FR dezerterzy

12 lipca. Iwan Szewkunow w lipcu ubiegłego roku zakończył zasadniczą służbę wojskową, wojsko mu się spodobało, postanowił podpisać z rosyjską armią kontrakt, zgłosił się, by zawrzeć umowę na służbę w Sewastopolu. Komendantura wojskowa wydała mu niewypełniony druk kontraktu i wysłała do Sewastopola, by tam dowództwo uzupełniło puste rubryki. Po drodze wszelako okazało się, że Szewkunow może służyć wyłącznie w brygadzie w Majkopie. Niech będzie Majkop, cóż było robić. We wrześniu pododdziały z Majkopu przerzucono na poligon Kadamowski w obwodzie rostowskim, przy granicy z Ukrainą. Według słów matki Szewkunowa, na poligonie panowały ekstremalnie trudne warunki, ale jeszcze gorsze było to, że na Iwana i jego kolegów wywierano nacisk, aby „dobrowolnie” zgłosili się do wypełniania zadań na terytorium Ukrainy – czyli dołączyli do szeregów tak zwanego pospolitego ruszenia w samozwańczych republikach Donieckiej i Ługańskiej. Kilkudziesięciu odmówiło. W czerwcu br. wszczęto przeciwko nim postępowanie z paragrafu o dezercję (czyn zagrożony karą do dziesięciu lat pozbawienia wolności) lub samowolne opuszczenie jednostki wojskowej.

Przypadki Szewkunowa i jego kolegów z jednostki w Majkopie opisała internetowa Gazeta.ru (http://www.gazeta.ru/politics/2015/07/10_a_7633125.shtml). Tak na marginesie: Gazeta.ru jest medium ostrożnym, neutralnym, przez niektórych uważanym wręcz za prokremlowskie. Aż tu nagle taka publikacja.

Prawniczka Tatiana Czerniecka, która reprezentuje interesy oskarżonych, sprawdziła oficjalną statystykę brygady w Majkopie. W latach 2010-2014 ukarano za samowolne opuszczenie jednostki łącznie 35 żołnierzy. Tylko w pierwszej połowie tego roku – już 62. Epidemia? Sprawy wszystkich kontraktowych żołnierzy, którzy czekają na rozstrzygnięcie sądu garnizonowego z zarzutami dezercji, są podobne jak krople wody: od września do listopada byli na poligonie Kadamowskim, opuścili go, skarżąc się na nieludzkie warunki i nachalną rekrutację do walk w Donbasie po stronie separatystów. „Nikt nie chciał walczyć w Donbasie ani za 8 tysięcy dziennie, jak obiecali werbujący do walk na Ukrainie, ani za 28. Żołnierze uciekali z Kadamowskiego do jednostki [w Majkopie], tam składali wnioski o zwolnienie ze służby, wniosków nikt nie rozpatrywał” – mówi Czerniecka Gazecie.ru.

Jeden z cytowanych w artykule żołnierzy mówi, że od kolegów, którzy dali się namówić do wysłania na Ukrainę, dowiedział się, że żadnych pieniędzy w rezultacie nie dostali. „Nas kinuli”, czyli okantowali – to częste zdanie pojawiające się w relacjach żołnierzy. Rosja nie tylko nie płaci swoim najemnikom obiecanych ośmiu tysięcy dziennie, ale także nie przyznaje się do żołnierzy, którzy zginęli, zostali ranni lub którzy dostali się do ukraińskiej niewoli (pisałam o tym m.in. tu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/05/28/kalambury-czasow-niespokojnego-pokoju/). Morale? A co to jest morale?

Dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy Aleksandr Pluszczew, komentując sprawę żołnierzy z Majkopu, napisał: „w artykule mowa jest o tym, o czym niby wszyscy wiemy, ale szczegółów nie znamy, więc teraz znamy, to kolejne potwierdzenie. To materiał o mechanizmie pojawiania się tak zwanych [rosyjskich] ochotników na zbuntowanych ukraińskich terytoriach. To materiał o tym, że nasza armia jest nadal armią złożoną z niewolników, człowiek podpisujący kontrakt to niewolnik, nic więcej. To materiał o tym, jak ludzie w mundurach, służący temu systemowi chachmęcą z kontraktami [puste rubryki w kontrakcie], dokumentacją, oszukują ludzi, wysyłają do walki, narażając na śmiertelne niebezpieczeństwo, a sami siedzą sobie wygodnie w sztabach i gabinetach. Z tego materiału wynika, że system nie zasługuje na zaufanie, i jeszcze, że dezerterów jest wielu”.

Ministerstwo Obrony Rosji na razie nie skomentowało doniesień medialnych o dezerterach z Majkopu.

Jak makiem zasiał

10 lipca. Nie od dziś wiadomo, że rosyjski sąd jest najbardziej humanitarny na świecie. Nowe potwierdzenie słuszności tego stwierdzenia znajdujemy w kronice sądowej miasta Woroneż. Miejscowy sąd skazał czteroosobową rodzinę Połuchinów na kilkuletnie wyroki kolonii karnej za wypiekanie i sprzedawanie w należącej do rodziny kawiarni „Oczag” bułeczek z makiem. Czy Połuchinowie zalegali z podatkami? Nie. Czy napadli na bank w celu pozyskania pieniędzy na działalność gospodarczą? Nie. Czy kogoś okradli? Nie. Zabili? Też nie. Po prostu wypiekali drożdżówki z makiem.

Na podejrzaną zawartość wypieków pięć lat temu zwrócili uwagę czujni funkcjonariusze Federalnej Służby Kontroli Narkotyków. Ich zdaniem Połuchinowie dodawali do spożywczego maku narkotyki. Według materiałów śledztwa, złowieszczy właściciele lokalu w garażu opryskiwali roztworem opium mak, suszyli suszarką do włosów, dodawali słomę makową i w ten sposób przygotowane opium dla narodu sprzedawali (w małych pakietach). Połuchinowie nie przyznali się do zarzucanych im czynów (gdyby się przyznali, dostaliby wyrok w zawieszeniu – tak mówią).

Od 2010 roku w Rosji obowiązuje przepis dopuszczający w obrocie wyłącznie czysty mak spożywczy bez żadnych dodatków. Jak wskazuje portal Meduza.io, mak sprowadza się do Rosji z zagranicy, gdyż własnych plantacji maku w Rosji nie ma od 1987 r., a zagraniczny mak zawiera domieszki, m.in. słomy makowej (słoma makowa może służyć do pozyskania narkotyku). Połuchinowie kupowali zatem zagraniczny mak, na własne potrzeby zużywali dwieście kilo miesięcznie, resztę odsprzedawali przedsiębiorstwu „Chlebograd”.

W badanych pięciu kilogramach inkryminowanego maku specjaliści z Federalnej Służby Kontroli Narkotyków (FSKN) stwierdzili 8,7 grama słomy makowej (0,18% zawartości). Czy to podstawa do ścigania „handlarzy narkotyków”?

Właściciel lokalu „Oczag” Aleksandr Połuchin, emerytowany oficer, twierdzi, że panowie z FSKN proponowali mu „kryszę” (opiekę) za drobne 50 tysięcy rubli miesięcznie, ale on się nie zgodził („Oczag” działał przez piętnaście lat i świetnie się miał). I że konsekwencją tej odmowy była sprawa sądowa, zakończona wysokim wyrokiem. Zdaniem Połuchina, to jeden z przejawów „opracowanego w wysokich gabinetach schematu, polegającego na wybiórczym szykanowaniu przedsiębiorców w interesach FSKN”.

Cała ta makowa historia dzieje się w kraju, który choruje na uzależnienie od narkotyków. Według oficjalnych danych FSKN w Rosji jest 3 miliony narkomanów (8,5 mln używa narkotyków incydentalnie), miesięcznie umiera z powodu narkomanii pięć tysięcy ludzi. Przez Rosję prowadzi narkotyczny szlak z Afganistanu, największego centrum produkcji opiatów.

Politolożka Jekatierina Szulman twierdzi, że FSKN idzie na łatwiznę, ścigając Połuchinów i im podobnych. FSKN powinno ścigać handlarzy narkotyków, ale „to zajęcie niebezpieczne [bo można trafić na kogoś silniejszego lub] przypadkiem pozbawić się źródła dochodu. Ścigać nie tych, kto jest niebezpieczny, a tych, którzy nie mogą uciec – to święta zasada działania organów ścigania, które znajdują się poza kontrolą społeczeństwa. […] W sprawie Połuchinów […] żadnych narkotyków nie było. Teraz trzeba by im znaleźć adwokata z prawdziwego zdarzenia i złożyć apelację”.

Nie wszyscy jednak są przekonani o niewinności biznesmenów z Woroneża. Wysokonakładowa gazeta „Komsomolskaja Prawda” publikowała reportaże, ukazujące rodzinę Połuchinów jako przestępców, którzy zajmowali się procederem zaopatrzenia narkomanów w pełni świadomie. A obrońców praw człowieka troszczących się o pomoc prawną dla podsądnych przedstawiono jako naciągaczy (http://www.kp.ru/daily/26402.7/3278002/, http://www.kp.ru/daily/26402.5/3278009/).

Inaczej relacjonowała proces opozycyjna „Nowaja Gazieta” (http://www.novayagazeta.ru/inquests/69167.html), wykazując słabości aktu oskarżenia, brak materiału dowodowego, absurdy rzekomo niezależnych ekspertyz itd.

Olga Romanowa, szefowa ruchu „Ruś sidiaszczaja”, pisze o swoich wątpliwościach: „1. Może Połuchinowie są winni, może są niewinni. Podczas procesu dopuszczono wiele naruszeń, wcześniej – wiele naruszeń było podczas śledztwa. Wina/niewinność nie została dowiedziona. […] 2. Nie było adwokata, bezpłatny adwokat z urzędu się nie liczy, tacy zwykle działają na szkodę oskarżonych. Dlaczego nie było adwokata? Albo Połuchinowie rzeczywiście handlowali narkotykami, ale w takim razie powinni mieć pieniądze i wykupić się, zapłacić FSKN, prokuraturze, śledczym, ale zostali na lodzie, gdy pieniądze się skończyły (zwykła to rzecz). Albo Połuchinowie są uczciwi. […] 3. Jest taki aksjomat: cały handel narkotykami w Federacji Rosyjskiej znajduje się pod „kryszą” FSKN. Wielkich baronów narkotykowych nie ruszają (współpracują), informatorów wydają swoim, kiedy współpraca dobiega końca, a próbujące działać bez kontroli płotki wyławiają. Połuchinowie to płotki (chociaż te 4 tony maku świadczą, że niekoniecznie). Być może w przeszłości współpracowali z FSKN, a teraz się ich pozbyto. Wariant trzeci – są całkowicie niewinni. Proszę zobaczyć, ile wariantów. A za to winę ponoszą sąd, śledztwo i prokuratura, które nic nie ustaliły”.

Kopnij Obamę, czyli jak smakują amerykańskie kanapki?

3 lipca. Unia Europejska długo zaprzęga, ale potem szybko jedzie – słyszę i czytam to zdanie bardzo często w rosyjskich mediach. Porzekadło to przypomniano również po tym, jak przewodniczącego Dumy Państwowej, Siergieja Naryszkina ostatnio nie wpuszczono do Finlandii. „Pan jest objęty sankcjami Unii Europejskiej, pan nie może wjechać na jej terytorium” – usłyszał pan Naryszkin. I bardzo się zdziwił. Nie, nie dlatego, że nagle się dowiedział, iż jego nazwisko figuruje na liście sankcyjnej. Doskonale o tym wiedział od chwili ogłoszenia listy. Ale nic sobie do tej pory z tego nie robił. Jeździł, dokąd chciał. I śmiał się z głupiej Unii, która wpierw wprowadza zakazy, a potem pozwala je omijać. I wierzył zapewne święcie (nie bez podstaw), że zawsze w tej głupiej Unii znajdą się pożyteczni idioci, który uchylą przed nim wrota. Tak było, gdy np. chciał pojechać do Francji.

O podróżach przewodniczącego Naryszkina pisałam już jakiś czas temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/12/23/deputowani-dumy-skrycie-kochaja-europe/). Członkowie grupy trzymającej władzę, wpisani na listę „niewjazdową”, znaleźli furtki, dzięki którym można było omijać zakaz wjazdu i podróżować po UE. Na przykład gdy dany polityk otrzymał zaproszenie od organizacji międzynarodowej.

Unia zaprzęgała i wreszcie zaprzęgła: wiz dla rosyjskich parlamentarzystów objętych sankcjami, a wybierających się do Finlandii, nie wystawiono. Choć wybierali się na poważną międzynarodową imprezę (sesja Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE w Helsinkach, w okrągłą rocznicę podpisania Aktu Helsińskiego).

Jakież było oburzenie, jakiż był gniew! Pan Naryszkin przypomniał zaraz Finlandii, że jeszcze nie tak dawno była częścią imperium rosyjskiego i że trzeba się przyjrzeć, czy sto lat temu, gdy tą częścią przestała być, wszystko odbyło się zgodnie z literą prawa międzynarodowego. Bo jak nie, to się to podniesie gdzie trzeba i pozbawi Finlandię prawa do samostanowienia. Ugf, grr, wrr. Ostatnio w Rosji panuje jakaś epidemia grzebania w aktach dotyczących przesuwania granic byłego imperium. Przy czym ku zdziwieniu przecierającej oczy publiczności wyroki w sprawie konstytucyjności oddania Krymu Ukrainie w 1954 czy odzyskania niepodległości przez państwa bałtyckie w 1991 feruje… Prokuratura Generalna Rosji. Ciekawe. (Analiza na ten temat historyka Borysa Sokołowa: http://grani.ru/opinion/sokolov/m.242379.html)

Finlandia na te wszystkie gniewne okrzyki dobiegające z Moskwy spokojnie odpowiedziała, że czeka na rosyjską delegację, proszę bardzo, tylko niech przyjedzie sześć osób spoza listy sankcyjnej. Jak czytam w programie jubileuszowej sesji OBWE, przewidziana jest deklaracja końcowa, która ma zawierać szereg rekomendacji dla samej organizacji i państw sygnatariuszy. Wiadomo, że oddzielnym punktem ma być rezolucja w sprawie Ukrainy. Oczekuje się, że będzie ona zawierać krytykę pod adresem Rosji za aneksję Krymu. Rosyjska delegacja planowała przedstawienie swoich wariantów rezolucji – o niedopuszczalności wykorzystywania sankcji w stosunku do członków parlamentów krajów członkowskich OBWE i o wypracowaniu wspólnych działań na rzecz przeciwdziałania neonazizmowi.

Z sankcjami rzeczywiście jest Kremlowi coraz mniej przyjemnie. Oficjalna propaganda powtarza dziesięć razy dziennie, że amerykańskie i europejskie sankcje nie są groźne, a nawet że nam jeszcze z tego powodu jest lepiej. Ale rzeczywistość coraz bardziej skrzeczy. I skrzeczeć będzie. Bo UE przedłużyło sankcje o kolejne pół roku, a USA wręcz zapowiadają, że wprowadzą jeszcze nowe.

Deputowany Dmitrij Gudkow, jedyny już bodaj opozycjonista w Dumie, który ma cywilną odwagę głosować przeciwko zamordystycznym ustawom, wprowadzanym jedna za drugą, napisał na FB: „Deputowani myśleli, że [sankcje to] fraszka, pogrożą, posrożą się i wpuszczą. Ale teraz, kiedy Zachód rozzłościł się nie na żarty, nikt nie chce znaleźć się w tonącej łodzi razem z narodem. To policjanci niech sobie siedzą w Rosji [od kilku miesięcy funkcjonariuszy policji obowiązuje zakaz wyjazdów zagranicznych] i odpoczywają na Krymie – za to dostaną prawo strzelania do tłumu. A deputowany rwie się do Europy, chce jeszcze raz powąchać słodkawy zapach gnijącego Zachodu”.

Panowie z parlamentu, ministerstw i innych organów władzy, którzy na Zachodzie zbudowali swoje domy, którzy na zachodnich kontach złożyli depozyty na czarną godzinę, którzy na Zachodzie kształcą dzieci, nie wyobrażają sobie odcięcia od tych dóbr. Owszem, na chwilę, ale przecież nie na zawsze, nie na poważnie, nie z powodu jakiegoś głupiego Krymu czy jeszcze głupszej Noworosji. Zapraszani do telewizyjnych seansów nienawiści politycy, eksperci, publicyści, celebryci opowiadają, wyskakując w entuzjazmie z portek, jak powinien zachowywać się prawdziwy patriota rosyjski: nienawidzić Zachód, który rozkłada się moralnie i pod każdym innym względem. To wersja dla maluczkich. Ale w realu liczą się inne rzeczy. Na przykład – poza wyżej wymienionymi willami i kontami – choćby leczenie na Zachodzie.

Zresztą czasem chodzi o rzeczy bardziej przyziemne. Ci, którzy toczą białą pianę z bąbelkami we wspomnianych seansach nienawiści, wieszają na państwach zachodnich najgorsze psy, grożą użyciem bomby jądrowej itd., ostatnio zaznaczyli swój udział w przyjęciu organizowanym przez amerykańską ambasadę z okazji Dnia Niepodległości. Jest np. taki ekspert wojskowy Igor Korotczenko, który regularnie z żarem wyklina wraże NATO, Amerykę, Europę (które jego zdaniem tylko po to istnieją, by rozwalić Rosję), pluje na ukraińskich „benderowców” i wszystkich tych, którzy ich wspierają, kocha rosyjskie Iskandery i głównodowodzącego. Też był na raucie. „Jak panu smakowały amerykańskie kanapki?” – pytali prześmiewcy w sieciach społecznościowych.

Utrzymywaniem kontaktów towarzyskich z Amerykanami Korotczenko raczej się w telewizji chwalić nie będzie. Antyamerykańskie ziarna obficie rzucane przez kremlowską propagandę w rosyjską glebę wydają parszywe owoce. Tego dnia, gdy Korotczenko, Żyrinowski i inni amerykanożercy bawili się na koszt amerykańskiej ambasady, w Bracku odbył się konkurs „Kopnij Obamę”. Uczestnicy konkursu popisywali się kunsztem obrażania wizerunku amerykańskiego prezydenta – najwyżej punktowane było kopnięcie prezydenta [na szczęście tylko jego zdjęcia] w twarz (https://www.youtube.com/watch?v=Ywwdr_4BT7U&feature=youtu.be).