Kanclerz na posyłki

15 sierpnia. Drug Gerhardt przyjeżdżał do druga Władimira w gości. Urządzali wspólne przejażdżki saniami w towarzystwie kochających małżonek. Razem chodzili do bani, pili piwo, podpisywali porozumienia o wzajemnej współpracy, fotografowali się uśmiechnięci, ściskający się w zachwycie. Drug Gerhardt nazywał druga Władimira „kryształowo czystym demokratą”. Państwo Schröderowie adoptowali trzyletnią Wiktorię z domu dziecka pod Petersburgiem, co uznano za akt pełnego wzajemnego zaufania. Wszystko szło bardzo dobrze i układało się po myśli. Aż tu drug Gerhardt przegrał w 2005 roku wybory i przestał być kanclerzem Niemiec. Drug Władimir pospieszył z pomocą. Niemal nazajutrz po przegranej elekcji zaproponował drugowi Gerhardtowi lukratywną posadkę, za drobne 250 tys. euro rocznie Schröder zaczął pracować w pocie czoła w firmie Nord Stream AG, spółce córce Gazpromu, obsługującej gazociąg z Rosji do Niemiec biegnący po dnie Bałtyku. Krytycy w Niemczech zaczęli nazywać Schrödera „sługą Putina”. Nie przeszkodziło to Schröderowi w 2016 roku stanąć na czele kolejnej struktury związanej z projektem drugiej nitki gazociągu Nord Stream.

I oto teraz po mediach rozchodzą się wieści, że były kanclerz wejdzie do zarządu kolejnego rosyjskiego molocha paliwowego – koncernu Rosnieft’. Nowy zarząd ma być wybierany na zgromadzeniu akcjonariuszy 29 września. Rząd Rosji już zatwierdził kandydatów, wśród których figuruje nazwisko Schrödera. Na liście znajduje się też Matthias Warnig, enerdowski znajomy Putina z okresu służby w Dreźnie, który podobnie jak drug Gerhardt pracuje w Nord Stream AG, jest kawalerem Orderu Honoru Federacji Rosyjskiej za wybitny wkład i tak dalej. Według enuncjacji niemieckiej prasy, nowi członkowie zarządu mieliby pobierać apanaże w wysokości pół miliona dolarów rocznie.

Wieści o zaangażowaniu Schrödera w obsługę interesów kolejnej rosyjskiej firmy wywołały tsunami krytyki w niemieckiej prasie. W licznych publikacjach przypomina się, że kierujący koncernem Rosnieft’ Igor Sieczin należy do najbliższych współpracowników Putina, naftowy gigant realizuje linię polityczną Kremla. Związanie się z firmą Rosnieft’ oznacza związanie się z Kremlem. „Schröder stoczył się ostatecznie na pozycję płatnego lokaja polityki Putina” – stwierdził polityk z partii Zielonych, Reinhard Bütikofer. Układanie się Schrödera z Rosjanami nazwał bezwstydem. Ekskanclerz zebrał też cięgi od ekologów, którzy krytykują Rosnieft’ za prowadzenie odwiertów na terenach należących do rdzennych narodów Północy, przez co niszczą ich środowisko naturalne. Krytycy decyzji Schrödera podnoszą jeszcze i to, że jego posadowienie w Rosniefti ma na celu lobbowanie decyzji o zdjęciu sankcji z rosyjskich firm (Rosnieft’ znajduje się na sankcyjnej liście UE). Bardzo możliwe. Ale czy z taką nadszarpniętą reputacją drug Schröder będzie skuteczny? Niemiecka prasa zauważa, że Schröder próbuje odbudować utraconą pozycję w rodzimej partii SPD, zabiera głos w sprawie modelu współpracy z USA, krytykuje Trumpa i na tym się lansuje.

„Przypadek Schrödera pokazuje, że nie chodzi o ideologię. Chodzi o pieniądze. Były kanclerz nie udziela się w fundacjach pracujących na rzecz obrony pokoju czy wsparcia społeczeństwa obywatelskiego. On pracuje tam, gdzie są pieniądze – pisze ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Problem wielu przedstawicieli zachodnich elit polega na tym, że zamiast nauczyć Rosję stosowania cywilizowanych reguł gry, sami przejmują rosyjskie reguły. W uproszczeniu: zarobić duże pieniądze bez wysiłku, z zastosowaniem brutalnej siły, reguł Gułagu. […] Możesz być prezydentem, premierem, ministrem, ale jeśli wspomagasz Putina, to wcześniej czy później wylądujesz w Gazpromie”.

Schröder jest już w Gazpromie od dawna. Ciekawe, czy ma jeszcze powrót na scenę polityczną i rozpoczęcie kolejnego etapu gry.

Rosyjska dyplomacja odwetowa

31 lipca. Kiedy stało się jasne, że amerykański Kongres przyjmie ustawy ograniczające prezydentowi Trumpowi możliwość zniesienia antyrosyjskich sankcji, Moskwa wyszła z ciosem: na dywanik do MSZ został wezwany ambasador USA, wręczono mu notę z żądaniem zmniejszenia personelu amerykańskich placówek dyplomatycznych (do poziomu stanu kadrowego rosyjskich placówek w USA, a więc o 755 osób – rzecz bez precedensu) i opuszczenia dwóch obiektów użytkowanych przez dyplomatów. Na linii Moskwa-Waszyngton ponownie zaczęło iskrzyć.

Formalnie ta rosyjska ofensywa jest odpowiedzią na sankcje wprowadzone jeszcze przez administrację Baracka Obamy za rosyjską cyberingerencję w amerykańskie wybory prezydenckie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/30/potluc-lustra/). Obama pod koniec grudnia 2016 roku m.in. wydalił 35 rosyjskich dyplomatów i zajął dwie rezydencje użytkowane przez pracowników rosyjskiej ambasady w USA. Ku zdziwieniu większości obserwatorów Rosja wtedy nie zareagowała – jak to miała w zwyczaju w takich wypadkach – i nie wydaliła symetrycznie takiej samej liczby amerykańskich dyplomatów. Co więcej, duch koncyliacji unosił się nad wodami. Widoczne było wtedy w rosyjskich kręgach politycznych oczekiwanie na nowy reset z Trumpem. Brak zwyczajowej reakcji był ważnym sygnałem: jesteśmy otwarci, chcemy rozmawiać po dobroci. Ale potem w grze pojawiło się wiele nowych elementów, powyłaziły na wierzch spychane pod dywan ciekawostki o kontaktach sztabu Trumpa z Rosjanami itp., rosyjska karta stała się elementem wewnętrznej rozgrywki na amerykańskiej scenie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/). Przełomu nie przyniosła rozmowa Trumpa z Putinem w Hamburgu w kuluarach G20. Wydaje się, że te niejasne wątki będą się gmatwać w nieskończoność.

W tle powoli, ale nieubłaganie mieliły młyny amerykańskiego systemu politycznego. Stojący okoniem wobec prezydenta establishment przedsięwziął kroki w celu powstrzymania Trumpa od ewentualnego szybkiego zniesienia antyrosyjskich sankcji. 27 lipca Senat przegłosował ustawę podnoszącą rangę wprowadzania czy znoszenia sankcji, zgodnie z nią prezydent nie może jednoosobowo podpisem znieść sankcji, potrzebna jest na to zgoda Kongresu. Może natomiast sankcje poszerzyć.

Wezwanie amerykańskiego ambasadora do stalinowskiej „wysotki” na placu Smoleńskim i zażądanie redukcji personelu w placówkach dyplomatycznych oznacza, że romantyczny okres upajania się w rosyjskich elitach zwycięstwem Trumpa i oczekiwania na nowe rozdanie definitywnie się skończył. Kreml zdecydował się na kroki odwetowe.

Ciekawe, co będzie dalej. Przede wszystkim – jakie będą wymierne konsekwencje sankcji, i tych gospodarczych, i tych personalnych. Te pierwsze dotykają najważniejszych dla rosyjskiej gospodarki sfer: wydobycia surowców energetycznych i handlu bronią. Te drugie, jak twierdzi wielu obserwatorów, nie tylko osób z rosyjskiego świecznika politycznego, ale wręcz samego Putina.

Pisarz Władimir Wojnowicz w wywiadzie dla Radia Swoboda zauważa: „Rosja nie jest w stanie wymierzyć USA [dotkliwych] ciosów. Chyba że użyje broni atomowej. Stany Zjednoczone nie są od Rosji uzależnione. Jedyne rozsądne wyjście [dla Kremla] to zrobić krok w tył. […] I tak kiedyś trzeba będzie odstąpić”. Ale w retoryce Kremla trudno doszukać się obecnie polubownych tonów pod adresem Waszyngtonu. Głośno rozważane są sposoby bardziej dolegliwych dla USA posunięć. Podczas wczorajszych obchodów Dnia Marynarki Wojennej w Petersburgu prezydent Putin patetycznie przemawiał, sycił prezydenckie oko defiladą okrętów wojennych, każdy rosyjski telewidz też się mógł zachwycić widomą potęgą militarną kraju. Ta demonstracja siły to też głos w dyskusji z partnerami zza oceanu. Sposób znany, przetrenowany.

Pod ustawą powinien się pojawić jeszcze podpis Trumpa. Jego współpracownicy sygnalizują, że nastąpi to niebawem. Ale nie brakuje też komentarzy, że prezydent wykorzysta moment, aby odwlec złożenie podpisu. Gra toczy się dalej.

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów, część 3

18 lipca. W dwóch poprzednich częściach mikrocyklu o niefrasobliwych przygodach Donalda Trumpa juniora przedstawiłam główne dramatis personae oraz podstawowe dane dotyczące mechanizmu organizacji spotkania członków sztabu Trumpa i rosyjskich lobbystów w czerwcu ubiegłego roku, w kluczowym punkcie kampanii wyborczej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/ i http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/16/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow-czesc-2/). Teraz jeszcze garść szczegółów i szerszy kontekst.

Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow pytany przez dziennikarzy o kontakty Juniora z Rosjanami odpowiedział: A cóż jest złego w tym, że ktoś spotyka się z prawniczką? Rzecz w tym, że organizujący spotkanie producent Rob Goldstone przedstawił panią Wiesielnicką jako prawnika związanego z rosyjskimi władzami, wręcz jako kogoś, kto reprezentuje władze. A to zmienia cały kontekst. Amerykanie mogli odnieść wrażenie, że pani adwokat to wysłannik Kremla i wiezie im z Moskwy wyrazy wsparcia w postaci „kompromatu” na Hillary Clinton.

To, co się wydarzyło podczas kampanii – nie tylko to feralne spotkanie, ale także ataki hackerskie (najprawdopodobniej rosyjskie) na wrażliwe cele w USA, wszystko to, co wypływa na powierzchnię i jest następnie drobiazgowo wałkowane przez prasę i polityków stanowi oś wewnętrznej rozgrywki w USA. Krytycy Trumpa wzięli informacje o poczynaniach Juniora na warsztat. Uważają, że skoro syn prezydenta (wówczas jeszcze kandydata) chciał od Rosji otrzymać materiały kompromitujące Clinton, to jest równoznaczne ze spiskowaniem z obcym mocarstwem w celu wysadzenia amerykańskiej demokracji. Sam prezydent broni syna, zapewniając, że nie miał nic złego na myśli. No, ale mleko się rozlało.

Można zadać pytanie, a po co Moskwie było organizować takie spotkanie, skoro zapowiedź przekazania materiałów od samego prokuratora generalnego za pośrednictwem prawnika związanego z władzą okazała się od razu, w pierwszych słowach rozmowy wydmuszką? Komentator „Forbesa”, profesor Paul Gregory: „Być może strona rosyjska […] chciała się poznać z ekipą Trumpa. Podrzucili obietnicę, że mają haka na Clinton, aby doprowadzić do spotkania. Ale myślę, że chodziło o coś więcej. To był spisek Kremla, mający na celu osłabienie USA jako państwa, osłabienie prezydenta, chaos i tak dalej. To był cel Putina i prawie udało mu się ten cel osiągnąć”.

Osłabienie prezydenta nie przekłada się jednak na osłabienie sankcji wobec Rosji. A właśnie ich zniesienie wydaje się teraz jednym z naczelnych celów Putina i jego ludzi. W tej sytuacji, gdy kwestia rosyjska stała się istotą walki na wewnętrznej scenie politycznej w Stanach, nawet najbardziej przychylnie nastawiony do Putina Trump nie zaryzykuje urzędu dla obrony rosyjskich interesów. Zawzięty krytyk Putina, rosyjski politolog Andriej Piontkowski pisze: „Trump okazał się [w tej sytuacji] nie aktywem Putina, a kamieniem na szyi Putina. A Putin – kamieniem na szyi Trumpa. Taki jest prawdziwy rezultat operacji „Trumpnasz”. […] W gazecie „Washington Post” ukazał się artykuł, w którym opisano przedsięwzięcia, które administracja Obamy zamierzała podjąć po tym, jak okazało się, że ingerencja Rosji w proces wyborczy w Stanach była poważna. Żadne z nich nie zostały zrealizowane – poza skonfiskowaniem rezydencji użytkowanych przez rosyjskich dyplomatów. Ta lista zamierzeń jest bardzo ciekawa – bo uderza w najczulsze punkty rosyjskiej elity, to m.in. zamrożenie wszystkich kont bankowych rosyjskiej kleptokracji, od Putina począwszy, a także cofnięcie wiz. […] Teraz widać, jak kolosalny błąd popełnił Kreml, stawiając na Trumpa. […] Demokraci czują, że Putin to najczulsze i najsłabsze miejsce Trumpa, i tu uderzają. Gdyby prezydentem została Clinton, nic by się nie zmieniło w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. A teraz mosty między ekipą Putina i amerykańskim establishmentem zostały podpalone”.

Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w dłuższej perspektywie. Na razie na amerykańskim podwórku nadal trwa wyciąganie na światło dzienne kolejnych faktów dotyczących kontaktów sztabowców Trumpa z Rosjanami. Dziś okazało się, że krąg osób spotykających się z Juniorem i Wiesielnicką był większy, niż początkowo podawano. W spotkaniu brał udział jeszcze jeden uczestnik: niejaki Ike Kaveladze, człowiek związany z firmą należącą do Arasa Agałarowa. Kółeczko się zamyka. Z ostatnich wieści może warto jeszcze dodać za Associated Press, że pani Wiesielnickiej od dawna przyglądały się z uwagą amerykańskie służby specjalne.

Ciąg dalszy zapewne z przyjemnością nastąpi.

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów, część 2

16 lipca. Opukiwanie i prześwietlanie pojazdu, którym Donald Trump dojechał do Białego Domu, trwa nadal. Ostatnio ujawniono kontakty Donalda Trumpa jr. z rosyjskimi biznesmenami i prawniczką, która miała pono dostarczyć do sztabu wyborczego kandydata Trumpa materiały kompromitującego jego rywalkę w wyścigu do fotela prezydenckiego. O tym, jak doszło do spotkania sztabowców Trumpa i przysłanych z Moskwy lobbystów, pisałam w blogu wczoraj (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/).

Jednym ze wspomnianych lobbystów był Rinat Achmetszyn, związany niegdyś z wywiadem wojskowym. Znamienne jest to, że publikując informacje o spotkaniu, żaden z jego uczestników nie zająknął się o tej dziwnej personie. Jego obecność wzbudziła zainteresowanie i wypłynęła nieco później. Jak pisze The Insider (http://theins.ru/news/64248), Rinat Achmetszyn wychynął z niebytu i zwrócił na siebie uwagę w USA, gdy znalazł się w centrum skandalu w 2015 roku. Firma International Mineral Resources (IMR), wniosła do sądu sprawę o atak hackerski. O organizację cyberataku oskarżono właśnie Achmetszyna, który miał włamać się na serwery IMR, a wykradzione informacje przekazać zleceniodawcy za drobne 45 tys. dolarów, jeszcze 100 tys. zainkasował za zorganizowanie kampanii szkalującej IMR. W sądzie udowodniono udział Achmetszyna w cyberwłamie, ale go nie skazano, gdyż strony zawarły ugodę. „Oznacza to, podsumowuje The Insider, że szef sztabu wyborczego Trumpa trzy dni po ataku hackerskim na serwery Partii Demokratycznej spotkał się z człowiekiem z rosyjskich służb specjalnych, który wsławił się dokonywaniem ataków hackerskich w celu pozyskiwania materiałów kompromitujących”. Jak zauważa bloger Andriej Malgin, uczestnicy spotkania jak gdyby w ogóle nie zauważyli obecności Achmetszyna, który siedział z nimi przecież przy jednym stoliku.

Osobą, na której skupiła się uwaga wszystkich, była adwokat Natalia Wiesielnicka. Lobbuje w USA interesy pewnego rosyjskiego biznesmena Denisa Kacywa, który został objęty sankcjami w ramach tzw. listy Magnitskiego (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2012/11/17/lista-versus-lista/). Kacyw został postawiony przed obliczem amerykańskiej Temidy za pranie brudnych pieniędzy (notabene pieniędzy ukradzionych obywatelom Rosji). Sąd zasądził wobec niego wpłacenie wysokich rekompensat – prawie 6 mln dolarów. Kacyw pokornie zapłacił. Sprawa została zakończona niedawno – w maju br.

Wiesielnicka jako adwokat Kacywa zarejestrowała rok temu w USA firmę lobbystyczną HRAGIF. Miała pracować nad zniesieniem przyjętej w odpowiedzi na listę Magnitskiego ustawy rosyjskiej Dumy zakazującej adopcji rosyjskich dzieci przez obywateli USA. Brzmi absurdalnie. Ale wygląda na to, że była to jedynie zasłona dymna, parawan czy coś w tym rodzaju. Jak mówił w audycji rozgłośni echo Moskwy Siergiej Parchomienko, rok temu próbował porozmawiać z Wiesielnicką, która już wtedy działała w USA, dlaczego w tak dziwny i przewrotny sposób sformułowała cele swojej firmy lobbystycznej. „Początkowo [Wiesielnicka] w ogóle zaprzeczała, że ma coś wspólnego z tą firmą. Dopiero gdy przedstawiłem jej liczne potwierdzenia, przyznała mi rację. Zapytałem ją, dlaczego nie prowadzi działalności lobbystycznej w tym temacie w Moskwie, przecież to ustawa Dumy, co można wskórać w Ameryce? Odpowiedziała mi, że właśnie zamierza prowadzić taką działalność w Waszyngtonie i kropka”. Czym się zajmowała naprawdę? Może to się kiedyś okaże. Na razie ona sama w wywiadzie dla Wall Street Journal oznajmiła, że chciała opowiedzieć Trumpowi juniorowi o Billu Browderze, o tym, jak złośliwie nie płacił on podatków w Rosji. Browder był szefem Magnitskiego (firma Hermitage Capital Management), prowadził interesy w Rosji. Po wyjeździe z Rosji opowiedział szczerze, jak się robi tam biznesy i zorganizował wielką kampanię lobbystyczną na rzecz ukarania winnych śmierci Siergieja Magnitskiego. Trump jr. okazał się niezainteresowany opowieścią madame Wiesielnickiej o Browderze. A o materiałach kompromitujących Hillary Clinton adwokat z Moskwy nie miała nic do powiedzenia.

Jednym słowem: rozmawiała gęś z prosięciem. Po co to wszystko? Rzecz wygląda absurdalnie, a jednak ma sens. Zapraszam na kolejny odcinek. Już niebawem.

Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów

15 lipca. Z mgławicy skrywającej przebieg wyborów prezydenckich w USA co rusz wyłaniają się rosyjskie uszy – a to rosyjscy hackerzy atakują wrażliwe cele, a to ambasador Rosji w USA spotyka się pasjami z członkami najbliższego otoczenia Trumpa, a to Wikileaks usłużnie w odpowiednim momencie dokonuje efektownej wrzuty. Ktoś mówi coś, ktoś kłamie, ktoś zaprzecza. Mgławica miast się rozwiewać, tylko gęstnieje. Ostatnio w serialu „Zagadki kampanii” na scenę wprowadzono nowych aktorów. I wiecie Państwo, będziecie się śmiać, nie uwierzycie może, ale to znowu byli Rosjanie.

Gazeta „The New York Times” napisała, że starszy syn prezydenta, Donald Trump jr. rok temu, w kluczowym momencie kampanii wyborczej, spotkał się z agentem Kremla, który obiecał materiały kompromitujące Hillary Clinton. Gdy okazało się, że gazeta ma kopie korespondencji w sprawie spotkania, Donald jr. sam opublikował maile. Zapewniał, że do niczego nie doszło, a tatce o niczym w ogóle nie powiedział. Ale po kolei.

Cofnijmy się do stycznia 2013 roku. Panowie Aras Agałarow, bogacz (51. miejsce na liście najbogatszych rosyjskich przedsiębiorców według Forbesa), developer budujący pałace dla rosyjskiej wierchuszki i wierchuszkę tę znający i jego syn Emin, biznesmen i popularny piosenkarz, naówczas mąż córki prezydenta Azerbejdżanu, na kolacji w Las Vegas poznają amerykańskiego bogacza Donalda Trumpa. W spotkaniu bierze udział również producent lansujący twórczość Emina, Brytyjczyk Rob Goldstone. Amerykański gospodarz jest zachwycony nowymi znajomymi, wysławia ich przedsiębiorczość. Konkurs Miss Universe, któremu Trump patronuje, ma się odbyć tego roku w Moskwie. Trump odwiedza rosyjską stolicę w listopadzie 2013 roku, podobno świetnie się bawi (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/01/18/w-obronie-czci-donalda-fredowicza/). W tym samym miesiącu Agałarow odbiera z rąk prezydenta Putina wysokie odznaczenie. Rob Goldstone jest częstym gościem w Rosji.

Trump podtrzymuje znajomość z rodziną Agałarowów: w 2014 r. bierze udział w nagraniu klipu piosenki Emina „In Another Life”.

3 czerwca 2016 r. – już po ataku hackerów na serwery Partii Demokratycznej, ale zanim informacja o tym została ujawniona – Rob Goldstone przysyła maila Donaldowi Trumpowi jr. z uprzejmym doniesieniem, że ich wspólny znajomy Emin Agałarow ma materiały mogące skompromitować Hillary Clinton. „Ojciec Emina, Aras spotkał się z prokuratorem {generalnym Rosji] i dostał od niego coś, co może skompromitować Clinton”. Sugeruje, że to się może przydać tacie Trumpowi i że świadczy to o poparciu ze strony Rosji dla kandydatury Trumpa. Trump jr. wyraża zainteresowanie. Następny mail wysłany cztery dni później zawiera propozycję, aby Donald junior na prośbę Emina Agałarowa spotkał się z „prawniczką z rządu Rosji”, 9 czerwca dochodzi do spotkania.

Zapowiadana w mailach prawniczka z Moskwy, mająca – jak zapowiada Goldstone – umocowanie w rosyjskiej wierchuszce, Natalia Wiesielnicka, przyprowadza do Trump Tower dziwną, niezapowiadaną uprzednio osobę. To Rinat Achmetszyn, nazywany przez media „rosyjsko-amerykańskim lobbystą”, jest byłym funkcjonariuszem wywiadu wojskowego (podobno byłych funkcjonariuszy nie ma). Od lat ma podwójne obywatelstwo – rosyjskie i amerykańskie. Mieszka na stałe w USA. I kręci się wokół różnych spraw. Między innymi zabiega o zniesienie sankcji nałożonych na Rosję. Tym samym trudni się Wiesielnicka.

O tej ciekawej postaci i o tym, co wynikło ze spotkania 9 czerwca ubiegłego roku – w następnym odcinku.