Proszek w prezydenckim nosie

24 listopada. Od kilku tygodni przez Rosję przetacza się czwarta fala koronawirusa. Dobowy przyrost nowych potwierdzonych przypadków zakażenia to w tym okresie ok. 33-42 tys. Codziennie umiera z powodu Covid19 ponad tysiąc osób. W ostatnich dniach rosyjskie czynniki zajmujące się statystyką zachorowań informują, że fala opada – z dnia na dzień odnotowuje się zmniejszenie liczby nowych przypadków. Natomiast tendencja covidowych zgonów nadal się nie odwraca: regularnie umiera (według oficjalnych danych) ponad 1200 osób dziennie. Komentatorzy zwracają uwagę na zadziwiającą powtarzalność: przez kolejne dni 1247, 1251, 1254, 1254, 1252, dziś 1240 zmarłych.

Na przełomie października i listopada prezydent Putin udzielił Rosjanom kilku dni wolnych od pracy, aby zahamować tempo rozprzestrzeniania się wirusa i zyskać czas na wykonanie szczepień (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/23/covid-zabija-rosjan/). Liczba nowych zakażeń, jak wspomniałam wyżej, w ostatnich dniach lekko zaczęła spadać, natomiast liczba szczepień nieco wzrosła, choć nadal w Rosji jest zbyt mało zaszczepionych osób, aby mówić o uzyskaniu odporności zbiorowej. Co rusz na czołówki gazet powraca temat kupowania fałszywych certyfikatów szczepień, ich liczbę trudno oszacować. Ostatnio ta kwestia znów stała się tematem dyskusji w związku ze śmiercią znanego aktora, który miał świadectwa przyjęcia dwóch dawek, zmarł na covid, a przed śmiercią przyznał się znajomej, że tak naprawdę się nie zaszczepił. Dziś media nagłośniły list lekarzy do osób ze świecznika, które nie chcą się szczepić – m.in. deputowanych Dumy, artystów. Medycy zapraszali niedowiarków na oddziały covidowe, aby ci przekonali się, że wirus naprawdę istnieje i kosi niezależnie od wieku i stanu zdrowia.

Władze poszczególnych regionów próbują różnych metod walki z pandemią. Ze zmiennym szczęściem. W stolicy Tatarstanu Kazaniu wprowadzono ograniczenia w komunikacji miejskiej: do autobusu czy tramwaju mogły wsiąść tylko osoby posiadające kod QR. Konduktorzy nie zawsze byli w stanie wyegzekwować od pasażerów okazanie kodu, niektórzy zostali dotkliwie poturbowani przez tych, którym się nowy przepis nie spodobał.

Dwa dni temu Władimir Władimirowicz poinformował, że zaszczepił się trzecią dawką. Tym razem była to szczepionka Sputnik Light (poprzednie dwie dawki to, wedle słów prezydenta, był Sputnik V). Znowu – jak przy szczepieniu pierwszą i drugą dawką – nie było z prezydentem kamer. Naród został poinformowany o tym szczęsnym wydarzeniu jedynie przez samego prezydenta. Aby mógł wygłosić oświadczenie, stworzono mu specjalną okazję: Putin spotkał się przed kamerą z dyrektorem pracującego nad szczepionkami Centrum im. Gamalei, Denisem Łogunowem, porozmawiali o konieczności szczepienia. Czy kogoś przekonali? Trudno powiedzieć.

Ale to jeszcze nie koniec ciekawych informacji o szczepieniu prezydenta. Dziś – przypominam: dwa dni po anonsowanej rewakcynacji Sputnikiem Light – poinformowano, że Putin został zaszczepiony eksperymentalną szczepionką podawaną do nosa. Prace nad taką szczepionką trwają w Rosji od dawna. Kilka miesięcy temu w eksperymencie wzięła udział przewodnicząca Rady Federacji, Walentina Matwijenko.

„Moskowskij Komsomolec” pisze: „Władimir Putin aktywnie włączył się w kampanię informacyjną i propagowanie szczepionek. Jak się okazało podczas narady z rządem, zaraz po rewakcynacji Sputnikiem Light prezydent, nikomu nie mówiąc, przyjął dawkę szczepionki nasalnej (do nosa), stając się jednym z pierwszych uczestników etapu jej badań klinicznych. Według słów WWP, wszystko jest w najlepszym porządku – już nawet odbył zajęcia sportowe”. Potem okazało się jeszcze, że nasalną szczepionką „poczęstował” Putina dr Łogunow. „To szczepionka w postaci proszku do nosa” – wyjaśnił prezydent członkom rządu. Inaczej o fakcie mówił zawsze dobrze poinformowany rzecznik Kremla, Pieskow: prezydent przyjął nasalną szczepionkę w formie żelu. Hmm, żelu. I nikomu nic nie powiedział. Hmm.

Powstaje pytanie: to czym w końcu potraktowali prezydencki nos – proszkiem czy żelem?

Jak widać, chmura pytań dotycząca tajemnicy szczepień Władimira Władimirowicza tylko gęstnieje. Czy to pomoże sceptycznym rodakom uwierzyć, że przywódca Rosji jest zaszczepiony i przekonać się, że należy iść za jego przykładem i zaszczepić się w jakiejkolwiek dostępnej formie?

Mordowanie pamięci

11 listopada. Prokuratura Generalna wystąpiła do Sądu Najwyższego o zlikwidowanie stowarzyszenia Międzynarodowy Memoriał, oskarżywszy o „systematyczne naruszanie przepisów o agentach zagranicznych”. Rozprawa odbędzie się 25 listopada.

Owym „systematycznym naruszaniem” jest, zdaniem prokuratury, nieumieszczanie na materiałach i publikacjach kolportowanych przez Memoriał disclaimera „agent zagraniczny”. „To polityczna decyzja, mająca na celu zniszczenie stowarzyszenia, które zajmuje się badaniem historii represji politycznych i obroną praw człowieka” – napisał Memoriał w specjalnym oświadczeniu. Zdaniem członków stowarzyszenia, nie ma absolutnie żadnych prawnych podstaw, aby zlikwidować Międzynarodowy Memoriał, gdyż organizacja – choć nie zgadza się z przyznanym jej odgórnie przez ministerstwo sprawiedliwości statusem „agenta zagranicznego” – spełnia wszelkie wymogi. Niespełna miesiąc temu doszło do napaści na Memoriał (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/16/napasc-na-memorial/).

Dzisiaj sąd w Moskwie odrzucił pozew szefa organizacji „O prawa człowieka”, jednego z inicjatorów utworzenia stowarzyszenia Memoriał, Lwa Ponomariowa domagającego się wykreślenia go z listy osób fizycznych będących agentami zagranicznymi. Kilka dni temu legendarny dysydent i obrońca praw człowieka został ukarany po raz kolejny grzywną w wysokości 10 tys. rubli za to, że w umieszczanych w mediach społecznościowych postach nie wpisywał zatwierdzonej przez Roskomnadzor formułki (24 słowa wielkimi literami), że jest „agentem zagranicznym”. Jeżeli Ponomariow jeszcze dwukrotnie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za podobne „wykroczenie”, grozi mu sprawa karna. Ponomariow w rozmowie z Radiem Swoboda powiedział: „Kraj jest podzielony. W niemal każdej rodzinie są ofiary represji z czasów ZSRR, ale są przecież również potomkowie oprawców. Ta krwawa rana pozostała i nadal krwawi. Memoriał to narodowa duma Rosji, to organizacja, która ratuje reputację kraju, gdzie nie potępiono publicznie terroru, nie powiedziano całej prawdy o represjach”.

Memoriał położył wielkie zasługi w badaniu zbrodni stalinowskich, przywracaniu pamięci o ofiarach. Dzięki historykom z Memoriału anonimowe miliony zmielone w machinie represji odzyskują twarze i nazwiska. Logicznym dalszym ciągiem tej gigantycznej pracy nad przywracaniem imion ofiar powinno być wskazywanie i publikowanie nazwisk oprawców, przynajmniej symboliczny sąd nad nimi. I tu zaczynają się schody.

Prezydent Putin hołubi Federalną Służbę Bezpieczeństwa, która ogłosiła się spadkobierczynią KGB, NKWD i Czeki. Niedawno służba ta świętowała stulecie – datą, od której zaczęto odliczanie, był dzień założenia Czeriezwyczajki przez towarzysza Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Stare dobre tradycje, nieprawdaż.

Rodziny ofiar próbują zbadać okoliczności skazania ich przodków na łagry lub rozstrzelanie. Zwracają się w tej sprawie do archiwów i czasem otrzymują kopie dokumentów. W maju 2020 roku kobiecie poszukującej informacji o swoich represjonowanych krewnych wydano z archiwum miejscowego FSB dokumenty, na których zamazano markerem nazwiska przesłuchujących i skazujących funkcjonariuszy NKWD (szczegóły sprawy tu: https://www.svoboda.org/a/31262788.html). „To korporacyjna solidarność” – powiedział dziennikarz Igor Jakowlew, zajmujący się badaniem sprawy swojego krewnego, który ucierpiał w latach Wielkiego Terroru.

Opozycyjny polityk Władimir Kara-Murza tak skomentował dzisiejsze wiadomości o zamiarze zlikwidowania Memoriału: „Trudno znaleźć bardziej trafną ilustrację sytuacji we współczesnej Rosji niż żądanie zamknięcia Memoriału – organizacji, założonej przez noblistę Andrieja Sacharowa i przywracającej pamięć o ofiarach czekistowskiego terroru. Pamiętajcie, drodzy koledzy, że noc jest najczarniejsza przed brzaskiem”.

Uniemożliwienie pracy Memoriałowi wpisuje się w prowadzoną od lat politykę przemilczania tych wydarzeń z historii (zwłaszcza historii XX wieku), które nie pasują Putinowi do tworzonych mitów o rosyjskim/sowieckim mesjanizmie, bezgrzeszności szlachetnych przywódców, niosących światu pokój. Duma co jakiś czas przyjmuje kolejne ustawy przewidujące penalizację za publikowanie treści niezgodnych z zatwierdzoną wersją jedynej słusznej historii. Dotyczy to między innymi wspominania o sojuszu Stalina i Hitlera przed wybuchem II wojny światowej. Likwidacja Memoriału – jeśli zostanie przeprowadzona – będzie oznaczała zamordowanie pamięci i otworzy drogę do prześladowania za mówienie prawdy o tym, co było.

Putin boi się nie tylko teraźniejszości i przyszłości, ale także przeszłości.

Którzy odeszli 2021

2 listopada. W Dzień Zaduszny krótkie wspomnienie tych, którzy zmarli w ostatnim roku w Rosji.

Ten post poświęcę ludziom kultury. Andriej Miagkow dla widzów pozostanie na zawsze Żenią Łukaszynem, bohaterem kultowego filmu „Ironia losu” Eldara Riazanowa. Partnerował w nim Barbarze Brylskiej. Film jest stałym komponentem niezbędnego wyposażenia sylwestra w Rosji jak choinka, musujące wino i sałatka Olivier na stole. Duet Brylska-Miagkow nieodmiennie gości za pośrednictwem telewizji w każdym rosyjskim domu przynajmniej raz w roku w tę wyjątkową noc. Popularność przyniosła Miagkowowi rola w jeszcze jednej komedii Riazanowa, „Biurowy romans”. Mnie zawsze Miagkow kojarzyć się jednak będzie z kreacją w ekranizacji „Braci Karamazow” w reżyserii Iwana Pyrjewa: wcielił się w Aloszę Karamazowa. Miagkow był przede wszystkim człowiekiem teatru, przez wiele lat związanym z moskiewskim teatrem Sowriemiennik, potem z MChAT-em. Był też wybitnym pedagogiem, spod jego ręki wyszły zastępy znakomitych aktorów. Zmarł w lutym 2021 r., miał 82 lata, został pochowany na cmentarzu Trojekurowskim w Moskwie, tuż obok swego przyjaciela Walentina Gafta, który zmarł dwa miesiące wcześniej.

Walentin Gaft był przez lata związany z najważniejszymi scenami teatralnymi Moskwy – Lenkomem i Sowriemiennikiem. W filmach pojawiał się niezbyt często, ale to właśnie role filmowe przyniosły mu ogólnokrajową popularność, zagrał m.in. w obrazach Riazanowa („Zapomniana melodia na flet”, „Garaż”) czy Nikity Michałkowa „Dwunastu”. Udzielał się społecznie jak obrońca praw zwierząt. Miał też w swoim życiu obywatelskim kilka epizodów, które można scharakteryzować jako swing. W 2000 r. wraz z grupą ludzi kultury wypowiedział się przeciwko przywróceniu przez Putina sowieckiego hymnu Aleksandrowa-Michałkowa. Kilkanaście lat później chwalił natomiast publicznie ZSRR za stworzenie atmosfery „prawdziwej przyjaźni między narodami”. W 2015 r. władze Ukrainy umieściły nazwisko Gafta na tzw. białej liście rosyjskich artystów. To miało być wyróżnienie za krytyczną postawę wobec aneksji Krymu przez Rosję. Ale Gaft podziękował za wpis i oznajmił, że popiera politykę Putina wobec Krymu i Donbasu (został po tym oświadczeniu wpisany na tzw. czarną listę). Najwyraźniej nie chciał być kojarzony z polityką, zawsze od niej uciekał, nie piastował żadnych stanowisk. Pisał wiersze i epigramy, czasem cięte, zawsze dowcipne. Miały swój specyficzny styl, który w ostatnich latach próbowali podrabiać autorzy internetowych memów, podszywając się pod Gafta. Najpierw walczył z tym zjawiskiem, wydawał oświadczenia, że te produkcje nie są jego, a potem dał spokój. Zmarł po wylewie, miał 85 lat.

Wśród epizodów filmowych, jakie Gaft zagrał na – niezbyt obfitującym w role – początku kariery, była mała rólka w serialu „Siedemnaście mgnień Rosji”. Gwiazdą tego serialu była – obok zamyślonego Wiaczesława Tichonowa w roli agenta Stirlitza – Jekatierina Gradowa, wcielająca się w radiotelegrafistkę Katię Kozłową vel Kathrin Kinnt. W latach osiemdziesiątych Gradowa przeszła poważną chorobę, po której nie wróciła ani na scenę, ani na plan filmowy. Nawróciła się na prawosławie: była przekonana, że wyjść z ciężkiej choroby pomogła jej jedynie wiara i modlitwa. Ukończyła kursy na Prawosławnym Państwowym Uniwersytecie św. Tichona w Moskwie, zaangażowała się w pracę nauczyciela, jeździła z pielgrzymkami do klasztorów, zbierała pieniądze na odbudowę świątyń prawosławnych. Założyła fundację, która pomagała sierotom. Miała 75 lat, została pochowana na cmentarzu Trojekurowskim, niedaleko Gafta i Miagkowa.

Kilka dni temu zmarł reżyser filmowy Aleksandr Rogożkin. Znany przede wszystkim jako twórca szalenie popularnych komedii „Osobliwości narodowego polowania” (1995) i „Osobliwości narodowego wędkarstwa” (1998). W tych filmach nowa Rosja, wyłaniająca się z krajobrazu po rozpadzie ZSRR jest absurdalna, ale taka swojska, zrozumiała dla każdego – bohaterowie rozmawiają mieszaniną języka koszarowego, potocznego, propagandowego, i robią to, co każdy prawdziwy „mużyk” chciałby zrobić: przeżyć prawdziwie męską przygodę w pięknych okolicznościach przyrody w towarzystwie równie zaprawionych w życiowych bojach kolegów. A wszystko skąpać w czystej perlistej. Zanim jednak zabrał się za to, co w Rosjanach śmieszne, pokazał to, co w Rosjanach straszne. W 1992 roku wyreżyserował ekranizację wielkiej, choć mało znanej powieści Władimira Zazubrina „Drzazga”. Film nosi tytuł „Czekista” i opowiada o funkcjonariuszach Czeki na rosyjskiej prowincji. Obraz niezwykły i wstrząsający, pokazujący machinę unicestwiającą „wrogów rewolucji” – czekiści sami wybierają ofiary spośród niedobitków po caracie, sami je sądzą i sami rozstrzeliwują. Jeden z czekistów jest rozdarty – bo z jednej strony rewolucja, w której ideały wierzył, a z drugiej – masowe mordowanie niewinnych ludzi. Rozdarcie przeradza się w totalną schizę. Po „Osobliwościach” Rogożkin zrobił jeszcze jeden ważny film: „Kukułkę” (2002). Pod koniec II wojny Fin i Rosjanin – dezerterzy – spotykają się u lapońskiej szamanki. Żadne z nich nie zna języka dwojga pozostałych, mężczyźni są wrogo nastawieni do siebie, nie rozumieją się nawzajem, nie rozumieją, kim sami są. „Kukułka” to pięknie opowiedziana historia o bezsensie wojny. Rogożkin miał 72 lata, został pochowany na cmentarzu Bogosłowskim w Petersburgu.

Covid zabija Rosjan

23 października. Odnotowany dziś dobowy przyrost nowych zarejestrowanych przypadków zakażeń koronawirusem w Rosji to 37 678. W ciągu ostatniej doby z powodu Covid19 zmarło 1075 osób. To rekordowe wartości od początku pandemii. Od tygodnia dziennie umiera ponad tysiąc osób, wcześniej przez kilka tygodni podawano wartości 800-900 śmiertelnych przypadków w ciągu doby. Władze po długim okresie bezczynności i milczenia złapały się za głowę i próbują opanować sytuację. Czy im się to uda?

Prezydent Putin ogłosił, że w dniach 28 października – 8 listopada Rosjanie mają wolne z uwagi na szybko wzrastające wskaźniki zachorowań na Covid19. W niektórych regionach, gdzie przyrost jest gwałtowny, np. w obwodzie pskowskim czy amurskim, lokalne władze już zapowiedziały, że „covidowe wakacje” mogą zostać przedłużone, jeśli sytuacja się nie ustabilizuje. W kilku innych postanowiono nie czekać na 28 października i zamknąć przedsiębiorstwa już w najbliższy poniedziałek.

Mer Moskwy (gdzie dziennie wyjawia się 7-8 tys. nowych zakażeń koronawirusem) ogłosił lockdown w tym okresie. Petersburg (około 3 tys. nowych zakażeń dziennie) w obawie, że w wolne dni moskwianie gremialnie ruszą do północnej stolicy, też zamierza od 30 października wprowadzić obostrzenia. Władze miasta zapowiadają, że w przestrzeni publicznej będą sprawdzane kody QR, ci, którzy nie mają świadectwa o szczepieniu, od 1 listopada nie będą wpuszczani do kin, teatrów, siłowni, muzeów, a od 1 grudnia – do restauracji.

Eksperci uprzedzają, że tygodniowa izolacja niewiele da: nawet kiedy w tym okresie liczba nowych zachorowań spadnie, to w momencie, gdy ludzie wyjdą z domów i ruszą do pracy, wskaźniki znowu poszybują w górę. Jednym z najważniejszych czynników powodujących wzrost liczby zakażeń jest zbyt mały procent zaszczepionych w populacji. Według oficjalnych danych z 22 października dwie dawki szczepionki podano 49,1 mln ludzi, to około 35% ludności. Za mało, aby mówić o zbiorowej odporności.

Gdyby – jak radzą lekarze – czas wolny od pracy na początku listopada wykorzystać na masową akcję szczepień, może sytuacja by się unormowała. Żeby osiągnąć minimalną liczbę zaszczepionych dającą szansę nabycia zbiorowej odporności, przy obecnym tempie wakcynacji potrzeba w Rosji co najmniej ośmiu miesięcy. A wtedy będzie już znów konieczne doszczepianie dawką przypominającą. Błędne koło.

Od czasu do czasu w mediach społecznościowych wybucha dyskusja nad koniecznością wprowadzenia obowiązkowych szczepień. W niektórych branżach i zakładach pracy pracodawcy próbują egzekwować od pracowników świadectwa o szczepieniach. Nie wszędzie się to udaje. Zresztą, takie wymagania formalnie nie mają podstawy prawnej. Antyszczepionkowców jest w Rosji bardzo wielu. Wielu ludzi nie ma zaufania do rodzimych szczepionek, które rząd zapewnia każdemu bezpłatnie. Władze przekonują, że Sputnik jest bezpieczny i skuteczny. Władimir Putin przy każdej okazji lansuje rosyjską szczepionkę. Ostatnio na spotkaniu w Klubie Wałdajskim powiedział: „Europejczycy szczepią się w Rosji Sputnikiem, a potem kupują u siebie zaświadczenia, że się szczepili Pfizerem. Poważnie, tak mówią lekarze. Ci ludzie [którzy rzekomo się szczepią Sputnikiem] robią tak, bo uważają, że Sputnik jest bezpieczniejszy”. Jak to w rosyjskich covidowych bajkach bywa, robi się i śmiesznie, i strasznie. Żartownisie w mediach społecznościowych parodiowali ten passus WWP: „Europejczycy przyjeżdżają do Rosji po ładę kalinę, a potem u siebie kupują zaświadczenie, że to mercedes” itd.

Na razie jednak nikomu nie jest do śmiechu, bo statystyki strat ludzkich na skutek epidemii są zatrważające. Na początku października Rosstat podał, że z powodu Covid19 w Rosji od początku pandemii zmarło 400 tys. osób. Niezależni demografowie uważają, że to zaniżone dane i szacują, że co najmniej 688 tys. Rosjan to ofiary zarazy. A dane te nie uwzględniają ostatnich tygodni, kiedy umierało 800-1000 osób dziennie.

Napaść na Memoriał

16 października. Czwartkowy wieczór. Moskwa, siedziba stowarzyszenia Memoriał. Pokaz filmu Agnieszki Holland „Obywatel Jones” o Hołodomorze i zakłamywaniu tragedii. Współorganizatorem było Centrum Kultury Polskiej w Moskwie. Impreza kameralna, cicha i spokojna.

– Doskonale wiecie, że pokazy zagranicznych filmów mogą się odbyć tylko za zgodą rosyjskiego MSZ w porozumieniu z odpowiednimi instancjami kraju partnerskiego – pisze Memoriał na swoim profilu facebookowym. – Pokaz się rozpoczął i oto nagle na scenę wtargnęło 30-35 napastników, mieli zasłonięte twarze. Zaczęli krzyczeć „mordą na podłogę”, „agenci zagraniczni”, „won na Zachód” i tym podobne. Widzowie się przestraszyli, myśleli, że to terroryści. Wezwaliśmy policję. Policja jechała piętnaście minut. Na pięć minut przed jej przybyciem napastnicy postanowili nagle wyjść. Próbowaliśmy ich zatrzymać, żeby policja miała okazję ustalić personalia. Udało się zatrzymać pięć osób: dwie osoby z kamerami z napisami TV NTW i trzy bez znaków szczególnych. Policja nie miała pewności, kogo zatrzymywać: nas czy napastników. Na komisariat pojechało sześć osób: troje naszych i trzech napastników. Tymczasem do naszej siedziby przyszła kolejna grupa policjantów. Zamknęli nas, jak gdybyśmy byli zakładnikami. Nikogo nie wypuszczali, nie wpuścili dziennikarzy. Zarekwirowali nagrania z kamer wideo.

Drzwi pomieszczenia, w którym zostali posadzeni po zajściu uczestnicy seansu, zostały przez policję zamknięte kajdankami. Cóż za wymowny symbol!

Przewodniczący Memoriału Jan Raczyński został wezwany na policję do złożenia zeznań. Zapowiedziano, że ma się odbyć kontrola.

Memoriał został wpisany do rejestru „zagranicznych agentów” w 2016 r. Wielokrotnie próbował w sądzie podać w wątpliwość uzasadnienie decyzji władz. Bez skutku. Memoriał położył wielkie zasługi w odkłamywaniu historii, badaniu zbrodni stalinowskich, przywracaniu godności ofiarom totalitaryzmu; wyciągnął na światło dzienne tysiące zbrodni reżimu, historycy Memoriału mają bezcenne zasługi w badaniu zbrodni katyńskiej. Zdaniem rosyjskich władz, to działalność polityczna, na dodatek finansowana przez USA.

Ostatnio przyklejanie organizacjom, mediom, a nawet osobom fizycznym łatki „zagranicznego agenta” stało się w putinowskiej Rosji metodą walki z niepokornymi. W polu zainteresowania władz znalazła się nie tylko opozycja, ale także zamieszczające krytyczne wobec Kremla publikacje portale internetowe (wczoraj na liście znalazły się Rosbalt i Republic), obrońcy praw człowieka (Lew Ponomariow), a nawet poeci (Tatiana Woltska). [Pisałam o szerzeniu się tej praktyki na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/08/23/rosna-szeregi-zagranicznych-agentow/].

Memoriał od dawna jest na celowniku, bo opowiada historię prawdziwą, podczas gdy Kreml tworzy własną wersję historii, pełnej chluby, nieomylnej, będącej podstawą tronu. Wszelkie próby wykazania, że Stalin był zbrodniarzem, że pakt Ribbentrop-Mołotow przyczynił się do rozpętania wojny, że ZSRR napadł na Polskę we wrześniu 1939 r. do spółki ze swym sojusznikiem, hitlerowskimi Niemcami, są nazywane „niedopuszczalnymi próbami podważenia wyników II wojny światowej”. Memoriał jest nieustannie napominany i obkładany wysokimi grzywnami.

Komentator rosyjskiej redakcji Deutsche Welle Iwan Prieobrażenski napisał w komentarzu: „Atak na Memoriał otwiera nowy etap w stosunkach władz i społeczeństwa obywatelskiego. Teraz status agenta zagranicznego może stać się podstawą do napaści na obywatela”.