Blog hydraulika

13 lutego 2011. Nie tak dawno Francuzi straszyli dzieci widmem polskiego hydraulika, który pożre francuski rynek pracy. Potem okazało się, że polski hydraulik nie jest taki straszny i nawet coś potrafi. Ale to i tak nic w porównaniu z tym, czym wykazał się rosyjski hydraulik – Wiaczesław Sołdatienko jest najsławniejszym rosyjskim blogerem.

Mieszka w Rydze, pisze pod nickiem „pesen net”, książkę „Hydraulik, jego kot, żona i inne drobiazgi” wydał pod pseudonimem Sława Se. Książka momentalnie stała się bestselerem.

Pisze urocze drobiazgi (cząstka tytułu książki nie jest przypadkowa) z życia codziennego, które czyta czterdzieści tysięcy użytkowników dziennie. Są trochę sentymentalne, do bólu szczere i bawią po pachy.

„Trzeźwy Dziadek Mróz – to hańba i brak szacunku dla dzieci. Pojawić się w takim trzeźwym stanie na choince to szczyt nieodpowiedzialności. Rok temu Dziadek Mróz przyszedł jak trzeba pijany w deskę, podarował dzieciom wulkany zabawy i szczęścia. Nadeptywał im na nóżki, opowiadał jakieś koszmarne dowcipasy. Uszczypnął wychowawczynię. Pod okiem śliwa. Malcy bali się go troszkę i jednocześnie kochali bezgranicznie. A w tym roku przyszedł jakiś nakrochmalony sztywniak. No i choinka była do bani. Brodaty robot”.

Albo: „W młodości pracowałem jako muzyk. Byłem wtedy cudownie nieżonaty i nosiłem atrapę obrączki. Wielu muzyków tak robi – dla seksualnego bezpieczeństwa. Nasz basista nie nosił i co wieczór dziewczyny dorywały go nawet w toalecie i zmuszały do tych rzeczy. Najpierw basista się cieszył, ale potem zachorował na jakieś świństwo i rozczarował się co do miłości.

A teraz jestem dorosły, śpię na rozkładanym łóżku, jestem koszmarnie nieżonaty i nie umiem gotować. To znaczy – co znaczy „nie umiem gotować”. W moich garnkach można napotkać żywnościowe emanacje trzech rodzajów: warunkowo jadalne, niejadalne i barszcz. Ale za to moje córeczki są szczupłe. Czasem dla odmiany kupuję w delikatesach sznycle. Można z nich robić okłady na siniaki. Albo wsadzić do lodówki. Lodówka, w której są sznycle, wygląda jakoś tak dostojniej, jak róg obfitości nie przymierzając. Sznycle zmieniają kolor – od poniedziałku do soboty. Młodzieży podoba się ten fenomen”.

Albo: „Lalka spotkała na ulicy przyjaciela Iwana, który szedł z ojcem w niewiadomą siną dal.

– Cześć, Iwan – wrzasnęła Lala tak przyjaźnie, że z pobliskiego drzewa zwaliła się wrona.

– Cześć, Lalka! – krzyknął Iwan, ale jakoś bez wyrazu.

– Tato, to jest Lalka, która cały czas pluje i pokazuje język – przedstawił nas Iwan tatusiowi. Ojciec Iwana popatrzył na nas spode łba, głównie na moje usta, jak gdyby stąd właśnie spodziewał się nieprzyjemności.

– Laleczko, czy naprawdę plujesz i pokazujesz język? – spytałem głośno i fałszywie. Czasem lubię przy ludziach sprawiać wrażenie przyzwoitego człowieka. Lalka odpowiedziała mi spojrzeniem, że uważa mnie za tchórza. Prawdziwy przyjaciel na moim miejscu sam pokazałby wrogowi język i jeszcze dla pewności splunąłby w jego stronę.

W ten oto sposób dowiedziałem się, że moja córka dorosła i że jest pełna kobiecej dumy, której potrafi bronić, spluwając obficie.

Przypatrując się dzisiaj rano, jak kot drapie się tylną łapką pod paszką, myślałem o pozostałych kobietach z mojej rodziny. Wszystkie są dumne i ślinę mają zawsze w pogotowiu, i jeszcze zawsze pod ręką mają różne przydatne sprzęty domowe w rodzaju żelazka. I prędzej podrapią się nogą pod paszką, niż pozwolą mężczyźnie zdecydować o czymś ważnym – gdzie postawić szafę, jaką drogą pojechać, czy ta śmietana skwaśniała czy nie, czy już się rozwieść czy jeszcze dać sobie szansę.

Mężczyźni w naszej rodzinie mogą się wykazać tylko w takich drobiazgach jak walka z kryzysem i wybory prezydenta”.

I tak dalej. Wdzięk i dowcip, i dobrze przyswojone lekcje literatury rosyjskiej. Trochę Zoszczenki, trochę Dowłatowa, ale bez dekadencji. Dużo siebie.

W wywiadzie dla tygodnika „Itogi” Wiaczesław Sołdatienko wyznał, że już nie pracuje jako hydraulik: „Nie jestem fanem rękodzieła, na widok zardzewiałych rur łzy nie cisną mi się do oczu, cóż, praca i tyle. Ale kiedy nie masz możliwości, żeby zarabiać na życie w przyjemny sposób rysowaniem czy śpiewaniem, to nieźle jest znaleźć sobie zajęcie, które nie trzepie ci nerwów, chodzi o to, żeby normalnie pracować i nie zrywać się z krzykiem po nocach, jak to czasem bywa z bankierami czy milicjantami. I żeby nie było szkoda rzucić tego w odpowiednim momencie. Teraz jestem blogerem. To znaczy jeśli wziąć pod uwagę kryterium włożonego w to przedsięwzięcie wysiłku i czasu, to najbardziej jestem właśnie blogerem. Jak każdy zajadły użytkownik internetu jestem nałogowcem, oderwać się nie mogę. Teraz już i tak jest lepiej, wcześniej to nawet na spacer nie mogłem spokojnie wyjść, pół godziny na dworze wydawało mi się egzekucją, grzybobranie – bezsensownym ciężkim przeżyciem. Byłem pochłonięty tylko internetem i moim blogiem – wszystko inne było nieważne. Jakie tam grzyby, jaki spacer – skoro można pisać. Wszystko, co odrywa od pisania, drażni, denerwuje. Wiem, jestem fanatykiem. Nie ma dla mnie nadziei”.

Pierwszy bez Romana

Pierwyj, czyli Pierwszy Kanał rosyjskiej telewizji ma największy zasięg i największą oglądalność w kraju. Stacja nadaje najpopularniejszy dziennik – „Wriemia”, który podaje codziennie doskonale przeżutą papkę na temat dokonań najwyższych władz partyjnych i państwowych, cieszące się wzięciem plastikowe seriale, na ogół kiepskie programy  rozrywkowe i uczesaną publicystykę. W stacji (nie tylko tej) obowiązuje czarna lista z nazwiskami osób wysoce niepożądanych w studiu i na ekranie (czy muszę dodawać, że to osoby, które nie lubią władzy, zresztą z wzajemnością). O tym, kto może zostać dopuszczony przed czujne oko kamery, decyduje dyrekcja w porozumieniu… No, to kuluary, a więc nie wiadomo, w porozumieniu z kim. W gorących czasem dyskusjach w programach publicystycznych dozwolony jest pluralizm poglądów: może wystąpić deputowany z frakcji komunistycznej, wypowiedzieć się poseł z partii Sprawiedliwaja Rossija, a podważyć jego argumenty przedstawiciel związków zawodowych. Do debaty Wałęsa-Miodowicz jeszcze jednak daleko.

Osobą nadzorującą Pierwyj Kanał był od lat Roman Abramowicz, zwany sakiewką Kremla, od lat okupujący czołowe pozycje na listach bogaczy, znany jako właściciel klubu Chelsea Londyn i najdłuższego jachtu. Osoba zaufana Władimira Putina. Władimir Putin wierzy w hipnotyczną moc ekranu telewizora, jest entuzjastą tego medium i najwyraźniej jest przekonany (nie bez racji, jak widać), że kto ma dostęp do telewizji, ten ma władzę. Czyli w rosyjskich warunkach – kto redaguje „Wriemia”, ten ma władzę. Pan premier ma dostęp. Czy redaguje „Wriemia”? Na pewno jest głównym aktorem tych miłych dla oka PR-owskich spektakli. Państwo ma 51 procent akcji Pierwszego. Państwo płąci, państwo wymaga. Niedawno premier przechodził koło siedziby Pierwszego z tragarzami i zajrzał na chwilę na zebranko redakcyjne. „Chciałem złożyć życzenia Konstantinowi Lwowiczowi [Ernstowi – dyrektor stacji] z okazji urodzin” – uzasadnił nagłe gospodarskie pojawienie się w telewizji. Wprawdzie nie był to dokładnie dzień urodzin Ernsta, ale przecież nie będziemy czepiać się szczegółów: takie dobre życzenia na pewno zachowały pierwszą świeżość do właściwego dnia. Nie od dziś wiadomo, że pańskie oko konia tuczy, a takiego telewizyjnego konia trzeba tuczyć, zwłaszcza przed sezonem wyborczym, nawet jeśli to wybory tylko fasadowe.

W tym tygodniu podano do wiadomości, że Roman Abramowicz odstąpił swoje udziały w Pierwszym (kupione swego czasu za bezcen od Borysa Bieriezowskiego, który popadł wtedy w niełaskę) Jurijowi Kowalczukowi. 25 procent za jedyne 150 mln dolarów (zdaniem speców od rynku mediów – to jak za darmo). Jurij Kowalczuk, główny udziałowiec banku Rossija i właściciel dwóch stacji telewizyjnych, kilku gazet i portali internetowych, jest opisywany przez media jako bliski przyjaciel Władimira Putina. Bliższy niż Abramowicz? Tej bliskości zmierzyć niepodobna. Zresztą, za próbę określenia stopnia bliskości przyjaźni z premierem można trafić nawet przed oblicze sądu (co ostatnio przećwiczyli autorzy raportu „Putin. Itogi” Borys Niemcow i Władimir Miłow, którzy w tym opracowaniu określili właściciela firmy Gunvor Giennadija Timczenkę mianem „przyjaciela Putina”, a pan Timczenko pozwał Niemcowa do sądu i kazał się przepraszać za takie określenia, aprzede wszystkim za sugestię, że gigantyczny majątek Timczenki spuchł dzięki tej bliskiej przyjaźni; ale to temat na inną opowieść). Wróćmy do smacznego pakietu akcji telewizji. Może jednak Abramowicz – człowiek jeszcze Jelcynowskiej familii – nie jest tak bliski jak Jurij Kowalczuk? Jak napisał Witalij Portnikow: „On [Putin] nie jest przeciwko familii, ale jeszcze nie wie, czy klan weteranów go poprze [w 2012 – roku wyborczym]. I nie chce ryzykować, musi trzymać palec na pilocie. Właśnie dlatego czyni faktycznym właścicielem kanału człowieka, któremu może zaufać i którego biznes jest związany przede wszystkim z przyszłą rolą Putina w państwie. Czy to oznacza, że Pierwszy się zmieni? Oczywiście, że nie – nikt nie jest zainteresowany takimi zmianami, władze chcą, żeby wszystko zostało po staremu […] Po co zmieniać, skoro wszystko jest znakomicie. Abramowicz odstąpił Pierwszy nie dlatego, że władza chce zmian, a dlatego, że władza nie chce żadnych niespodzianek”.

Nieznani sprawcy

Film „Chodorkowski” miał być zaprezentowany na berlińskim festiwalu filmowym. Premierę wyznaczono na 14 lutego. W nocy z 3 na 4 lutego nieznani sprawcy dokonali włamania do studia filmowego Lala Films w Berlinie, w którym trwały prace nad filmem, wyłamali pięcioro drzwi, zabrali kilka komputerów z montażowni. Na dysku jednego z nich zapisana była finalna wersja 100-minutowego filmu Cyrila Tuschi o byłym właścicielu koncernu naftowego Jukos, szykowana na Berlinale. Reżyser, który pracował nad filmem przez kilka lat, ogłosił, że zdoła zrekonstruować film: „Będziemy pracować ze wszystkich sił, ale pokażemy film na festiwalu. Nie mam pojęcia, kto to mógł zrobić. Studio wygląda jak po wybuchu bomby”. W jednym z wywiadów Tuschi powiedział, że trzy tygodnie temu skradziono mu w hotelu komputer, na którego dysku znajdowała się niedokończona wersja filmu.

Film przedstawia sylwetkę najsłynniejszego więźnia putinowskiej Rosji od pierwszych kroków stawianych przezeń w Komsomole do dziś. „Opowiadam się za uwolnieniem Chodorkowskiego. Chciałem pokazać siłę i sprzeczności tego człowieka. W czasie pracy nad filmem kilkakrotnie zmieniałem opinię o Chodorkowskim.  Obecnie występuję w jego obronie, ale to nie znaczy, że uważam go za pozytywnego bohatera. Albo negatywnego. Pracując nad filmem, starałem się wniknąć w całą złożoność – deklaruje Tuschi. – To szekspirowska tragedia. Dramat osobowości, człowieka ze skromnej radzieckiej rodziny, który stał się najbogatszym człowiekiem w Rosji, a następnie trafił do więzienia – szekspirowski zwrot akcji. Dlaczego trafił za kratki? Czy popełnił jakiś błąd? Dlaczego dobrowolnie pozwolił się wsadzić do więzienie? Próbuję postawić te pytania i znaleźć na nie odpowiedź”.

W wywiadzie dla tygodnika „Kommiersant Włast’” Tuschi mówił: „Okazało się, że wszyscy tu grają w jakiegoś super-pokera. Ludzie Chodorkowskiego też. I wiele rzeczy, które naiwnie uważałem za najważniejsze, np. prawa człowieka, to w tej grze tylko instrument, aby osiągnąć cel, niewidoczny cel. Okazuje się, że strona występująca w obronie Chodorkowskiego i strona, oskarżająca go, jakimiś niewidzialnymi nićmi są ze sobą powiązane”. Zdaniem Tuschi, Chodorkowski i Putin są w pewnym sensie podobni, to ich mecz. „Jest co najmniej dziesięć powodów, dlaczego Chodorkowski siedzi w więzieniu. Jeden z nich to archaiczny męski spór. Putin fotografuje się z gołym torsem na koniu, a Chodorkowski swego czasu zajmował się kulturystyką. To podobne typy. Gdyby, załóżmy, Chodorkowski i Putin byli kobietami, to sprawy nie zaszłyby tak daleko”.

Prace nad filmem toczyły się przez pięć lat w Moskwie, Petersburgu, Kałudze, Czicie, w Strasburgu i Berlinie, Nowym Jorku, Tel Awiwie i Londynie. Tuschi napotykał co rusz trudności finansowe. Jedna z niemieckich fundacji np. odmówiła reżyserowi pomocy w finansowaniu przedsięwzięcia, otwarcie argumentując: „boimy się, że ambasada Rosji będzie niezadowolona i będziemy mieli problemy”. Tuschi ze zdziwieniem konstatował, że wiele osób nie chce z nim rozmawiać – i to zarówno ze strony władz, jak i zwolenników Chodorkowskiego. „Mimo trudności, mimo że w filmie nie ma wypowiedzi ważnych dla sprawy osób – pisze „Kommiersant Daily” – reżyserowi udało się stworzyć bardzo przekonujący dokument – ten film nie czyni Chodorkowskiego ani świętym, ani zbrodniarzem, a pokazuje złożony, nieuproszczony portret człowieka, który wpierw żył według zasad, rządzących w danym czasie, a potem postanowił te zasady zmienić”.