Rosja nie udziela żadnych rad Ukrainie w kwestii uregulowania sytuacji w Kijowie i nadal nie zamierza takowych udzielać – zapewnił rzecznik prasowy rosyjskiego prezydenta, Dmitrij Pieskow. Kreml z uwagą śledzi wydarzenia na Ukrainie, choć pozostaje wierny zasadzie niemieszania się w wewnętrzne sprawy sąsiada. „Uregulowanie sytuacji należy do wyłącznych prerogatyw posiadających pełną legitymację władz Ukrainy. Zajmiemy stanowisko, ale nastąpi to nieco później” – zapowiedział. Nie zajmując stanowiska, jednak je zajął: „W opinii prezydenta [Putina] całą odpowiedzialność za to, co dzieje się obecnie na Ukrainie, ponoszą ekstremiści. Moskwa podtrzymywała i podtrzymuje dialog ze wszystkimi cywilizowanymi siłami politycznymi Ukrainy. Moskwa kategorycznie osądza przemoc ze strony radykalnych elementów, które z naruszeniem wszelkich warunków ustawy o amnestii, natychmiast przystąpiły do działań z użyciem przemocy. Działania te mogą być traktowane i są traktowane w Moskwie wyłącznie jako próba zamachu stanu”. Jak przetłumaczyć tę ezopową mowę? Spróbujmy: Janukowycz ma pełną legitymacje władzy, niech z niej korzysta i gromi wszelkimi możliwymi sposobami ekstremistów dokonujących przewrotu. Pieskow zdementował powielane w internetowych źródłach informacje, że wczoraj prezydent Janukowycz chciał porozmawiać z Putinem, ale się nie dodzwonił. „Rozmowa telefoniczna [prezydentów] miała miejsce wczoraj w nocy”. Rozmawiali „o sytuacji na Ukrainie”.
Sam prezydent Rosji nie wypowiedział się publicznie w związku z krwawymi wydarzeniami w centrum Kijowa, świetnie bawi się na igrzyskach w Soczi, gdzie – jak szeroko informuje rosyjska telewizja państwowa – spotyka się z nieustającymi wyrazami podziwu. Po wczorajszych wydarzeniach w Kijowie oficjalnie żadna z rosyjskich instancji nie wyraziła solidarności z ofiarami, nie przekazała wyrazów współczucia. Kilka osób z Komitetu Solidarności z Majdanem zorganizowało dziś pikietę pod ambasadą Ukrainy w Moskwie – wyrażających współczucie z powodu śmierci ofiar aktywistów zatrzymała policja.
Moskwa demonstracyjnie trzyma dystans – rosyjscy politycy nie pokazują się w Kijowie, nie wzywają uczestników konfliktu do opamiętania, nie biorą na siebie misji mediacyjnych. Konsekwentnie też –i to coraz bardziej poirytowana – Rosja krytykuje aktywność USA i UE w sprawach ukraińskich. Rosyjskie media i liczni komentatorzy wskazują Zachód jako czynnik sprawczy przemocy, jaka miała miejsce w Kijowie. Rosyjski MSZ w ostrym oświadczeniu nazwał „radykałów”, stojących za sprowokowaniem krwawych starć, „brunatną rewolucją”, a liderów opozycji uznał za siłę, która „przykrywając się demagogicznymi hasłami o przywiązaniu do demokracji i wartości europejskich”, straciła kontrolę nad sytuacją. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow przestrzegł europejskich partnerów przed narzucaniem swego pośrednictwa w uregulowaniu konfliktu na Ukrainie.
Bardzo ciekawa sekwencja zapowiedzi-wypowiedzi „damy – nie damy” dotyczyła kolejnej transzy rosyjskiego kredytu dla Ukrainy. Po grudniowym spotkaniu prezydentów ustalono, że Rosja w kilku rzutach wykupi ukraińskie eurobondy za łączną kwotę 15 mld dolarów. Pierwszą (3 mld USD) transzę odpalono niezwłocznie. Najwyraźniej została ona już pochłonięta, bo w ostatnich dniach minister finansów Rosji zapowiedział, że oto strona rosyjska szykuje się do wykupu drugiej partii – za 2 mld dolarów. Po tej zapowiedzi nastąpił atak Berkutu na Majdan. I choć Majdan poniósł straty, to protest i opór nadal trwa. I oto dziś ten sam rosyjski minister wycofał się z obietnicy przekazania transzy Ukrainie. Wcześniej w komentarzach pojawiały się sugestie, że Moskwa uzależnia przyznanie drugiej transzy od kandydatury nowego premiera oraz uregulowaniu długów za gaz.
Głośno rozbrzmiewa dziś ponownie dobrze już znany głos Władimira Żyrinowskiego, który stwierdził, że Zachodowi jest na rękę rozniecanie konfliktu na Ukrainie. „Ameryka potrzebuje wojny, ale nie wojny światowej. Przecież nas nikt nie będzie bombardować. Trzeba, żeby Rosjanie weszli na Ukrainę. Bardzo bym się z tego powodu ucieszył. Nawet wiem, kto by to zadanie wykonał: chłopaki z pskowskiej dywizji powietrznodesantowej”.
Pisarz i skandalista Eduard Limonow, prowadzący blog na stronie internetowej gazety „Izwiestia”, napisał dziś: „Czuje moje serce, że naród rosyjski już wkrótce będzie musiał pomagać bratniemu narodowi ukraińskiemu”. Podobne nastroje rozniecają prorosyjscy deputowani krymskiego parlamentu, którzy grożą, że w razie rozpalenia się konfliktu na Ukrainie przyłączą Krym do Rosji.
Miesiąc: luty 2014
Feliks nie wraca
Przynajmniej na razie. Chodzi o słynny pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, który od 1958 do 1991 roku stał na placu Łubiańskim w Moskwie pod siedzibą KGB. Majestatyczna sylwetka twórcy Czeki najwidoczniej tak mocno wrosła w ten plac i w serca niektórych, że jego przedłużająca się nieobecność spokoju im nie daje. Od czasu do czasu powstaje turbulencja i podnoszą się krzyki, by pomnik znów postawić na Łubiance pod umiłowaną instytucją Feliksa Edmundowicza, która obecnie nosi nazwę Federalna Służba Bezpieczeństwa.
Przedstawiająca wyniosłego czekistę rzeźba dłuta Jewgienija Wuczeticza od 1991 r., kiedy w porywie wolności po zduszeniu sierpniowego puczu została zdemontowana, przebywa na zasłużonym odpoczynku w Muzeonie – muzeum pod gołym niebem nad rzeką Moskwą przy Wybrzeżu Krymskim. Stoi tam w towarzystwie Leninów i Breżniewów, sierpów i młotów. Ostatnio – już po raz szósty w ciągu ostatnich czternastu lat – moskiewska duma miejska rozpatrywała sprawę przywrócenia Feliksowi starego adresu. Zdecydowano jednak, aby pomnik pozostawić w parku. Po co grzebać się w przeszłości i ryzykować polaryzację w społeczeństwie – brzmiało wyjaśnienie. Moskiewscy deputowani uznali, że może jeszcze kiedyś Feliks powróci na Łubiankę, gdy to nie będzie wywoływało takich emocji. Postanowili sypnąć groszem, aby Feliksa wyremontować.
Kiedy spojrzy się na mapę Rosji, można dojść do wniosku, że nie ma równości wśród Feliksów Dzierżyńskich stojących na cokołach. W Orle pięknie prezentuje się złocisty Feliks siedzący w niedbałej pozie, z nogą założoną na nogę, również złocisty Feliks pręży pierś w Kisłowodzku. Biały jak anioł Feliks stoi w Sorsku (Chakasja). A jeszcze w Krasnodarze, Dzierżyńsku, Nowosybirsku, Ufie, Petersburgu (jeden zdemontowano, ale dwa zostawiono), Niżniewartowsku i in. W Wołgogradzie Feliks stoi sobie nadal spokojnie, z ręką w charakterystycznym geście wyciągniętą w stronę zakładów produkcji traktorów. Druga statua Dzierżyńskiego w tym mieście, stojąca na podwórcu siedziby miejscowych wydziałów MSW i FSB, pod koniec listopada 2013 roku przeżyła niemiłą przygodę. Pomnik wyrżnął o metalowe ogrodzenie, zwalił się na chodnik i pękł na dwoje. Feliksa najprawdopodobniej rzucił na plecy gaz: w pobliżu na tymże podwórcu znajdował się wieczny ogień, zasilany gazem; władze miasta obiecały, że po remoncie pierwszy czekista wróci na miejsce.
W 2012 roku postawiono pomnik Dzierżyńskiego w Tiumeniu. Pomnik powstał w 1980 r., przez piętnaście lat stał pod wydziałem spraw wewnętrznych w Gołyszmanowie (miasto niedaleko Tiumenia), w 1995 r. został zdemontowany i spoczął w garażu. A półtora roku temu pomysł ponownego postawienia pomnika wprowadziła w czyn rada miejscowych weteranów.
„Każdy pomnik działacza politycznego przeszłości – to aktualny głos sprawujących władzę. A podejście do historii [i ocena postaci historycznych] stale się zmienia. Ten, kto dla jednych jest wielkim mężem stanu, dla innych jest oprawcą. Szczególnie dotyczy to Rosji, […] u nas nie ma ‘bezspornych’ polityków w rodzaju Nelsona Mandeli. […] Jak chcecie budować prawosławne carstwo na gruncie tradycyjnych wartości, to zdemontujcie mumię polityka, który zmarł już prawie sto lat temu, pochowajcie Lenina po chrześcijańsku w Petersburgu, jak on sam chciał, obok matki” – wskazuje na brak konsekwencji w traktowaniu postaci historycznych Siemion Nowoprudski (Gazeta.ru).
Wydaje się, że do starych sporów o stare pomniki dojdą nowe spory o nowe pomniki. W czasach ZSRR ich nazwisk albo nie wypowiadano wcale, albo wypowiadano z pogardą, to byli wrogowie. Mowa o białych generałach, z którymi walczył m.in. Feliks Edmundowicz Dzierżyński. Kołczak, Denisow i Denikin zostaną upamiętnieni w spiżu.
Kto został na lodzie
Niełatwe jest życie mistrzów sportu. Po tym, jak wczoraj wycofał się z zawodów olimpijskich łyżwiarz Jewgienij Pluszczenko, w Rosji rozpętała się burza. Komentarze i łzy lały się i leją ze wszystkich stron. Łyżwiarstwo figurowe i hokej – to najważniejsze dyscypliny, w których Rosja liczy – i nie bez podstaw – na olimpijskie medale. W oczach rozentuzjazmowanych i oczekujących zwycięstwa kibiców ich pewniak zawiódł. Po raz pierwszy od 1984 roku w tej konkurencji Rosja nie zdobędzie medalu olimpijskiego.
Powiedzieć, że Jewgienij Pluszczenko jest mistrzem, to nic nie powiedzieć. To jeden z gigantów łyżwiarstwa figurowego, brylant czystej wody, artysta w swoim niełatwym rzemiośle, multimedalista, przez ostatnie kilkanaście lat zdobywał tytuły mistrzowskie. Soczi to jego czwarte igrzyska olimpijskie. Kilka dni temu w turnieju drużynowym zdobył tu już swój czwarty z kolei medal olimpijski. Złoty. Wydawało się, że wrócił do dobrej formy po operacji kręgosłupa. Wypełnione po brzegi trybuny olimpijskiego lodowiska, no i miliony kibiców przed telewizorami wczoraj oczekiwały od niego jednego: medalu z najszlachetniejszego kruszcu w indywidualnym turnieju solistów.
I oto podczas rozgrzewki, tuż przed wykonaniem programu krótkiego, Pluszczenko niefortunnie wylądował przy skoku, złapał się za plecy i… oznajmił jurorom, że się wycofuje z uwagi na odnowienie kontuzji. „Tym razem ból okazał się silniejszy ode mnie. Usłyszałem wewnętrzny głos: Żenia, to koniec, nie dasz rady” – powie potem rozgoryczony łyżwiarz. Po konsultacji z trenerem poinformował, że kończy karierę.
No i się zaczęło. Dla części publiczności udział Pluszczenki w igrzyskach to był bohaterski czyn sam w sobie – po tylu kontuzjach, operacjach! Na dodatek już przecież dał Rosji w Soczi jeden złoty medal w drużynie. Odczepcie się od Żeni. Krytycy przypominają natomiast niezbyt czysty sposób, w jaki Pluszczenko został zakwalifikowany na zawody olimpijskie. Zgodnie z regulaminem Rosja miała przyznane tylko jedno miejsce.
Ale po kolei. W 2013 roku Pluszczenko w podobny sposób jak wczoraj w Soczi wycofał się z udziału w mistrzostwach Europy w Zagrzebiu, tyle że nie na samym początku, a po programie krótkim (zajmował wtedy drugie miejsce), w zeszłorocznych mistrzostwach świata Jewgienij nie brał udziału. Potem na mistrzostwach Rosji przegrał z wschodzącą gwiazdą 18-letnim Maksimem Kowtunem. Na mistrzostwa Europy Pluszczenko nie pojechał, Kowtun był tam piąty. Kowtun w ubiegłym roku był „sprawcą” tego, że Rosja mogła wysłać do Soczi tylko jednego zawodnika. W 2013 r. na mistrzostwach świata zajął dopiero siedemnaste miejsce. W łyżwiarstwie obowiązuje system określania liczby startujących reprezentantów danego kraju według tabeli rang. Jeśli reprezentant kraju zajmuje odległe miejsce na zawodach mistrzowskich, to na kolejne mistrzostwa jedzie tylko jeden zawodnik, jeśli dobre miejsce – to federacja ma prawo wysłania większej liczby zawodników. Dlatego walka o prawo do występu na prestiżowych zawodach olimpijskich była tak ważna. I niejednoznaczna.
Rosyjska federacja łyżwiarska określiła zasady doboru na Soczi: miejsca na mistrzostwach Rosji i mistrzostwach Europy. Następnie działacze te zasady obeszli. Pluszczenko nie spełniał żadnego z kryteriów: przegrał z Kowtunem mistrzostwo kraju i nie pojechał na mistrzostwa kontynentu. Co zatem robi federacja? W połowie stycznia organizuje nadzwyczajny „kontrolny przejazd” dla Pluszczenki. W Nowogorsku przy pustych trybunach w obecności zaledwie kilkorga ekspertów Pluszczenko zdaje ten egzamin. Dostaje przepustkę do Soczi. Czysto? Można mieć wątpliwości. Zakulisowo? Na pewno, skoro nikt nie mógł obejrzeć programu Pluszczenki. Wielu komentatorów snuje ponadto rozważania, czy scenariusz z wycofaniem się z indywidualnego konkursu nie był ukartowany. Pluszczenko miał, według tej interpretacji, za zadanie występ w konkursie drużynowym i rezygnację z występu w zawodach solistów. A wycofał się, by nie przegrać z przedstawicielami młodego pokolenia, co byłoby dla mistrza prestiżową klęską.
Nikita Biełogołowcew w „Snobie” napisał: „Pluszczenko pokonał długą i męczącą drogę do Soczi. Przeszedł skomplikowaną operację kręgosłupa. […] Jego żona, producentka Jana Rudkowska zrobiła coś niesamowitego: leczenie kontuzji przekształciła w reality show z życia bohatera, który podnosi się z kolan. Udało się jej w społecznej świadomości utrwalić kliszę: Wątpisz w Pluszczenkę? Nie wierzysz w jego powrót? Nie cenisz jego zasług? Nie życzysz mu (a zatem i Rosji) zwycięstwa i chwały? W takim razie jesteś liberałem, a może nawet gejem i obcym agentem. Huzia!”.
Dzięki wspomnianej powyżej Janie Rudkowskiej Pluszczenko stał się celebrytą. Krytycy tę okoliczność też podnosili właśnie w związku z brakiem sukcesów sportowych – światowe życie nie idzie w parze z ciężką robotą na lodowisku. Biełogołowcew zagląda za kulisy: „W ciasnej, brudnej i dusznej komórce rosyjskiego łyżwiarstwa figurowego panują okrutne zasady. Młody Maksim Kowtun wygrał z Pluszczenką na mistrzostwach Rosji w grudniu, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liderom (i narodu, i łyżwiarstwa) nie są potrzebne żadne prawidła ani regulaminy, tutaj rządzą inne kategorie. „Przegrałem? No i co z tego? Popiera mnie cała Rosja i większa część świata” – powiedział Pluszczenko w wywiadzie dla telewizji Deszcz”.
Nieoczekiwaną puentę dopisał do całego zamieszania agent łyżwiarza. Ari Zakarian oznajmił, że jeszcze pięć dni i Pluszczenko na pewno poczuje się lepiej. Zaplanowanego już na marzec tournee łyżwiarza „Show mistrzów i przyjaciół” po Rosji i Europie nikt nie zamierza odwołać.
Żartem w patos – Soczi uważam za otwarte
Ceremonia otwarcia zimowych igrzysk w Soczi przeszła już do historii. I słusznie: głównie poświęcona była historii, a właściwie wizji historii obowiązującej w neosowieckim putinizmie. Glamour bez nieszczęść. Imponujące show z udziałem tysięcy uczestników: tańczące kopuły, Maslenica, Piotr I na lądzie i morzu, balet, sierp z młotem, żyt’ stało łuczsze, żyt’ stało, towariszczi, wiesielej (autora tych słów wszelako na szczęście nie zobaczyliśmy), lokomotywa rewolucji, poszatkowana a la konstruktywizm Muchina, odwilż, Gagarin w kosmosie. Jednym słowem: wielka historia wielkiego kraju. A ludziom żyło się… no, jakoś to było, grunt, żeby dzieci się rodziły i jeździły w czerwonych wózeczkach. Zawsze niech będzie słońce.
A zatem z olśniewającym rozmachem igrzyska w Soczi – „Gorące. Zimowe. Twoje” – otwarto. Pióropusze fajerwerków rozświetliły niebo nad wybrzeżem Morza Czarnego. Było pięknie, było patetycznie. A ponieważ w Rosji wysoki patetyzm sąsiaduje z prześmiewczym przymrużeniem oka, zaraz powstały dowcipy. Portal Newsru.com zebrał już nawet całkiem pokaźny tomik.
– W 2014 roku zimowe igrzyska po raz pierwszy odbywają się na letniej daczy najważniejszej osoby w państwie.
– Pytanie do Radia Erewań [renesans kultowej serii?]: „Dlaczego w tym roku nie ma śniegu?”. Radio Erewań odpowiada: „Dlatego że chłopczyk o imieniu Wowa poprosił Dziadka Mroza, aby śnieg był w Soczi”.
– Pytanie do Radia Erewań: „Dlaczego znicz olimpijski zapalała Alina Kabajewa?”. Radio Erewań odpowiada pytaniem: „A co ty byś zrobił dla swojej dziewczyny?”.
– Pytanie do Radia Erewań [tak, to renesans]: „Dlaczego Rosja wystrzeliła w kosmos pochodnię z ogniem olimpijskim?”. Radio Erewań odpowiada: „Żeby cały świat zobaczył, jak Rosja potrafi rzucać forsę na wiatr”.
– Budowniczowie w Soczi na pytanie, dlaczego w łazience w wiosce olimpijskiej są dwa sedesy, odpowiedzieli, że ten drugi jest zapasowy. Na wypadek, gdyby zepsuł się ten pierwszy.
– Holmesie, a dlaczego do Soczi nie przyjedzie Obama – pyta doktor Watson. – Ależ to proste, drogi Watsonie. – Jak to – to on też jest gejem?
– Zamiast tenisa, nart i badmintona w Rosji rozwija się nowa dyscyplina: skoki. Olimpiada pokazała, że z każdej skoczni można wycisnąć parę miliardów.
– Po zimowej olimpiadzie w Soczi rosyjski biegun zimna Ojmiakon postanowił zgłosić swoją kandydaturę do przeprowadzenia letnich igrzysk.
– Sportowcy z Mołdawii już dawno przybyli na olimpiadę w Soczi, aby zbudować hotel, w którym będą mieszkać.
Inne portale też nie pozostają w tyle:
– Ciekawy moment: ukraiński koktajl Mołotowa płonie lepiej niż rosyjska pochodnia z ogniem olimpijskim.
– W Czelabińsku odnotowano pierwszy przypadek przekazania ognia olimpijskiego drogą płciową.
– Władze wymyśliły, jak pokryć wydatki związane z olimpiadą: sprzedały jeden bilecik Chodorkowskiemu.
– Ogłoszenie: Wynajmę mieszkanie w Soczi. Sauna, jacuzzi, bilard. Jeśli właściciele wrócą – my was nie znamy, wy nas nie znacie.
– Lepsza olimpiada bez śniegu niż Europa bez gazu.
– Ciekawe, kto teraz będzie najbogatszą kobietą Rosji: żona gubernatora Kraju Krasnodarskiego czy żona mera Soczi?
*
Jeszcze kilka obserwacji z wczorajszego dnia w Soczi.
Prezydent Putin spotkał się z prezydentem Janukowyczem. Jak po poprzednim owocnym spotkaniu w Soczi dwa miesiące temu, tak i teraz żadnych oficjalnych komunikatów nie wydano. Nie wiadomo, czego dotyczyła rozmowa – może występu ukraińskich sportsmenów na igrzyskach (parada ukraińskiej kadry podczas ceremonii otwarcia spotkała się z aplauzem na trybunach), a może dyscyplin pozaolimpijskich.
Na uroczystość przyjechał były mer Moskwy Jurij Łużkow z małżonką Jeleną Baturiną, ongiś najbogatszą kobietą Rosji. Oboje wypadli z łaski, Łużkow stracił posadę, Baturina – lukratywne kontrakty i część aktywów. Łużkow w wypowiedzi dla TV Deszcz powiedział, że obecnie nikt jego ani jego żony nie ściga, nie prześladuje. „Wszystko to skończyło się wraz z prezydenturą Miedwiediewa”.
Główny zawiadowca olimpijskiej piły, jak złośliwie nazywają blogerzy Dmitrija Kozaka, powiedział na konferencji prasowej, że materiały z kamer zamontowanych w hotelowych łazienkach świadczą o tym, że złośliwi goście odkręcają wodę pod prysznicem, a następnie wychodzą. Oko Saurona zagląda nie tylko do łóżek, ale i do toalety. Czy to dbałość o bezpieczeństwo igrzysk czy o poziom zużycia rdzawej wody?
I na koniec spostrzeżenie kadrowe. A kadry, jak wiadomo, decydują o wszystkim. Podczas wczorajszej ceremonii otwarcia pochodnię z ogniem olimpijskim na stadionie przekazywali sobie z rąk do rąk wybitni sportowcy, odnoszący, kiedyś i obecnie, znaczące sukcesy: tenisistka Maria Szarapowa, zapaśnik Aleksandr Karielin, tyczkarka Jelena Isinbajewa, gimnastyczka Alina Kabajewa („A co ty byś zrobił dla swojej dziewczyny?”) i zapalający znicz łyżwiarka Irina Rodnina i legendarny hokejowy bramkarz Władisław Trietjak. Z tego zacnego grona mistrzów tylko Maria Szarapowa nie jest deputowaną do Dumy Państwowej z ramienia partii Jedna Rosja.
Ale dosyć polityki. Niech Soczi będzie prawdziwym świętem sportu, czego sobie i Państwu życzę.
Dwa dni do Soczi
Goście się zjeżdżają, zjeżdżają się dziennikarze, zjeżdżają się sportowcy. Świat zaczyna coraz częściej spoglądać na to, co się dzieje w Soczi, gdzie 7 lutego zaczynają się zimowe igrzyska olimpijskie. Widzowie – w zależności od tego, gdzie mieszkają i jakie media odbierają – otrzymują dwie różne relacje o tym, jak Soczi jest przygotowane do tych największych zawodów sportowych.
Rosyjska telewizja pokazuje prezydenta, jak dumnie prezentuje „największą budowę na świecie”. Wczoraj pieścił śnieżne leopardy, dziś przeszedł się po wiosce olimpijskiej oprowadzany przez jej „mera” – carycę tyczki Jelenę Isinbajewą w kolorowym zimowym dresie i gustownej czapeczce (choć pogoda raczej wiosenna; sam pan prezydent promenował bez czapki, w rozpiętej lekkiej kurteczce i koszuli, mało to wyglądało na zimową olimpiadę).
W relacjach rosyjskiej telewizji wszystko wygląda tip-top. Na widok Putina sportsmenki piszczą z zachwytu, stołówka działa, wydaje pożywne posiłki, olimpijczycy masowo odwiedzają centrum rozrywki, gdzie można pooglądać telewizję (a w niej Putina) i poczytać rosyjską klasykę w różnych językach. Jak już sportowcy z trudem oderwą się od Dostojewskiego, to mogą poćwiczyć na siłowni. Jednym słowem – błysk, wszystko gotowe, do biegu, gotowi, za dwa dni start.
Tymczasem złośliwi zachodni dziennikarze wysyłają w świat komunikaty podważające huraoptymistyczne komunikaty gospodarzy: o niedoróbkach i oryginalnych rozwiązaniach problemów, które powstały w trakcie przygotowań. W czasach siermiężnego PRL-u Wojciech Młynarski śpiewał „Bo najtwardszą przygnie głowę budownictwo mieszkaniowe, taka w nim potęga tkwi”. Okazuje się, że w XXI wieku w Soczi ta piosenka zachowuje świeżość porannego zefiru. Wznoszący naprędce obiekty infrastruktury olimpijskiej najwyraźniej nie dopatrzyli wszystkiego i musieli użyć słynnej rosyjskiej smykałki. I Internet już pęka od zdjęć dwóch sedesów w jednej toalecie, oberwanych firanek na drucie, umywalek bez kranu itp. „Wynalazki” olimpijskie można pooglądać np. tu: http://www.washingtonpost.com/blogs/worldviews/wp/2014/02/04/journalists-at-sochi-are-live-tweeting-their-hilarious-and-gross-hotel-experiences/?tid=sm_fb
„Olimpiada dla reżimu Putina spełniać miała trzy podstawowe funkcje: poprawę międzynarodowego wizerunku Rosji, określenie priorytetów rozwoju regionalnego i utrzymanie poparcia dla reżimu w społeczeństwie i głównych grupach elity” – napisał amerykański politolog Robert Orttung w raporcie dotyczącym Soczi.
Czy Soczi spełni pokładane nadzieje, zobaczymy. Na razie socjologowie z Centrum Lewady zbadali nastroje społeczne w Rosji w przeddzień inauguracji igrzysk. 47% respondentów uważa, że bezprecedensowe wydatki na olimpiadę to wynik korupcji, 34% – że zawiniły chciwe korporacje, które zarobiły niepomierne pieniądze, zawyżając kosztorysy, 19% – złe zarządzanie państwa, 15% wskazało na złożoność prac budowlanych w Soczi, 14% – na niski poziom usług budowlanych w Rosji (w badaniu można było wskazać kilka odpowiedzi, stąd nie sumują się one do 100).
Aż 38% Rosjan uznało, że olimpiadę urządzono tylko po to, by rozkraść przy okazji pieniądze, 17% uważa, że igrzyska mają poprawić wizerunek Putina, 15% – że mają przyciągnąć do Soczi turystów. Z twierdzeniem, że zorganizowanie olimpiady jest powodem do dumy dla kraju, zgodziło się tylko 23%.
W tak wielu publikacjach w różnych mediach tak wiele mówi się o różnych aspektach igrzysk – politycznych, ekonomicznych, socjologicznych – że gdzieś na dalszy plan przesunął się aspekt sportowy. Mam nadzieję, że to się zmieni, gdy nad Soczi zapłonie znicz olimpijski. Igrzyska to jednak przede wszystkim największe święto sportu.
