Spałowany Dzień Rosji

14 czerwca. Dzień Rosji ustanowiono, by uroczyście świętować odrodzenie się nowego państwa rosyjskiego po mrokach sowieckiej epoki. 12 czerwca 1990 roku ogłoszono deklarację suwerenności Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, to był początek końca sowieckiego molocha. Tegoroczne obchody nie miały nic wspólnego z radością – naprzeciw siebie stanęły Rosja putinowska i Rosja antyputinowska. Rosja putinowska sięgnęła po stylistykę ponurej instytucji, z której wywodzi się niezmienny przywódca i przykładnie spałowała Rosję antyputinowską, która wyszła zamanifestować niezadowolenie z korupcyjnych praktyk władzy, zamordyzmu i braku perspektyw. Znowu światowe media zapełniły obrazki z rosyjskich demonstracji – wleczonych brutalnie po ulicy ludzi czy dziewczyn wpychanych przez krzepkich omonowców do suk, transparentów z napisami „Putin złodziej”, „Precz ze skorumpowaną elitą władzy” i „Mamy dość Putina”.

Demonstracje przeciwko polityce władz odbyły się nie tylko w dwóch stolicach – Moskwie i Petersburgu – ale w ponad 140 miastach, od Władywostoku po Kaliningrad. Na place i ulice wyszło łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Obserwowałam, jak do protestu przystępowały kolejne strefy czasowe. Gdy demonstranci wyszli na ulicę Twerską w Moskwie, ci w Chabarowsku czy Irkucku już siedzieli w aresztach. Łącznie w protestach wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy, zatrzymano około dwóch tysięcy ludzi. Dużo czy niedużo? Niedużo, jeśli policzyć w skali całego kraju procentowy udział tych, co wyszli protestować. Ale dużo, jeśli wziąć pod uwagę zaorany krajobraz polityczny Rosji, ostre i ciągle zaostrzane przepisy dotyczące zgromadzeń publicznych, rozproszenie i słabość opozycji.

Liderem protestów znowu był Aleksiej Nawalny. Może jedyny w tej chwili polityk w Rosji, który walczy z władzą o władzę. Wezwał swoich zwolenników do nielegalnej demonstracji przeciwko zakłamanej, skorumpowanej ekipie Putina. To się Kremlowi podobać nie może. Za niecały rok wybory prezydenckie, wszelkie rysy na wizerunku władzy niekorzystnie będą wpływać na postrzeganie kandydata obozu rządzącego (ktokolwiek nim będzie, Putin na razie uchyla się od jednoznacznej deklaracji). Pozycja Nawalnego jest stale przedmiotem dyskusji w środowiskach nastawionych krytycznie do Putina. Podejrzewany jest o obsługę interesów Kremla, potajemne paktowanie z członkami obozu rządzącego. Nie da się tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.

Ale to, co Nawalny pokazuje, jest nową jakością w rosyjskim życiu politycznym. Wnosi dysonans, stanowi ze swoją dezynwolturą i dynamiką przeciwieństwo skostniałego układu władzy. Piętnuje grzechy elity – przede wszystkim tropi korupcję, która stanowi sól rządów putinowskiej kleptokracji (za te akcje władza go przykładnie karze: utrudnia różnymi sposobami uruchamianie sztabów wyborczych w terenie, nęka rewizjami, aresztuje współpracowników). Nawalny potrafi zmobilizować zwolenników, mimo braku dostępu do ogólnokrajowych mediów dociera do bardzo szerokiej publiczności, korzystającej z szybkich mediów społecznościowych.

Kolejna nowość na rosyjskiej scenie politycznej to bunt młodych. W ostatnich demonstracjach prawie jedna czwarta to byli ludzie młodzi i bardzo młodzi, często niepełnoletni. Oni mają dosyć Putina, uważają jego rządy za szczyt obciachu, nie chcą żyć w tym zaduchu. Organizują się za pośrednictwem komunikatorów, których służby specjalne nie są w stanie w pełni kontrolować. Po demonstracjach 26 marca, w których po raz pierwszy „pokolenie P” (ludzie urodzeni już za prezydentury Putina) pokazało, że ma głos i wzięło masowo udział w protestach przeciwko korupcji, władze próbowały przeprać im mózgi i zachęcić do powściągliwości. W szkołach odbywały się pogadanki, rodziców wzywano przed oblicze ciała pedagogicznego, które głównie straszyło wizją relegacji krnąbrnych pociech itp. Jak widać, bez efektu. „Pianista gra, jak potrafi. Władza tylko potrafi pałować i zastraszać” – podsumował nie bez racji politolog Stanisław Biełkowski.

Stanisław Kuczer tak o formowaniu się świadomości młodego pokolenia napisał na FB: „Najbardziej aktywna część pokolenia Putina nie chce mieszkać w domu, który zbudował Putin. Moja 26-letnia apolityczna siostra pokazuje mi zdjęcie napisu nad wejściem do malezyjskiej restauracji „Okupantów nie obsługujemy” i pyta, dlaczego w Ameryce, Europie, w postępowych krajach Azji uważa się nas za agresorów. 25-letni znajomy mówi mi, że ostatnią kroplą, która przelała jego puchar goryczy i spowodowała, że poszedł demonstrować na Twerską, był program rosyjskiej telewizji, w którym strojono sobie nieprzystojne żarciki z Macrona. 18-letnia córka mojego kolegi z obrzydzeniem rzuca naukę na uczelni, w której wykładowca uczy studentów, że media społecznościowe wymyśliło CIA, żeby zniewolić ludzkość. W Internecie, gdzie żyje to pokolenie, świat jest jeden, nie ma w nim granic, nie ma w nim murów. A w rzeczywistości, która ich otacza, spostrzegają, że nowa żelazna kurtyna za chwilę opadnie i odgrodzi ich od reszty świata. Słyszą, jak o gnijącym Zachodzie opowiadają w telewizji podstarzali hipokryci, których dzieci i wnuki dawno mieszkają na tym amoralnym Zachodzie. A teraz na kolejne sześć lat młodym proponuje się wybór tego samego prezydenta, którego widzieli z gołym torsem na koniu, gdy zaczynali chodzić do szkoły. To nie jest rzeczywistość, w której chce żyć normalny dwudziestolatek, niezależnie od przekonań politycznych”. Celne spostrzeżenia.

Ale wróćmy do poniedziałkowych protestów. Aleksieja Nawalnego prewencyjnie zatrzymano już pod domem, gdy zmierzał na zwołaną przez siebie demonstrację. Następnie sąd skazał go od ręki na trzydzieści dni aresztu administracyjnego za złamanie ustawy o zgromadzeniach publicznych. Zatrzymani uczestnicy protestu są skazywani na kilkudniowe areszty administracyjne, część nadal oczekuje na komisariatach na rozprawy.

Rosja putinowska też wyszła na ulice. I to nawet na Twerską, gdzie zebrali się zwolennicy Nawalnego. A to dlatego, że władze miasta zorganizowały tam właśnie błagonadiożny piknik historyczny. Oczom zdumionej publiczności ukazały się między innymi postaci ubrane w mundury NKWD. Perskie oko władzy, nie ma co.

Wieczorem na placu Czerwonym pod murem Kremla odbył się okolicznościowy koncert, śpiewały gwiazdy estrady, tłumnie zgromadzona publiczność świetnie się bawiła, tańczyła, klaskała. „Dużo więcej ich tu niż nas na Twerskiej” – zauważył gorzko na Twitterze ktoś z Rosji antyputinowskiej.

Na Pokłonnej Górze rozwinięto wielką flagę Rosji o powierzchni 1051 metrów kwadratowych. Ale choćby miała jeszcze tych metrów więcej i tak nie przysłoniłaby tego, że z putinowskich puzzli coraz trudniej ułożyć zadany optymistyczny obrazek jedności narodowej. Jak długo jeszcze tego obrazka?

Bellingcat – jeszcze jeden krok w chmurach

5 czerwca. Zbliża się trzecia rocznica zestrzelenia pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Zginęło wówczas 298 osób, w większości obywateli Holandii i Malezji. Śledztwo się ślimaczy, Rosja mataczy. Tymczasem międzynarodowa grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała dziś wyniki kolejnej fazy swoich badań, poświadczających, że Buk, z którego wystrzelono feralny pocisk, przyjechał na Ukrainę z Rosji.

Buk miał numer boczny 332 – to ustalono już rok temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/05/buk-o-numerze-332/). Na podstawie analizy zdjęć zawężono listę osób, które obsługiwały tę wyrzutnię. Ustalono trasę, którą pokonał Buk z jednostki wojsk rakietowych w Kursku przez obóz Millerowo w obwodzie rostowskim (Rosja) na pole w okolicach miejscowości Pierwomajskoje (Ukraina). W lutym br. dziennikarze z Bellingcat opublikowali personalia osoby, która pilotowała przemieszczenie Buka z obwodu rostowskiego w Rosji do objętego walkami obwodu donieckiego na Ukrainie. To były funkcjonariusz wywiadu wojskowego GRU Siergiej Dubinski, używający podczas wojny w Doniecku pseudonimu Chmuryj i pełniący w tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej funkcję szefa samozwańczego wywiadu (Dubinski odżegnuje się od ustaleń Bellingcat).

Grupa Bellingcat przekazała zebrane materiały międzynarodowej komisji śledczej, pracującej nad wyjaśnieniem okoliczności tragedii. (W październiku ub.r. komisja JIT opublikowała raport, z którego wynika, że samolot został zestrzelony rakietą Buk produkcji rosyjskiej; w raporcie nie stwierdzono z całą pewnością, skąd dokładnie dokonano wystrzelenia rakiety).

Teraz doszły dodatkowe ustalenia, pozwalające potwierdzić i uzupełnić dotychczasowe wyniki śledztwa grupy Bellingcat, które jednoznacznie wskazuje na rosyjskie sprawstwo. (Tu można zapoznać się z najnowszymi materiałami Bellingcat: https://www.bellingcat.com/tag/mh17/ – drobiazgowa analiza wyłowionych z przestrzeni mediów społecznościowych detali, dane geolokacyjne, imponująca pedantyczna robota, masa szczegółów i wnioski końcowe).

Gdzie znajduje się obecnie corpus delicti, czyli rzeczony Buk o numerze 332? Członkowie grupy Bellingcat wyrażają przypuszczenie, że spoczywa gdzieś na dnie Morza Czarnego. Choć z drugiej strony liczą na to, że o wartym kilka milionów dolarów Buku musi się znaleźć jakaś dokumentacja świadcząca o utylizacji tak drogiego sprzętu. I że kiedyś to wyjdzie na jaw.

Rosja idzie nadal w zaparte i odrzuca wszystkie ustalenia komisji. Grupę Bellingcat stara się zdyskredytować, wykazać, że działa ona na polityczne zamówienie wrogów Moskwy, obniżyć wartość publikowanych materiałów, stworzyć szum informacyjny, wrzucając w przestrzeń medialną własne wersje wzięte, jak twierdzą eksperci grupy Bellingcat i nie tylko, ze złoconych sufitów Kremla.

Na razie Ministerstwo Obrony Rosji, pytane m.in. przez portal RBK o ocenę ostatnich ustaleń Bellingcat (http://www.rbc.ru/politics/05/06/2017/593333359a79474381064c91?from=center_16), nie zajęło stanowiska. Wcześniej rosyjski resort obrony przedstawiał w sprawie przyczyn tragedii MH17 różne wersje, mające wykluczyć winę Rosji, a dowieść winy Ukrainy.

Rosyjska karta w amerykańskiej grze

28 maja. Nie ma dnia, by w amerykańskiej przestrzeni medialnej nie pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne rewelacje dotyczące mniej lub bardziej domniemanego udziału Rosji w próbach powożenia Trumpem. Rosyjska karta stała się ważnym elementem wewnętrznych rozgrywek na amerykańskich szczytach. Rosyjska karta, nie Rosja. A to, jak mawiają w Odessie, „dwie wielkie różnice”.
Po kolejnych przesłuchaniach przed komisją Kongresu do prasy wyciekły nowe dane. „The Washington Post”, powołując się na anonimowe źródła na górze, ujawnił, że zięć Donalda Trumpa i jego doradca w jednej osobie, Jared Kushner pod koniec 2016 roku udał się po cichu do ambasadora Rosji w Waszyngtonie, Siergieja Kislaka. Miał z nim omówić utworzenie sekretnego kanału komunikacji pomiędzy ekipą Trumpa a Kremlem. Żeby amerykańskie służby nie wtryniały nosa w te kontakty. W rozmowach miał uczestniczyć również Michael Flynn, przez chwilę doradca amerykańskiego prezydenta ds. bezpieczeństwa, wkrótce po nominacji odwołany. Jednak, jak anonsuje „The Washington Post”, amerykańskie służby były czujne i „przechwyciły rozmowy Kislaka z Moskwą na ten temat”. Kislak raportował, że Kushner zaproponował wykorzystanie dla nieformalnych kontaktów rosyjskie instytucje działające w Stanach Zjednoczonych; ambasador był zszokowany supozycją, iż „Amerykanie mieliby zostać dopuszczeni do wykorzystania rosyjskich kanałów komunikacji w ambasadzie lub konsulacie”. Nie wiadomo, czy w związku z tym do ustanowienia takiego kanału doszło. W każdym razie prasa pisze o trzech potajemnych kontaktach Kushnera z Rosjanami.
Abstrahując od tego, czy do kontaktów dochodziło czy nie dochodziło, czy to, że Rosja mieszała w amerykańskim kotle wyborczym, miało znaczenie dla zwycięstwa pożądanego przez nią kandydata czy nie, teraz rosyjska karta jest używana przez amerykańskich polityków do wewnętrznej rozgrywki wokół Trumpa. O układaniu stosunków z samą Rosją w tym kontekście mówi się ostatnio znacznie rzadziej niż w trakcie kampanii wyborczej i zaraz po niej.
„Idea nowej pieriezgruzki [w stosunkach USA i Rosji] została pogrzebana dość dawno. To, co Trump zaprezentował na spotkaniu NATO w Brukseli, nie wnosi zasadniczych zmian do kursu polityki USA. Trump powiedział, że Rosja stanowi zagrożenie, w gronie, które właśnie takiej deklaracji od niego oczekiwało – komentuje Paweł Szarikow z Instytutu USA i Kanady Rosyjskiej Akademii Nauk. – Przypuszczam, że w czasie kampanii wyborczej i może w okresie poprzedzającym inaugurację Trump rzeczywiście miał jakieś mgliste plany wobec Rosji. Było to zapewne związane z chęcią dogadania się z Putinem, aby łatwiej było potem rozmawiać z Chinami. […] Ale pod wpływem kręgów politycznych w Waszyngtonie, które oskarżają go o związki z Kremlem, Trump zrozumiał, że aby zachować reputację wewnątrz kraju, będzie musiał z tych planów zrezygnować. Rosja nie była na tyle ważnym priorytetem dla Ameryki, aby dla niej cokolwiek poświęcać. W ostatnich latach Moskwa w amerykańskiej polityce nie była najważniejsza i schodziła na dalsze pozycje, potem znowu powróciła na czoło priorytetów, ale już ze znakiem minus, nie plus”.
Czy można postawić tezę, że Rosja jest traktowana przedmiotowo, a nie podmiotowo w amerykańskiej rozgrywce? Rosyjska politolożka Lilia Szewcowa pisze: „W ciągu ćwierćwiecza po rozpadzie ZSRR Kreml utrzymywał poczucie, że Rosja jest wielkim mocarstwem. W imię tego statusu Rosjanie gotowi byli poświęcić swoje swobody. […] Rosja może utrzymać ten swój status tylko w odniesieniu do USA – poprzez dialog lub konfrontację, lub i jedno, i drugie łącznie. Rosyjska mentalność polityczna oparta jest na amerykanocentryzmie. […] Za Obamy, który starał się nie drażnić Kremla, w Moskwie nawet uznano, że nastał czas, aby dyktować własne warunki. Kiedy wybrano Trumpa, rosyjska elita rozmarzyła się o tandemie Rosja-USA, który będzie władał całym światem, oczywiście dominować w tandemie będzie bardziej doświadczony polityk. I oto marzenia się rozwiały – Rosja stała się nie po prostu instrumentem w amerykańskiej walce o władzę, ale przekształciła się w antysystemową siłę”. Nazwa Rosja nieustannie pojawia się w amerykańskim dyskursie w kontekście nowej afery Watergate – zwraca uwagę Szewcowa. Każda wypowiedź, ba, każde westchnienie Moskwy w obronie Trumpa odbierane jest w Waszyngtonie jako potwierdzenie, że to „człowiek Kremla” itd. Jej zdaniem, wykreślenie Moskwy z listy priorytetów administracji USA to zagrożenie dla samego Putina i jego legitymacji władzy, trzymającej się na iluzji wielkomocarstwowości.
Ostra teza. Można jeszcze dodać, że skoro tak, to Moskwa sięgnie zapewne w obronie swojego statusu po – wypróbowaną już przecież na wielu frontach – konfrontację. Metoda „wpuszczania jeża do spodni”, jak gensek Nikita Chruszczow określił w czasach kryzysu karaibskiego rozmieszczenie rakiet na Kubie, w stosunkach ze Stanami nie została wycofana z arsenału.
Ciekawe i zawiłe są meandry tej gry. A sygnały wysyłane przez Waszyngton sprzeczne. Bo z jednej strony są komunikaty amerykańskiej administracji o tym, że Rosja stanowi zagrożenie, obserwujemy też, że ciągle odkładane jest spotkanie Trumpa z Putinem, ale z drugiej – mamy niefrasobliwe zachowanie amerykańskiego prezydenta na spotkaniu z ambasadorem Kislakiem (znowu Kislak) i ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem w Białym Domu, podczas którego dzieli się on sekretną wiedzą o Państwie Islamskim.
Na drugim, może nawet trzecim planie tej wysokiej rozgrywki toczą się sprawy bardziej przyziemne. „The New York Times” donosi, że rosyjski miliarder Oleg Deripaska jakiś czas temu zwrócił się do amerykańskiego Kongresu i zaproponował, że złoży zeznania dotyczące swoich powiązań z Paulem Manafortem, szefem sztabu wyborczego Trumpa. W zamian oligarcha domagał się zapewnienia mu immunitetu. Kongres miał odmówić. Deripaska należy do elity biznesowej Putinowskiej Rosji. Jeżeli próbuje dogadywać się o amnestii z Amerykanami, to jest to ciekawy sygnał dotyczący kondycji i perspektyw rosyjskiego biznesu i klasy politycznej z tym biznesem związanej.

Cztery piętra do nieba

21 maja. Jedni są za, inni są przeciw, jeszcze inni za, a nawet przeciw. W Moskwie nie cichną emocje wokół planu wyburzania chruszczowek – rozpadających się czteropiętrowych bloczków, budowanych w epoce Nikity Chruszczowa. Mer Siergiej Sobianin ogłosił wielki plan odnowy stolicy, który zyskał miano „renowacji” i wywołał wielkie poruszenie wśród mieszkańców.

Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych gensek Chruszczow rzucił hasło „jedno mieszkanie – jedna rodzina”, plan przyjęto jednoznacznie z entuzjazmem. To była faktycznie nowa epoka, tchnienie odwilży. Obywatelom pozwolono cieszyć się własnym kątem, bez konieczności uwspólniania kuchni i łazienki z sąsiadami z „komunałki”, uważnie podpatrującymi, co się dzieje za ścianą – i jakże często uprzejmie donoszącymi organom bezpieczeństwa. Idea była taka: budować z byle jakich materiałów, byle szybko. Prowizorka ta bowiem miała trwać niedługo – najwyżej trzydzieści lat. Produkowano w fabrykach domów gotowe moduły. Mieszkania jedno- lub dwupokojowe, z łazienką, której niewielkie okieneczko wychodziło na kuchnię, właściwie kuchenkę. Klucze do mieszkań w chruszczowkach wydawano „na przydział”. To była forma mieszkania socjalnego, choć wtedy takiego pojęcia z ZSRR nawet nie było.  Osiedla chruszczowek powstawały w wielu radzieckich miastach, większość z nich stoi do dziś. W niektórych przeprowadzono lifting, w niektórych – choć wszystko się sypie – nie zrobiono przez te wszystkie lata remontu.

Wiele chruszczowek znajduje się w centrum lub blisko centrum na terenach atrakcyjnych z punktu widzenia deweloperów pokrywających ostatnio Moskwę tak zwanymi „murawiejnikami” (mrowiskami) – gigantycznymi, wielopiętrowymi blokami o różnym standardzie, lepszym i gorszym. Wiadomo, grunty w centrum są drogie, trzeba wybudować jak najwyższe domy, aby trud budowlańca zwrócił się deweloperowi jak najszybciej.

I oto władze Moskwy występują z szerokim planem „renowacji”. Zakłada on, że chruszczowki zostaną wyburzone, a mieszkańcy zostaną przeniesieni do innych mieszkań. Zapisane w projekcie ustawy o „renowacji” zasady przyznania lokalu zamiennego są na tyle rozmyte (np. nie ma w nich gwarancji, że wysiedlani z chruszczowek otrzymają lokal o tym samym standardzie, metrażu, lokalizacji w centrum itd.), że lokatorzy poczuli się zagrożeni w swoich prawach. Odbyły się demonstracje i to dość liczne, nazywane przez opozycyjnych publicystów „protestami przeciwko deportacji moskwian”. Władze odstąpiły krok wstecz, na wyraźne polecenie prezydenta Putina zapowiedziano konsultacje społeczne, wprowadzono zasadę głosowania – lokatorzy mogą się wypowiedzieć, czy chcą, by ich blok został wyburzony, czy nie. Spowodowało to niesłychaną zawieruchę. Jedni demonstrują za, inni – przeciwko. Jedni chcą, drudzy – nie chcą. Jeszcze inni by może i chcieli, ale nie mają za grosz zaufania do władz, obawiają się, że i tak zostaną zrobieni w konia, więc wolą już to, co mają – czyli kąt w dobrym miejscu. Niektórzy domagają się rozbiórki swojego bloku, inni wręcz przeciwnie – walczą o wykreślenie z rejestru domów, przewidzianych do wyburzenia. Zainicjowana akcja władz miasta ujawniła niebywały bałagan w prawie lokalowym. Prawa własności do lokali w ogromnej liczbie przypadków są nieuregulowane, ludzie mieszkają w chruszczowkach (zapewne nie tylko w chruszczowkach) „na pticzjich prawach” – jak ptaki przelotne, użytkują mieszkania prawem kaduka. Są też i tacy, którzy wykupili swoje kwaterki na własność lub nabyli na wolnym rynku. Jak ich potraktować?

„Renowacja” to eldorado dla branży budowlanej, możliwość pozyskania lukratywnych kontraktów na budowę nowych obiektów, a także złoty interes dla biurokratów, którzy będą decydować, kogo, gdzie, w jakim trybie przemieścić, a także kto, gdzie i jak będzie budował (stwarza to pole do korupcji). Po Moskwie krążą pogłoski, że najwięcej z tego tortu dostaną bracia Rotenbergowie – bliscy znajomi Putina, którzy dziwnym trafem dostają zawsze smakowite zlecenia. W moskiewskim żargonie już zaczęto nazywać akcję „renowacji” chrenowacją („chren” to chrzan, ale także wulgarne określenie męskiego przyrodzenia).

Plan zakłada powstanie gigantycznego Funduszu Renowacji – dziwnego ciała, wyposażonego w rozległe pełnomocnictwa. Jak pisze Julia Łatynina w „Nowej Gazecie”, „to supermonstrum może wszystko. Decydować, komu przyznać zlecenie na budowę, decydować, który z budynków zostanie wyburzony i co powstanie na jego miejscu […]. Z projektu ustawy wynika, że właściciele domu, który ma być zgodnie z wolą Funduszu Renowacji zburzony, nie mają żadnych praw. Dom może zostać rozebrany na podstawie decyzji władz miasta Moskwy. Jeżeli mieszkańcy się nie zgadzają, to dom i tak rozbiorą na podstawie orzeczenia sądu. Gdy patrzę na to, jak już dziś tym, którzy się nie zgadzają [na rozbiórkę], podpala się mieszkania, przecina opony w autach itd., to myślę sobie, że Fundusz może się uciekać do innych metod przekonania nieprzekonanych. W projekcie nie ma też słowa o tym, jak mają być budowane te nowe domy dla wysiedlonych z chruszczowek – ile mają mieć pięter, w jakiej odległości od siebie mają być wznoszone, nie mówiąc już o terenach zielonych. Jednym słowem, projekt ustawy o renowacji pozwala supermonopoliście pod nazwą Fundusz Renowacji wykwaterować 1,6 miliona moskwian z ich domów i wprowadzić ich do wielopiętrowych bloków, przypominających trumny bez zieleni, infrastruktury, szkół, przedszkoli, sklepów i przychodni lekarskich”.

1,6 miliona moskwian objętych „renowacją”. Niezły kapitał społeczny.

Oko kandydata

14 maja. Różnie o nim mówią i piszą – najskuteczniejszy rosyjski opozycjonista, nieustraszony bojownik z korupcją, piętnujący nowobogactwo złodziejskiej putinowskiej ekipy, mistrz politycznego lansu, romansujący z nacjonalizmem populista, a także projekt Kremla. Jedno jest pewne: Aleksiej Nawalny skupia wokół siebie coraz większe zainteresowanie i pozostaje fenomenem na rosyjskiej scenie politycznej. Ostatnio znowu znalazł się w centrum uwagi: stał się ofiarą chuligańskiego ataku, w wyniku którego mógł stracić wzrok w jednym oku.

Wielokrotnie pisałam o akcjach Nawalnego i jego ambicjach politycznych. Kilka jego ostatnich działań odbiło się szczególnie szerokim echem. Publikacja materiałów na temat majętności premiera Dmitrija Miedwiediewa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/), zorganizowanie najliczniejszej od pięciu lat demonstracji przeciwko skorumpowaniu władz (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/), wreszcie – ogłoszenie zamiaru kandydowania w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i rozpoczęcie szeroko zakrojonej kampanii z otwieraniem sztabów wyborczych w całym kraju, naborem wolontariuszy itd.

Wizytom Nawalnego w miastach, gdzie tworzone były jego sztaby, towarzyszyły ataki „nieznanych sprawców”, którzy oblewali go tak zwaną „zielonką” (zielony płyn dezynfekcyjny, którym przemywa się rany; pozostawia na skórze długotrwałe zabarwienia). Początkowo Nawalny robił z tych napaści show: fotografował się z zieloną twarzą i włosami, kpił z tchórzy, którzy go w ten sposób potraktowali. Ale gdy 27 kwietnia napastnik chlusnął mu w twarz „zielonką” z jakimś żrącym dodatkiem, żarty się skończyły – polityk mógł stracić wzrok w prawym oku.

Podjęte przez Nawalnego starania o wyjazd na leczenie zagranicę uwieńczone zostały nieoczekiwanie sukcesem, dzięki… wstawiennictwu Kremla, do którego Nawalny sam się zwrócił o pomoc. Splot wydarzeń był nader ciekawy.

Oto 3 maja sąd w Kirowie odrzucił apelację od wyroku (pięć lat „w zawiasach”) wymierzonego Nawalnemu za nadużycia finansowe w słynnej sprawie „Kirowlesu”. Tym samym wyrok się uprawomocnił. A Nawalny jako osoba skazana prawomocnym wyrokiem, nie może stawać w szranki wyborcze.

Dzień później Nawalny otrzymuje zgodę na wydanie mu paszportu i wyjazd, choć jednocześnie kolportowane są komunikaty, że nie ma prawa opuszczać terytorium Rosji. Potem komunikaty te są dementowane, potem znowu potwierdzane. Niejasności wzmagają potężny szum medialny, jaki podnosi się ze wszech stron wokół sprawy wyjazdu Nawalnego na operację do Hiszpanii. Szumią krytycy, szumią i zwolennicy, zdetonowani, że ich ulubieniec „poszedł na współpracę” z Kremlem i poprosił o protekcję. Po sieci snują się domysły, że władzom chodzi o pozbycie się niewygodnego polityka z kraju – bo jak wyjedzie, to mogą go potem nie wpuścić pod byle pozorem itd. Nawalny wyjeżdża, pomyślnie przechodzi operację i bez przeszkód wraca do Moskwy.

Jednocześnie toczy się sprawa wyjaśnienia, kto napadł na Nawalnego. Jego współpracownicy ustalają tożsamość napastnika i jego prawdopodobnych pomocników. To aktywiści prokremlowskiego ruchu SERB, znane są ich personalia. Policja prowadzi własne śledztwo. Na razie bez widomych rezultatów.

Wrócę jeszcze do sprawy kluczowej – wyeliminowania Nawalnego z wyborów dzięki zabiegowi z uprawomocnieniem wyroku. Obrona zapowiedziała kolejną apelację do Trybunału Praw Człowieka. Ale czy będzie to skuteczne? Władzom nie mogło się podobać to, że Nawalny wrzuca do przestrzeni internetowej niewygodne dla ekipy rządzącej tematy i wykazuje, że to skorumpowana klika pasożytów. Do przestrzeni internetowej, a więc jednak – ograniczonej. Natomiast jako kandydat na prezydenta zyskałby prawo do występowania w telewizji, a to już zupełnie inny zasięg rażenia. Kreml najwidoczniej nie chce ryzykować.

Tymczasem Nawalny mobilizuje ludzi do kolejnej demonstracji, która ma się odbyć 12 czerwca.