O pożytkach belgijskiego piwa

18 czerwca. „Jeśli oni się tam opili belgijskiego piwa, to nie jest to nasz problem” – oznajmił dowcipnie rzecznik prasowy koncernu naftowego Rosnieft’ Michaił Leontjew, komentując aresztowanie rosyjskich aktywów w Belgii. Ale generalnie do śmiechu nie jest.

W Belgii i Francji, a potem także w Austrii komornicy przystąpili na podstawie decyzji sądów do aresztowania aktywów rosyjskich firm i mediów (m.in. agencji TASS i telewizji RT). Aresztowane aktywa mają stanowić zabezpieczenie roszczeń akcjonariuszy koncernu Jukos, należącego w przedłagiernej przeszłości do Michaiła Chodorkowskiego i rozparcelowanego przez ludzi ze spółki Baikalfinansgrup. Za tę spółkę zarejestrowaną na chwileczkę pod wątpliwym adresem ręczył osobiście prezydent Putin. Wkrótce potem spółka została zakupiona przez Rosnieft’ i wszystko zostało w rodzinie. To znaczy w Rosniefti. Akcjonariusze wypatroszonego Jukosu, wskazując na bezprawne działania, dochodzili odszkodowań przed sądem arbitrażowym. I latem 2014 roku sąd w Hadze zasądził takie odszkodowanie w wysokości, bagatela, 50 mld dolarów. Przez niemal rok Rosja nie kiwnęła palcem w tej sprawie. 15 czerwca minął termin złożenia planu spłaty. Planu strona rosyjska nie złożyła. Co więcej, rosyjski rząd ustami jednego z ministrów zapewnił dziś, że Rosja nie zamierza zastosować się do postanowienia sądu, nikomu nic nie zapłaci i zaskarży ten „niesprawiedliwy wyrok”. Cytowany wyżej złotousty Leontjew z lekceważeniem wyraził się o Belgii: „Im mniejszy jest kraj, tym bardziej potrzebuje zamanifestować swoją wielkość. […] Dalej pójdą Dania, Monaco, Andora. To wszystko przypomina dziecięce zabawy niedojrzałymi genitaliami w miejscach publicznych […] Jeśli Belgia postanowiła ściągnąć z Rosji kontrybucję, to niech wpierw wygra wojnę”. I zapowiedział, że Rosja też może zaaresztować u siebie aktywa państw, które zaaresztowały rosyjską własność.

Rosja z pewnością zaskarży wyrok arbitrażu w Hadze i będzie wszelkimi sposobami uchylać się od wypłacenia zasądzonej kwoty. To, że rosyjskie aktywa zostały zaaresztowane, jest ważnym sygnałem przede wszystkim dla rosyjskich elit politycznych i biznesowych. Oto okazuje się, że „zarobione nadludzkim wysiłkiem” środki z renty korupcyjnej, umieszczone (przeważnie cichcem) na Zachodzie nie mogą w tej sytuacji być bezpieczne. Z tym, że własność nie jest bezpieczna w Rosji, że można wszystko stracić w wyniku zmiany szczęśliwych polityczno-biurokratycznych konstelacji, putinowska elita od zawsze się liczyła (zwłaszcza po pouczającej lekcji Jukosu). Ale na Zachodzie wszystko miało być bezpieczne. Teraz nikt nie może być niczego pewien.

Dla rosyjskich władz ważny jest jeszcze jeden aspekt: Rosja nie może (to znaczy: nie chce) sobie pozwolić, by do jej kaszy – choćby pełnej plew i niesmacznej – pluły jakieś zagraniczne sądy. Dotychczasowa pasywna postawa w sprawie wypłaty zasądzonych dla akcjonariuszy Jukosu kwot świadczy o tym, że Moskwa nie zamierza poddawać się jakiejkolwiek zagranicznej jurysdykcji. Zaraz kapłani telewizyjnych seansów nienawiści zaczną opowiadać, że to kolejny spisek Zachodu itd. (choć dzisiejsze wieczorne wydanie programu „Wiesti” telewizji Rossija ledwie musnęło temat, komentarzy nie było). Ambasador Belgii został dziś wezwany na dywanik na plac Smoleński do rosyjskiego MSZ. Wręczono mu notę protestu.

Na aresztowanie rosyjskich aktywów zareagował już Michaił Chodorkowski: „Cieszę się z tego, że aresztowano majątek naszej biurokracji w Belgii. Oczekuję, że pozyskane w ten sposób pieniądze zostaną przeznaczone na projekty, pożyteczne dla rosyjskiego społeczeństwa”. Optymista.

Tłem dla akcji aresztowania rosyjskich aktywów za granicą jest wielkie forum gospodarcze w Petersburgu. Przybył na nie osobiście prezydent Putin. Rosyjskie władze starają się przekonać gości, że rosyjska gospodarka jest stabilna i należy w nią inwestować. Nie bardzo mają siłę przekonywania – sprawa aresztu aktywów i ostra reakcja rosyjskich czynników, zapowiadających „adekwatne restrykcje” w odpowiedzi na areszty nie skłoni zapewne przedsiębiorców do zaryzykowania biznesu w kraju, który nie szanuje postanowień sądów arbitrażowych. W ogóle niczego nie szanuje, prowadzi po cichu wojnę w sąsiednim kraju i straszy świat nowymi rakietami balistycznymi.

Królowa Asyrii Dżuna. RIP

14 czerwca. Uzdrowicielka, prorokini, szarlatanka, poetka, astrolożka, muza zabobonu, kobieta, która rozbiła popielniczką głowę Alle Pugaczowej i obwołała się asyryjską królową – Dżuna Dawitaszwili zmarła w Moskwie w wieku 66 lat.

Przez długie lata była tajemniczą postacią salonów artystycznych i politycznych Moskwy, o dużych wpływach opartych nie wiadomo na czym. Mówiła o sobie, że jej ręce leczą. Ale badający ją naukowcy z Rosyjskiej Akademii Nauk uznali, że jest po prostu rewelacyjną masażystką, o żadnych nadprzyrodzonych mocach, które przypisywała jej moskiewska ulica, nie było mowy.

Urodziła się w Kraju Krasnodarskim jako Jewgienija Sardis, jej ojcem był emigrant z Iranu, matką – kozaczka. Ze szkołą się nie zaprzyjaźniła, może skończyła, może nie skończyła technikum, według innych źródeł, podjęła studia w Rostowie nad Donem (nie wiadomo, czy je ukończyła). Wyjechała do Tbilisi, gdzie dzięki znajomości z rodziną gruzińskich naukowców rozwijała zainteresowania zjawiskami paranormalnymi. Według niepotwierdzonych informacji, zaczęła studia medyczne. Wyszła za mąż za Wiktora Dawitaszwili (był urzędnikiem w kancelarii Edwarda Szewardnadze), urodziła syna Wachtanga. Kolekcjonowała znajomości w kręgach artystycznych i politycznych, konsekwentnie budowała legendę osoby o uzdrowicielskich właściwościach. Zgłębiała tajniki bioenergoterapii, doskonaliła technikę masażu bezdotykowego.

W roku 1980 została polecona jako genialna uzdrowicielka żonie jednego z radzieckich notabli, przeniosła się na stałe do Moskwy. Stała się sławna dzięki rozpowszechnianym pocztą pantoflową wieściom o rzekomych seansach nakładania dłoni na chorego genseka Leonida Breżniewa (nie znaleziono potwierdzenia w dokumentach archiwalnych) i leczeniu innych znakomitości świata polityki i kultury (np. Roberta De Niro, Federica Felliniego). W latach 90. popróbowała sił w polityce – stworzyła partyjkę Blok Dżuny, wystartowała w wyborach do Dumy Państwowej w 1995 r., zdobyła pół procenta głosów.

Gdy z parlamentaryzmem nie wyszło, dwa lata później obwołała się królową Asyrii. Skąd ten pomysł? Dżuna wywodziła, że drzewo genealogiczne jej ojca, który przed wojną przyjechał z Iranu do ZSRR za chlebem i osiadł w Kraju Krasnodarskim, pełne jest osób niezwykłych, koronowanych, powiązanych z Domem Panującym Romanowów i władcami Asyrii. Wedle niej samej, korzenie rodu sięgają pierwszych Rurykowiczów, a ona sama jest spadkobierczynią świętej Olgi. Poczuła się tak dobrze w tym wcieleniu, że powołała własne stowarzyszenie Nowa Elita Rosji, została jego regentką i rozpoczęła handel tytułami. Według enuncjacji prasowych, „gramotę” od Dżuny otrzymał m.in. były mer Moskwy Jurij Łużkow.

Dżuna Dawitaszwili lubiła występować w telewizji, udzielać wywiadów, opowiadać o niesłychanych historiach, swoim wpływie na polityków, będących jej pacjentami. Twierdziła na przykład, że pomagała Borysowi Jelcynowi rządzić krajem (sic), za co otrzymała od niego Order Przyjaźni Narodów. Jeden z weteranów służb specjalnych utrzymywał, że ten order otrzymała za zasługi dla wywiadu wojskowego GRU – miała bowiem udzielać się przy weryfikacji kandydatów na agentów tej służby. W programie stacji NTW niedawno zapowiadała, że swoimi tajnymi fluidami zmusi Zachód do zniesienia sankcji wobec Rosji.

Twierdziła, że ma prorocze sny, że właściwość tę odziedziczyła po ojcu, który potrafił przewidywać przyszłość. Różne źródła przypisywały jej profetyczne zapowiedzi katastrof, m.in. zatonięcie okrętów, Czarnobyl, rozpad ZSRR.

Do legendy Dżuny należały też salonowe opowieści. Wielki rozgłos zyskała historia jej kłótni z carycą estrady Ałłą Pugaczową, rzekomo zazdrosną o wpływy, jakimi Dżuna cieszyła się w Moskwie. Zaproszona przez piosenkarkę na imprezę Dżuna poczuła się obrażona sposobem powitania (Pugaczowa kazała wypić jej karniaka, choć Dawitaszwili była abstynentką). Damy po wymianie słownych ciosów przeszły do rękoczynów, pojedynek wygrała Dżuna, która popielniczką (lub wazonem) zdefasonowała twarz gospodyni wesołej bibki.

Życie Dżuny, jej fantastyczny awans z głuchej wioski na moskiewskie salony, bajka o ezoterycznych umiejętnościach, rękach, które leczą – to wszystko trafiało na podatny grunt. Zwłaszcza na przełomie lat 80. i 90., w czasach, gdy stary porządek odchodził, a nowy był wielką niewiadomą. Moda na horoskopy i wiara w nadprzyrodzone moce rozkwitła w Rosji (szczególnie w latach 90.) bujnym kwieciem. Kariery zrobili Anatolij Kaszpirowski (odin, dwa, tri) czy Alan Czumak (za pośrednictwem ekranu telewizyjnego stwarzający cudowną wodę). A i teraz zapotrzebowanie na przymierze z niezbadanym światem cudów i magii ma się dobrze. Wiara w mity umiera na ostatek.

To, co na pewno nie należało do legendy i było autentycznym komponentem życia Dżuny Dawitaszwili, była wielka miłość do jedynego syna, Wachtanga. W 2001 roku Wachtang zginął tragicznie w wypadku samochodowym, Dżuna nie była w stanie poradzić sobie z tą śmiercią, wycofała się z życia publicznego, jedynie z rzadka pojawiała się w mediach. A gdy się pojawiała, opowiadała kompletnie odjechane, niestworzone historie. Widziałam jeden z jej wywiadów telewizyjnych, sprawiała wrażenie osoby nieobecnej, oderwanej od rzeczywistości, pogrążonej w głębokiej depresji. „Ona umarła wraz z Wachtangiem, jej energia się wyczerpała, nie mogła już leczyć”- powiedział jej przyjaciel, aktor Stanisław Sadalski. Ostatnie lata Dżuna poświęciła eksperymentom mającym  na celu ożywianie zmarłych. Podobno do trumny syna włożyła telefon komórkowy, regularnie opłacała abonament.

Telewizja NTW zakończyła niedawno zdjęcia do serialu o życiu Dżuny, widzowie obejrzą go zapewne jeszcze w tym roku.

Dżuna Dawitaszwili wczoraj spoczęła na Cmentarzu Wagańkowskim w Moskwie, uroczystości żałobne odbyły się w świątyni Asyryjskiego Kościoła Wschodu na moskiewskiej Dubrowce. Po internecie już rozchodzą się wieści, że Dżuna ożyła na własnym pogrzebie.

G2 i wystarczy

11 czerwca. I znowu nie udało się zdążyć na czas. Na spotkanie z papieżem Franciszkiem prezydent Władimir Putin przybył z prawie godzinnym opóźnieniem. Półtora roku temu też tak było (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/11/26/putin-na-mons-vaticanus/). Swego czasu i do królowej angielskiej Putin przyjechał z piętnastominutowym opóźnieniem. Do pełnej kolekcji spektakularnych spóźnień brakuje mu tylko spóźnienia na własny pogrzeb i Sąd Ostateczny – kpią komentatorzy. „Prokremlowski prawosławny” komentator Kiriłł Frołow orzekł, że w spóźnieniu nie ma nic zdrożnego: „Władimir Putin jest następcą świętego, równego apostołom wielkiego księcia Włodzimierza. Spóźnienie do papieża to śmiały czyn głowy wielkiego państwa, Trzeciego Rzymu”. Gdzie Trzeci Rzym, gdzie Trzeci Krym, w którym podobno książę Włodzimierz zrobił pierwszą przymiarkę do ochrzczenia się. Odkąd rosyjska propaganda dokonała tego krymskiego odkrycia, Putin obwołał Krym „kolebką rosyjskiego chrześcijaństwa”. Kijów automatycznie przestał się liczyć.

Zapewne nie tylko z powodu braku elementarnej kindersztuby, jakim po raz kolejny wykazał się drogi gość, papież nie był wylewny (jak to ma w zwyczaju). W komunikacie po rozmowach nie znalazło się słowo „cordial” (serdeczny), częstokroć używane przez watykańskie biuro prasowe na określenie atmosfery papieskich audiencji. Spotkanie w papieskiej bibliotece odbywało się za zamkniętymi drzwiami, treść rozmów nie została podana do publicznej wiadomości. Ogólnikowo stwierdzono tylko, że tematem była sytuacja na Ukrainie i pokój na świecie. Papież Franciszek miał – według słów jednego z watykańskich duchownych – wezwać wszystkie strony, mające coś wspólnego z konfliktem na Ukrainie, do przestrzegania porozumień rozejmowych Mińsk-2. Do tej pory papież wypowiadał się w sprawie Ukrainy bardzo ostrożnie. Tak było i tym razem, jeśli sądzić po skąpych przeciekach zza drzwi biblioteki. Pontifex podarował prezydentowi Putinowi (który wypiera się wysyłania rosyjskich wojsk na Ukrainę) medal z wizerunkiem anioła niosącego pokój.

Na pożegnanie papież Franciszek poprosił o przekazanie najserdeczniejszych pozdrowień dla moskiewskiego patriarchy Cyryla. Nie wiadomo, jak Cyryl odniósł się do tych pozdrowień. Na stronie internetowej Patriarchatu Moskiewskiego nie znalazłam wzmianki o spotkaniu Putina z papieżem i przekazanych pozdrowieniach. Dzisiaj patriarcha był zresztą zajęty – z deputowanym Nikołajem Wałujewem dyskutował poważny problem rozwoju w Rosji hokeja na trawie. (https://twitter.com/NickValuev)

Stosunki Watykanu i Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego nadal pozostają w temperaturze ciekłego azotu. Putin był w Watykanie pięciokrotnie. Dialog z Kościołem rzymskim jest podtrzymywany przez Moskwę na najwyższym szczeblu od czasów Michaiła Gorbaczowa. Ale jedynie na najwyższym szczeblu politycznym, bo ani do wizyty patriarchy Moskwy i Wszechrusi w Rzymie, ani do wizyty Pontifexa w Moskwie nie doszło. I na razie się nie zanosi.

Zanim Putin dotarł na Wzgórze Watykańskie, oglądał obrazki z wystawy. Wystawy Expo 2015. Spotkał się też z premierem Włoch Matteo Renzim. Wizyta we Włoszech nastąpiła po szczycie G7, na który Putina nie zaproszono. Włoskiej wyprawie prezydenta towarzyszyła w Rosji namaszczona oprawa medialna – oto Putin znowu w centrum zainteresowania, o żadnej izolacji ze strony paskudnego Zachodu nie może być nawet mowy. W relacjach telewizyjnych dominował przekaz, że Watykan i Rosja prezentują identyczne stanowisko. Według dziennika telewizyjnego „Wiesti”, na papieża niebywałe naciski wywierają Stany Zjednoczone (aby potępił politykę Moskwy wobec Ukrainy), ale papież oparł się tym niebywałym naciskom. Niebywałe znaczy takie, których nie bywało? Na czym opierają swoje twierdzenia dziennikarze telewizji rosyjskiej, nie wiemy.

Ale wróćmy na świeckie podwórko. W korespondencji dziennika „Moskowskij Komsomolec” czytamy: „Rzym cierpi z powodu antyrosyjskich sankcji bardziej niż Moskwa. Do takiego wniosku po rozmowach z Renzim i zwiedzeniu Expo doszedł Władimir Putin. Rozmowa obu polityków nie mogła nie dotyczyć sankcji. O możliwości ich zniesienia, ma się rozumieć, nie mówiono – to temat poza kompetencją włoskiego gabinetu ministrów. Ale straty są dotkliwe dla obu stron: w 2014 roku obroty w handlu spadły o 10%, w I kwartale 2015 – o 25%”. No, Włochy się chyba nie podniosą. Putin wyliczył, że na skutek zamrożenia kontraktów straciły miliard euro. Jako pozytyw określono wspólną produkcję ciężkich śmigłowców. „Żeby się nie skończyło jak z Mistralami” – skomentował korespondent gazety.

Ale to jeszcze nie koniec. Na konferencji prasowej rosyjski prezydent pytany o perspektywy współpracy z G7 wykonał firmowe wzruszenie ramionami, oznaczające zwykle rozdrażnienie i chęć przywalenia ostrym narzędziem (politycznym). „Nie mamy żadnych stosunków z siódemką, jakie możemy mieć stosunki? Przecież to nie jest organizacja, tylko klub zainteresowań. Wcześniej wydawało mi się, że to ma jakiś sens, bo prezentowaliśmy przynajmniej alternatywny punkt widzenia. Nasi partnerzy [to słowo Putin ostatnio wycedza przez zaciśnięte zęby] uznali, że nie potrzebują takiego alternatywnego punktu widzenia”. Następnie zgłosił inicjatywę podjęcia współpracy z każdym krajem „po otdielnosti”, a także w ramach G20, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i BRICS.

Świetny humor, jaki prezentował wykrzywiony w botoksowym grymasie, czyli uśmiechu, gość z Rosji, trochę mu zapewne popsuły demonstracje uliczne (wzdłuż trasy przejazdu stała grupka zwolenników Putina, ale większość obecnych stanowili przeciwnicy jego agresywnej polityki: http://www.svoboda.org/media/photogallery/27063986.html).

I na koniec nareszcie coś dla umęczonej duszy: rendez vous z drogim przyjacielem Silvio Berlusconim. Padli sobie w ramiona, serdecznie się uściskali. Część włoskiej prasy mocno skrytykowała pomysł tego spotkania, Berlusconi po licznych aferach finansowych i obyczajowych nosi – zasłużenie – łatkę obciachowca. „Postawienie w jednym szeregu papieża i Berlusconiego to duży nietakt” – podkreślano w rzymskich komentarzach.

W kpiarskim tonie używali sobie na Putinie i Berlusconim również rosyjscy komentatorzy wypowiadający się bez urzędowej cenzury na portalach społecznościowych. Podkreślali, że wizyta we Włoszech pomoże reputacji Putina jak umarłemu kadzidło – nie świadczy bowiem o przełamaniu ostracyzmu. „Zamiast spotkań ze światową czołówką – pocałunki z Berlusconim. Nie ma szans na G7, niech będzie przynajmniej G2”.

Igor Siergiejewicz zmienia zawód

9 czerwca. Klub przywódców światowych mocarstw znów spotkał się w dawnym formacie G7, bez Rosji, która przez kilka lat była ósemką w tym gronie, ósemką z wiecznym znakiem zapytania, ósemką na wyrost, na zachętę. Brak zaproszenia na szczyt w Bawarii to salonowy komunikat: Władimirze Władimirowiczu, nie kupujemy pańskich łgarstw, pan będzie łaskaw zrewidować swoją agresywną politykę wobec Ukrainy i w ogóle, oddać Krym, wycofać wojsko i sprzęt ze wschodnich prowincji Ukrainy, przestrzegać postanowień Mińska-2, a wtedy pogadamy. Pogadamy o zdjęciu sankcji, których nikt nie potrzebuje, pogadamy o szczęśliwym powrocie złotej zasady business as usual. Na razie gadać nie ma o czym, a Obama nawet wspomniał o ewentualności wprowadzenia nowych sankcji w razie ewentualnego zaostrzenia sytuacji.

Czy ten prztyczek w nos podziała wychowawczo? Można mieć wątpliwości. W sztandarowych programach publicystycznych w rosyjskiej telewizji jeden z naczelnych kapłanów propagandy Władimir Sołowjow z lekceważeniem wobec uczestników szczytu G7 dowodził, że to wydarzenie bez znaczenia, jako że bez Rosji nie może być rozwiązany żaden z problemów, o których rozmawiano w Bawarii. Hm, ciekawy aksjomat. Sama Rosja jest problemem i na pewno potrafi problemów dostarczać. Dysponuje rzeczywiście potężnym potencjałem destrukcji. Czy istnieje pozytywny potencjał?

W programach Sołowjowa i jego kolegi Dmitrija Kisielowa (łącznie bite cztery godziny w wieczornym niedzielnym programie) wielokrotnie padało sformułowanie „wojna jądrowa”, „uderzenie jądrowe” itd. Zgromadzeni w studiu politycy i analitycy rozpatrywali taki wariant jako możliwą odpowiedź Rosji na rozmieszczenie w Wielkiej Brytanii amerykańskich rakiet średniego zasięgu. W opublikowanych w połowie maja badaniach Centrum Lewady na pytanie: „Jak pan/pani myśli, czy w razie wojny z Zachodem Putin może wydać rozkaz rosyjskim wojskowym, by jako pierwsi użyli broni atomowej?” 32% odparło, że jest to „wysoce prawdopodobne” lub „prawdopodobne”, 13% uznało ten wariant za nieprawdopodobny, a 42% za mało prawdopodobny. 39% uczestników sondażu powiedziało, że perspektywa użycia broni nuklearnej nie wywołuje u nich strachu. Telewizyjne seanse nienawiści, w których zapowiada się zamienienie paskudnego, zgniłego Zachodu w kupkę radioaktywnego popiołu, przynoszą owoce. ZSRR miał broń atomową, dwa razy do roku na placu Czerwonym prezentował kluchowate rakiety, mogące przenosić ładunki jądrowe, ale jednocześnie zapewniał, że miłuje pokój. Społeczeństwo miało wdrukowane do głów, że wojna jądrowa to totalna zagłada ludzkości. Takich pytań jak te w badaniu Lewady nie zadawano by, gdyby w tamtych czasach istniały sondaże. Ponure to wszystko.

Tymczasem jednak eksperci dyskutują nad możliwością/prawdopodobieństwem wznowienia konfliktu konwencjonalnego. Na wschodzie Ukrainy. Zdaniem wielu ekspertów, formuła Mińska-2 wyczerpuje się, sytuacja jest patowa, Rosja zmierza ku wymuszeniu na Ukrainie i Zachodzie Mińska-3. Jednym ze środków wymuszania może być wznowienie ofensywy. Na Youtube można obejrzeć filmiki jak np. ten:  https://www.youtube.com/watch?v=BiAGMn4d7Ls Pociągi pancerne z czołgami, transporterami, haubicami jadą i jadą.

Tymczasem w tak zwanych Donieckiej i Ługańskiej Republikach Ludowych mamy nowe wzmożenie polityczne. Przedstawiciele samozwańczych władz obu nowotworów złożyli na ręce przedstawicieli OBWE propozycje odnośnie zmian w konstytucji Ukrainy: „niektóre regiony [Ukrainy] mające szczególny status są integralną częścią Ukrainy”. Zostało to powszechnie odczytane jako ustępstwo, przyznanie, że nie może być mowy o samodzielnym bycie „republik ludowych”. Gorący zwolennik rosyjskiej wiosny, rosyjskiego świata, projektu Noworosja, marszu na Kijów i generalnie mocnego uderzenia publicysta Jegor Chołmogorow nazwał te pomysły mocniej: „formułą kapitulacji”. W takim razie po co te czołgi przy granicy z Ukrainą?

Herosi zeszłorocznej rosyjskiej wiosny albo wycofali się na z góry upatrzone pozycje (zostali odwołani przez centralę w Moskwie do domu), albo zostali wyeliminowani strzałem w głowę, albo zostali wmontowani w quasi-państwowe struktury „republik ludowych” i są lansowani przez Rosję jako te siły, z którymi Kijów musi się dogadywać w sprawie statusu Donbasu.

Znowu sięgnę do badań Centrum Lewady. Tym razem badanie dotyczyło rozpoznawalności twarzy rosyjskiej wiosny oraz ich ewentualnego „zagospodarowania” w rosyjskiej polityce. 29% badanych powitałoby z radością aktywność tych person na rosyjskiej scenie politycznej (43% odnosi się do tego negatywnie).

Igor Siergiejewicz Girkin vel Striełkow jest najbardziej znaną postacią z orszaku watażków. Rozpoznaje go 27% Rosjan. Od zeszłego roku szuka zajęcia godnego własnych ambicji. Czasem udziela wywiadów, w których krytykuje politykę Kremla wobec Noworosji, czasem spotyka się z tymi, którzy chcą podsypać grosza na rzecz akcji wspomagających Noworosję, założył fundację, ożenił się. Jakie miejsce mógłby zająć na rosyjskiej scenie, zabetonowanej przez ekipę Putina? Czego oczekują od niego ci, którzy chcieliby go zobaczyć w rosyjskiej polityce? Podkręcenia amoku #Krymnasz i spółka? Rozpędzenia na cztery wiatry skorumpowanej i tracącej na atrakcyjności kliki rządzącej? Striełkow był częścią projektu Kremla, na razie trzyma się w ryzach, nie wzywa do wzięcia Kremla i przepędzenia stamtąd tchórzliwych zdrajców Noworosji. Bo też nadal nie on pisze kolejny rozdział swojej własnej historii.