„Z przyczyn technicznych” zaplanowaną na 14-15 października wizytę prezydenta Władimira Putina w Turcji przeniesiono na listopad. A dobrze poinformowani komentatorzy zaraz dodali, że raczej na „święty nigdy”.
„Przyczyny techniczne” kolejnego przymrozku w stosunkach Rosji z zagranicą, tym razem z Turcją, to sytuacja w Syrii i wokół Syrii. Karty przy politycznym stoliku dodatkowo pomieszał nieprzyjemny incydent z cywilnym samolotem syryjskich linii lotniczych lecącym z Moskwy do Damaszku, który tureckie siły powietrzne zmusiły dwa dni temu do lądowania w Ankarze.
Samolot przestał na lotnisku osiem godzin, cywilni pasażerowie nie dostali w tym czasie nic do jedzenia ani nie mogli skontaktować się z rosyjskimi dyplomatami w Turcji i teraz mają o to uzasadnione pretensje. Premier Turcji Recep Tayyip Erdogan miał pretensje innego rodzaju: powiedział, że Rosja złamała zasady dotyczące funkcjonowania lotnictwa cywilnego, gdyż na pokładzie samolotu znajdował się sprzęt wojskowy, wyprodukowany w zakładach zbrojeniowych w Rosji: „I nie ma wątpliwości co do tego, dla kogo był ten ładunek – dla ministerstwa obrony Syrii”. Turecka prasa napisała, że w dziesięciu skrzyniach przewożonych samolotem były elementy radarów, moduły rakiet, sprzęt telekomunikacyjny.
Moskwa początkowo wyrażała zdumienie i oburzenie. Zaprzeczano, że ładunek znaleziony na pokładzie samolotu to sprzęt wojskowy, dementowano informacje, że to sprzęt rosyjski itd. Dzisiaj po naradzie z prezydentem Putinem i członkami Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow potwierdził, że na pokładzie Airbusa A320 znajdował się sprzęt dla radiolokacyjnych systemów obrony przeciwlotniczej. „Nie mamy tajemnic. Tam nie było broni, nie mogło jej tam być. Samolot przewoził legalny ładunek, który wysłano legalnie do legalnego odbiorcy. [Przewożony sprzęt] to aparatura podwójnego przeznaczenia, która nie jest zabroniona przez międzynarodowe konwencje. Przewożenie tego rodzaju ładunków cywilnymi samolotami jest absolutnie normalną praktyką”.
Dzisiejszy „Kommiersant” napisał, że na pokładzie samolotu było dwanaście (nawet dwanaście, nie dziesięć) skrzyń z technicznymi elementami dla stacji radiolokacyjnych wraz z dokumentacją. Teraz Federalna Służba Bezpieczeństwa szuka, gdzie nastąpił przeciek informacji na temat wrażliwej przesyłki do Syrii, czyli skąd Turcy wiedzieli, który z samolotów zmusić do lądowania. „Czy Turcja miała prawo, by zmusić samolot do lądowania na swoim terytorium? To sprawa niejasna – skomentował Fiodor Łukjanow w „Moskowskim Komsomolcu”. – Po pierwsze, [Turcy] nie mieli takiego prawa, bo to był samolot cywilny, który leciał zgodnie ze wszystkimi międzynarodowymi porozumieniami nad terytorium Turcji. Po drugie, Syria nie jest podmiotem żadnych sankcji międzynarodowych, zaaprobowanych przez Radę Bezpieczeństw NZ. Czyli nie ma bazy prawnej do powietrznej blokady Syrii. Turcja zapowiada, że dalej będzie tak postępować, ale to już sprawa polityczna. Natomiast jeżeli na pokładzie samolotu rzeczywiście znajdował się sprzęt, który był przeznaczony dla kompleksu obronnego Syrii, to już sprawa etyki – jak można wykorzystywać tego rodzaju samoloty rejsowe do przewożenia tak niebezpiecznych ładunków.[…] Był już taki przypadek, kiedy przewożono ładunek wojskowy z Rosji do Syrii drogą morską. Został zatrzymany w brytyjskich wodach terytorialnych i zawrócony”.
Tureckie władze zachowują się coraz bardziej nerwowo w związku z Syrią. Napięcie na granicy rośnie z każdym dniem. Na początku października doszło do ostrzału ze strony syryjskiej tureckiej wioski, zginęli cywile, Turcja nie pozostała dłużna i odpowiedziała ostrzałem.
Pozycja Rosji w sprawie Syrii, jej poparcie dla Baszara Asada, drażni Ankarę. „Interesy Rosji i Turcji krzyżują się w Syrii – napisał w komentarzu w „Politcom” Iwan Prieobrażenski. – I [premier Turcji] Erdogan, i Putin uważają za regionalnych liderów siebie, osobiście. Turecki lider uważa, że Syria to była turecka kolonia i znajduje się w strefie tureckich interesów, a nielojalny [wobec Ankary] reżim Asada powinien zostać wyeliminowany. Putin uważa, że Rosja jako spadkobierczyni ZSRR ma prawo do tego, by liczono się z jej interesami w Syrii. Mało tego – że ma prawo zachować strategicznych sojuszników w regionie, z których Asad jest już ostatni. Rosja gotowa jest bronić Asada, tym bardziej że i sam syryjski prezydent demonstruje gotowość i zdolność do utrzymania się u władzy”. Turcja wspiera opozycję antyprezydencką i coraz mocniej podkręca spór. Rosja opowiada się za władzą Asada i nieinterwencją z zewnątrz. A więc – przeciwstawne pozycje. Brak możliwości zbliżenia stanowisk.
Odwołanie wizyty (formalnie – jej odłożenie na później) to ważny sygnał w języku dyplomacji: „nie możemy teraz rozmawiać, bo nie podoba nam się to, co robicie, drodzy partnerzy, nasza wizyta mogłaby zostać odczytana jako wsparcie dla was i waszych poczynań, a my wam takiego wsparcia nie udzielamy i udzielić nie zamierzamy, wręcz przeciwnie”. Z drugiej strony otwarte pójście na udry z Turcją też nie jest Moskwie na rękę. Ankara pozostaje ważnym partnerem w wielu kluczowych kwestiach regionalnych, przez ostatnie lata stosunki Putin-Erdogan układały się przecież doskonale. Może będzie do czego wrócić w przyszłości.
Miesiąc: październik 2012
Podejrzana jedenastka
Ci ludzie, tytułowa podejrzana jedenastka, nie mają nic wspólnego z futbolem. Amerykanie postawili w Nowym Jorku zarzut „niezgodnego z prawem eksportu” jedenastu Rosjanom. Dziś od oficjalnego przedstawiciela MSZ Rosji można było usłyszeć, że podejrzani nie mają nic wspólnego z działalnością wywiadowczą – to zwyczajny kryminał i tyle. Dyplomata po to jest dyplomatą, żeby używać okrągłych dyplomatycznych sformułowań. O co chodzi z tą kolejną rosyjską wpadką na amerykańskim gruncie?
Prokuratura Brooklynu podała do wiadomości, że dzielna jedenastka zajmowała się nielegalnym przekazywaniem nowoczesnych technologii Federacji Rosyjskiej, m.in. elementów mikroelektronicznych, chipów, mikroprocesorów, znajdujących się pod czułą opieką władz USA. Krótko mówiąc, z pominięciem wymaganych prawem procedur, Rosjanie szmuglowali na ojczyzny łono urządzenia podwójnego przeznaczenia. Takie, którymi władze USA nie zamierzają się dzielić z zagranicą. Takie, które mogą być wykorzystywane do celów cywilnych, i do celów wojskowych. Tymczasem główny podejrzany w sprawie, 46-letni obywatel USA i Rosji o swojsko brzmiącym nazwisku Alexander Fiszenko (lub Fiszczenko) – szef amerykańskiej firmy Arc Electronics działającej w Houston i zarejestrowanej w Moskwie Apex System – wraz z całym sztabem współpracowników bez wiedzy amerykańskich władz miał się dzielić amerykańskim wrażliwym sprzętem z centralą w Moskwie. Według FBI, przez kilka ostatnich lat Arc Electronics wysłała do Rosji aparaturę, części, sprzęt na łączną kwotę 50 mln dolarów. Jeżeli wina zostanie udowodniona, Fiszenko, któremu Amerykanie zarzucają m.in. to, że nie zarejestrował się w charakterze „oficjalnego agenta rządu Federacji Rosyjskiej”, może dostać wyrok nawet 55 lat więzienia. Amerykańskie media podają, że podejrzani starali się również pozyskać dane dotyczące arsenału jądrowego USA, amerykańskiej polityki wobec Iranu oraz informacje o amerykańskich kongresmanach i wysoko postawionych osobach w CIA. Jako kamuflaż służyły podane oficjalnie cele działalności firmy Arc Electronics: produkcja kutrów rybackich i ulicznej sygnalizacji świetlnej.
Historyk wywiadu Borys Wołodarski w ocenie wyczynów pana Fiszenki-Fiszczenki i spółki nie był tak dyplomatyczny jak oficjalny przedstawiciel MSZ: – Tu nie chodzi o szpiegostwo przemysłowe w czystej postaci – powiedział Wołodarski w wywiadzie dla Radia Swoboda. – Mamy do czynienia z operacją wywiadowczą. Pod szpiegostwem przemysłowym rozumiemy kradzież technicznych i przemysłowych sekretów, a w danym wypadku został zorganizowany przerzut z USA do Rosji tajnego sprzętu mikroelektronicznego, produkowanego do celów wojskowych. To najprawdopodobniej operacja wywiadu wojskowego GRU, wykonywały ją bowiem struktury afiliowane z wojskiem. Siatka pracowała od dawna, obserwowana była od 2008 roku. Ich działalność przyczyniła Stanom sporych strat.
Odmiennego zdania na temat charakteru działalności pana Fiszenki-Fiszczenki jest ekspert ds. służb specjalnych Andriej Sołdatow: „Ten biznes [nielegalnego eksportu wrażliwych towarów podwójnego przeznaczenia] zawsze był karany, ale nigdy nie był uważany za prawdziwe szpiegostwo. Jeśli porównać dwie afery – tę z 2010 roku, kiedy Amerykanie złapali i wysłali rosyjskich nielegałów, i tę obecną – to widać jedno: etatowi pracownicy wywiadu, uśpieni agenci [z Anną Chapman na czele] przez wiele lat nic nie wskórali, tymczasem przedsiębiorca z firmy Arc Electronics raczej nie pobierał uposażenia z kasy Służby Wywiadu Zagranicznego czy GRU, tymczasem przeprawił do Rosji całkiem sporo”. Czy „na etacie” czy „nie na etacie” struktura zorganizowana przez Fiszenkę przesyłała towar do resortu obrony i do Federalnej Służby Bezpieczeństwa. W aktach sprawy, jak twierdzi FBI, znalazł się list z Federalnej Służby Bezpieczeństwa, w którym odbiorca skarży się na kiepską jakość chipów i prosi o ich wymianę.
Wołodarski wyklucza, by Rosja była w stanie odpowiedzieć Amerykanom pięknym za nadobne i zatrzymać analogiczną liczbę szpiegów, polujących na rosyjskie rarytasy techniczne. „Pewnie wymienią ich na pseudoszpiegów, czyli najpewniej na rosyjskich uczonych” – przypuszcza ekspert. Jego zdaniem w wielu krajach świata – przede wszystkim Szwajcarii, Austrii i USA – działa wiele nielegalnych rosyjskich siatek, uprawiających nielegalny proceder: pranie brudnych pieniędzy, inwestowanie „wypranych” środków, polowanie na technologie, nielegalny przerzut do Rosji pozyskanych technologii. „Można mówić o swego rodzaju renesansie działalności szpiegowskiej w wykonaniu Rosjan” – twierdzi Wołodarski.
