Po tragedii w petersburskim metrze

4 kwietnia. W wagonie petersburskiego metra w środku dnia doszło do wybuchu bomby. Zginęło 14 osób, 49 odniosło rany. Za wcześnie, by mówić, kto był sprawcą tego koszmarnego aktu terroru. Daleka od stabilności sytuacja w Rosji teraz może zdestabilizować się jeszcze bardziej. Na rok przed wyborami prezydenckimi władze potrzebują spokoju, by przeprowadzić bez zbędnego ryzyka reelekcję Putina. Można się spodziewać, że będą przykręcać śrubę, by uzyskać maksimum kontroli nad społeczeństwem. Czy to się powiedzie?

3 kwietnia w swoim rodzinnym mieście gościł prezydent Władimir Putin, spotykał się w przyjacielskiej atmosferze z prezydentem Białorusi. Wiadomość o bombie w metrze nie przerwała rosyjsko-białoruskich negocjacji. Dopiero wieczorem Władimir Władimirowicz przybył na stację metra, w pobliżu której doszło do wybuchu, aby złożyć wiązankę kwiatów.

Bomba wybuchła około godz. 14.30 w wagonie metra, który dojeżdżał do stacji Instytut Technologiczny od strony stacji Plac Sienny. Maszynista, który prowadził pociąg, opowiada, że usłyszał dziwny odgłos, zauważył dym, w jego kabinie odezwały się sygnały niebezpieczeństwa przekazywane z wagonów; zgodnie z instrukcją doprowadził jednak pociąg do stacji. Komitet Śledczy wszczął dochodzenie z artykułu 205 kk „zamach terrorystyczny”. Jako podejrzanego wskazano młodego człowieka pochodzącego z Kirgizji, który niedawno otrzymał obywatelstwo rosyjskie. Gazety piszą, że zamachowiec samobójca najprawdopodobniej był związany z radykalnym islamizmem. Bombę wniósł w plecaku. Komitet Antyterrorystyczny ogłosił, że na stacji Plac Powstania znaleziono i unieszkodliwiono drugi ładunek wybuchowy, o sile znacznie większej niż zdetonowany przy stacji Instytut Technologiczny. Kto go podłożył? Nie wiadomo. Pytania, mnóstwo pytań.

W setkach komentarzy do kolejnych, zmieniających się wersji wydarzeń, podawanych przez oficjalne czynniki (w mediach, przede wszystkim w szybkich mediach społecznościowych, panował nieopisany chaos) powtarza się motyw nieufności. Ludzie są przerażeni, nie wierzą w zapewnienia władz, że wszystko jest w porządku. „Nie wydaje mi się, że oni [władze] mogą nas obronić, oni dbają tylko o swoje bezpieczeństwo. […] To, że Federalna Służba Bezpieczeństwa jest do niczego, wiemy doskonale, podejrzewamy od dawna, że jej działalność polega na pracy przeciwko społeczeństwu. […] Teraz też FSB zajmowała się od tygodnia ganianiem uczniów, którzy protestowali na ulicach przeciwko korupcji (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/), a tymczasem terroryści hulali sobie po metrze bez przeszkód”. Siergiej Miedwiediew w emocjonalnym tekście na FB napisał: „W Rosji mamy dziś dwie tragedie. Jedna – ludzka tragedia pasażerów metra i ich bliskich, moje serce pęka z bólu za rodzinne miasto. I druga tragedia – systemowa tragedia totalnego braku zaufania do władz. Niezależnie od tego, jaka wersję przedstawią […], nikt im już nie uwierzy. Władza ugrzęzła w kłamstwie i hybrydowości, krwawy cień pada na nią i już nie uda jej się zmyć piętna kłamcy”. Wiele osób pisało w komentarzach: „Przypomina mi się 1999 rok, kiedy w Moskwie i innych miastach wybuchały domy mieszkalne, a Putin szedł do władzy”.

Natomiast etatowi komentatorzy prokremlowscy, zawsze gotowi przedstawić w telewizji każdą tezę korzystną dla władz, powtarzali wczoraj, że akcje antykorupcyjne i zamach w metrze mogą być ze sobą powiązane. Jak? No, wiadomo – i tu wrogowie, i tu wrogowie: „opozycji chodzi tylko o to, żeby rozbujać łódkę” – to twierdzenie miało wystarczyć publiczności za całą argumentację. „Kremladź” (dziennikarze i eksperci obsługujący Kreml w mediach) podrzuciła jeszcze wątek ukraiński (zamachu mieliby dokonać ukraińscy sabotażyści, nasłani przez „kijowską juntę”) oraz wątek knowań Zachodu, który w ten sposób mści się rzekomo za to, że Putin nie chce się mu kłaniać. Nie trzyma się kupy? Nie szkodzi.

Reakcją władz na zamach w petersburskim metrze może być wprowadzenie kolejnych zaostrzonych przepisów, wzmacniających kontrolę służb nad społeczeństwem. „Rosyjskie władze niemal zawsze uzasadniają nowe zakazy i ograniczenia prowadzeniem walki z terroryzmem – pisze Andriej Piercew (Carnegie.ru). – Kolejne obostrzenia, a nawet interwencja w Syrii [która według zapewnień Putina miała zatrzymać potencjalnych terrorystów na dalekich rubieżach] miały służyć wzmocnieniu bezpieczeństwa Rosji. Mówili: W Europie, gdzie swobody i tolerancję postawiono na pierwszym planie, są zamachy. Czy wy chcecie tego samego? Nie? No to siedźcie cicho. Tak mniej więcej wyglądał dialog Kremla ze społeczeństwem. […] Walka z terroryzmem była dla rosyjskich władz bazą umowy społecznej”. To znaczy my, władza, zapewnimy wam bezpieczeństwo, ale wy, społeczeństwo, musicie zrezygnować z części swobód.

I tak to działało, choć kryzysy w tym układzie zdarzały się – przecież zaklęcia Putina nie uchroniły Rosji przed atakami terrorystycznymi. I za każdym razem stawiały pod znakiem zapytania twardą narrację Kremla o konieczności odebrania kolejnych swobód, aby krwawy zamach nigdy się nie powtórzył. Pole swobody zawężano więc stopniowo, a zamachy niestety się powtarzały.

Piercew: „Istnieje taka wersja, że zamach zepchnie na plan dalszy aktualny temat antykorupcyjnych demonstracji, a zatem z tego punktu widzenia jest korzystny dla władz. Za chwilę wybory prezydenckie, a tu taki temat, doskonale znany Putinowi [– zamachy i walka z terroryzmem]. Ale w rzeczywistości ten temat wcale nie jest dla Kremla korzystny: od siedemnastu lat prezydent troszczy się o bezpieczeństwo, odbiera swobody w imię bezpieczeństwa, można więc zadać pytanie: czy ta gra warta jest świeczki?; przecież nam wyjaśniano, że na Zachodzie zdarzają się zamachy, bo tam władze są słabe, czy to znaczy, że jeżeli zdarzają się i u nas, to nasze władze też takie są?”. Te pytania nasuwają się same, a jeszcze wiele innych, np. po co powoływać Gwardię Narodową, która ma stać na straży spokoju, skoro terroryści są w stanie przygotować zamach w mieście, które akurat odwiedza Putin?

Dla obozu władzy teraz najważniejsze jest uspokojenie rozkołysanych nastrojów i – w perspektywie najbliższego roku – zapewnienie Putinowi zwycięstwa w przyszłorocznych wyborach. Tylko czy tym razem zadziałają stare metody i wezwania, aby w obliczu niebezpieczeństwa skonsolidować się wokół przywódcy?

W Petersburgu ogłoszono trzydniową żałobę, żałoby narodowej nie ogłoszono.

Prima Fejk Aprilis

1 kwietnia. W epoce postprawdy, w czasach puszczanych na co dzień w przestrzeń fejków, Prima Aprilis – święto dowcipów, zmyślonych newsów – wydaje się anachronizmem.

Produkcja memów, ogrywanie rysunkami i żartami słownymi tego, co się dzieje w polityce, jest codzienną praktyką. Całe sztaby trolli w pocie czoła realizują zadania polegające na wprowadzeniu w błąd strony przeciwnej. Wsadzanie na minę niedoświadczonych odbiorców jest ważnym komponentem toczącej się wojny informacyjnej. Zresztą w maliny dają się wpuszczać także profesjonalne media, co nie przyczynia się do wzrostu ich wiarygodności. I o to w tej wojence też chodzi.

Kopalnią żartobliwych komentarzy do wydarzeń na scenie politycznej jest Twitter, reagujący błyskawicznie na wszystko, co się dzieje. Weźmy choćby wczorajsze doniesienie o tym, że premier Dmitrij Miedwiediew złożył deklarację majątkową za rok 2016. Do pokazywania dochodów obliguje urzędników ustawa. Deklaracje zostaną opublikowane, po sprawdzeniu, dopiero za miesiąc. Ale na komentarze nikt nie będzie czekał aż miesiąc. Zaraz w TT pojawił się projekt nowego banknotu x-rublowego z portretem premiera zapatrzonego w świetlaną przyszłość, banknot zdobi słynny cytat „Pieniędzy nie ma, wy się trzymajcie”. I napis podsumowujący: „D*pa” (https://twitter.com/Durevestnik/status/847784297272684544). Informacja o złożeniu przez Miedwiediewa deklaracji o dochodach przyszła po tym, jak Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego opublikowała film o wspaniałych majętnościach Miedwiediewa i kilka dni po masowych demonstracjach antykorupcyjnych w wielu miastach Rosji.

A tak na marginesie – Twitter wpuszcza do przestrzeni medialnej także mnóstwo tzw. dezy, czyli dezinformacji. Czasem świadomej, czasem niezamierzonej. Wieczny Prima Aprilis.

Premier Miedwiediew od dawna jest ulubionym obiektem żarcików ogrywanych w mediach społecznościowych. Tak zilustrowano np. jego relację z Ramzanem Kadyrowem https://twitter.com/RollPoli/status/847726769218002945/photo/1 ; https://twitter.com/Lndcalling/status/847720986053038080/photo/1 , a tak wizytę tandemu Putin-Miedwiediew w Arktyce https://twitter.com/RollPoli/status/847220043016523776/photo/1https://twitter.com/OraclePigFuntik/status/847722883421847553/photo/1

Twitter żartobliwie skomentował też niedawną wizytę Marine Le Pen na Kremlu: zdjęcie ze spotkania Le Pen z Putinem opatrzono podpisem „Rozmowa kwalifikacyjna na prezydenta Francji” (https://twitter.com/ShadenFM/status/845291623638556672).

Ale są jeszcze na świecie dobre wiadomości, które nie wymagają komentarza. Agencja Interfax podała dziś, że Białoruś planuje na ten rok wyjątkowo obfity zbiór arbuzów. Jak tu się nie cieszyć?

Pokolenie P dorasta

27 marca. Pokolenie P to ludzie, którzy urodzili się, gdy do władzy w Rosji doszedł prezydent Władimir Putin. Mają dziś siedemnaście lat. Podczas wczorajszych demonstracji, jakie odbyły się w wielu miastach Rosji, młodzi i bardzo młodzi stanowili pokaźny odsetek. Czy to jakaś jasna zorza na ponurym niebie czekistowskiego putinizmu?

Protesty zorganizował Aleksiej Nawalny i jego Fundacja Walki z Korupcją. Akcja zaczęła się na początku marca od spektakularnego pokazu filmu o otrzymanych za rentę korupcyjną majętnościach premiera Dmitrija Miedwiediewa (pisałam o tym: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/). Dochodzenie w sprawie bogactw „Dimona”, jak familiarnie nazywają pana premiera internetowi prześmiewcy, Nawalny zaczął od prześledzenia, jakie zakupy przez Internet robi Dmitrij Anatoljewicz. Fundacja Nawalnego policzyła, ile kosztują najmodniejsze modele obuwia sportowego z kolorowymi podeszwami i sznurówkami, którymi szpanuje szef rosyjskiego rządu. Okazało się, że niemało. I tak od rzemyczka do koniczka, czyli rezydencji, pałaców, winnic, jachtów etc.

Film na kanale Youtube obejrzało kilkanaście milionów ludzi (https://www.youtube.com/watch?v=qrwlk7_GF9g). Taka widownia w Internecie to jednak jest coś. Nie muszę dodawać, że przez ogólnokrajowe kanały państwowej telewizji materiał nie został wyemitowany . Władze już dawno nałożyły szczelny kaganiec na telewizję i wysokonakładowe tytuły prasowe, natomiast alternatywne nisze medialne pozostały na uboczu, owszem, prześwietlane, ale nie tak dokładnie. Tymczasem młode pokolenie telewizję niespecjalnie ogląda, natomiast na co dzień korzysta z Internetu. I to media społecznościowe okazały się drożnym kanałem komunikacji, przez który można dotrzeć z przekazem politycznym do dużego segmentu społeczeństwa. Nawalny wykorzystał ten kanał skutecznie, wylansował wielką akcję pod hasłem walki z korupcją na najwyższych szczeblach władzy. Przekonał rzesze ludzi, że korupcja to zło, że przedstawiciele władzy podle i prymitywnie okradają społeczeństwo. Ludziom żyje się trudno. Ludzie się wkurzają.

I wczoraj przyszło w sumie kilkadziesiąt tysięcy w skali kraju. Z jednej strony to niewiele jak na wielką Rosję. Z drugiej strony jednak to wiele jak na akcję nielegalną (bez zezwolenia – większość municypalnych władz nie wyraziła zgody na marsze), w sytuacji, gdy wiele trzeba zaryzykować. I rzeczywiście – uczestników demonstracji w dużej liczbie zatrzymano (wielu – w bardzo brutalny sposób), następnie w trybie przyspieszonym skazano na kilkunasto-, kilkudniowe areszty administracyjne i grzywny.

Protesty zostały zignorowane przez propagandowe tuby Kremla, natomiast relacje z marszów znalazły się w centrum zainteresowania użytkowników mediów społecznościowych (przegląd materiałów można obejrzeć m.in. tu: http://www.svoboda.org/a/28391677.html).  Niektóre zdjęcia są fantastyczne. Na przykład to, na którym uchwycono moment, gdy grupa kilku byków z OMON-u podnosi do góry i taszczy młodą dziewczynę. Przez komentatorów fotka został uznana za najlepszy kadr z manifestacji, świetnie ilustrujący to, co się działo. W Internecie chodzi pod tytułem „Zuzanna i starcy”. Przewrotnie. Ale coś w tym jest.

Nawalny obiecał wszystkim zatrzymanym – w samej Moskwie ponad tysiąc osób – że zorganizuje dla nich pomoc prawną. Pomoc ta może okazać się potrzebna. Putin będzie z chłodną przyjemnością mścił się na tych, którzy zakłócili mu spokój. 26 marca minęła siedemnasta rocznica wyborów prezydenckich, które przyniosły Putinowi zwycięstwo. Posłuszne telewizje kładą społeczeństwu do głowy, że społeczeństwo kocha prezydenta i popiera jego genialną politykę. A tu całkiem spora grupa zakłóciła ten miły obrazek. Do zaplanowanych na marzec 2018 roku wyborów Putina pozostał rok, Kreml chciałby mieć spokój i gwarancję wysokiego zwycięstwa. Można zatem oczekiwać, że wszelkie próby destabilizacji i ograniczenia rozmiarów wygranej Putina będą przez Kreml hamowane wszelkimi sposobami. Zapewne zatrzymani uczestnicy wczorajszych protestów zostaną poddani restrykcjom, podobnie jak uczestnicy antyputinowskiej demonstracji na placu Błotnym w maju 2012 roku, gdy protestowano przeciwko kolejnej kadencji Putina. Wielu uczestników „błotnego” protestu skazano na wysokie wyroki.

Władza się władzy nie wyrzeknie. Nie wyrzeknie się też renty korupcyjnej, wszak to filar systemu.

Wielka pralnia Putina

21 marca. Główne tytuły prasowe Europy Zachodniej obszernie omawiają wielką aferę z praniem lewej kasy pochodzącej z Rosji. Według grupy dziennikarzy śledczych OCCRP (centrum, które brało udział m.in. w ujawnianiu Panama Papers), w ciągu trzech lat (2011-2014) zalegalizowano co najmniej 22 mld USD, pochodzących z Rosji. Schemat tej gigantycznej przepierki obejmował około siedmiuset banków w prawie stu państwach, nawet szacowne banki z Niemiec, Danii i Wielkiej Brytanii, które szczycą się przejrzystością swoich operacji. Pieniądze osiadły na kontach 5149 firm znajdujących się między innymi w jurysdykcji USA, RPA, a także Chin i Australii. Skala procederu jest porażająca.

Sprawa nie jest nowa. Pierwsze materiały ze śledztw dziennikarskich ukazały się w „Nowej Gazecie” w 2014 roku. Teraz dzięki międzynarodowej współpracy dziennikarskiej braci udało się udokumentować więcej podejrzanych transakcji, ustalić schematy transferów, wskazać banki, ścieżki, którymi chodziły zakazane pieniądze. No i sprawa nabrała rozgłosu dzięki publikacjom w czołowych gazetach Niemiec i Wielkiej Brytanii.

„Autorzy opracowania uważają, że ta największa operacja mająca na celu pranie brudnych pieniędzy w Europie Wschodniej odbywała się pod patronatem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Dziennikarze nazwali ją Laundromat. W latach 2011-2014 pieniądze wyprowadzano z Rosji pod pozorem wykonywania nielegalnych decyzji mołdawskich sądów” – twierdzi Radio Swoboda w materiale omawiającym aferę (http://www.svoboda.org/a/28380180.html). W schemacie brało udział dwadzieścia rosyjskich banków, w zarządzie jednego z nich, jak pisze „Nowaja Gazieta”, zasiadał stryjeczny brat prezydenta, Igor Putin.

Dlaczego to wyszło dopiero teraz? „Nowaja Gazieta” (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/03/20/71828-landromat-prodolzhenie) rozgryza zagadnienie: „We wrześniu 2014 roku z Moskwy do Kiszyniowa z ważną sekretną misją przybyło dwóch ludzi. Podczas kontroli paszportowej zdziwienie mołdawskich funkcjonariuszy służby granicznej mogło wywołać to, że ich paszporty zostały wydane tego samego dnia przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji, i to w przeddzień ich przyjazdu do Mołdawii. Ale mołdawskie służby specjalne były uprzedzone o ich wizycie. Na gości z Moskwy oczekiwano i nawet wiązano z nimi pewne nadzieje. Młodzi mężczyźni (obaj byli niewiele po trzydziestce) nazywali się Aleksiej Szmatkow i Jewgienij Wołotowski. Obaj pracowali w zarządzie „K” Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który zajmuje się kontrwywiadem w sferze kredytowo-finansowej. Szmatkow i Wołotowski mieli reprezentować FSB na wspólnej naradzie z mołdawskimi kolegami, podczas której służba rosyjska i służba mołdawska miały osiągnąć porozumienie o wspólnym śledztwie w sprawie jednej z afer z praniem pieniędzy na podstawie orzeczeń mołdawskich sędziów. Oficerom FSB podczas pobytu w Mołdawii towarzyszył człowiek z rosyjskiej ambasady. Po dwóch dniach Wołotowski i Szmatkow powrócili do Moskwy. Od tamtej pory, jak twierdzą mołdawskie władze, rosyjskie służby specjalne zaczęły utrudniać śledztwo, a mołdawscy politycy, którzy odwiedzali Moskwę, poddawani byli presji”.

Jednak sprawie, jak widać, nie udało się ukręcić łba. W 2014 roku, kiedy rosyjscy dziennikarze z „Nowej Gaziety” opublikowali pierwsze wyniki swojego śledztwa, sprawa nie przyciągnęła takiej uwagi światowych mediów. Wtedy na topie były inne tematy. Ale teraz afera z przepuszczaniem brudnych rosyjskich pieniędzy przez banki współgra z innymi aferami: poczynaniami rosyjskich hackerów rozkminiających amerykańskie wybory, wyjawianiem ludzi w Białym Domu i okolicach, opłacanych przez Kreml i jego przybudówki, finansowaniem przez Putina różnych partii i polityków w Europie.

Krytyk Putina, Igor Ejdman pisze: „Pochodzące z przestępstwa pieniądze to główny oręż tajnej wojny, którą Putin toczy przeciwko demokracji. Tych pieniędzy używa się w kupowaniu zachodnich elit, finansowaniu propagandy, manipulacji opinią publiczną, dla poparcia destrukcyjnych sił politycznych, organizowania ataków hackerskich, zbierania materiałów kompromitujących i szantażu wpływowych osób. Celem jest wzrost wpływów Putina w świecie, rozłam w UE i NATO, zniweczenie sojuszu Europy i USA, destabilizacja sytuacji w demokratycznych państwach. Teraz do najbardziej aktualnych tematów należą rozkręcanie histerii wokół napływu uchodźców do UE i rozdmuchiwanie nowego konfliktu na Bałkanach.  […] Niedawno podczas przesłuchań w amerykańskim Kongresie padło sformułowanie: środki kontrolowane przez Kreml są tak wielkie, że próba ich zamrożenia doprowadzi do „prawnego koszmaru”. Realne sankcje przeciwko putinowskiej elicie spowodowałyby nie tylko zawirowanie w sferze prawnej. Uderzyłyby też w interesy wielu zachodnich biznesmenów […]. I to na Zachodzie budzi trwogę. Ta sytuacja przypomina rozrastanie się nowotworu. Guz (putinowska korupcja) jest tak ogromny, że nie można go usunąć bez uszczerbku dla zdrowych części organizmu. Chory (Zachód) boi się tego i dlatego nie chce operacji. Ale jeśli interwencję chirurgiczną odkładać bez końca, to guz rozrośnie się jeszcze bardziej i chory po prostu umrze. Putinowskie brudne pieniądze dały już przerzuty – nie tylko w gospodarce, ale także w życiu politycznym wielu krajów. Jeżeli nie przeprowadzi się bolesnej operacji oczyszczenia od tych toksycznych wyziewów, to one zniszczą współczesne demokratyczne społeczeństwo. Zagrożeniem jest nie tylko nielegalne pranie brudnych pieniędzy, ale każde „legalne” przeniknięcie rosyjskich przestępczych kapitałów do krwiobiegu gospodarki światowej. Jedynym sposobem postawienia tamy temu procederowi jest wprowadzenie totalnych sankcji przeciwko całej putinowskiej skorumpowanej elicie. Tylko to powstrzyma pełzającą polityczną ekspansję Kremla”.

Jak wynika z dziennikarskiego śledztwa, w schemacie Laundromatu umoczyły się zacne szyldy z dziedziny bankowości. Wśród banków, które obsłużyły blisko 70 tysięcy podejrzanych transakcji w schemacie Laundromatu, wymienia się takie tuzy jak Deutsche Bank, HSBC, Royal Bank of Scotland i wiele innych. Usłużne, na pewno zapewniające klientów o dyskrecji. Śledztwo pokazało to, co udało się wychwycić i udowodnić. A to zapewne tylko wierzchołek góry lodowej.

Czy ktoś pisał do pułkownika?

14 marca. Zbliża się trzecia rocznica aneksji Krymu. Wiele z wydarzeń tamtych gorących, pełnych napięcia dni zatarło się już w ludzkiej pamięci. Nastąpiło też jakiś czas temu ustalenie kanonicznej wersji, przedstawionej przez prezydenta Putina. Wersja ta za jakiś czas zapewne będzie częścią hagiografii Umiłowanego Przywódcy i stanie się rozdziałem „krótkiego kursu historii Putinowskiej Rosji” przeznaczonym do studiowania w szkołach wyższych i niższych.

Jednak na razie ciągle coś układa się w tej narracji wspak, inaczej, niż chcą mielić młyny rosyjskiej propagandy. Ostatnio takim niepokornym epizodem jest list Janukowycza do Putina, w którym ukraiński zbieg prosi o wprowadzenie na Ukrainę rosyjskich wojsk.

Ukraińskie media przypomniały i opublikowały zdjęcia listu eksprezydenta Wiktora Janukowycza do rosyjskiego prezydenta Putina z marca 2014 roku, w którym prosi on o przysłanie na Ukrainę rosyjskiej armii. „Jako legalnie wybrany prezydent Ukrainy oświadczam – pisze Janukowycz – że wydarzenia na Majdanie, bezprawne przechwycenie władzy w Kijowie, doprowadziły do tego, że Ukraina znalazła się na progu wojny domowej. […] Pod wpływem Zachodu dochodzi do otwartego terroru i przemocy […] W związku z tym zwracam się do prezydenta Putina z prośbą o wykorzystanie Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej w celu przywrócenia praworządności, pokoju, stabilności i dla obrony ludności na Ukrainie”. Podpis. (http://korrespondent.net/ukraine/3802667-smy-pokazaly-pysmo-yanukovycha-k-putynu-o-voiskakh).

To pismo, które na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych 4 marca 2014 roku zaprezentował ambasador Witalij Czurkin (zdjęcie z tego wydarzenia można obejrzeć choćby na stronach BBC: http://www.bbc.com/russian/international/2014/03/140303_ukraine_russia_standoff_threats). Jest też dostępna depesza RIA Nowosti (https://ria.ru/politics/20140304/997988750.html). List miał posłużyć jako uzasadnienie prawa Rosji do wtrącania się w sprawy Ukrainy. O liście wspominał też Władimir Putin w wywiadzie dla telewizji RT: „Mamy bezpośrednią prośbę od legalnie wybranego prezydenta Ukrainy o wprowadzenie wojsk w celu obrony życia ludności”. A więc wtedy – trzy lata temu – i Janukowycz, i Putin, i Czurkin twierdzili, że list jest.

Tymczasem Janukowycz pod koniec lutego tego roku wystąpił przed dziennikarzami i oświadczył, że nie prosił Putina i żadnego listu nie było. „To nie list (письмо), a oświadczenie (заявление). To po pierwsze. A po drugie, jest prawo. Ja nie zdradziłem mego narodu, próbowałem mój naród ochronić, powstrzymać bandy, które zabijają ludzi w Donbasie, taki był mój cel”.

Na Ukrainie toczy się postępowanie przeciwko Janukowyczowi, w którym badane są okoliczności i zbierane świadectwa zdrady stanu. Według prokuratora generalnego Ukrainy Jurija Łucenki, „mechanizm wprowadzenia wojsk [rosyjskich] na terytorium Ukrainy został uruchomiony przez Kreml w grudniu [2013 roku], kiedy Majdan stał jeszcze w centrum Kijowa. W czasie wizyty Surkowa [Władisław Surkow – wysoko postawiony urzędnik Kremla, odpowiedzialny za operację „Krym i Ukraina”, pomysłodawca „rosyjskiej wiosny”] w grudniu już mówiło się o ewentualnej interwencji zbrojnej”.

Tłumaczenie Janukowycza, że to nie był list, tylko oświadczenie, byłoby komiczne, gdyby nie było tragiczne.

Wypieranie się istnienia pisma z prośbą o interwencję militarną wiąże się z niechęcią do ponoszenia odpowiedzialności za zbrodnie – twierdzi ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Wtedy, w 2014 roku, pismo było elementem propagandy, skierowanej do Rosjan, którzy mieli nabrać przekonania, że Ukrainę trzeba ratować z łap banderowców, którzy zasiedli na wysokich stolcach w Kijowie. „A teraz następuje chwila prawdy i oto okazuje się, że Janukowycz nie miał żadnych podstaw, aby zwracać się do obcego państwa o pomoc militarną. Taki list nie może być prawnym uzasadnieniem interwencji. Więc teraz Rosja i Janukowycz wybrały drugą taktykę: żadnego listu nie było”.

Ta sprawa jest ciekawa z jeszcze jednego względu: podobne uzasadnienie militarnego wmieszania się w konflikt Putin zastosował względem Syrii. Opowiadał z zawodowo nieprzeniknionym obliczem, że – w przeciwieństwie do skleconej przez Amerykanów koalicji – Rosja ma pełne prawo do wojskowej obecności w Syrii, gdyż została o to poproszona przez legalnie wybranego prezydenta kraju, Baszara Asada.

I jest jeszcze jedna okoliczność, która doskonale pasuje do mnóstwa teorii spiskowych, jakie towarzyszą licznym poczynaniom ekipy rządzącej Rosją. Witalij Czurkin, który w 2014 roku pokazał światu list Janukowycza, 20 lutego tego roku zmarł nagle w Waszyngtonie. Przyczyn jego śmierci oficjalnie nie podano. Nieoficjalnie w przeciekach mówiono o ataku serca. Miał 65 lat.