji czołgów, ale także odpowiednim ustawieniu mózgów młodym pokoleniom. Zakłady wydały właśnie książkę dla dzieci w wieku przedszkolnym pod tytułem „Przygody małego czołgu” autorstwa Swietłany Ławrowej (zbieżność nazwisk z ministrem spraw zagranicznych przypadkowa). „W dostępnej zajmującej formie książeczka opowiada naszym milusińskim o groźnych maszynach bojowych – czytamy w opisie służby prasowej zakładów. – Dzieci i rodzice otwierając książkę, trafiają do muzeum zakładów wraz z chłopczykiem Daniłem i jego małym zabawkowym czołgiem. Czołguś przypadkiem zostaje na noc w hangarze i zapoznaje się z legendarnymi „dziadkami” T-34-76 i T-34-85, a także bardziej współczesnymi modelami. Dorosłe czołgi opowiadają o swojej historii i przygodach”. Ciekawe, czy jest coś o dzielnej załodze „Rudego”, według nomenklatury stosowanej przez wydawców, to dziadkowie „czołgusia” w linii prostej.

Starsze dzieci mogą sobie poczytać książkę „Czołgi Urałwagonzawodu”, napisaną przez inżyniera konstruktora. „Książka zaznajamia nastolatków z fascynującym światem czołgów, produkowanych w Niżnym Tagile”. Od staruszka T-34 po współczesną Armatę. W materiale reklamującym książki podkreślono, że mają one „zaszczepić patriotyzm i dumę z dokonań kraju”. Zakłady nie od dziś dbają o wychowanie patriotyczne młodzieży – młodzieżowe książki dostosowane do ducha epoki wydają od 1948 roku. Urałwaganzawod jest od 2014 roku (po aneksji Krymu) objęty sankcjami UE i USA.