Sumienie Petersburga i sieć neuronowa

10 lutego 2023. W życie kulturalne Rosji już dawno wplątał się cień. Reżim zaciska kościste dłonie nie tylko na gardle opozycyjnych polityków czy politycznych aktywistów, ale coraz częściej ingeruje w kulturę. Jeśli ktoś nie spełnia wymagań reżimu, próbuje zachować swobodę twórczą lub przynajmniej zwykłą ludzką przyzwoitość, jest sekowany, wdeptywany w błoto, wyganiany z pracy, eliminowany jako element niepożądany w ojczyźnie Z-szczęśliwości.

Niespełna dwa tygodnie temu w Petersburgu, w lokalnej siedzibie partii Jabłoko udostępniono dla zwiedzających wystawę prac Jeleny Osipowej. Mówią o niej „sumienie Petersburga”. Siwowłosa starsza pani jest od wielu lat uczestniczką antyputinowskich protestów – bez jej plakatów trudno wyobrazić sobie działania akcjonizmu obywatelskiego w mieście: przeciw wojnie w Syrii, aneksji Krymu, prześladowaniom za poglądy polityczne. Po agresji Rosji na Ukrainę Osipowa wychodziła na Newski Prospekt z własnoręcznie namalowanymi plakatami. Wzywała do opamiętania, zakończenia wojny. Gdy pojawiała się z kartonami, na których anioły wyśpiewywały hasła w rodzaju „Putin to wojna”, „Pokój” itd., rzucały się na nią rozjuszone zwolenniczki Putina (zwolenników płci męskiej jakoś było mniej) z obelgami, pluły na nią, domagając się natychmiastowej interwencji policji. Tak, czujność wykazują nie tylko organy bezpieczeństwa, ale także „oddziały Putina” czuwające, aby nikt w przestrzeni publicznej nie „dyskredytował rosyjskiej armii” (a tak klasyfikowane są antywojenne wypowiedzi czy hasła umieszczane na plakatach).

Na petersburskiej wystawie policja zjawiła się nazajutrz po otwarciu. Zarekwirowano prace Jeleny Osipowej, mają być przedmiotem dogłębnej ekspertyzy. Biegli mają orzec, czy owe plakaty i obrazy nie dyskredytują armii prowadzącej „specjalną operację wojskową” w Ukrainie. Na podstawie ekspertyzy zostanie powzięta decyzja, czy wszczynać postępowanie administracyjne, a może karne, czy może odstąpić od ścigania 77-letniej malarki i organizatorów wystawy.

Policja zastosowała metodę „na bombę” – patrol przyjechał do siedziby Jabłoka z powodurzekomego anonimowego zgłoszenia o podłożeniu ładunku pod budynek. Rozglądali się po biurze i zupełnie przypadkiem zainteresowali pracami Osipowej wiszącymi na ścianie. Natychmiast też bez dania racji prace zdjęto i wywieziono.

Niezłomna pani Jelena powiedziała „Nowej Gazecie”, że w warunkach totalnego absurdu, z jakim mamy do czynienia w Rosji, ona niczego się nie boi. „U nas teraz ściga się i karze nie tych, którzy ponoszą winę, a tych, którzy zauważają bezkarne zło. Bardziej martwi mnie to, co stanie się z moimi pracami, zapewne nie odzyskam ich”.

W teatrze też panują Z-nakazy i Z-zakazy. Pisałam w blogu o wyrzuceniu z teatru MChT aktora Dmitrija Nazarowa i jego żony Olgi Wasiljewej za antywojenną postawę (https://labuszewska.pl/mala-rosyjska-panorama/). Najnowsze osiągnięcie czujnych stróżów Z-porządków na scenach to zdjęcie z repertuaru teatru Sowriemiennik sztuki, w której występowała nestorka ekranu i sceny Lija Achedżakowa. 83-letnia aktorka wielokrotnie wyrażała swoją negatywną opinię o haniebnej wojnie w Ukrainie. Niby nic się nie stało, nikt przecież aktorki znikąd nie wyrzucał, ot, spektakl spadł z afisza i tyle (poprzedni spektakl z udziałem aktorki „Pierwszy chleb” zdjęto już wcześniej po skargach organizacji Oficerowie Rosji, którzy poczuli się obrażeni tekstem monologu bohaterki granej przez Achedżakową).

Putin i putinowcy nie mają odwagi cywilnej, boją się działać wprost, wolą załatwiać przeciwników hybrydowo. Przecież oni nawet wojny w Ukrainie nie prowadzą ani na nikogo nie napadali, bo to nie wojna, tylko operacja specjalna, a wszystkiemu winna Ukraina, bo zaczęła w 2014 r., dokonując przewrotu, a teraz Rosja stara się tę wojnę zakończyć (to dzisiejsze słowa Putina). Więc jeśli chodzi o walkę z artystami, to też władze stosują hybrydowe metody – wygibasy, poszukiwanie zarzutów nie wprost, gnębienie ludzi itd.

Lija Achedżakowa zagrała w wielu popularnych filmach, jednym z nich była komedia Eldara Riazanowa „Ironia losu” (https://labuszewska.pl/szczesliwego-nowego-roku/) – film nadawany przez rosyjską telewizję zawsze w noc sylwestrową. Achedżakowa zagrała w nim drugoplanową rolę nieco zagubionej, nieśmiałej koleżanki głównej bohaterki. A główną bohaterkę – Nadię zagrała Barbara Brylska. Polska gwiazda wyraziła poparcie dla rosyjskiej koleżanki i jej antywojennej postawy. „Taka ojczyzna nie zasługuje na ciebie. Wyjedź. Ci przeklęci przez Boga ludzie nie dadzą ci spokoju” – powiedziała Brylska.

Gest Brylskiej został dostrzeżony przez deputowaną Dumy Państwowej, wiceprzewodniczącą komisji ds. rozwoju społeczeństwa obywatelskiego Olgę Zanko. „Niegdyś kochana przez widzów w całym kraju (Rosji) aktorka Brylska dokonała wyboru, nazywając swoich wielbicieli „ludźmi przeklętymi przez Boga”. Nasz kraj podarował jej sławę i szacunek, ale my równie lekko możemy usunąć tę aktorkę z „Ironii losu” – napisała Zanko w Telegramie. Cudu zniknięcia Brylskiej z filmu można dokonać dzięki sieci neuronowej, twierdzi deputowana. Była Brylska, nie ma Brylskiej.

Cerkiew podwójnego przeznaczenia? Część czwarta

6 lutego. Patriarcha Cyryl od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę błogosławi tę wojnę, jej pomysłodawców i wykonawców. Cerkiew moskiewska pod jego kierownictwem wspiera Kreml w agresywnej polityce. O karierze hierarchy pod auspicjami KGB pisano wielokrotnie, Patriarchat Moskiewski dystansował się od tych rewelacji. Dziś wracam do tego tematu w związku z nowymi publikacjami szwajcarskiej prasy, potwierdzającymi powiązania Władimira Gundiajewa (to świeckie imię patriarchy) z sowiecką bezpieką.

Szwajcarskie gazety „SonntagsZeitung” (https://www.tagesanzeiger.ch/priester-spion-propagandist-das-geheime-leben-des-moskauer-kirchenfuersten-in-der-schweiz-566103963787) i „Le Matin Dimanche” opublikowały omówienie dokumentów szwajcarskiej policji, odtajnionych w ostatnich dniach. Autorzy publikacji Sylvain Besson i Berhard Odehnal piszą, że Władimir Gundiajew na początku lat 70. przyjechał do Genewy. Młody (24 lata), dobrze zapowiadający się duchowny był przedstawicielem Patriarchatu Moskiewskiego przy Światowej Radzie Kościołów. Do jego zadań miało należeć zbieranie informacji o członkach Rady oraz kształtowanie ich poglądów na sytuację z Związku Sowieckim. Używał pseudonimu operacyjnego „Michajłow” (imię odojcowskie Władimira Gundiajewa – Michajłowicz mogło stanowić inspirację dla nadania takiego kryptonimu). Autorzy artykułu zauważają również, że w dokumentach znalazła się adnotacja, że nazwisko Władimira Gundiajewa znalazło się w tamtych latach na liście osób objętych przez szwajcarską policję „pewnymi czynnościami” (można założyć, że chodzi o obserwację lub analizę aktywności).

Bratanek patriarchy, Michaił Gundiajew, mieszka w Genewie i jest… przedstawicielem Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej w Światowej Radzie Kościołów oraz proboszczem cerkwi Narodzenia Najświętszej Maryi Panny w Genewie. Twierdzi, że stryj „znajdował się pod ścisłą kontrolą KGB”.

„Nowa Gazeta. Europa” przytacza słowa niemieckiego teologa Gerharda Beziera: „KGB chciało mieć wpływ na Światową Radę Kościołów w latach 70. i 80., aby Rada nie krytykowała ograniczeń wolności wyznania w ZSRR, a zamiast tego aby krytykowała USA i ich sojuszników”.

Aleksandr Sołdatow, dziennikarz specjalizujący się w tematyce służb specjalnych, ponad dwa lata temu poświęcił jeden z artykułów w „Nowej Gazecie” majętnościom patriarchy (https://novayagazeta.ru/articles/2020/08/04/86520-sovsem-arhierei), wspomniał w nim o domku wypoczynkowym w szwajcarskich górach, którym Cyryl miał być obdarowany przez obywatelkę Szwajcarii.

Sprawa domniemanej współpracy Władimira Gundiajewa z KGB nie jest nowa. Na początku lat 90. działała komisja Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej ds. wyjaśnienia okoliczności puczu sierpniowego GKCzP. Członkowie komisji mieli dostęp do wielu archiwów. W swoich dokumentach komisja stwierdziła: „po linii Cerkwi za granicę wyjeżdżali i wypełniali zadania postawione przez KGB agenci oznaczeni pseudonimami „Swiatosław”, „Adamant”, „Michajłow” i in. Głęboka infiltracja środowisk religijnych przez agenturę służb specjalnych stanowi poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa społeczeństwa i państwa”. Deputowany Rady, sowiecki dysydent ojciec Gleb Jakunin (dwukrotnie poddany anatemie przez hierarchów Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej za śmiałe wypowiedzi, krytykujące RCP za różne skandale obyczajowe, nadmierne przywiązanie do bogactw doczesnych oraz dotyczące współpracy duchowieństwa z KGB) porównał daty zagranicznych wyjazdów wskazanych agentów KGB z datami wizyt hierarchów RCP. Daty podróży „Michajłowa” pokrywały się z datami wyjazdów Władimira Gundiajewa. A wizyt tych było kilkadziesiąt (https://novayagazeta.eu/articles/2022/10/16/raby-kgbozhi).

Patriarchat Moskiewski odmówił komentarza w sprawie publikacji szwajcarskiej prasy, Światowa Rada Kościołów oznajmiła, że nie dysponuje informacjami na ten temat.

Kałmucja bez lamy

29 stycznia. Ministerstwo sprawiedliwości Rosji idzie szerokim frontem w ujawnianiu i wpisywaniu na listę „agentów zagranicznych” coraz to nowych podmiotów i osób. Ostatnio do rejestru trafił oficjalny przedstawiciel Dalajlamy XIV w Federacji Rosyjskiej – naczelny lama Kałmucji.

Erdne Ombadykow (Telo Tulku Rinpocze) był najwyższym lamą Kałmucji, oficjalnie uznanym przez Dalajlamę XIV. Miał też za sobą nauki pobierane w tybetańskim klasztorze od lat dziecinnych. Przyczynił się do odrodzenia buddyzmu w Kałmucji.
Co tak wzburzyło rosyjskie organy sprawiedliwości, że przypięły szanowanemu duchownemu łatkę „agenta”? Erdne Ombadykow wypowiedział się przeciwko rosyjskiej agresji na Ukrainę. W wywiadzie na kanale Youtube „Alchemia duszy” nazwał wojnę „sprawcą wielkich cierpień” i poparł stronę ukraińską: „Ukraina broni swej ziemi, swojej prawdy, swojego narodu, swojej konstytucji. Natomiast co do Rosji, trudno powiedzieć, że ma rację, że ta wojna jest potrzebna”. Jesienią 2022 r. wyjechał do Mongolii, aby przygotowywać wizytę Dalajlamy XIV. Jak powiedział miejscowym blogerom, jego wyjazd był też związany z rozpętaniem się w Rosji militarnej histerii, która jest obca idei nieużywania przemocy, zalecanej przez buddyzm.

W uzasadnieniu wciągnięcia lamy na listę „agentów” ministerstwo zaznaczyło jeszcze, że Telo Tulku Rinpocze ma obywatelstwo amerykańskie (rosyjskiego obywatelstwa nie ma) i większość czasu spędza za granicą.

Dzień po tym, jak ministerstwo ogłosiło o uznaniu lamy za „agenta zagranicznego”, Erdne Ombadykow ogłosił swoją rezygnację z tytułu naczelnego lamy Kałmucji i przekazał swoje pełnomocnictwa dwóm zaufanym osobom. „Narodowi Kałmucji i wszystkim wyznawcom buddyzmu życzę, by w tych trudnych czasach pozostali wierni ideałom współczucia, miłości i sprzeciwu wobec przemocy. W swoich modlitwach i czynach pozostaję z narodem kałmuckim i rosyjskimi buddystami, którym poświęciłem całe swoje życie” – oświadczył lama.

Oprócz Telo Tulku Rinpocze 27 stycznia ministerstwo wciągnęło na listę „agentów zagranicznych” także tatarskiego aktywistę Rafisa Kaszapowa, solistę grupy Little Big Ilję Prusikina, aktywistkę Feministycznego Ruchu Oporu Antywojennego Darię Sierienko oraz dwie organizacje: Filozofia bez Przemocy i Fundacja Rozwoju Praw Cyfrowych.

Jak napisał Aleksiej Malutin w internetowej „Nowej Gazecie. Europa”, padła kolejna bariera: teraz za „agenta zagranicznego” w Rosji może zostać uznana osoba zajmująca oficjalne stanowisko, posiadająca status równy dyplomatycznemu. „Wpisanie na listę „agentów zagranicznych” osoby przywódcy religijnego, postaci symbolicznej stwarza nowy niebezpieczny precedens. Władze wysyłają w ten sposób sygnał duchowym liderom: nie wystarczy już być lojalnym, w obecnych warunkach od działaczy religijnych wymaga się wyrażania pozycji „patriotycznej”, czynnego udziału w działaniach władz, niezależnie od przekonań i doktryn wyznawanej religii. W takich warunkach swoboda życia religijnego będzie niemożliwa – propaganda rzuciła się formować kult „świętej wojny”. Służyć temu kultowi można, biorąc udział w różnych obrzędach, najważniejsze, aby nie miały one wymiaru antywojennego”.

Znowu wysiedlają Sacharowa

27 stycznia. Coraz bardziej żarłoczny putinizm czasu wojny rozprawia się z ostatnimi wysepkami pokojowego ruchu obywatelskiego: sąd zdecydował o likwidacji Moskiewskiej Grupy Helsińskiej, władze Moskwy wysiedlają Centrum Sacharowa z siedziby, niezależny portal Meduza uznano za „organizację niepożądaną”. Putin wieczorami w swoim dobrze strzeżonym bunkrze przymierza przed lustrem trencz Stalina.

Moskiewska Grupa Helsińska (MGH) to najstarsza w Rosji organizacja obrony praw człowieka. Powstała w Związku Sowieckim, w latach siedemdziesiątych, gdy Breżniew jeszcze rozdawał karty, a KGB trzymało społeczeństwo za gardło. Członkowie Grupy domagali się władz przestrzegania praw człowieka – wprowadzili to pojęcie do wewnętrznej gry. Potem za czasów wegetariańskiego jeszcze Putina MGH zwracała uwagę na łamanie przez Rosję zobowiązań międzynarodowych. Putin chcąc uchodzić za kryształowego demokratę, wyrażał się z szacunkiem o MGH. Ale po wielkim gwałcie na prawie międzynarodowym w 2014 r., gdy Rosja zaanektowała Krym i rozpętała wojnę na wschodzie Ukrainy, Putinowi coraz bardziej zawadzała grupka aktywistów, którzy krytykowali jego politykę. W 2017 r. MGH zrezygnowała z zagranicznych grantów, aby nie dostać się na listę „agentów zagranicznych” i móc kontynuować działalność. W tymże roku Putin wykonał ostatni przyjazny gest wobec Grupy: odwiedził nawet nestorkę MGH, Ludmiłę Aleksiejewą w dniu jej dziewięćdziesiątych urodzin, wręczył wielki bukiet kwiatów, przyznał nagrodę za wybitny wkład w działania na rzecz obrony praw człowieka.

Ministerstwo sprawiedliwości poszukiwało pretekstu do ustrzelenia niezłomnych obrońców godności. I znalazło powód więcej niż wątpliwy, ale przecież nie o literę prawa tu chodzi. W grudniu 2022 r. ministerstwo doszło do wniosku, że członkowie MGH, która jest zarejestrowana jako organizacja lokalna, moskiewska, bezprawnie, łamiąc przepisy statutu, uczestniczyli w wydarzeniach organizowanych w innych regionach, poza Moskwą. Absurd? Nie szkodzi.

– Popełniacie wielki grzech, niszczycie ruch obrony praw człowieka! Likwidacja MGH to poważny cios w ruch nie tylko w Rosji, ale i w świecie – powiedział w sądzie współprzewodniczący Grupy, Walerij Borszczew. MGH kładła nacisk na to, że poza Moskwą żadnych imprez nie organizowała, a udział poszczególnych osób z Moskwy w przedsięwzięciach poza stolicą nie może być uważany za „działalność poza regionem”. Żadne argumenty obrony nie trafiły do przekonania sądu, wyrok był do przewidzenia, zanim rozprawa się rozpoczęła. Sprawę rozpatrywał ten sam sędzia, Michaił Kazakow, który w grudniu 2021 r. zdecydował o likwidacji Memoriału.

O utworzeniu Moskiewskiej Grupy Helsińskiej w 1976 roku ogłoszono na konferencji prasowej zwołanej w mieszkaniu Andrieja Sacharowa, akademika, wybitnego fizyka, jednego z autorów bomby wodorowej, bodaj najbardziej znanego sowieckiego dysydenta, obrońcy praw człowieka. Za swoją działalność został wysiedlony ze swego mieszkania i przymusowo zesłany do miasta Gorki (Niżny Nowogród). I oto teraz mamy do czynienia z zadziwiającym zbiegiem okoliczności: 24 stycznia władze Moskwy powiadomiły Centrum Sacharowa o wypowiedzeniu umowy najmu na pomieszczenia biurowe, sale wystawowe i mieszkanie, znajdujące się w budynku zajmowanym przez Centrum. Jednym słowem: fora ze dwora. Koniec wystaw o obronie praw człowieka, odczytów, projekcji, seminariów, spotkań autorskich itd. Powód: 1 grudnia 2022 r. weszły w życie nowe przepisy zakazujące „agentom zagranicznym” (Centrum zostało wpisane na listę „agentów” w 2014 r.) korzystania z jakiejkolwiek formy pomocy państwowej, a siedzibę władze Moskwy udostępniały Centrum za darmo. Jeszcze jeden przykład, że żadne organizacje łączące ludzi niezależnych w myśleniu i działaniu nie mają prawa istnieć w prowadzącej brutalną wojnę putinowskiej Rosji.

Co będzie z archiwum Centrum Sacharowa, nie wiadomo. Podobnie jak nie wiadomo, co się stanie w unikatową ekspozycją pokazującą historię sowieckiego reżimu totalitarnego. Ludzie związani z Centrum mówią: – Ta wystawa miała pomóc społeczeństwu w uświadomieniu, że powtórzenie politycznych represji, deportacji, agresywnej polityki zagranicznej jest dla państwa zgubne i nie powinno się powtórzyć, że droga do godnej przyszłości nie może prowadzić przez samowolę, przemoc i krew.

I jeszcze jeden akord – uderzenie w niezależne media. Prokuratura Generalna Rosji uznała niezależny portal rosyjskojęzyczny Meduza za „organizację niepożądaną”. To oznacza, że w Rosji sprawa karna grozi teraz zarówno pracownikom i współpracownikom portalu, jak i tym czytelnikom, którzy będą wpłacać pieniądze na jego działalność (portal utrzymuje się z dobrowolnych datków). Jakiekolwiek powołanie się w mediach na publikacje Meduzy też zagrożone jest na terytorium Rosji karą. Nawet na stare publikacje, sprzed przyznania nowego statusu „trędowatego”, bo tak należy odczytywać przypięcie łatki „organizacji niepożądanej”.

Meduza działa z terytorium Łotwy. Zdaniem prokuratury jej działalność stanowi zagrożenie dla podstaw ustroju konstytucyjnego i bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej.
Co ciekawe, portal – choć mający siedzibę w Rydze – podporządkował się wymogom rosyjskiej ustawy o „agentach zagranicznych” i umieszczał przy każdej swojej publikacji adnotację, że jest owym agentem. Po tym, jak prokuratura ogłosiła o swoim postanowieniu, te adnotacje zniknęły ze strony internetowej.

Po wkroczeniu armii rosyjskiej na terytorium Ukrainy, federalna agencja ds. mediów Roskomnadzor zablokowała dostęp do strony internetowej Meduzy na terytorium Rosji z powodu publikacji o wojnie.

Dmitrij Koleziew („agent zagraniczny”) z portalu Republica napisał: „To nie jest silna władza, a słaba. Silna władza nie walczy z dziennikarzami, nie zamyka ust krytykom, nie złości się na lustro. Dziennikarstwo nie może być przestępstwem”.

Mała rosyjska panorama

20 stycznia. Wielka scena polityczna na co dzień przyciąga uwagę obserwatorów, którzy nie spuszczają oka z Putina i jego otoczenia. Ale role pierwszoplanowe to jeszcze nie cała obsada – czasem warto popatrzeć, co dzieje się na drugim planie, a nawet poświęcić chwilę zadumy aktorom epizodycznym.

Konkursy piękności nie wchodzą do pierwszej dwudziestki najciekawszych wydarzeń światowego formatu, ale tegoroczna rywalizacja o tytuł Miss Universe wywołała komentarze również w kontekście politycznym. Po pierwsze prasa komentowała to, że do konkursu została dopuszczona kandydatka z Rosji. Po rosyjskiej agresji na Ukrainę wiele sportowych federacji wykluczyło z udziału w zawodach mistrzowskich rosyjskich sportowców, filharmonie i sale koncertowe pozrywały kontrakty z artystami popierającymi Putina, zachodnie wytwórnie filmowe wycofały swoje filmy z rosyjskich kin. Tymczasem takie wydarzenie jak konkurs Miss Universe powitało 22-letnią Annę Linnikową z Rosji bez uwag. To znaczy organizatorzy uwag nie mieli. Bo już brać dziennikarska, a nawet niektóre uczestniczki zaznaczyły, że obecność Miss Rosja vel Miss Agresja nie jest pożądana. Oliwy do ognia dolała jeszcze kreacja, w jakiej Linnikowa zaprezentowała się publiczności. Czerwona suknia wyszywana perełkami i błyskotkami nawiązywała do carskiego stylu, jak napisali ukraińscy dziennikarze: do stylu imperialnego. Suknia w kolorze krwi. Świadome wyzwanie? Nieświadoma wtopa?

Okazało się, że Anna nie miała takich skojarzeń. „Jestem w szoku – mówiła w wywiadzie dla dziennika „Komsomolskaja Prawda”. – Nie przyszło mi do głowy, że tak wszystko przekręcą. Nasz kostium nazwaliśmy „Korona Imperium Rosyjskiego”, chcieliśmy w ten sposób oddać cześć naszej historii, naszym przodkom, naszej kulturze. To było po carsku, pięknie, kobieco. Z powodu mojej sukni wybuchł wielki skandal, a szlachetny ciemnoczerwony kolor nazwali barwą krwi”.

No tak, żadną miarą nie można było przewidzieć, że ta carska ostentacja może wywołać określone skojarzenia, a „Korona Imperium Rosyjskiego” podkreśla nie tylko żarłocznego ducha przodków pożerających kolejne terytoria, ale także współczesnych Rosjan, prowadzących krwawą agresję na sąsiednie państwo. O tym, że jej suknia jednak wywołała negatywne skojarzenia, Linnikowa przekonała się, zaglądając do swoich mediów społecznościowych – na jej profilach zaroiło się od mocnych komentarzy. Użytkownicy z Ukrainy stworzyli na cześć Linnikowej specjalny hashtag #Miss Ludobójstwa. Dziennikarzowi „KP” Anna przyznała się, że przeżyła z tego powodu załamanie nerwowe, nawet się popłakała. „Ale niektóre dziewczyny, na przykład z Ukrainy, ze Szwajcarii w żaden sposób mi nie pomagały”. Zaiste potwory. Anna znów ma kłopoty z połączeniem kropek – reprezentantka Ukrainy nie tylko jej nie otarła łez, ale nie pozwoliła na wspólne zdjęcie. I Anna naprawdę nie wie, dlaczego. Bo jej zdaniem „piosenka, sport i inne dziedziny twórcze powinny być poza polityką”. Jak rozumiem, chodzi o to, żeby rosyjscy reprezentanci wszędzie mogli się lansować, natomiast w samej Rosji kultura może się znajdować pod butem władzy. „Niebłagonadiożni” artyści powinni być wpisywani na listę „agentów zagranicznych”, sporządzaną przez ministerstwo sprawiedliwości, co uniemożliwia im działalność w Rosji.

Przykładów eliminowania z życia kulturalnego osób, które śmiały wypowiedzieć zdanie krytyczne wobec krwawej wojennej kampanii w Ukrainie, jest aż nadto. Przytoczę tu tylko najnowszy przykład. Aktor Dmitrij Nazarow i jego żona Olga Wasiljewa zostali zwolnieni z teatru MChT imienia Czechowa za antywojenną postawę. Pod zwolnieniem podpisał się dyrektor teatru, znany aktor Konstantin Chabienski („Geograf przepił globus”, „Admirał”). Nazarow stracił też pracę w telewizji i filmie. Odwoływane są jego występy.

Zejdźmy z wysokiej sceny na scenę niższą. Bodaj najczęściej ostatnio cytowanym aktorem rosyjskiej sceny politycznej jest Jewgienij Prigożyn, kiedyś nazywany „kucharzem Putina”, ale od czasu wzmocnienia stworzonej przez niego prywatnej firmy militarnej „Grupa Wagnera” z gastronomią mało się kojarzy. Niemal codziennie Prigożyn i jego podopieczni przyciągają uwagę mediów barwnymi powiedzonkami i nie mniej barwnymi wyczynami. Jakiś czas temu wojewoda wagnerowców osobiście powitał pierwszą partię wyciągniętych z łagrów zeków wysłanych na front, którzy odsłużyli pół roku i teraz mogą hulać. Udzielił im zbawiennej rady na wolną drogę życia: „Nie pić za dużo, narkotyków nie zażywać, bab nie gwałcić, no chyba że z miłości, i w ogóle nie szaleć”.

W grudniu media opublikowały wstrząsające wideo, pokazujące egzekucję młotem kowalskim na Jewgieniju Nużynie. Nużyn był więźniem łagru, został zwerbowany przez Grupę Wagnera na wojnę w Ukrainie. Dostał się do ukraińskiej niewoli, po czym został wymieniony w grupie jeńców i znowu trafił do Wagnera. Pobratymcy bez sądu sami zdecydowali o jego losie: za to, że rozmawiał z Ukraińcami o porządkach panujących wśród wagnerowców, rozbili mu głowę młotem. Młot stał się jednym z kultowych przedmiotów w środowisku najemników i tych, którzy popierają brutalne metody prowadzenia wojny.

Dziś przewodniczący partii Sprawiedliwa Rosja (sankcjonowana opozycja) Siergiej Mironow, który od początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę wyskakuje z portek, aby dowieść, że popiera linię władz, zamieścił w mediach społecznościowych swoje zdjęcie z „młotem Wagnera”, który otrzymał w prezencie od Prigożyna. We wpisie na Twitterze obiecuje użyć tego „przydatnego instrumentu” do tłuczenia „redut nazistów, którzy zagrażają naszemu krajowi”. Mironow ma już zasługę u Prigożyna, bo poparł jego postulat chowania poległych wagnerowców z honorami wojskowymi. I tak się dzieje. Jeden z przypadków opisałam w „Rosyjskiej ruletce”: „Tymczasem trwa heroizacja poległych wagnerowców. Jeden z przykładów: miasto Sierow w obwodzie swierdłowskim ma nowego bohatera, poległego w Ukrainie wagnerowca Siergieja Mołodcowa. To jeden z wyciągniętych z łagru przez Prigożyna więźniów, którzy zasilili szeregi walczących na froncie. Mołodcow odsiadywał wyrok 9 lat łagru za zamordowanie własnej matki. W oficjalnym komunikacie mówi się o nim jako człowieku twórczym, niezwykłym, wrażliwym na potrzeby bliźnich, pełnym oddania dla słabszych, kochającym muzykę; o zabójstwie matki ani słowa. Według rosyjskich władz, znakomity przykład do naśladowania dla dzieci i młodzieży miasta Sierow” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/dlaczego-putin-zmienil-glownego-dowodce-w-ukrainie-182004).

Ciąg dalszy nastąpi