Kondolencje od prezydenta

25 sierpnia. „Prigożyna znałem od dawna, jeszcze z lat 90., to był człowiek o skomplikowanym losie” – tak Władimir Putin zaczął krótką notę wspomnieniową poświęconą głównemu hersztowi Grupy Wagnera. Jewgienij Prigożyn (najprawdopodobniej) zginął w dziwnej katastrofie lotniczej pod Twerem 23 sierpnia. Opisałam ten wypadek w Rosyjskiej ruletce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/prigozyn-zostal-wyeliminowany-z-gry-184419?overridden_route_name=entity.node.canonical&base_route_name=entity.node.canonical&page_manager_page=node_view&page_manager_page_variant=node_view-panels_variant-0&page_manager_page_variant_weight=-10


Putin poruszył temat, który odbił się szerokim echem w Rosji i na świecie, dopiero po upływie doby. I wybrał półoficjalną okazję: rozmowę z Denysem Puszylinem z tzw. Donieckiej Republiki Ludowej. Podczas spotkania obecne były kamery telewizyjne, które zarejestrowały wypowiedź prezydenta. Złożył on kondolencje rodzinom ofiar katastrofy: „To zawsze tragedia”. Wypowiedź została skonstruowana zgodnie z zasadami prawdy hybrydowej. Putin nie powiedział wprost, że Prigożyn nie żyje, że zginął w tej katastrofie, ale mówił o nim wyłącznie w czasie przeszłym: „Popełniał w życiu wiele poważnych błędów, ale i osiągał założone cele. I dla siebie, i wtedy, gdy prosiłem go o to dla wspólnej sprawy, jak to było w ostatnich miesiącach”. To był utalentowany biznesmen, który pracował poza granicami Rosji.

„Jeżeli na pokładzie znajdowali się dowódcy Grupy Wagnera – a wstępne dane o tym mówią – to chciałem zaznaczyć, że to ludzie, którzy wnieśli istotny wkład w naszą wspólną sprawę walki z neonazistowskim reżimem na Ukrainie. Pamiętamy o tym i nie zapomnimy” – kontynuował wywód Putin i zakończył stwierdzeniem, że śledztwo na pewno wyjaśni wszystkie okoliczności katastrofy. No tak, na pewno.

Wczorajsze deklaracje o braterstwie broni z wagnerowcami nie pasują do słów, jakie Putin wypowiedział pod ich adresem dwa miesiące wcześniej. W wystąpieniu telewizyjnym nazwał ich wtedy zdrajcami. Jak mówi popularne rosyjskie powiedzonko: „słów w piosenki nie wyrzucisz”. Co zostało powiedziane, tym bardziej przed kamerą, pozostaje w archiwach.

Gdy samolot Prigożyna spadł na ziemię, prezydent bawił (i bawił się) na imprezie w Kursku z okazji 80.rocznicy bitwy na Łuku Kurskim: (https://www.youtube.com/watch?v=Uq3Mp2EhOQo). Przemawiał i wręczał nagrody i odznaczenia „nowym bohaterom”, czyli uczestnikom specjalnej operacji w Ukrainie. Nie mogłam się opędzić od narzucającego się skojarzenia, może wręcz zbyt oczywistego, z finałową sekwencją filmu „Ojciec chrzestny”: Michael Corleone przed ołtarzem wyrzeka się ducha złego, trzymając do chrztu swego siostrzeńca, a w tym czasie jego siepacze rozprawiają się z wrogami (zdrajcami, którzy sprzeniewierzyli się mafii).

Media społecznościowe przypomniały też w tym kontekście fragment wywiadu Putina (z 2018 r.), w którym na pytanie dziennikarza: – Czy potrafi pan wybaczać? – Władimir Władimirowicz odpowiada: – Tak, ale nie wszystko. – A czego pan nie wybacza? – Zdrady.
Mafijny kodeks dyktatora za zdradę przewiduje karę. Nie ma przebaczenia. Może być tylko zwłoka (proszę wybaczyć ten kalambur).

Politolożka Tatiana Stanowaja w Telegramie przytacza słowa Aleksieja Diumina (gubernator obwodu tulskiego, niegdyś osobisty goryl Putina, przez wielu obserwatorów lansowany na następcę, w czasie buntu Prigożyna odegrał najprawdopodobniej zakulisową rolę negocjatora): „Można wybaczyć błędy, a nawet tchórzostwo, ale zdrady – nigdy. Zdrajcami oni nie byli”. Stanowaja komentuje: „Dziwne i wewnętrznie sprzeczne oświadczenie. Może być bardziej zrozumiałe, jeżeli popatrzeć na to jak na taki zaoczny spór z prezydentem, a nawet jak na apel do niego. Diumin jak gdyby zgadza się, że tak: zdrajcom należy się śmierć, ale jednocześnie zaprzecza, że Prigożyn był zdrajcą. To rzecz subiektywna. Ale odczucia takich ludzi jak Diumin można zrozumieć: oni uważają, że takie postaci jak Prigożyn, pomimo błędów, nie zasługują na taką śmierć”. Zacytuję jeszcze jeden komentarz Stanowej, wydaje mi się ciekawy, łączący kilka istotnych wątków: „Niezależnie od tego, jakie były przyczyny katastrofy samolotu, wszyscy będą widzieć w tym akt zemsty. A Kreml nie będzie temu specjalnie przeszkadzać [tak na marginesie – rzecznik Putina cały w pąsach zaprzeczał dziś, że Kreml miał cokolwiek wspólnego z katastrofą – AŁ]. Z punktu widzenia Putina, a także wielu siłowików, śmierć Prigożyna powinna być lekcją dla potencjalnych chętnych do wzniecania buntów. Prigożyn przestał być Putinowi potrzebny po buncie. Chodziło tylko o to, czy Prigożyn przeżyje. Po buncie przestał być partnerem władzy i w żadnych okolicznościach nie miał szans, by przywrócić sobie ten status. Również nie zostało mu wybaczone. Był potrzebny jeszcze przez jakiś czas, aby bezboleśnie zakończyć demontaż Wagnera w Rosji i wyprowadzić resztki na Białoruś pod nowe dowództwo. […] Żywy, pełen werwy, radości i nowych pomysłów Prigożyn był zagrożeniem dla władzy i ucieleśnieniem politycznego upokorzenia Putina. Dla znacznej części konserwatywnej społeczności Prigożyn zasłużył na śmierć. Nawet ci, którzy z nim sympatyzowali, bunt potępili, uważając, że to osłabia władzę w warunkach wojny”.

Sic transit gloria russkij mundi.

Ciąg dalszy nastąpi.

W pustyni, w puszczy i w Petersburgu, część 3

21 sierpnia 2023. Podczas wielkich międzynarodowych zlotów uwagę przykuwają głównie wystąpienia, seminaria i dyskusje z udziałem najważniejszych osób z politycznego świecznika. Kamery telewizyjne nie zawsze zaglądają za kulisy, a tam można zobaczyć czasem niespodzianki. Tak było i podczas drugiego forum Rosja-Afryka. I choć od jego zamknięcia minęło już sporo czasu, warto wrócić do niektórych kuluarowych wątków.

Czujne oko dziennikarzy śledczych z grupy Bellingcat spoczęło na ciekawym uczestniku rozmów delegacji Rosji i Mali. Okazał się nim generał major Andriej Awierjanow, wysoko postawiony funkcjonariusz GRU (wywiad wojskowy), mocno zakonspirowany. Jego nazwisko pojawiało się kilka lat temu w związku ze sprawą otrucia Siergieja i Julii Skripalów, bułgarskiego biznesmena Emiliana Gebrewa oraz tajemniczymi eksplozjami w magazynach wojskowych w Czechach (pisałam o tych wypadkach na blogu https://labuszewska.pl/dwoch-panow-w-jednym-lozku-patrzy-na-katedre-w-salisbury/; https://labuszewska.pl/pulkownik-zawsze-dzwoni-dwa-razy/; https://labuszewska.pl/trucizna-trucizna-jeszcze-wiecej-trucizny/; https://labuszewska.pl/nawalny-stan-ciezki-stabilny/). Dziennikarze Bellingcat przyglądali się aktywności Awierjanowa nie od dziś. „Generał jest szefem oddziału odpowiedzialnego za tajne agresywne operacje GRU (otrucia nowiczokiem, zabójstwa, eksplozje). Jestem pewien, że afrykańscy liderzy docenią jego nowy kierunek działalności” – napisał Christo Grozew. W swoim wpisie w mediach społecznościowych zasugerował, że Awierjanow musiał pójść w górę, skoro za swe wątpliwe usługi został nagrodzony pojawieniem się u boku samego Putina.

Rządzone przez juntę Mali znalazło się w sferze podwyższonego zainteresowania Rosji w związku z niedawnymi wydarzeniami: wycofaniem misji pokojowej ONZ i oddziałów francuskich i rozpostarciem nad stolicą tego kraju parasola ochronnego przez Grupę Wagnera.

No właśnie, Grupa Wagnera. Od zadziwiającego jednodniowego puczu i „marszu sprawiedliwości” minęły dwa miesiące. Zamiast (choćby symbolicznej) gilotyny za wzniecenie buntu, zestrzelenie samolotów i śmigłowców oraz wystawienie rachunków Putinowi Prigożyn i jego zbrojna ferajna otrzymali nowe zadania. Pod koniec czerwca podczas spotkania na Kremlu dwaj panowie P. coś ustalili (nie do końca wiadomo, co mianowicie), potem napływały sprzeczne informacje co do tego, jakie ustalenia pozostają w sile (https://www.tygodnikpowszechny.pl/zakrety-i-poslizgi-prigozyna-co-dalej-z-szefem-grupy-wagnera-183987).

Na początku forsowano informacje, że wagnerowcy zostaną przeniesieni na Białoruś. Być może część się tam chwilowo rozlokowała, już nawet chcieli maszerować na Rzeszów, jak zapowiadał uzurpator Łukaszenka, mający własne chytre rachuby związane z najemnikami. Można przypuszczać, że niewiele udało mu się ugrać (np. zapewne nie wyciągnął od Putina kaski na utrzymanie formacji), bo po krótkim okresie euforii białoruski dyktator przestał się publicznie podniecać tematem.

Spekulacji na temat dalszych losów Grupy było co niemiara. Czy Grupa została de facto rozformowana czy przechodzi tylko przez ucho igielne w poszukiwaniu nowych źródeł finansowania i nowych zadań specjalnych? W „Nowej Gazecie. Europa” można było przeczytać reportaż o bazie Molkino w Kraju Krasnodarskim, która przez wiele lat służyła „wagnerom” jako ośrodek szkoleniowy, a teraz stoi pusta. Wywieziono z niej ludzi i sprzęt (https://novayagazeta.ru/articles/2023/07/27/otlet-valkirii). Pojechali do Afryki? Do Syrii? Do Libii? Na wczasy? Podobno co najmniej połowa poszła na urlop, żeby się bez potrzeby nie plątać pod nogami, gdy zapadają ważne decyzje.

A co z Prigożynem? Podczas forum Rosja-Afryka w mediach społecznościowych pojawiło się zdjęcie herszta rzezimieszków z Grupy Wagnera, ściskającego dłoń przedstawiciela Republiki Środkowoafrykańskiej (https://t.me/fontankaspb/42938). Petersburska gazeta „Fontanka” twierdziła, że fotkę cyknięto w hotelu Gresini, należącym do rodzinki Prigożyna. To zdjęcie skradło show Putinowi, który przyjechał na forum do Petersburga, aby pokazać światu, że to on rozdaje karty w Afryce, tymczasem większym zainteresowaniem mediów i publiczności cieszył się zbuntowany bandzior.

W Telegramie w tym czasie kolportowano wiadomości, że firma CzWK Wagner (której to wedle słów Putina już rzekomo nie ma) rozpoczęła nabór chętnych na wyjazd do Afryki. Pięćset osób ma zostać wysłanych do Libii. Oferowane wynagrodzenie – 190 tys. rubli miesięcznie.

A więc jednak Afryka.

Na potwierdzenie dzisiaj Jewgienij Prigożyn zamieścił w mediach społecznościowych krótkie nagranie. Mówi, że jest w Afryce, gdzie Grupa Wagnera „wzmacnia obecność”: „Pracujemy. Temperatura plus pięćdziesiąt stopni. To jest to, co lubimy najbardziej. Grupa Wagnera prowadzi rozpoznanie. Czyni Rosję jeszcze bardziej potężną na wszystkich kontynentach! A Afrykę bardziej wolną. Sprawiedliwość i szczęście dla afrykańskich narodów. Dla Państwa Islamskiego, Al-Kaidy i innych bandytów nastały gorące dni, damy im popalić. Werbujemy prawdziwych mocarzy i nadal wykonujemy zadania, które zostały przed nami postawione i co do których obiecaliśmy, że je wykonamy” (https://t.me/grey_zone/20134). Czysta poezja.

Pięćdziesiąt lat siedemnastu mgnień

11 sierpnia. I znów przerywam serial rosyjsko-afrykański, żeby napisać o innym serialu, którego tytuł był inspiracją dla tytułu niniejszego bloga. Dziś mija pięćdziesiąt lat od premierowej emisji „17 mgnień wiosny”.

Sowiecka telewizja lat 70. to były koszmarne flaki z olejem, z rzadka nadawano programy rozrywkowe, przeważały nabrzmiałe odpowiednim ładunkiem marksizmu-leninizmu programy, poprawne ideologicznie, zalatujące na odległość smrodkiem dydaktycznym. Młodzież miała swoich „Nieuchwytnych mścicieli” – kultowy dwuczęściowy film z 1966-1967 o przygodach czwórki dzielnych nastolatków, walczących o czerwoną przyszłość podczas wojny domowej. Ale ile razy można puszczać w kółko jeden przygodowy film? Dorośli też chcieli coś fajniejszego pooglądać. Zadanie „uczłowieczenia milicji” miał spełniać serial „Śledztwo prowadzą znawcy” rozpoczęty w 1971 r. i kręcony sukcesywnie przez trzydzieści lat. Wszystko było w nim przewidywalne: sprawiedliwość socjalistyczna musiała zatriumfować, bandyta nie miał szans w zderzeniu z tak sprawną machiną. Inny popularny serial z początku dekady „Cienie znikają w południe” był z kolei rodzinną sagą o syberyjskiej wiosce, suspensu na tym nie ukręcono. A widz kołysany już małą stabilizacją Breżniewa chciał obejrzeć coś z ostrzejszym sosem, film, który dodałby smaku codzienności. I oto 11 sierpnia 1973 r. telewizja rozpoczyna emisję „17 mgnień wiosny”. Serial w reżyserii Tatiany Lioznowej opowiada o agencie sowieckiego wywiadu Maksimie Isajewie, który pod nazwiskiem Otto von Stirlitz zajmuje eksponowane stanowisko w strukturach hitlerowskich Niemiec. I działa. Można odnieść wrażenie, że bez Stirlitza Hitler by nie upadł, taki to był agent. Bez przerwy ryzykuje, chodzi po ostrzu brzytwy, już już może zostać zdemaskowany, ale zawsze wychodzi obronną ręką, gdyż jest sprytny, inteligentny, odważny, no i ideowy.

Widzowie pokochali serial natychmiast, od pierwszego odcinka, od pierwszego mgnienia, od pierwszego zauroczenia odtwórcą głównej roli Wiaczesławem Tichonowem w czarnym mundurze zaprojektowanym przez Hugo Bossa.

Z dzisiejszej perspektywy serial jest ramotą, powolną, zaszpikowaną jedyną słuszną linią historycznej ułudy, dalekiej od historycznej prawdy. Ale Stirlitz nadal jest w Rosji niebywale popularny. W 2019 r. WCIOM (ponownie) zapytał, kogo z bohaterów filmowych Rosjanie uczyniliby prezydentem. Stirlitz wygrał ten plebiscyt w cuglach (https://wciom.ru/analytical-reviews/analiticheskii-obzor/shtirlicz-navsegda). Jak widać, w społeczeństwie trwały okazał się mit o skuteczności członka struktur siłowych u steru władzy. Coś musiało na rzeczy być, bo – jak przypomina „Nowa Gazeta. Europa” – w 1999 r., gdy ważyły się losy prezydentury w czasach schyłku Borysa Jelcyna, politolog Gleb Pawłowski, odpowiadający za tworzenie wizerunku następcy, mówił: „Pomysł polegał na tym, że kandydat na prezydenta powinien zjawić się znikąd, zaskoczyć. I oto kandydat przychodzi, zrzucając swoją konspiracyjną skórę”. Stirlitz był na placówce w Niemczech i Putin był na placówce w Niemczech. I wraca jak Odyseusz do swej Itaki, i ratuje ojczyznę z opresji (https://novayagazeta.eu/articles/2023/08/11/a-vas-shtirlits-ia-poproshu-vmeshatsia). Z dzisiejszej perspektywy – pomysł więcej niż naciągany, ale wtedy, prawie ćwierć wieku temu, idea mogła się spłoszonemu, zagubionemu w nowej rzeczywistości społeczeństwu wydać dobra, znajoma, oswojona.

Dość szybko serialowy superagent odkleił się od swego celuloidowego bytu i stał się bohaterem niezliczonej liczby dowcipów o charakterystycznym rysie absurdu. Kto nie zna, niech pierwszy rzuci kamieniem. „Stirlitz wypoczywa w swoim tajnym mieszkaniu. Nagle wazon z kwiatami spada z parapetu i rozbija Stirlitzowi głowę. To znak od centrali w Moskwie, że jego żona właśnie powiła syna. Stirlitz ukradkiem ociera suchą ojcowską łzę. Tęskni. Od siedmiu lat nie był w domu”.

W pustyni, w puszczy i w Petersburgu, część 2

7 sierpnia 2023. Jedną z kluczowych spraw, wokół których ogniskowała się dyskusja na drugim forum Rosja-Afryka w Petersburgu, była umowa zbożowa (oficjalna nazwa: Czarnomorska Inicjatywa Zbożowa). Rosja nie przedłużyła swojego udziału w umowie, co więcej: przystąpiła do sukcesywnego niszczenia ukraińskiej infrastruktury portowej, ograniczając możliwość transportu zbóż.

Dla wielu państw Afryki zaopatrzenie w ukraińskie (a także rosyjskie) zboże jest sprawą życia i śmierci. Dlatego po ogłoszeniu przez Rosję decyzji o nieprzedłużaniu umowy zbożowej w wielu państwach Afryki zapanował popłoch, zwłaszcza że nie tylko na włosku zawisły dalsze dostawy, ale i ceny poszybowały w górę. W zamyśle Kremla głównym celem nieprzedłużenia umowy zbożowej było ukaranie Ukrainy i udaremnienie jej eksportu ziarna. Ale nie tylko. Równorzędnym celem miało być przekonanie państw Afryki, że dobre stosunki z Rosją zrekompensują im straty wynikające z „odstrzelenia” Ukrainy. Rosja chciałaby zastąpić ukraińskie zboże własnymi produktami rolnymi, co miałoby osłabić kryzys żywnościowy w Afryce, powstały po wycofaniu się Moskwy z Czarnomorskiej Inicjatywy Zbożowej. Jednak te propozycje Rosji nie spotkały się z aplauzem afrykańskich partnerów, wręcz przeciwnie.

Gdy Putin z łaskawą zmarszczką na czole powiedział w swoim wystąpieniu o umorzeniu długów Afryce (23 mld dolarów) i bezpłatnych dostawach 25 tys. ton zboża dla najbardziej potrzebujących państw (to symboliczna ilość, kropla w morzu potrzeb), usłyszał w odpowiedzi, że przywódcy Afryki nie przyjechali tu po podarki. Takiej riposty Putin się po swoich gościach raczej nie spodziewał. Wygląda na to, że „błyskanie specjalną broszką” obietnic o wykarmieniu Afryki 25 tysiącami ton nie spełniło pokładanych nadziei Kremla na tanie pozyskanie afrykańskich sojuszników.

Putin potrzebuje głosów przywódców krajów afrykańskich na światowych forach, przede wszystkim w ONZ. W głosowaniach rezolucji potępiających agresję Rosji na Ukrainę kilka państw afrykańskich (np. Erytrea) na ogół głosuje tak, jak potrzebuje Moskwa. Ale grono to jest szczupłe, Rosji zależy na zdecydowanie większej puli głosów. Płaszczyzną, na której rosyjska dyplomacja próbuje budować wspólnotę idei z Czarnym Lądem, jest antykolonializm o mocnym zabarwieniu antyzachodnim. W wielu krajach wzniesione w Petersburgu przez Putina hasła o walce z zachodnim neokolonializmem zyskały poklask. Z drugiej strony Rosja sama „wjeżdża” do Afryki, stara się wypchnąć stamtąd Zachód, rozmyć dotychczasowe wpływy. Jak za starych sowieckich czasów nazywa to pomocą. Ale w gruncie rzeczy to klasyczna wojna kolonialna. O tym jeszcze będzie w kolejnej części tekstu.

W przeddzień petersburskiego szczytu doszło do pewnego nieprzyjemnego dla kremlowskich uszu zgrzytu. Jakiś czas temu rosyjskie media zaczęły pląsy wokół szczytu BRICS, który ma się odbyć pod koniec sierpnia w Johannesburgu (Republika Południowej Afryki przewodniczy w tym roku BRICS). Prezydent RPA Cyril Ramaphosa, przepełniony ciepłymi uczuciami do rosyjskiego przywódcy, podczas czerwcowej wizyty w Rosji (w ramach delegacji afrykańskich polityków badających sytuację wokół konfliktu w Ukrainie) zaprosił Putina na ten zjazd – szczyt takiej organizacji ma sens, gdy na czele delegacji stoją przywódcy państw, władni podejmować decyzje. Zapewniał wtedy o gwarancjach bezpieczeństwa, gotów był nawet wyprowadzać kraj z Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTS). Tymczasem wiceprezydent RPA Paul Mashatile zasugerował, że taka wizyta byłaby niepożądana – Republika Południowej Afryki musiałaby zastosować się do postanowienia MTS, który wystawił list gończy za Putinem, i aresztować rosyjskiego prezydenta po wylądowaniu w RPA. Prezydent Ramaphosa jak lew walczył o to, aby jednak zapewnić Putinowi bezpieczne lądowanie w Johannesburgu i aby ręce międzynarodowej sprawiedliwości wyciągnięte po zbrodniarza wojennego Putina nie dosięgły go na ziemi RPA. Podczas batalii, jaka toczyła się w sądzie (z powództwa opozycyjnej partii Sojusz Demokratyczny, która chciała mieć czarno na białym, że list gończy za Putinem skutkować będzie aresztowaniem, gdy ten postawi stopę w RPA), dramatycznie wołał: „Dla Rosji aresztowanie Putina to casus belli”. Nerwowe negocjacje na linii Moskwa-Pretoria trwały kilka dni. Wreszcie kropkę nad i postawił sam Kreml, komunikując, że ostatecznie ustalono, iż Putin własną osobą nie przybędzie na szczyt w Johannesburgu, a będzie obecny online; na czele rosyjskiej delegacji ma stanąć minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow. Ramaphosa tymczasem przyjechał do Petersburga na afrykańskie forum, znów spotkał się z Putinem, ich uścisk dłoni uwieczniony został na oficjalnym zdjęciu. (Na marginesie: to właśnie Ramaphosa był autorem cytowanych potem przez światowe agencje słów, że delegacje afrykańskie nie przyjechały do Petersburga po dary).

Dla Putina takie zabieganie o możliwość wyjazdu za granicę to wielkie upokorzenie. Są w języku rosyjskim dwie kategorie określające degradację polityka: нерукопожатный (taki, któremu nie wypada podawać ręki) i невыездной (taki, który nie może wyjechać – z różnych względów: np. dlatego że jest ścigany przez trybunały i grozi mu aresztowanie). Przywódcy Afryki jeszcze rękę Putinowi na szczycie podawali, ale o żadnym zaproszeniu do złożenia wizyty nie słyszałam.

Ciąg dalszy nastąpi

Nawalny – 19 lat łagru o zaostrzonym rygorze

4 sierpnia. Zanim napiszę kolejne części afrykańskiej sagi „W pustyni, w puszczy i w Petersburgu”, dziś szybko o kolejnym wyroku dla Nawalnego.

Sąd w Moskwie skazał Aleksieja Nawalnego na 19 lat łagru o zaostrzonym rygorze za „działalność ekstremistyczną”, nawoływanie do ekstremizmu, rehabilitację nazizmu i jeszcze kilka przewinień. Nawalny aktualnie odbywa karę w kolonii karnej w obwodzie włodzimierskim, jest tam wiecznie poniżany, wsadzany za najmniejsze uchybienia do karceru. Ludzie z jego ekipy, którzy uciekli z Rosji przed prześladowaniami, zorganizowali akcję, mającą uświadomić opinii publicznej w Europie, w jakich warunkach przetrzymywany jest Nawalny w łagrze. Na potrzeby tej akcji stworzono moduł realnego karceru: małe pomieszczenie z okratowanym okienkiem, wyposażone w wąską, twardą pryczę i prymitywny sanitariat. Moduł jest prezentowany w europejskich miastach. Można podejść, zajrzeć, przekonać się na własne oczy, jak humanitarnie Putin traktuje „więźnia numer jeden”. W tych dniach putinowski wymiar niesprawiedliwości odrzucił apelację innego opozycjonisty, Władimira Kara-Murzy, skazanego na karę 25 lat łagru za „zdradę stanu” (https://labuszewska.pl/nawalny-19-lat-lagru-o-zaostrzonym-rygorze/).

„Działalność ekstremistyczna’, o którą został oskarżony Nawalny, to – zdaniem posłusznych Putinowi oskarżycieli i sędziów – stworzenie przez niego Fundacji Walki z Korupcją i sieci regionalnych sztabów. Fundacja tropiła nieprawidłowości systemu, pogrążonego w złodziejstwie. Stanowiła więc zagrożenie dla Putina i jego piramidy władzy. Napięcie sięgnęło zenitu po nieudanej próbie otrucia Nawalnego nowiczokiem przez komando zabójców. Wywieziony do Niemiec na leczenie opozycjonista wrócił do Rosji w styczniu 2021 r. i natychmiast został zatrzymany, a następnie postawiony przed sądem pod sfingowanymi zarzutami.

Co oznacza „zaostrzony rygor” w rosyjskich koloniach karnych? Osadzeni są pod wzmocnioną kontrolą, na oknach i drzwiach znajdują się podwójne kraty, więźniowie mogą się poruszać wyłącznie zgięci w pół. Ograniczona jest korespondencja i widzenia.

W przeddzień ogłoszenia wyroku ekipa Nawalnego opublikowała jego apel, w którym – spodziewając się kolejnego wysokiego wyroku, opozycjonista wzywał swoich zwolenników, by nie dali się zastraszyć i nadal sprzeciwiali się wojnie w Ukrainie i walczyli z reżimem Putina.

Putin coraz bardziej zaostrza represje wobec swoich przeciwników politycznych. Nie ma dnia, aby posłuszne reżimowi sądy nie skazywały kolejnych osób na wysokie wyroki za kuriozalne wykroczenia, uznawane przez system za groźne przestępstwa. Jak np. wpis w mediach społecznościowych o zbrodniach armii rosyjskiej.

Co oznacza te 19 lat? To wieczność. A może putinizm sczeźnie wcześniej?