Siedem lat łagru za słowa prawdy

10 lipca. Sąd skazał Aleksieja Gorinowa na karę siedmiu lat łagru za uczciwość obywatelską i nazwanie zbrodniczej wojny wojną. To pierwszy wyrok z artykułu o „rozpowszechnianiu fejków o rosyjskiej armii”. Tak „wymiar sprawiedliwości” putinowskiej Rosji kwalifikuje mówienie prawdy o napaści na Ukrainę. Łagier dla Gorinowa to pierwszy realny wyrok orzeczony na podstawie nowego przepisu, penalizującego dyskredytację armii rosyjskiej. A za takową uważa się wszelkie akcje antywojenne.

Cofnijmy się o kilka tygodni. 15 marca na posiedzeniu rady dzielnicy Krasnosielskiej w Moskwie na wniosek radnego Aleksieja Gorinowa ogłoszono minutę ciszy, aby upamiętnić ofiary agresji na Ukrainę. Gorinow zaznaczył przy tym, że wysiłki społeczeństwa obywatelskiego w Rosji powinny być skupione na powstrzymaniu wojny. W rozmowie z radną Jeleną Kotionoczkiną Gorinow nazwał wojnę wojną (a nie operacją specjalną, jak głosi i nakazuje głosić Kreml) i wspomniał o tym, że wśród ofiar są dzieci. Nagranie z posiedzenia trafiło do sieci, a także do Prokuratury Generalnej (donos napisali koledzy Gorinowa – radni z ramienia Jednej Rosji). Prokuratura wszczęła śledztwo przeciwko Gorinowowi i Kotionoczkinej. Radna wyjechała za granicę, unikając aresztowania. Gorinow został natomiast w kraju.

Zdaniem sądu Gorinow rozpowszechniał niesprawdzone informacje na temat armii, wykorzystując swoją funkcję, a czynił to z nienawiści.

„Od pięciu miesięcy Rosja prowadzi działania zbrojne, wstydliwie nazywając je operacja specjalną. Obiecują nam zwycięstwo i sławę. Ale z jakiegoś powodu część moich współobywateli odczuwa wstyd i ma poczucie winy. Dlaczego nasz kraj ma nagle tylu nieprzyjaciół? Skąd oni się wzięli? Może z nami jest coś nie tak? Porozmawiajmy o tym. To właśnie zrobiłem podczas posiedzenia rady” – mówił Gorinow na sali sądowej. Oskarżony siedział w szklanej szkatule, odgradzającej go od reszty sali rozpraw. Do szyby przyłożył kartkę papieru z napisem „Czy wam potrzebna jest jeszcze ta wojna?”. Jeden z ochroniarzy własnym ciałem zasłonił wywrotowy napis.

Wczoraj na stronie internetowej portalu „Nowa Gazeta. Europa” (medium wydawane za granicą przez byłych dziennikarzy „Nowej Gazety”, której działalność zawiesił jej redaktor naczelny, laureat Pokojowej Nagrody Nobla Dmitrij Muratow na skutek wprowadzenia w kraju wojennej cenzury) zamieszczono list otwarty w sprawie bezprawnego wyroku na Gorinowa. Podpisało go 20 prawników i obrońców praw człowieka. Zdaniem autorów listu, wyrok jest niezgodny z prawem i narusza rosyjską konstytucję. Piszą, że kodeks karny od momentu inwazji stał się instrumentem zamykania ust wszystkim , którzy krytykują politykę władz, a zamykanie ust narusza co najmniej trzy artykuły konstytucji.

Tatiana Stanowaja tak interpretuje wyrok: „Siedem lat dla Gorinowa to wyjątkowe polityczne wydarzenie, przypadek szczególny wśród podobnych procesów. Władza daje znać, że dzieli przestępstwa o fejkach na temat armii rosyjskiej na dwie kategorie. Kategoria pierwsza: nazwać „operację specjalną” wojną lub próbować opowiadać alternatywną wersję w mediach zablokowanych lub w mediach społecznościowych – to uznawane jest za szkodnictwo. Ale jeśli takie szkodnictwo łączy się z działalnością polityczną (tak rzecz się ma w przypadku Gorinowa, który jako radny wystąpił przeciwko wojnie podczas posiedzenia rady), to uznawane jest bez mała za terroryzm. Ten wyrok to przemyślane ostrzeżenie wobec wszystkich przeciwników wojny: wsadzimy was na lata, jeżeli przyjdzie wam do głowy łączyć antywojenną retorykę z działalnością polityczną”.

Sądy mają w najbliższym czasie rozpatrzyć osiem podobnych spraw.
*
Teraz, żeby podpaść władzy, nie trzeba wiele. Posadę stracił ostatnio ordynator chirurgii szpitala w mieście Jelec (obwód lipiecki) Wiktor Pawlenko pod zarzutem dyskredytacji sił zbrojnych. Miejscowy oddział Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej, której Pawlenko jest członkiem, tak opisuje w Telegramie tło wydarzeń, które doprowadziły do dymisji: „Konflikt powstał 17 czerwca, gdy w ośrodku wypoczynkowym pod Jelcem spotkały się dwie grupy: lekarze i pracownicy prokuratury towarzyszący merowi miasta. Członkowie prokuratorskiej ekipy usłyszeli, jak Pawlenko powiedział: „Chwała Ukrainie”. Wprost z ośrodka wypoczynkowego Pawlenko został zawieziony do rejonowej komendy policji. Funkcjonariusze FSB zakuli lekarza w kajdanki i zagrozili, że mu „nos wsadzą w gardło”, jeśli przed kamerą nie przyzna się do winy i nie przeprosi „szanownego naczalstwa” za swoje zachowanie. Ludzie w mundurach przez kilka godzin maglowali chirurga, aż wreszcie wymogli na nim przyznanie się do winy i przeprosiny. Po tym incydencie Pawlenko został 20 czerwca zwolniony ze stanowiska, ma odpowiadać przed sądem z paragrafu o dyskredytacji armii”. Pawlenko miał zamiar startować w jesiennych wyborach do rady miejskiej. Można założyć, że nie wystartuje.

Pocztówka ze Spitsbergenu

29 czerwca. Po gniewnym zakwestionowaniu decyzji Litwy o ograniczeniach w tranzycie towarów do obwodu kaliningradzkiego Rosja wywołuje kolejny głośny skandal wokół dostaw. Tym razem poszło o dowiezienie ładunku do rosyjskiej osady na norweskim archipelagu Svalbard. Rosyjski MSZ wezwał Norwegię do „natychmiastowego rozwiązania tej trudnej sprawy”, a potem napięcie zaczęło rosnąć.

Dwa tygodnie temu norweski MSZ poinformował stronę rosyjską o odrzuceniu wniosku o przepuszczenie przez punkt graniczny Storskog ładunku, który miał trafić do rosyjskich osad na Spitsbergenie (to największa wyspa archipelagu Svalbard). Norwegia przyłączyła się do antyrosyjskich sankcji nałożonych po agresji Rosji na Ukrainę i dotyczących transportowania pewnych kategorii towarów (m.in. sprzętu dla objętego sankcjami górnictwa), zamknęła też porty dla rosyjskich statków (poza rybackimi).
Rosjanie są obecni na norweskim Spitsbergenie na mocy traktatu spitsbergeńskiego z 1920 r., który zezwala 46 krajom na eksploatację tamtejszych surowców i działalność naukową. W osadzie górniczej Barentsburg mieszka pięćset osób, które pracują w kopalni węgla kamiennego. Na Spitsbergenie znajduje się też duża rosyjska stacja naukowa.

Gdy Norwegowie zastopowali tajemniczy ładunek mający trafić na Spitsbergen, rosyjski MSZ wyszczerzył kły: Moskwa zagroziła podjęciem równie nieprzyjaznych kroków wobec Oslo. Do siedziby ministerstwa przy placu Smoleńskim została wezwana norweska chargé d’affaires Solveig Rossebe, której oznajmiono, że sytuacja z blokadą 20-tonowego ładunku dla rosyjskich osad na Spitsbergenie jest niedopuszczalna. Zapewniono, że towary są niezbędne dla funkcjonowania kopalni i życia górników.

Co Rosjanie chcą przywieźć na Svalbard? Przedstawiciele władz twierdzą, że to głównie żywność oraz sprzęt medyczny, materiały budowlane i części zapasowe. Konsul generalny Rosji na Spitsbergenie Siergiej Guszczin twierdzi, że strona rosyjska będzie teraz pracować nad alternatywnymi drogami dostaw, skoro Norwegowie chcą zamknąć dla towarów z Rosji swoje przejście graniczne Storskog. Senator Andriej Kliszas oznajmił, że wobec niegodziwej postawy Oslo w sprawie dostarczenia rosyjskim górnikom jedzenia i strzykawek należy się zastanowić nad tym, czy Norwegia ma nadal prawo do Spitsbergenu. To ciekawy tok myślenia – podobny rosyjscy politycy zastosowali po ogłoszeniu przez Litwę ograniczeń w tranzycie do obwodu kaliningradzkiego (https://www.tygodnikpowszechny.pl/wyspa-kaliningrad-litwa-ogranicza-tranzyt-do-rosyjskiej-eksklawy-175657): zagrozili podważeniem prawa Litwy do Kłajpedy. Analogiczne pogróżki słychać od czasu do czasu w programach publicystycznych w rosyjskiej telewizji pod adresem Polski – eksperci i politycy „dobrze radzą” Warszawie, by zastanowiła się, czy nie zostanie podważone prawo Polski do ziem zachodnich. Stara zdarta płyta, jak widać, nadal kręci się w dyplomatycznych gabinetach na placu Smoleńskim, na Dmitrowce (siedziba Rady Federacji) i na Kremlu.

Dwa lata temu minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow wystosował do Norwegów notę, upominając się o „nieograniczanie obecności Rosji na archipelagu Svalbard”. Norwegia zaczęła być ostrożna, bo choć archipelag ma status strefy zdemilitaryzowanej, to Rosjanie wykonują dziwne balety, które każą się mieć na baczności. Od kilku lat Rosja wzmacnia swoją obecność wojskową w Arktyce i to nie może nie niepokoić.

„Rosja co najmniej od 2014 r. systematycznie zwiększa potencjał wojskowy na Dalekiej Północy i rozbudowuje tam infrastrukturę wojskową. Powoływane są nowe jednostki, m.in. stworzona została wyspecjalizowana brygada arktyczna, instalowane są nowe systemy uzbrojenia (pociski kierowane klasy ziemia–woda oraz ziemia–powietrze) i stacje radarowe, reaktywuje się opuszczone po rozpadzie ZSRR lotniska wojskowe i zakłada nowe (od 2014 r. łącznie 14). W grudniu 2014 r. na bazie Floty Północnej powołano połączone dowództwo strategiczne „Północ” (określane również mianem „Arktycznego”). W styczniu br. otrzymało ono – analogicznie do wcześniej utworzonych kierunków strategicznych – podstawę terytorialną w postaci nowo powstałego Północnego Okręgu Wojskowego (wydzielonego głównie z obszaru Zachodniego Okręgu Wojskowego).
Trzeba podkreślić, że militaryzacja Arktyki została przez Moskwę zainicjowana w sytuacji, gdy obecność i aktywność wojskowa państw Zachodu na tym obszarze pozostawała niezmiennie na minimalnym poziomie, jaki ukształtował się w latach dziewięćdziesiątych po zakończeniu zimnej wojny.
Strategia dyplomatyczna i medialna Moskwy polega na ucinaniu zachodnich prób dyskusji o rosyjskich zbrojeniach w Arktyce poprzez odwoływanie się do haseł „pozostawienia Arktyki obszarem wyłączonym z geopolitycznej rywalizacji” i „nieprzenoszenia do Arktyki” konfliktu Zachód–Rosja, przy jednoczesnym powoływaniu się na te same słowa w celu zwalczania zachodniej aktywności wojskowej w regionie” – pisał Witold Rodkiewicz w analizie „Przewodnictwo Rosji w Radzie Arktycznej: multilateralizm à la russe” (https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2021-05-24/przewodnictwo-rosji-w-radzie-arktycznej-multilateralizm-a-la-russe).

*
Na koniec przytoczę słowa zatroskanego wiceprzewodniczącego Rady Federacji Konstantina Kosaczowa. Na swoim profilu w Telegramie Kosaczow napisał, że uważa wstrzymanie dostawy żywności dla rosyjskich górników na Spitsbergenie za „niehumanitarne i amoralne” naruszenie praw człowieka. Ataków rakietowych na obiekty cywilne w Ukrainie Kosaczow za „niehumanitarne i amoralne” nie uważa.

To nie jest kraj dla starych rockmanów

26 czerwca 2022. Gdyby żył, skończyłby 60 lat. Śpiewał, że „nasze serca czekają na zmiany”, że ma naszytą „grupę krwi na rękawie”, swoimi szarpanymi na gitarze akordami szarpał nerw czasu, w którym żył. Uwierał stetryczałą sowiecką władzę tą nerwowością, tajemnicą, żyłką do życia.

Jubileusz Wiktora Coja, lidera grupy „Kino”, legendy sowieckiego rocka, miał być okazją do przypomnienia jego twórczości i fenomenu (gdyby ktoś z Państwa chciał sobie przypomnieć, kim był, zapraszam do posłuchania audycji: https://audycje.tokfm.pl/podcast/44216,Biosfera-Wiktor-Coj-O-zmarlym-tragicznie-liderze-grupy-Kino-radzieckim-rocku-i-latach-osiemdziesiatych-opowiadala-Anna-Labuszewska-w-rozmowie-z-Karolina-Glowacka). Ale okazało się, że Coj nadal przeszkadza rosyjskim władzom i jubileusz nie współbrzmi z ponurym rytmem czasu dyktatora pozbawionego ludzkich uczuć. Gdy w dniu urodzin (21 czerwca) na moskiewskim Arbacie ludzie spontanicznie zebrali się, żeby pośpiewać piosenki grupy „Kino”, impreza została rozpędzona jako nielegalne zgromadzenie. Każde nielegalne zgromadzenie to zagrożenie dla władzy Putina. Putin nie lubił i nie lubi rocka. Takim nieuczesanym muzykom może przyjść do głowy jakaś myśl zdradziecka, a z ich wieloznacznych tekstów słuchacz może wyciągnąć nieprawomyślne wnioski. Lepiej uważać. Coj nawet po śmierci straszy władców Rosji zaraźliwym umiłowaniem wolności.

W mieście Nabierieżnyje Czełny miał się odbyć festiwal piosenek Coja. Urzędnikom nie spodobał się program, zażądali, aby organizatorzy przedstawili spis utworów. Nie spodobał im się słynny hymn „Czekamy na zmiany” (Ждем перемен). Organizatorzy stanęli okoniem, festiwal odwołano. Wybuchł skandal, było o tym głośno w mediach. Po kilku dniach ogłoszono, że festiwal jednak się odbędzie, ale dopiero w sierpniu.
Okolicznościowe koncerty odbyły się w rodzinnym mieście rockmana, Petersburgu, a także w Kaliningradzie, gdzie grupa „Kino” wystąpiła z cyfrowym zapisem głosu solisty. Ostatni koncert z udziałem żywego artysty, jaki odbył się na Łużnikach w Moskwie 24 czerwca 1990 r., przypomniał Pierwyj Kanał: https://www.1tv.ru/shows/koncerty/koncerty/k-60-letiyu-viktora-coya-posledniy-koncert-vypusk-ot-24-06-2022 . W finale pojawia się piosenka o oczekiwaniu zmian, jakiej nie chcieli słyszeć urzędnicy w Nabierieżnych Czełnach. Ta piosenka towarzyszyła niemal wszystkim wielkim falom protestów w czasach Putina. Widocznie teraz wywołuje skojarzenia u lokajów putinowskich porządków, że to protest song, którego raczej trzeba unikać.

W mediach społecznościowych wiele osób o różnej orientacji politycznej przypominało postać i twórczość Coja i zastanawiało się, co by dzisiaj powiedział, do jakiego obozu przystał. Niegdyś dobrze się zapowiadający pisarz, a obecnie radykalny proputinista Zachar Prilepin zasugerował, że Coj, wnuk oficera NKWD, na pewno nie siedziałby przy jednym stole z dwoma innymi weteranami rocka: Borysem Griebienszczikowem i Andriejem Makariewiczem, którzy nie popierają wojny w Ukrainie i dają temu wyraz. Pojawiły się też twierdzenia, że Coj byłby za separatystami w Doniecku, skoro jego pieśni są natchnieniem dla „obrońców rosyjskiego świata” w tym regionie. Dalej poszedł artysta-putinista Aleksiej Siergijenko, który namalował Wiktora Coja w mundurze rosyjskiego żołnierza z naszywką z literą Z (https://twitter.com/svtv_news/status/1539590238535835652). Te insynuacje, że Coj byłby za Putinem, są co najmniej podłe – zmarły wiele lat temu muzyk nie może tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć. Ale ubieranie Coja w mundur jest już kompletnym odlotem – Coj był pacyfistą, uchylił się od obowiązku odbycia zasadniczej służby wojskowej, nienawidził wojny, przemocy: https://www.youtube.com/watch?v=WMS0EBNPN0k

Nowa śmierć w starych dekoracjach

7 czerwca. Skąpy oficjalny komunikat przeleciał rutynowo przez wszystkie rosyjskie media: w wieku 57 lat zmarł Dmitrij Kowtun; informację tę podał deputowany Dumy Państwowej, Andriej Ługowoj; z anonimowego źródła wiadomo, że przyczyną zgonu były komplikacje po covidzie, Kowtun najprawdopodobniej zmarł w jednym z moskiewskich szpitali. Tyle. Żadnych innych oficjalnych informacji. Jak to w tym fachu przyjęte, wszystko tajne przez poufne specjalnego przeznaczenia.

Kowtun znał się z Ługowojem od młodych lat – mieszkali w tym samym domu, obaj studiowali w akademii wojskowej, później ich drogi na jakiś czas się rozeszły. Jak można wywnioskować z niezbyt pewnych źródeł, do których swego czasu dotarła BBC, Kowtun po akademii służył w armii, w Czechosłowacji, potem w NRD, Ługowoj – w KGB, potem FSB (enuncjacje prasowe, że również Kowtun był funkcjonariuszem tajnych służb, sam zainteresowany dementował). W 1990 r. Dmitrij Kowtun (nawiasem mówiąc, syn generała Armii Radzieckiej) znalazł się na dziwnym rozdrożu. Jak twierdzi jego była żona, Niemka, nie chciał służyć na Kaukazie, dokąd miał być przeniesiony z NRD, więc postanowił uciec do wrażego RFN. Poprosił o azyl, dostał prawo pobytu (został pozbawiony tego statusu w 2007 r.). Zamieszkał w Hamburgu. Pędził żywot nieustabilizowanego emigranta, pracował na zmywaku, a także jako kelner, ale marzył o karierze gwiazdy filmów porno, spędzał dużo czasu w dzielnicy czerwonych latarni, pił i się łajdaczył, więc niemiecka żona postanowiła się z nim rozstać. Osobliwie się prowadził pan Kowtun jak na syna sowieckiego generała. Według oficjalnego życiorysu, był biznesmenem, a nawet partnerem biznesowym swojego kolegi z podwórka, Andrieja Ługowoja. Obaj panowie – ach, co za traf – spotkali się latem 2006 r. I oto nieustabilizowany birbant Kowtun stał się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki godnym zaufania biznesmenem i założycielem firmy OOO Global-Project (o jego aktywności na rynku można przeczytać tu: https://checko.ru/person/772875373133).
To, co najważniejsze w życiu Kowtuna, zdarzyło się wkrótce po tej cudownej przemianie: w listopadzie 2006 r. Jak wykazało szczegółowe śledztwo brytyjskich organów śledczych, koledzy Ługowoj i Kowtun przyjechali wtedy do Londynu na spotkanie z byłym funkcjonariuszem FSB Aleksandrem Litwinienką i otruli go radioaktywnym polonem-210 (o wynikach śledztwa pisałam m.in. na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/01/22/polon-210-ciagle-promieniuje/).

Kowtun i Ługowoj kategorycznie negowali udział w zabójstwie Litwinienki. Parasol ochronny nad nimi rozpostarły władze Rosji. Ługowoj po promiennej wycieczce do Londynu został demonstracyjnie wprowadzony do Dumy Państwowej. Na wszelkie brytyjskie wnioski (wezwania na przesłuchania itd.) Moskwa odpowiadała, że Ługowoj jest chroniony immunitetem i nigdzie się nie wybiera.

Kowtun natomiast zniknął z pierwszych stron gazet. Z Niemiec, gdzie był ścigany pod zarzutem nielegalnego posiadania materiałów radioaktywnych (w jego domu policja znalazła mikroślady polonu), wyjechał do Rosji. W grudniu 2006 r. w prasie pojawiły się niepotwierdzone informacje o tym, że u Kowtuna stwierdzono symptomy choroby popromiennej.

Nazwisko Kowtuna pojawiło się w prasie w 2011 r. w związku z tajemniczą śmiercią w Wielkiej Brytanii biznesmena Aleksandra Pieriepielicznego, zmarłego w niewyjaśnionych okolicznościach w listopadzie 2012 r. Pomiędzy marcem 2011 a czerwcem 2012 r. założona przez Kowtuna firma Dzhirsa sądziła się z Pieriepielicznym o niespłacone przez tego ostatniego kredyty (https://www.telegraph.co.uk/news/uknews/9724968/Russian-supergrass-linked-to-suspect-in-Litvinenko-poisoning.html). Kowtun mówił, że nie ma nic wspólnego z prowadzeniem tej firmy: „Zostałem jej dyrektorem generalnym na prośbę moich przyjaciół, byłych oficerów, którzy pomagają zażegnywać konflikty w sferze finansowej, ale ja nie zajmuję się prowadzeniem tego biznesu”. Tak po prostu przechodził z tragarzami koło tej firmy i koledzy go poprosili, no to się zgodził. Ale w żadnych służbach nie był, nie.

22 września 2021 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał winę Rosji w zabójstwie Litwinienki, zdaniem sędziów, rosyjskie władze nie obaliły dowodów brytyjskiego śledztwa ani nie przedstawiły wiarygodnego własnego śledztwa. Brytyjscy śledczy twierdzili, że Ługowoj i Kowtun działali na zlecenie przedstawicieli najwyższych władz Federacji Rosyjskiej: Nikołaja Patruszewa (wówczas dyrektora FSB) oraz prezydenta Władimira Putina.

Cztery obrazki z Rosji

30 maja. Od dnia inwazji Rosji na Ukrainę minęły trzy miesiące. Rosyjskie życie zostało zdominowane przez to, co dzieje się na froncie. I w domu Obłońskich wszystko się pomieszało.

Obrazek nr 1. Generał Władimir Szamanow, weteran wojny czeczeńskiej, deputowany Dumy Państwowej mówi o polityce i wojnie przeciw Ukrainie: wojna do końca, do zniszczenia państwa ukraińskiego („tych nazioli”), międzynarodowy trybunał (zmontowany przez Rosję do spółki z ChRL i in. państwami BRICS), naród rosyjski i armia to jedno, nie spoczniemy, aż dojdziemy do Kijowa (wypowiedź można obejrzeć na Twitterze https://twitter.com/JuliaDavisNews/status/1531012721713504257). Swoistym pendant do słów generała były wypowiedziane w programie „Wielka gra” pełne oburzenia słowa Wiaczesława Nikonowa (prywatnie wnuka Wiaczesława Mołotowa): „Oni [Macron i Scholz] w rozmowie telefonicznej z Putinem domagali się uwolnienia nazistów z Azowstali. A gdzie oni [Macron i Scholz] byli przez ostatnie osiem lat, gdy naziści zabijali dzieci na Donbasie?”.

Kreml nadal trzyma linię propagandową, na każdym kroku powtarzając, że Ukraina to państwo nazistowskie, zamieszkane przez nazistów i rządzone przez nazistów. Na Kremlu ciągle zapewne mocno trzyma się sufit, z którego na głowy propagandystów spływają te mądrości.

Obrazek nr 2. Na tle wysokiego budynku rosyjskiego MSZ przy placu Smoleńskim w Moskwie stoją dwie młode kobiety – Natalia Pierowa i Ludmiła Annienkowa. Ich białe suknie zbroczone są krwią. „Nigdy nie zmyjemy z siebie tej krwi” (https://twitter.com/igorsushko/status/1531085507752386562). To kolejna ze spektakularnych antywojennych akcji środowisk twórczych, które protestują przeciwko zbrodniom. Protesty podciągane są pod paragraf o dyskredytowaniu armii rosyjskiej. Sądy orzekają kary – na razie głównie wysokie grzywny (rozpatrzono ponad dwa tysiące takich spraw).

Wypowiedź Jurija Szewczuka z koncertu w Ufie o tym, że „Ojczyzna to nie d_pa prezydenta, którą trzeba codziennie obśliniać i całować” stała się powodem złożenia przez policję protokołu w sądzie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/05/21/ojczyzna-to-nie-d_pa-prezydenta/). Szewczukowi zgodnie z duchem czasu zarzucono „dyskredytację armii rosyjskiej”. Dziś dzierżyński sąd rejonowy w Petersburgu, do którego trafił protokół z Ufy, nie dopatrzył się znamion przestępstwa w wypowiedzi artysty ani związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy d_pą prezydenta a kondycją rosyjskich sił zbrojnych.

Obrazek nr 3. Koncert w Tambowie, mieście obwodowym średniej wielkości. Na ustawionej przy bulwarze estradzie, udekorowanej putinowskimi swastykami i hasłami „Za Rosję, za Donbas, za prezydenta”, występują zespoły, powiedzmy, artystyczne. Jeden z nich z wielkim plastikowym zaangażowaniem śpiewa pieśń „Z nami Rosja, z nami Bóg!”. Publiczność stanowią spędzeni tu na odgórne polecenie pracownicy sfery budżetowej, entuzjazmu z siebie jakoś nie potrafią wykrzesać (https://twitter.com/Clutin_ru/status/1531171307106316288).

To jak to jest z tym poparciem dla wojny? Przygląda się temu rosyjski socjolog Grigorij Judin, którego opinię zacytowałam w ostatnim tekście w rubryce „Rosyjska ruletka”: „Rosjanie chronią swoją prywatną sferę, uciekają od kwestii, które pozostają poza ich kontrolą, to dotyczy w szczególności polityki. Wszyscy zdają sobie sprawę, że za nią odpowiada Putin i lepiej nie mieć z tym nic wspólnego. Gdyby prezydent 24 lutego powiedział, że oddaje tzw. Doniecką i Ługańską Republiki Ludowe Ukrainie, sondaże wykazałyby 76-procentowe poparcie. (…) Moim zdaniem, na początku popierało [wojnę] 20-25 procent, to ludzie o agresywnym nastawieniu, domagający się krwi i zabijania, mniej więcej tyle samo kategorycznie odrzuciło operację militarną. Pomiędzy tymi grupami jest tzw. błoto (ci, którzy nie potrafią zająć twardej pozycji). W tej sytuacji najlepiej ustawić się tak, aby być z większością i żyć w przekonaniu, że wszystko jest dobrze i wszystko jest pod kontrolą. W warunkach totalitaryzmu błoto czuje: jeśli nie będziesz publicznie popierać wojny, to możesz stać się kolejnym celem reżimu. Granica pomiędzy agresywną częścią i grupą biernego poparcia zmienia się. (…) Coraz popularniejsze staje się myślenie: rozpoczęcie operacji być może nie było najlepszym pomysłem, ale teraz koniecznie trzeba doprowadzić ją do finału, w przeciwnym razie z nami będzie koniec” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosyjska-ruletka-dobry-rosjanin-i-pozyteczny-kissinger-174623).


Obrazek nr 4. Na wniosek Prokuratury Generalnej Roskomnadzor zamknął dziś dostęp do strony stowarzyszenia Memoriał, zlikwidowanego w grudniu ub.r.

Putin chce mieć nawet historię na własność, wyginać ją i układać wedle swojego widzimisię i potrzeby chwili.