BRICS Games 2024

17 czerwca 2024. W Kazaniu trwają Igrzyska BRICS, alternatywna wobec igrzysk olimpijskich impreza sportowa. Rosyjscy organizatorzy wyskakują z portek, aby pokazać wielką wagę zawodów. Podczas uroczystości otwarcia wystąpił Putin, co miało podnieść rangę imprezy. Propaganda krzyczy w niebogłosy o niezwykłym prestiżu, zagłuszając poczucie wstydu i urazy z powodu wykluczenia rosyjskiej kadry z udziału w paryskich prawdziwych igrzyskach. Lecz choćby przyszło tysiąc propagandowych poprawiaczy rzeczywistości i choćby nie wiem jak się naprężało, to nie zdoła zbudować autorytetu imprezie, która jest nieudanym remedium na imperialne bóle fantomowe.

Na oficjalnej stronie zawodów (https://bricskazan2024.games/ru) można przeczytać, że w Igrzyskach BRICS bierze udział 4791 sportowców z (około) 90 krajów. Wikipedia w haśle poświęconym już piątym z kolei Igrzyskom BRICS (wcześniej rosyjska propaganda nie poświęcała tym zawodom uwagi, były wydarzeniem marginalnym) wymienia 89 państw, z których pochodzą uczestnicy. Listę otwiera Abchazja, państwo nieuznane przez wspólnotę międzynarodową (ale uznawane przez Rosję, która wyrwała tę prowincję Gruzji i patronowała ogłoszeniu przez nią suwerenności). Ciekawa jest oprawa udziału w imprezie reprezentacji Afganistanu. Sportowcy z tego kraju występują pod zaimprowizowaną flagą BRICS2024. Flaga Afganistanu jest w Rosji zakazana – Taliban nadal ma status organizacji terrorystycznej (choć pojawiają się poważne sygnały, że Moskwa ten status uchyli, bo kontakty z talibami na wysokich szczeblach trwają w najlepsze). Wśród uczestników wymienione są też Palestyna i Izrael. Ciekawostka. I jeszcze jedna: w zawodach bierze udział reprezentacja Republiki Serbskiej (to nie samodzielne państwo, a podmiot wchodzący w skład Bośni i Hercegowiny; prezydent RS Milorad Dodik niedawno gościł w Petersburgu i spotykał się z Putinem).

Kursywą na tej liście zapisano m.in. Wielką Brytanię, Portugalię, Japonię, Hiszpanię, Włochy. Skąd to wyróżnienie? Być może wynika ono z tego, że to państwa mające w Rosji status „nieprzyjaznych”. Jeszcze od czasów sowieckich Moskwa bardzo sobie ceniła udział przedstawicieli wrogiego zachodniego obozu w swoich imprezach. Kiedy w latach 80. doszło do wzajemnego bojkotu igrzysk w Moskwie (1980) i Los Angeles (1984), Związek Sowiecki organizował tzw. Igrzyska Dobrej Woli i starał się przyciągnąć do startu w nich jak największą liczbę sportowców w wrażych państw zachodnich. Nawiązaniem do tamtej tradycji mają być podobne igrzyska (Światowe Igrzyska Przyjaźni) zaplanowane przez Rosję na wrzesień (zawody mają się odbyć w Moskwie i Jekaterynburgu). Międzynarodowy Komitet Olimpijski opublikował deklarację przeciwko polityzacji sportu, w której wezwał państwa należące do ruchu olimpijskiego, aby nie brały udziału w alternatywnych imprezach organizowanych przez Rosję na pohybel reszcie świata (w lutym 2022 r. po agresji Rosji na Ukrainę MKOl objął embargiem międzynarodowe imprezy sportowe organizowane przez Rosję). Uczestnictwo w takich zawodach może pociągnąć za sobą przykre konsekwencje.

Kto zatem po takiej przestrodze zjawił się w Kazaniu? Który sportowiec z Hiszpanii czy Włoch zaryzykował karę od MKOl? Próbowałam w dostępnych materiałach znaleźć choć jedno nazwisko, ale mi się nie udało. Może coś przeoczyłam. Na Twitterze znalazłam natomiast taką wzmiankę na koncie „Prof. Prieobrażenski”: „A iluż to sportowców z tych krajów [nieprzyjaznych] przyjechało do Rosji, by wystartować w Igrzyskach BRICS? Oznajmiam: z Wielkiej Brytanii – zero, z Niemiec – zero, z Włoch – zero, z Hiszpanii – zero”. Martwe dusze, do boju!

To nie koniec wpadek propagandy. Komentatorzy wychwalają udział sportowców z Brazylii, którzy zdobywają medale w Kazaniu. Nie dodając przy tym, że do Rosji przyjechał drugi garnitur zawodników brazylijskich – pierwszy garnitur szlifuje formę na Paryż.

O tym, że z obsadą poszczególnych dyscyplin jest coś nie tak, najdobitniej świadczy przykład konkursu artystycznego pływania synchronicznego wśród mężczyzn. Jedynym uczestnikiem tego konkursu był Rosjanin Aleksandr Malcew. Wobec braku konkurentów zdobył złoty medal. Cóż, podobno najtrudniej jest pokonać samego siebie.

Rosyjska ekipa jest najliczniejsza ze wszystkich reprezentacji, które przyjechały do Kazania. I zdobywa medal za medalem – dotychczas zdobyła 244 krążki, w tym 115 złotych (drugie miejsce zajmuje Białoruś, a dopiero trzecie ChRL, co także może świadczyć o tym, że „po przyjaźni” przysłano z Państwa Środka zawodników na dorobku).

Legenda o cudzie

1 czerwca 2024. Kapłani kremlowskiej propagandy i ich cerkiewny sojusznik, patriarcha Cyryl już dawno ogłosili, że Rosja prowadzi świętą wojnę. Na tej wojnie walczy z 50 państwami, wyznającymi satanizm (https://www.tygodnikpowszechny.pl/swieta-wojna-z-satanistami-czolgi-z-tektury-nowe-sciezki-rosyjskiej-propagandy-182181; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/04/07/krotki-cerkiewny-kurs-wojennego-putinizmu/). Skoro ogłoszono, że wojna jest święta, to teraz te ramy trzeba wypełnić treścią. Patriarcha już napisał osobiście modlitwę o Świętą Ruś, którą mają odmawiać duchowni we wszystkich parafiach. Ale to najwidoczniej nie wystarcza twórcom kultu wojny: należy wylansować też przecież nowych świętych oraz umocnić wiarę w cuda. To ryzykowna ścieżka, ale już znaleźli się tacy, którzy nią śmiało podążają.

Prawosławna telewizja Sojuz zaprezentowała materiał poświęcony… przypadkowi zmartwychwstania żołnierza walczącego w „specjalnej operacji wojskowej”. Protojerej Artiemij Władimirow w jednym z programów oznajmił, że może dać przykład, iż polegli na froncie zmartwychwstają. Zapewnił, że często rozmawia z żołnierzami i przekonuje ich, iż śmierci nie ma. „Przed Wielkim Postem obejrzałem nagranie o pewnym Chińczyku, który brał udział w specjalnej operacji wojskowej. Dostał postrzał w brzuch, pocisk pokiereszował jego wnętrzności. Żołnierz od tego zmarł. A potem zmartwychwstał. Zjawił mu się w widzeniu święty biskup Łukasz Krymski (Walenty Wojno-Jasieniecki, święty czczony w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej) i go uzdrowił” (https://www.youtube.com/watch?v=yrHvURhvU8U). I nie był to odosobniony przypadek – uwiarygodnił swą opowieść protojerej.

Władimirow znany jest z tego, że w swoich telewizyjnych wystąpieniach, a także w kazaniach powtarza jak najęty kłamstwa oficjalnej propagandy państwowej. I nie tylko. Ewidentnie ma w sobie zacięcie opisane w literaturze jako „przypadki barona Munchausena” – konfabulacje i fantazje podaje jako najprawdziwszą prawdę. Niedawno przekonywał słuchaczy, że delektował się rozmową z duchem Karola Darwina; uczony miał go przestrzegać, by nie wierzył w teorię ewolucji.

W teorię ewolucji można nie wierzyć, ale w zmartwychwstanie bohaterskiego uczestnika putinowskiej wojny – w dzisiejszych czasach wprost nie wypada. Od telewizji Sojuz pałeczkę przejęła telewizja Spas, obsługująca interesy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Pokazano tam owego „Chińczyka”, który okazał się Jakutem. Nazywa się Dołustaan Iwanow. Ciężko ranny trafił do szpitala, lekarz, który go operował, stwierdził śmierć kliniczną – serce zatrzymało się na 40 sekund – i kazał go zawieźć do kostnicy. W rozmowie z mediami Iwanow powiedział, że wtedy zobaczył postać w białej szacie i niepospolitym nakryciu głowy, na którym widać było złoty krzyż. Postać zbliżyła się i powiedziała: „Jeszcze nie czas”. Iwanow posłuchał i powrócił z tamtego świata. Co więcej, nawrócił się na prawosławie, na chrzcie przyjął imię Siergiej (https://riamo.ru/news/obschestvo/poluchil-pulju-v-zhivot-umer-i-voskres-batjushka-rasskazal-o-chudesnom-spasenii-bojtsa-svo/).

Nie Chińczyk, a Jakut, nie umarł, a przeżył śmierć kliniczną i ocknął się po operacji. Na myśl przychodzi słynny komunikat Radia Erewań: „Słuchacze pytają: Czy to prawda, że na placu Czerwonym w Moskwie rozdają samochody? Radio Erewań odpowiada: tak, to prawda, ale nie samochody, tylko rowery, nie na placu Czerwonym, tylko koło Dworca Białoruskiego i nie rozdają, tylko kradną”.

Pięść wagnerowca kontra pięść zioma

26 maja 2024. Niedługo minie rok od buntu Jewgienija Prigożyna, który w czerwcu 2023 r. wysłał na Moskwę zastępy wagnerowców, a potem nagle zatrzymał ich marsz. Prigożyna nie ma już na scenie politycznej ani (zapewne) wśród żywych, natomiast (byli) wagnerowcy ciągle trafiają w pole widzenia mediów. Najnowsze wyczyny opisują media społecznościowe w Czelabińsku: z powodu konfliktu weteranów wojny wywodzących się z Grupy Wagnera a miejscowymi ziomami.

Wagnerowcy po odsłużeniu kontraktu często przywożą z ukraińskiego frontu przekonanie, że wszystko im wolno. Skoro propaganda na co dzień zapewnia społeczeństwo o wybitnych zasługach wagnerowców i innych weteranów (w tym wyrokowców, którym Putin darował winy specjalnym dekretem amnestyjnym), skoro nawet sam Putin mówi, że uczestnicy „specjalnej operacji wojskowej” to nowa elita Rosji, to ci widocznie myślą, że reszta powinna im bić pokłony i schodzić z drogi (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/05/16/obieg-wagnerowca-w-przyrodzie/ i w Rosyjskiej Ruletce https://www.tygodnikpowszechny.pl/mordercy-ida-na-front-potem-na-wolnosc-185389). Jeżeli zaś nie schodzą, to dochodzi do zadymy.

W Czelabińsku od wczoraj ulice patrolują wzmocnione oddziały Rosgwardii i MSW, wyposażone w broń automatyczną. W mieście panuje napięta atmosfera, bo po jednej rozróbie, do jakiej doszło wczoraj, zanosi się na jeszcze większą rozróbę. A zaczęło się jak w bandyckich balladach śpiewanych na zonach: wszystko z powodu kobiety. Mieszkanka Czelabińska, osiemnastoletnia Angelina wybrała się na spacer z nowym chłopakiem. Los chciał, że w drogę wszedł im były chłopak Angeliny imieniem Roman, członek miejscowej ferajny. Romanowi nowy przyjaciel Angeliny nie spodobał się z profilu, wziął go więc zaraz pod obcas i pouczył, aby się łaskawie odczepił od dziewczyny (według petersburskiej „Fontanki” doszło do użycia broni palnej wobec Angeliny i jej nowego chłopaka, uczestnika „specjalnej operacji wojskowej”, ekswagnerowca https://www.fontanka.ru/2024/05/26/73624460/). Jak pisze lokalna gazeta „Czelabinsk Siegodnia”, Angelina cała we łzach zadzwoniła do tatusia, 42-letniego Aleksandra, byłego wagnerowca i poprosiła, aby ten w celach wychowawczych rozmówił się z Romanem. Aleksandra nie trzeba go było dwa razy prosić o interwencję. Skrzyknął kilku kolegów wagnerowców i poszli wyjaśnić Romanowi, kto tu ma prawo wybierać Angelinie narzeczonych.

Naprzeciw wagnerowców stanął zastęp kolesi Romana. Rozmowa się nie kleiła, w ruch poszły pięści i inne silniejsze metody perswazji bezpośredniej. Wagnerowcy wyszli z bójki zwycięsko, ale ziomale Romana nie zamierzali oddać pola. Wezwali posiłki. Posiłki posiłkowały się pistoletami, więc wagnerowcy woleli zejść z linii strzału, jeden z nich został ranny (według innych źródeł – rany postrzałowe odniosło dwóch wagnerowców). Policjanci zatrzymali trzech chłopaków z ferajny, w tym jednego nieletniego (według innych źródeł, zatrzymani zostali dziarscy wagnerowcy).

Wagnerowcy nie uznali swej porażki, zaczęli rozpuszczać wici wśród swoich i wzywać ich na poważny bój z czelabińskimi ziomalami. W swoich mediach społecznościowych umawiają się, jak urządzić obławy na „miejscowych bandytów”, którzy śmieli „skrzywdzić ich braci”. „My tego tak nie zostawimy. Nasi dziadowie, pradziadowie, a także i my walczyliśmy na wojnie nie po to, aby nam jakiś szczyl podskakiwał” – odgrażają się wagnerowcy (https://74.ru/text/incidents/2024/05/26/73624415/).

Od wielu lat oficjalna propaganda powtarza do znudzenia tezę, że pod rządami Putina wreszcie w kraju jest bezpiecznie i spokojnie, na ulicach nie dochodzi do strzelanek, jak to miało miejsce w latach 90., przeklętych i ukazywanych jako lata smuty, chaosu i bezprawia. Opisany powyżej epizod z Czelabińska nie jest odosobniony, w putinowskiej Rosji nikt nie może czuć się bezpiecznie, bandyci jak biegali z bronią po ulicach, tak biegają, a szajka na szczytach władzy rządzi wedle mafijnych zasad. Na dodatek sprawiedliwość wedle własnego widzimisię wymierzają uczestnicy zbrodniczej wojny rozpętanej przez Putina, którzy czują się uprzywilejowani i zwolnieni z ponoszenia odpowiedzialności.

25 lat za zamiar podpalenia. Tylko zamiar

20 maja 2024. Najbardziej humanitarny sąd na świecie – sąd w putinowskiej Rosji – skazał na karę 25 lat pozbawienia wolności 24-letniego pracownika branży IT z Nowosybirska, Ilję Baburina. Akt oskarżenia przypisał Baburinowi próbę podpalenia wojenkomatu (co sklasyfikowano jako „próbę przeprowadzenia aktu terrorystycznego”), a także zdradę stanu i inne przestępstwa. Skazany nie przyznał się do winy.

Baburin został aresztowany we wrześniu 2022 r. Miał on, zdaniem śledztwa, na zlecenie z zagranicy kaptować chętnych do podpalania wojenkomatów (we wrześniu 2022 r. Putin ogłosił tzw. częściową mobilizację, co spotkało się z niezadowoleniem sporej części społeczeństwa, w wielu miastach doszło do podpaleń wojenkomatów).
Przed aresztowaniem Baburin często odwiedzał Ukrainę: mieszkała tam jego żona. Potem przestał jeździć – małżonkowie postanowili się rozstać, choć oficjalnego rozwodu nie przeprowadzili. Po raz ostatni Ilja był u żony w październiku 2021 r., jeszcze przed rosyjską agresją na Ukrainę. Jak pisze BBC, powołując się na osoby z bliskiego otoczenia Baburina, do wojny odnosił się negatywnie, ale nie był antywojennym aktywistą, nie uczestniczył w protestach. Nazajutrz po ogłoszeniu przez Putina mobilizacji Federalna Służba Bezpieczeństwa aresztowała Baburina pod zarzutem planowania i organizowania podpaleń wojenkomatów w obwodzie nowosybirskim na zlecenie osób z batalionu Azow (nazwisk tych rzekomych zleceniodawców nie ujawniono). Według śledztwa, Baburin zwerbował do akcji dwóch mężczyzn i przekazał im butelki z koktajlem Mołotowa. W aktach sprawy jest informacja, że owi „zwerbowani” sami zgłosili się do FSB i opowiedzieli o niecnych zamiarach Baburina.

Obrońca Baburina, Wasilij Dubkow, twierdzi, że mogła to być prowokacja FSB. Baburin w rozmowie ze znajomym, niejakim Szorinem, rozważał nagranie krótkiego filmiku: oto butelka z koktajlem Mołotowa leci w kierunku wojenkomatu. Ale ostatecznie do realizacji nie doszło – Baburin się rozmyślił. Jego znajomy pomknął jednak rączo do FSB i doniósł uprzejmie na Ilję. Funkcjonariusz FSB nakłonił Szorina, by ten z kolei nakłonił Baburina do przekazania mu butelki zawierającej substancję zapalającą. Baburin uległ namowom i dał Szorinowi butelkę z niebezpieczną zawartością. Zdaniem obrońcy, to żadną miarą nie może być zakwalifikowane jako działanie terrorystyczne, co najwyżej chuligaństwo.

Gdy Baburin już siedział w areszcie, śledztwo kreatywnie pracowało nad dopisywaniem na jego konto kolejnych zarzutów. Na początku dodano mu zarzut podpalenia szkoły muzycznej w lipcu 2022 r., podpalacza nie schwytano, podejrzanych w sprawie przez rok nie było, więc skoro nawinął się Baburin, to jemu wlepiono ten zarzut (śledczy znaleźli w telefonie Baburina jakiś filmik z pożarem, uznali, że to rzeczona szkoła muzyczna i już, tyle wystarczyło, nie było żadnej ekspertyzy ani innego zawracania głowy). Dalej dopisywanie poszło już jak po maśle. Baburin w oczach śledczych stał się nie tylko zawziętym podpalaczem, ale na dodatek działającym w zmowie z ukraińskim batalionem Azow (jednostka w Rosji uznana za organizację terrorystyczną). Jakieś dowody? Nie. Po co? Wystarczyło to, że Baburin jeździł swego czasu do Ukrainy, a tam spotykał ludzi, którzy po rozpoczęciu rosyjskiej agresji walczyli w tym batalionie. Stąd już był tylko maleńki kroczek do oskarżenia Baburina o zdradę stanu.

Adwokat łapał się za głowę: śledczy doszli do wniosku, że i sam Baburin zapisał się na ochotnika do tego batalionu. Do zarzutów dodano mu więc i udział w organizacji terrorystycznej. Jakieś dowody? J.w.

Sąd skazał Ilję Baburina na karę 25 lat pozbawienia wolności. Pierwsze pięć lat ma spędzić w więzieniu, kolejne 20 – w łagrze o zaostrzonym rygorze. Obrona wnioskowała o uniewinnienie, powołując się na brak materiału dowodowego. Baburin nie przyznał się do winy.

W ostatnim słowie oskarżonego powiedział: „Z powodu mojej jednej butelki z koktajlem Mołotowa mogły ucierpieć co najwyżej drzwi wojenkomatu, ale nie ucierpiały. Z powodu jednego funkcjonariusza FSB ucierpiało co najmniej dziesięć osób: moi rodzice, krewni, których przesłuchiwano, przyjaciele, u których przeprowadzono rewizje i których ciągano na przesłuchania. Już nie mówię o sobie: kiedy mnie wsadzili do aresztu, miałem 22 lata, teraz mam 24 i grozi mi dożywocie”.

25 lat dla Baburina to najsurowszy wyrok w sprawach o podpalenia i próby podpalenia wojenkomatów (podpalenia są kwalifikowane jako zamachy terrorystyczne). Wcześniej za podpalenie siedziby administracji miasta Bakał w obwodzie czelabińskim (znajdował się tam oddział zajmujący się ewidencją wojskową) skazano dwie osoby na karę 19 lat łagru. Najmłodszym więźniem reżimu skazanym za próbę podpalenia wojenkomatu jest siedemnastoletni Jegor Bałaziejkin z obwodu leningradzkiego: został skazany za dwie nieudane próby podpalenia wojenkomatów na 6 lat łagru. Do ukończenia 19 lat będzie przebywał w kolonii dla nieletnich przestępców, resztę wyroku odbędzie w łagrze o zaostrzonym rygorze (pisałam o nim w „Rosyjskiej Ruletce”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-najmlodszy-wiezien-rezimu-putina-ma-17-lat-186734).

Na drugim końcu skali są liczni kryminaliści – sprawcy gwałtów, rozbojów i zabójstw ze szczególnym okrucieństwem – ułaskawieni przez Putina i wyprawieni przezeń na wojnę. Po odsłużeniu kilku miesięcy wychodzą na wolność, często wracają do przestępczego procederu. System otwiera przed nimi szeroko nowe możliwości: mogą np. zostać nauczycielami w szkole i uczyć młodzież patriotyzmu. A szkoły chętnie zapraszają na różne akademie uczestników „specjalnej operacji wojskowej”, by opowiedzieli uczniom, jak dzielnie walczyli. Wśród nich są skazani za ciężkie zbrodnie. Dobry przykład dla młodzieży.

Bułat Okudżawa – sto lat zaklęte w pieśni

11 maja 2024. Stulecie Bułata Okudżawy – doniosła data doniosłej postaci dla rosyjskiej – i nie tylko rosyjskiej – kultury. Na placu Czerwonym podczas ostatniej defilady z okazji Dnia Zwycięstwa orkiestra wojskowa zagrała balladę „Dziesiąty batalion desantowy” z gorzkiego rozliczeniowego filmu Andrieja Smirnowa „Dworzec Białoruski”. Być może większości słuchaczy ta melodia nie kojarzy się ani z filmem, ani z niełatwymi wojennymi rozrachunkami, ani nawet z Okudżawą – ot, jeszcze jeden marsz na uroczystej paradzie.

We wpisie „Piewca miłości, szlachetności i przyzwoitości” z okazji 85. rocznicy urodzin poety i barda napisałam: „Śpiewane lekko ochrypłym, niezbyt mocnym, melancholijnym głosem ballady z towarzyszeniem gitary były wielkim wyłomem w porażonej socrealizmem rosyjskiej muzyce i poezji. Znamienny jest rok jego debiutu – 1956 – kiedy na krótko zaczęły puszczać stalinowskie lody. Mówił prosto i pięknie, niepospolicie o miłości i małym człowieku obdarzonym wielkim sercem, ironicznie odnosił się do sztucznego „patosu naszych czasów”, sentymentalnie – momentami ckliwie – wspominał moskiewski Arbat, gdzie mieszkał przez wiele lat, pisał o łzach, żołnierskich butach, o strąconych z cokołów idolach, o przemijaniu błahostek, które tak niedawno wydawały się ze spiżu. Ujmujące melodie zagnieżdżały się słuchaczom nie tylko w uchu, ale i w sercu. Były prawdziwe – i słowa, i muzyka, bez zadęcia, bliskie życia, a jednocześnie wysokie: piosenki Okudżawy to poezja najwyższych lotów. Jego utwory jak „Modlitwa” (Dopóki nam ziemia kręci się…), „Weźmy się za ręce…” stały się hymnami, chętnie śpiewanymi przy niezliczonych okazjach. Okudżawa był poetą i bardem narodowym, choć władza radziecka go nie pieściła. Nie był zakazany, ale lansowany też nie. Należał do partii, partyjna legitymacja nie była jednak biletem na estradowy Olimp. Nagrania ballad, teksty wierszy przez lata krążyły tylko w odpisach, kopiowane prywatnie, nieoficjalnie. Nagrodę państwową dostał dopiero w 1991 roku” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2009/05/15/piewca-milosci-szlachetnosci-i-przyzwoitosci/).

A dziś? Bułat Szałwowicz Okudżawa był uczestnikiem wielkiej wojny ojczyźnianej, zaciągnął się na ochotnika w wieku 17 lat. Wrócił z frontu z poczuciem, że wojna to rzecz podła, przeklęta, która już nigdy nie powinna się powtórzyć. Bagaż wojny z przelanymi hektolitrami krwi, przemocą i śmiercią niósł do końca życia. Miał w piersi głęboką niezgodę na wychwalanie tego barbarzyńskiego misterium. Czy uprawnione jest pytanie, jak dziś patrzyłby na putinowskie bachanalia, na napaść na sąsiednie państwo, zbrodnie wojenne. I także na to, że putinowska Rosja z krwawej łaźni wielkiej wojny ojczyźnianej uczyniła powód do prymitywnego militarystycznego karnawału.

Próbuje odpowiedzieć na to pytanie publicysta, politolog Andriej Kolesnikow w „The New Times”: „Okudżawę będą eksploatować – choćby dlatego że bez jego wierszy, melodii i pieśni rozumienie wojny – nie jako zwycięskiego marszu, a tragedii – jest niemożliwe. (…) Ale Bułat Szałwowicz wywodzi się z tamtej starej formuły „Nigdy więcej”, a nie nowej, pełnej brawury, imperialnej „Możemy powtórzyć”. Jest oczywiste, że [w pejzażu współczesnej Rosji] uproszczonych propagandowych filmów, spektakli, szkolnych czy nawet przedszkolnych przedstawień, plenerowych koncertów, instalacji muzealnych, wystaw „broni zdobytej na wrogu” i programów telewizyjnych z literą Z w nazwie będzie coraz więcej, już zajęły całą przestrzeń. Niemniej całkiem wykorzenić [strof Okudżawy] „Chłopcy wróćcie cało, jeżeli się da” nie da się, bo to nerw autentycznej pamięci o wielkiej wojnie ojczyźnianej. A może jednak się da?”. Próba odpowiedzi na jedno pytanie rodzi pytania następne. Co można napisać, zaśpiewać, wykrzyczeć, gdy „kult Pobiedy zamienia się w kult wojny przeciwko całemu światu, przeciw sojusznikom, przeciwko samym sobie” (https://www.newtimes.ru/articles/detail/247123).

Kolesnikow kończy swój esej poświęcony Okudżawie cytatem z późnego wiersza poety. „Resztki inteligencji, tu i teraz, przypominają te słowa jak hymn na swoich trwożnych biesiadach”:
В земные страсти вовлеченный,
я знаю, что из тьмы на свет
однажды выйдет ангел черный
и крикнет, что спасенья нет.

Но простодушный и несмелый,
прекрасный, как благая весть,
идущий следом ангел белый
прошепчет, что надежда есть”.
(w przekładzie Andrzeja Mandaliana to brzmi tak:
„I cóż mi po padole marnym,
Gdy jutro zadrży otchłań nieba.
Wychynie z mroków anioł czarny
Wołając, że zbawienia nie ma!

Lecz brnąc tuż za nim stromą granią,
Nieśmiało, piękny jak w pradziejach,
Nowiny Dobrej biały anioł
Zdoła nam szepnąć: jest nadzieja”.

Więc może jednak jest nadzieja. I biały anioł Okudżawy ma rację.