Putin przywdziewa maskę dobrego cara

9 grudnia. Podczas uroczystości otwarcia zimowych igrzysk olimpijskich w Soczi w 2014 roku nastąpiła chwila konsternacji, gdy nie udał się trik polegający na rozwijaniu się w koła olimpijskie białych śnieżynek czy też gwiazdeczek. Jedna z nich nie rozwinęła się i symbol olimpiady pozostał kaleki. Symbolika tej organizacyjnej wpadki powróciła po latach, gdy Międzynarodowy Komitet Olimpijski zdecydował się wreszcie zareagować na skandal związany z olimpijskim dopingiem.

Po długich badaniach, śledztwie, konsultacjach MKOl ogłosił, że dyskwalifikuje Rosyjski Komitet Olimpijski i nie dopuszcza go do udziału w zimowych igrzyskach Pjongczang, które mają odbyć się w lutym 2018 roku. Powodem jest afera dopingowa. Ze zdobytych przez rosyjskich sportowców w Soczi medali zakwestionowano i odebrano aż jedenaście. W Pjongczang mają się odbyć dekoracje olimpijczyków, którym należne medale przyznano po zdyskwalifikowaniu rosyjskich oszustów. Przed olimpiadą w Soczi rosyjską kadrę eksperci od sportów zimowych plasowali na piątym-szóstym miejscu. Zadziwiające więc było to, że w klasyfikacji medalowej Rosja zajęła pierwsze miejsce. Teraz wiadomo, jak to się stało – realizowany przy współudziale FSB program wspomagania naszpikowanych dopingiem rosyjskich sportowców umożliwił im sięgnięcie po nienależne laury (o metodzie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/13/daleka-jest-droga-do-rio/). Rosyjscy działacze sportowi i politycy gniewnie fukają na MKOl za pozbawianie „zdopingowanych” Rosjan medali olimpijskich, sekretarz prasowy Putina oznajmił, że Rosji nikt nie odbierze zwycięstwa. Zdemaskowani sportowcy natomiast śmieją się MKOl-owi w nos i mówią, że swoich medali nie oddadzą. Nikomu jakoś nie jest przykro, że doszło do grubego przekrętu, nikt za to nie przeprasza. Przykrość delikwenci odczuwają jedynie z powodu odebrania ukradzionych splendorów i bana ze strony MKOl.

Po ogłoszeniu przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski decyzji o dyskwalifikacji Rosji nastąpiła krótkotrwała konsternacja jak wtedy, gdy w Soczi nie rozwinęła się śnieżynka. Reakcja rosyjskich oficjeli była wszakże więcej niż stonowana. Tylko nazajutrz po ogłoszeniu decyzji MKOl odbyła się burzliwa dyskusja w Dumie – wybrańcy narodu dali upust świętemu oburzeniu, wielu wzywało do całkowitego bojkotu olimpiady, darło patriotyczne pierze, odgrażało się niewyobrażalnym odwetem. Jedna z deputowanych na Twitterze przypomniała w tym kontekście, że Rosja ma broń atomową.

Atom atomem, ale Kreml nie zdecydował się nawet na użycie procy. Głos zabrał sam prezydent Putin i łagodnym głosem dziecięcego dentysty oznajmił, że choć Rosyjski Komitet Olimpijski został zdyskwalifikowany, to MKOl pozostawił czystym rosyjskim sportowcom furtkę: mogą pojechać do Pjongczang i wystąpić pod flagą olimpijską. I niech jadą, bo nie wolno odbierać ludziom szansy na sportowy sukces, na który pracowali latami. Mąż stanu pokój miłujący, żadnych ostrości, zero metalu w głosie. Czemu taka zmiana wizerunku?

Politolog Kiriłł Rogow rozważa takie warianty: „(1) MKOl dysponuje dowodami w sprawie dopingu, które jeszcze nie wyszły na jaw, a które jeszcze mocniej obciążają rosyjskie władze, (2) to, że rosyjska delegacja (na spotkaniu MKOl w Lozannie) faktycznie przyznała się do winy, jest częścią targu wokół kwestii dyskwalifikacji rosyjskiej sbornej w Mundialu 2018”. Do sprawy piłkarskich mistrzostw jeszcze za chwilę wrócę.

Sport to w Rosji więcej niż tylko sport – to w pojęciu i władz, i dużej części społeczeństwa jeden z ważnych komponentów składających się na mocarstwowość. Rosyjscy sportowcy muszą wygrywać – w ten sposób dowodzą potęgi państwa i przewagi nad resztą świata. Linia propagandowa rosyjskich mediów (szczególnie telewizji) wobec zarzutów MKOl i agencji antydopingowej WADA polegała na pokazaniu, że jedynym źródłem [nieprawdziwych] oskarżeń o doping jest zbiegły działacz rosyjskiej agencji antydopingowej Grigorij Rodczenkow, cała sprawa jest wydumana i ma na celu odwet na wielkiej Rosji wstającej z kolan, zwyciężającej w Syrii itd. Albo jak krzyczał w Dumie Żyrinowski, odwet za zwycięski czterdziesty piąty rok. Niemiecki dziennikarz Hajo Seppelt, od lat drążący temat dopingu, w tym programu dopingowego w Rosji, tak komentuje tę linię: „Niech pan Mutko (wicepremier, b. minister sportu, patron programu) przynajmniej przeczyta raport komisji McLarena, wszystkiego się dowie. Czyżby pan Mutko go nie przeczytał?”. Mutko został przez MKOl personalnie zbanowany – dożywotnio zakazano mu udziału w igrzyskach. Znamienne jest to, że mimo ciążących na nim zarzutów o wspieranie programu dopingowego, nadal zachowuje stanowisko w rządzie i nadal odpowiada za przygotowania do Mundialu. Jeszcze raz Hajo Seppelt: „Jak to możliwe, że państwo, które postępuje w ten sposób w sporcie [patronuje państwowemu programowi dopingowemu], jest gospodarzem mistrzostw świata w piłce nożnej? A pan Mutko, ponoszący polityczną odpowiedzialność za państwowy program dopingowy, co poświadczono w dokumentach MKOl, nie powinien mieć nic wspólnego z Mundialem. A ma. Jeżeli okaże się, że i w rosyjskiej piłce na przestrzeni wielu lat masowo stosowano doping – a oznak tego procederu jest aż nadto – to należy zadać pytanie: a czy taka drużyna w ogóle ma prawo wystartować w mistrzostwach świata? […] W najbliższym czasie czeka nas wiele dyskusji na ten temat. Jak przypuszczam, Rosja znowu będzie szła w zaparte i nie wykaże gotowości do współpracy”.

Ostra kwestia stosowania dopingu pod skrzydłami państwa i równie ostra kwestia tępienia tego typu praktyk przez międzynarodowe agencje i komitety po ogłoszeniu przez MKOl sankcji wobec Rosji minęły swój punkt kulminacyjny. Wzbierająca długo fala nagle opadła. Wielu obserwatorów uznało, że jak na skalę rosyjskiego przekrętu z dopingiem to reakcja MKOl jest nadzwyczaj łagodna, a jako taka nie ma sensu, bo nie osiąga celu: nikt nie domaga się od Rosji ani uderzenia się w piersi, ani solennej obietnicy poprawy. Rosyjscy sportowcy mogą pojechać na zawody olimpijskie, a na ceremonii zamknięcia już nawet będą mogli defilować pod flagą państwową. MKOl naznaczył krótką i niezbyt bolesną pokutę jak na rozmiary przewiny.

Mięciutka była też wspomniana powyżej reakcja Putina. Trzeba pamiętać, że w 2018 roku Władimira Władimirowicza czekają dwa ważne wydarzenia. Po pierwsze w marcu będą wybory. Po drugie będzie Mundial.

Po długich i ciężkich przymiarkach Putin wreszcie – i to w dniu, gdy ogłoszono o dyskwalifikacji olimpijskiej – ugiął się pod naporem zniecierpliwionego ludu pracującego miast i wsi, który domagał się od niego startu w marcowej elekcji, i ogłosił urbi et orbi, że stanie w szranki wyborcze. Kampania wyborcza jeszcze się nie zaczęła, a już widać, że Putin stawia na bliski kontakt z owym ludem, będzie kreował się na władcę mądrego, stabilnego, pochylonego z troską nad obywatelem. Dobrotliwy, pełen miłości człowiek-prezydent, prezydent-człowiek. Kolejny wizerunkowy lifting i kandydat na prezydenta jak nowy. Tylko zdrowie już nie to. Nie mogę uwolnić się od wrażenia, że na prezentowanych ostatnio w telewizji migawkach z wizyt prezydenta w zakładach pracy widoczne było, że Putin ma trudności w poruszaniu się, że znowu utyka. Raziło sztucznością zadane przez jednego z uczestników spotkania wazeliniarskie pytanie o dobrą formę fizyczną człowieka, który powłóczy nogą, jednocześnie ze wszystkich sił starając się zamaskować tę nieudolność.

Ksenia Starosielska. RIP

5 grudnia. Mówiła, że tłumacz to most między narodami, państwami, kulturami. Ksenia Starosielska była mostem pomiędzy Polską i Rosją – jej wspaniałe tłumaczenia pozwoliły Rosjanom poznać dorobek polskich autorów. Przetłumaczyła na rosyjski utwory między innymi Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza, Tadeusza Nowaka, Jerzego Andrzejewskiego, Jerzego Pilcha, Jarosława Iwaszkiewicza, Tadeusza Konwickiego, Hanny Krall, Marka Hłaski.

Odeszła w ostatnich dniach listopada w wieku 80 lat.

Powołanie – bo tłumaczenie literatury to powołanie – odkryła w sobie nie od razu. Za namową rodziny, która chciała, aby Ksenia miała praktyczny fach w ręku, ukończyła inżynierię chemiczną. Po studiach pracowała przez kilka lat w laboratorium. Jak mówiła, bez radości i zainteresowania. Radość to było poznawanie świata. Jeszcze na studiach odwiedziła Polskę w ramach wymiany turystycznej. Była w Warszawie, Krakowie i Zakopanem. „Wróciłam z Polski pełna wrażeń. Jacyś inni ludzie na ulicach, kobiety ubrane inaczej niż u nas. I ta atmosfera wolności. Tańczyliśmy rock and rolla. Było wspaniale” – wspominała po latach tę pierwszą podróż. Była druga połowa lat pięćdziesiątych, pierwsze powiewy chruszczowowskiej odwilży. W Moskwie można było obejrzeć wystawę impresjonistów francuskich – obrazy wyciągnięte z muzealnych magazynów. Zafascynowana Ksenia chciała poczytać o tym nieznanym świecie. Książek po rosyjsku nie było. Na daczy zobaczyła książkę francuskiego autora o Toulouse-Lautrecu po… polsku. Mama i ciocia doskonale znały polski, urodziły się w Łodzi i w tym mieście spędziły pierwsze lata życia. W czasie I wojny rodzina przeniosła się na stałe do Moskwy, dziewczynki przełączyły się na rosyjski i przez długie lata zwalczały u siebie polski akcent, którego nie mogły się długo pozbyć, a który był przedmiotem kpinek moskiewskiego otoczenia. W domu nie mówiono zatem po polsku i Ksenia tego języka nie znała. Ale postanowiła się nauczyć. To było już po tej wspaniałej wyprawie do roztańczonej rock and rollem Polski. Od mamy nauczyła się czytać po polsku. Z jej pomocą przebrnęła przez tę książkę o malarstwie. A następną przeczytała już sama, tylko ze słownikiem. Było to polskie tłumaczenie duńskiego kryminału. Jak mówiła Starosielska, język polski stał się dla niej nie tylko miłością, stał się samym życiem.

Potem były lata wytrwałej pracy nad szlifowaniem języka. Pierwsze próby translatorskie. Jak przyznawała po latach – niezbyt udane. Ale wtedy Ksenia Jakowlewna już wiedziała, że właśnie to chce robić w życiu zawodowym – tłumaczyć książki. Odeszła z laboratorium, rozstała się z chemią.

„Miałam szczęście – książki, które proponowałam wydawnictwom, zwykle trafiały w gusta wydawców – mówiła w jednym z wywiadów. – Mogłam więc przekładać dzieła autorów, którzy mnie interesowali, a to było gwarancją satysfakcji. Do niektórych z autorów z tych czy innych względów więcej nie wracałam. Ale bywało, że po zakończeniu pracy zainteresowanie autorem nie malało, wręcz przeciwnie – rosło, pojawiało się przywiązanie i – nie boję się tego słowa – miłość. O ile nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Często wirtualne kontakty stawały się realną przyjaźnią”.

Lata tytanicznej pracy. Budowanie warsztatu, gromadzenie wiedzy. Poznawanie niuansów polskich realiów opisywanych w tłumaczonych książkach, korespondencja z autorami. Na jednym ze spotkań z czytelnikami Ksenia Jakowlewna przytaczała wyimki z korespondencji z Tadeuszem Nowakiem (można to obejrzeć tutaj https://www.youtube.com/watch?v=PeuLpMdtvyc). Tłumaczenie to było cyzelowanie najdrobniejszych szczegółów. Godne podziwu studia nad każdym szczegółem, dbałość o każde słowo. Jednocześnie Starosielska miała doskonały słuch lingwistyczny, niezwykłe wyczucie frazy, wrażliwość. Jednym słowem – zestaw cech niezbędnych w zawodzie tłumacza.

Przez wiele lat była redaktorem naczelnym czasopisma „Inostrannaja Litieratura”, na łamach którego publikowano przekłady literatury światowej. Również polskiej. Prowadziła seminaria dla młodych adeptów sztuki translatorskiej w Centrum Kultury Polskiej w Moskwie. Była wielką przyjaciółką Polski. Polska doceniła jej nadzwyczajny wkład w rozwój kultury, w krzewienie polskiej literatury na rosyjskiej niwie. Ksenia Starosielska została odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Zasługi RP i innymi odznaczeniami.

Dziękujemy za wszystkie wspaniałości.

 

Francuska wpadka senatora

30 listopada. Coś nie zgadza się w rachunkach. Francuskie służby fiskalne dopatrzyły się, że senator Sulejman Kerimow zalega francuskiemu budżetowi na niebagatelną kwotę 400 mln euro – podają dziś francuskie media. Jak to możliwe? Rosyjski senator jest coś winien francuskiemu fiskusowi?

Cofnijmy się kilka dni. Kerimow, członek Rady Federacji, w której reprezentuje kaukaski Dagestan, miliarder, 20 listopada wieczorem przylatuje do Nicei. Gdy wysiada z samolotu i luzackim krokiem zmierza do wyjścia, podchodzi do niego kilku panów z twarzy podobnych zupełnie do nikogo. Pokazują mu odznaki i proszą, by poszedł z nimi – jest zatrzymany w związku z podejrzeniem o pranie brudnych pieniędzy i zaleganie z podatkami. Rosyjskie służby konsularne zostają postawione na nogi. Kerimow wprawdzie nie należy do ścisłego grona wierchuszki władzy w Rosji, ale jednak jest senatorem i człowiekiem z forsą (Forbes ocenia jego majątek na 1,6 mld dolarów; zarobił je dzięki sprytnym agresywnym przejęciom, na handlu ropą, bankowości, wydobyciu złota i eksploatacji lotniska w stolicy Dagestanu Machaczkale). MSZ Rosji występuje w firmowym stylu z gniewnym oświadczeniem, że Kerimow – jako członek izby wyższej parlamentu – ma paszport dyplomatyczny i jest w związku z tym chroniony immunitetem, żadne francuskie służby nie mogą go zatrzymać. Ręce precz itede. Groźne fukanie milknie, gdy okazuje się, że Kerimow przybył do Francji z prywatnym paszportem w kieszeni, traktowany jest więc jak osoba prywatna.

Kerimow przespał nockę „na twardym” w areszcie, po czym został wypuszczony za kaucją (5 mln euro) i z zakazem opuszczania departamentu.

Gazeta „Wiedomosti” zajrzała senatorowi w deklarację majątkową (takowe mają obowiązek składać członkowie parlamentu). Okazuje, że Kerimow w ubiegłym roku zarobił wszystkiego 12 mln rubli, ma dwa małe mieszkanka i mercedesa. Co innego rodzina – o, rodzina pana senatora: żona i dziateczki, w tym nieletnie, mają i pieniądze, i auta, i nieruchomości, i przedsiębiorstwa. Francuskie gazety natomiast zainteresowały jest willami na południu Francji, które formalnie do Kerimowa nie należą. Kilka miesięcy temu w willach odbyły się rewizje, media spekulują, że znaleziono wtedy dokumenty świadczące o przynależności willi do Kerimowa (http://www.compromat.ru/page_37790.htm). Dziś zatrzymano osoby podejrzewane o nielegalne zarządzanie nieruchomościami, co umożliwiło Kerimowowi ukrycie faktu przeprania lewej kasy i wyprowadzenia w pole francuskiego fiskusa.

Przez kilka dni zatrzymanie senatora było jedną z najostrzej komentowanych w Rosji wiadomości. Zdaniem wielu obserwatorów, wpadka Kerimowa to sygnał dla członków rosyjskiej elity, która lokuje swoją krwawicę na Zachodzie, że ta lokata przestała być bezpieczna. I blady strach padł na posiadaczy pięknych rezydencji na Lazurowym Wybrzeżu, w szwajcarskich Alpach i śródziemnomorskich wyspach, dyskretnych kont bankowych i innych fajności. Oficjalnie przecież żaden z wysokich rosyjskich urzędników i członków najwyższych władz partyjnych i państwowych nie ma prawa posiadać majątku za granicą. Jaki więc znajdzie sposób, by w razie tarapatów chronić swą własność? Wielkie pytanie.

Opozycyjny publicysta Aleksandr Ryklin pisze: „Biedny senator Kerimow. Francuski sąd zakazał mu opuszczania Francji. Będzie musiał oczekiwać na rozprawę sądową z dala od ojczyzny, w fatalnych warunkach surowej francuskiej rzeczywistości. Ciekawe, jaką drogę wybierze Kerimow. Czy zaryzykuje i zostanie składając swój los w ręce francuskiego wymiaru sprawiedliwości czy pomimo zakazu sądu drapnie do Rosji? Ale wtedy – żegnaj na wieki rodzone Lazurowe Wybrzeże […]. Ciekawe, czy przedstawiciele putinowskiej elity – i politycznej, i ekonomicznej, zrozumieli, że tam to nie tu? Że model postępowania, który praktykują w Rosji, na Zachodzie nie przechodzi, że to wręcz niebezpieczne. Tym bardziej teraz, kiedy zajęli się tym na całym świecie na poważnie. A przecież były narady na Kremlu, na których uprzedzano ludzi, żeby mieli się na baczności, żeby się odpowiednio na Zachodzie zachowywali, płacili podatki, pamiętali, że nie wolno lekceważyć tamtejszych przepisów itd.”. Inny komentator kryjący się pod pseudonimem Politjoystick zauważa: „Temat zatrzymania Kerimowa może być również korzystny dla Kremla. Wypływa bowiem w tym kontekście na powierzchnię wygłoszone w 2013 r. przez Putina wezwanie, aby rosyjska elita ponownie swoje aktywa przenosiła do Rosji. Było dość czasu, aby to zrobić”.

Nicea jest dla Kerimowa pechowym miejscem. Kilka lat temu ledwie przeżył wypadek samochodowy, który sam spowodował. Mknął z szaloną prędkością nadmorskim bulwarem czarnym ferrari, rozmawiał o pięknym życiu z piękną kruczowłosą dziewczyną Tiną Kandelaki, aż tu nagle stracił panowanie nad kierownicą i wyrżnął w palmę.

Oftalmolog w Soczi

24 listopada. Zdjęcia ze spotkań udały się nad wyraz. Najpierw wspólna fotka Putina z Asadem. Potem irańsko-turecko-rosyjski tercet przywódców, ściskających sobie z zapałem ręce. A na deser jeszcze rozmowa telefoniczna rosyjskiego prezydenta z Donaldem Trumpem. Od pewnego czasu rosyjska dyplomacja ustawia dekoracje, w których wystawiona zostanie sztuka „Rosja wygrała w Syrii”. Próba generalna już się odbyła w Soczi.

Rezydencja prezydenta Putina w Soczi. Taras. 20 listopada. Twarz Władimira Władimirowicza rozpływa się w uśmiechu, skrzące się szczęściem oczy toną w warstwach botoksu. Rosyjski prezydent trzyma w ramionach wysokiego mężczyznę. To Baszar al-Asad. Jak przedstawia go konsekwentnie strona rosyjska: „jedyny legalnie sprawujący władzę w Syrii polityk”. Uścisk jest mocny i serdeczny. Kolejne zdjęcie ze spotkania przyjaciół pokazuje obu polityków siedzących przy stoliku na burych fotelach. Asad w pozie skromnej, wyprostowany, gotowy łowić każde słowo spływające w ust interlokutora, Putin w firmowej pozie władcy wszechświata z szeroko rozstawionymi kolanami. Trzecia fotka przedstawia prezydentów, ściskających sobie radośnie prawice. Łagodne oblicze oftalmologa Asada opromienia uśmiech szczęścia.

Jak głosi oficjalny komunikat, Asad podziękował Rosji za „pomoc w walce z terrorystami na terenie Syrii”. Dwa dni wcześniej rosyjska delegacja w Radzie Bezpieczeństwa Narodów Zjednoczonych zawetowała kolejną amerykańską rezolucję o przedłużeniu prac komisji ds. badania przypadków użycia broni chemicznej w Syrii. Eksperci działający w ramach ONZ-owskiego mechanizmu kontroli wielokrotnie oskarżali reżim Asada o stosowanie broni chemicznej, w tym przeciwko ludności cywilnej. Po rosyjskim wecie mandat komisji wygasł. Asad mógł spokojnie przyjechać do Soczi i paść w ramiona wybawcy. Przynajmniej na razie jego pozycja została obroniona.

Spotkanie z Asadem Putin wykorzystał, aby zakomunikować, że Rosja zamierza po sukcesie militarnym zwinąć kontyngent w Syrii: „co się tyczy naszej wspólnej pracy w walce z terrorystami na terytorium Syrii, to ta operacja wojskowa rzeczywiście dobiega końca”. Można mieć co do tego wątpliwości – nawet jeśli faktycznie część sił zostanie wycofana (już raz Putin zapowiadał wycofanie, po czym się okazało, że Rosjanie zostali w Syrii i dalej bombardowali), to należy przypuszczać, że w Syrii pozostanie co najmniej obsada dwóch rosyjskich baz – Tartus (port) i Chmejmim (lotnisko). Poza tym w Syrii walczą oddziały prywatnych firm wojskowych. W razie czego szybko można załogę baz zwiększyć. Zresztą, można operować i z Rosji. Ostatnie dzienniki rosyjskiej telewizji otwierały informacje o tym, jak to startujące z rosyjskich lotnisk bombowce raziły cele w Syrii.

Jednym z głównych celów, jakie Rosja stawiała, przystępując do operacji militarnej w Syrii, było utrzymanie u władzy Asada. To się na razie udało. Ale Asad nadal nie kontroluje całego terytorium Syrii i nadal ma bardzo wielu wrogów. Pomysł Rosji na uregulowanie konfliktu wewnętrznego w Syrii polega na przekonaniu przynajmniej części aktorów uczestniczących w syryjskiej grze do pozostawienia Asada na stanowisku. Układaniem tego pasjansa zajmują się dyplomaci w ramach tak zwanego formatu astańskiego (Asad plus część umiarkowanej opozycji) pod patronatem Rosji, Iranu i Turcji. Przywódcy tych trzech krajów spotkali się dwa dni po Asadzie w Soczi. Podczas trójstronnego szczytu ustalono, że kolejnym etapem uregulowania będzie przeprowadzenie Kongresu Narodów Syrii. Idea, jaka przyświeca temu forum, to udział w nim wszystkich stron konfliktu. Tylko czy to się uda? Rozkład sił, uczestniczących w konflikcie, jest skomplikowany, opis tego politycznego krajobrazu znacznie wykracza poza możliwości krótkiego blogowego wpisu. Ale należałoby wspomnieć choćby najważniejszą siłę, która najprawdopodobniej nie przyśle delegacji na kongres: to amerykański klient, kurdyjska Partia Unii Demokratycznej, powiązana z antyturecką Partią Pracujących Kurdystanu. A to nie są jedyne siły niechętne Asadowi ( i nie tylko Asadowi). Poza tym – na ile trwałe okaże się porozumienie Rosji z Turcją i Iranem? Każde z tych państw rozgrywa własną partię, nie zawsze są one harmonijne. Iskrzyć może już na najbliższym zakręcie.

Jakie plany snuto w Soczi? Według rosyjskiego politologa Walerija Sołowieja, „najbardziej prawdopodobny scenariusz [jaki rozpatrywano] to ogłoszenie Syrii integralnym państwem, ale faktyczny podział kraju na kantony według ustalonych stref wpływów. Trzech pretendentów do objęcia tych stref już mamy – Iran, Turcja i Rosja. Formalnie więc będzie jakiś syryjski rząd, ale odpowiedzialność będzie spoczywać na patronach. Ponadto uważa się, że Asad powinien odejść, będzie jakiś okres przejściowy, rok, półtora, dwa, ale z punktu widzenia Europy, Ameryki, a także Turcji Asad pozostać nie może. Jest wielu aktorów, którzy nie darzą Rosji zaufaniem, dla których najważniejsze jest, aby Asad odszedł, którzy chcą ograniczyć wpływy Rosji w regionie, przede wszystkim nie dopuścić do wzrostu znaczenia Iranu, z którym Rosja zawiera alianse”. Sołowiej mówi w tym kontekście o Izraelu i Arabii Saudyjskiej.

No i są jeszcze Stany Zjednoczone. Putin rozmawiał z Trumpem przez telefon. Po porażce, którą zaliczył w Da Nang (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/11/12/frontem-do-afrontu/), rosyjski prezydent bardzo potrzebował okazji, by zaprezentować się jako lider światowego formatu. Rozgrywanie Syrii to w tym kontekście przydatna rzecz. Można przy tej okazji powiedzieć: zobaczcie, oto pokonaliśmy w Syrii wroga. Nie, nie tylko Państwo Islamskie. Także USA, które nie potrafiły doprowadzić do końca swego planu obalenia reżimu w Damaszku. Iluzoryczne, ale przyjemne. I dobry humor wraca. Na jak długo? Przecież konflikt w Syrii się nie kończy. I nie kończy się gra o Syrię. I szerzej – Bliski Wschód. I jeszcze szerzej – o dobre miejsce przy stole, przy którym rozgrywane są najważniejsze partie światowej polityki.

Frontem do afrontu

12 listopada. Mieli się znowu spotkać. Tak jak to było kilka miesięcy temu na szczycie G20 – w kuluarach. Putin i Trump mieli porozmawiać tym razem na marginesie szczytu APEC w Wietnamie. O najważniejszych problemach: sytuacji w Syrii, uregulowaniu na wschodzie Ukrainy i o północnokoreańskich rakietach. Ale do kuluarowych rozmów dwóch prezydentów nie doszło.

W zeszłym tygodniu z dnia na dzień, w miarę zbliżania się terminu planowanego spotkania Putin-Trump rosyjskie media coraz głośniej dęły w rożek triumfalizmu. Bo choć już jakiś czas temu okazało się, że Trump nie spełnia pokładanych w nim nadziei Kremla, to jednak znowu zapaliło się wątłe światełko w tunelu: powstała sytuacja, by podjąć debatę, przedstawić swoje warunki i jakoś się ułożyć. Protokół rozbieżności jest bardzo długi, ale od czegoś trzeba zacząć – przekonywali komentatorzy, grzejący silniki przed spotkaniem. Spodziewano się co najmniej ocieplenia atmosfery; prezydenckie rendez vous przedstawiano jako dowód na to, że USA bez Rosji nie są w stanie rozwiązać ani jednego problemu światowej polityki. Jak głośny policzek zabrzmiał więc komunikat strony amerykańskiej, że do spotkania nie dojdzie.

Po stronie rosyjskiej nastąpiła konsternacja. Na pudrowanie tego amerykańskiego afrontu kremlowscy propagandyści najwyraźniej nie byli przygotowani. Gdy głos w tej sprawie zabrał sam Putin, powiedział z krzywym uśmiechem, że „ukaże tych, którzy zawinili”; tłumaczył, że zaważyły kwestie protokolarne, że ekipom nie udało się wnieść odpowiednich zmian w harmonogramy obu liderów, no i wyszło, jak wyszło. Ale „nic strasznego się nie stało”, bo on z Trumpem zdążył i tak wszystko omówić w trakcie posiedzenia plenarnego. Nawet oświadczenie w sprawie Syrii podpisali.

W rosyjskich mediach nastał czas drobiazgowego opisywania tego, co działo się na szczycie w Wietnamie. Jedna strona, obsługująca Kreml, z żarem donosiła, że jednak przywódcy się podczas imprez szczytu spotkali, porozmawiali, wprawdzie tylko mimochodem, w biegu, ale przecież jakże sympatycznie się do siebie Putin i Trump odnieśli, gdy obok siebie pozowali do wspólnej fotografii. Popularna gazeta „Komsomolskaja Prawda” w wazeliniarskim zapędzie informowała nawet o tak doniosłym wydarzeniu jak to, że Trump „dotknął ramienia Putina”. Strona krytyczna wobec Kremla bezlitośnie wyszydzała usiłowania Putina, by Trump zwrócił na niego uwagę. Jeden z twitterowiczów napisał lapidarnie o tym dziwnym rosyjskim kontredansie: „Trochę śmiesznie: Trump ucieka przed Putinem, bo u niego w domu toczy się śledztwo, wyjaśniające, jak wyglądały jego powiązania z Putinem, a Putin koniecznie chce się do Trumpa przytulić, bo inaczej w domu nikt go nie będzie poważać”. Cytowano też bajkę o Kopciuszku: – „Och, książę na mnie popatrzył dwa razy”.

Dalej też było jak w bajce. Trump na swoim koncie twitterowym napisał, że wierzy Putinowi, gdy ten powiada, że Rosja nie ingerowała w amerykańskie wybory. Wierzy i już. Taki stan świadomości nie trwał jednak zbyt długo – kilka godzin później prezydent USA na konferencji prasowej w Hanoi oświadczył: „Co do tego, czy ja wierzę czy nie wierzę. Jestem razem z amerykańskimi służbami specjalnymi, szczególnie w obecnej sytuacji. […] A to, w co wierzy Putin, jest tym, w co wierzy Putin”.

Gra na światowej szachownicy toczy się dalej. Ale czy manewry związane z umawianiem i zrywaniem spotkania Trumpa z Putinem nie świadczą o czymś, o czym rosyjska propaganda chciałaby zapomnieć, wymazać, zamazać? A mianowicie, że sprawy świata mogą być rozwiązane bez udziału Rosji, że jej udział sprawy komplikuje, a nie pozwala je rozwiązać. I choć Trump osobiście ma słabość do druga Władimira, to amerykański establishment nie zamierza popuszczać, uważnie prześwietla powiązania ekipy prezydenta z Rosją i rosyjskie zaangażowanie w wybory w USA. Rosyjska oferta okazuje się w tym kontekście nieciekawa.