W samo południe

15 marca 2024. Od dziś można zagłosować w pseudowyborach prezydenckich. I już sypią się meldunki z różnych regionów kraju: w obwodzie biełgorodzkim frekwencja pierwszego dnia przekroczyła 50 procent, radosną nowość o 100-procentowej frekwencji przekazano z trzech wiosek na Czukotce, w Moskwie przy urnach zameldowało się lub wybrało metodę online ponad trzy miliony wyborców. W całym kraju już dosięgła 30 procent, w obwodzie wołogodzkim zagłosował sam Dziadek Mróz, z białą brodą i w czerwonej czapie. A to nie koniec cudów.

Już sam Putin zagłosował. W opublikowanym przez służbę prasową Kremla materiale Putin siada przy biurku, na którym stoi komputer, wpatruje się w monitor, klika myszką, po czym rozpromienia się i macha ręką do kamery. Na monitorze pojawia się napis „Dziękujemy za oddany głos”. Jak widać, Putin zrezygnował z pojawienia się własną osobą w lokalu wyborczym, wybrał wirtualne głosowanie – zdecydowanie mniej zachodu z inscenizacją, mniej problemów z zapewnieniem bezpieczeństwa itd. No i można zaprezentować, jakim się jest postępowym gościem (choć większość obserwatorów zwyczajów panujących na Kremlu twierdzi, że Putin komputerem się nie posługuje, codzienne raporty otrzymuje w teczkach).

Nie wszyscy przychodzą do lokali wyborczych, aby wrzucić kartę do urny. W szesnastu miastach odnotowano przypadki podpalenia miejsc, w których odbywa się głosowanie. W niektórych doszło do zniszczenia urn – ludzie przychodzili i przez otwór wlewali do urny farbę. Komitet Śledczy wszczął co najmniej dziewięć postępowań w sprawie ataków na lokale wyborcze. Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ełła Pamfiłowa wielkim głosem zakrzyknęła, że urny psuje i podpala lokale „prozachodnia opozycja liberalna”. No bo kto?

Piątek jest w Rosji dniem roboczym, na głosowanie zgoniono więc przede wszystkim pracowników sfery budżetowej, którzy byli pod ręką. W pewnym momencie było ich tak dużo, że padł system obsługujący wybory. Nie na długo, ale padł. Pojawiły się w mediach domniemania, że to hakerzy narozrabiali.

Choć w dyktaturach tzw. wybory nie są wyborami, a rytuałem, to część nastawionego nieprzychylnie wobec władzy społeczeństwa szuka sposobów na wyrażenie swojego negatywnego stanowiska. Aleksiej Nawalny przed śmiercią zwrócił się do swoich zwolenników z apelem, aby przyszli pod lokale wyborcze 17 marca w południe i zagłosowali przeciwko Putinowi. To miałby być wyraz protestu przeciwko uzurpacji władzy przez Putina, przeciwko wojnie, przeciwko więzieniu ludzi za przekonania. Apel powtórzyła Julia Nawalna.

Rosyjskie władze uznały wezwanie do przyjścia w niedzielę o dwunastej za naruszenie prawa – miałoby to być, wedle interpretacji prokuratury, namawianie do udziału w nielegalnym zgromadzeniu. Dostrzeżono w tym znamiona działalności ekstremistycznej. Putin strzela z armaty do wróbli. Wzięcie udziału w tej akcji będzie aktem osobistej odwagi.

Na kremlowski spektakl „wyborczy” przyjechali obserwatorzy z zagranicy. Tak. Centralna Komisja Wyborcza z całą powagą zameldowała, że przebiegowi doniosłej procedury mają przyglądać się obserwatorzy ze 106 krajów świata. Furorę w mediach społecznościowych zrobiła wypowiedź urodziwej obserwatorki z Kamerunu, która przez kamerami rosyjskiej telewizji zapewnia, że wszystko jest zgodne z demokratycznymi wymogami, wszystko transparentne, doskonale przygotowane, ludzie są w pozytywnych nastrojach, wszystko będzie w porządku. Dama ma dobre wzorce w swoim kraju rodzinnym: od 1982 r. rządzi tam 91-letni obecnie dyktator Paul Biya. On też urządza spektakle zwane wyborami. I – będziecie się Państwo zapewne dziwić – wygrywa je.

Jeden dzień z życia kandydata i innych postaci

12 marca 2024. Wielkimi krokami zbliża się premiera politycznego spektaklu „wybory prezydenckie” w Rosji. Odtwórca głównej roli i reżyser sztuki jest doskonale znany: to Władimir Putin. Jego dwór już dawno temu zapowiedział, że otrzyma on 80-procentowe poparcie przy 70-procentowej frekwencji. W sytuacji, gdy do zagrania drugoplanowej roli nie został dopuszczony Borys Nadieżdin, kandydat dający nadzieję na przełamanie militarystycznego trendu, w walce o drugie miejsce w imitowanym wyścigu wzmocnił pozycję Władisław Dawankow z partii Nowi Ludzie.

Znawcy obecnych układów w aparacie władzy nazywają Dawankowa „projektem Kirijenki”. Siergiej Kirijenko, zastępca szefa Administracji Prezydenta, zawiaduje „specjalną operacją wyborczą”, to on rozdaje w tym przedsięwzięciu konfiturki, pilnuje, by nie stało się nic, nad czym nie dałoby się zapanować. A skoro Dawankow jest jego pomysłem, to ma pewną przewagę nad dwoma pozostałymi słupami z koncesjonowanej opozycji (o tym, skąd się wziął Dawankow w grze „wyborczej”, pisałam w „Rosyjskiej ruletce”: https://www.tygodnikpowszechny.pl/wybory-w-rosji-spektakl-do-roli-tego-drugiego-wlasnie-zatrudniono-nowego-aktora-kim-jest-wladislaw).

We wrześniu 2023 r. Dawankow próbował swoich sił w wyborach mera Moskwy. W wyciągnięciu nieznanego kandydata z niebytu i wylansowaniu pomagała dziennikarko-prezenterko-plotkarka Ksenia Anatoljewna Sobczak. Chodziła z nim po Moskwie, zaglądała w różne ciekawe miejsca, zaciągnęła go też na kebsa. Tam wzięła w wypazurzone dłonie menu lokalu i zaczęła odczytywać kolejne pozycje. Jednocześnie kobieta z obsługi zachwalała dania: na przykład wyśmienita szoarma „Bucza”. He-he-he – zaśmiali się zgodnie Sobczak i Dawankow. O, tak, zaiste, to bardzo śmieszne tak nazwać danie. Okazało się, że potrawa nazywa się „butcher”, tylko pani za ladą tak tę nazwę wymawia, wypaczając sens. Więc można było jeszcze pośmiać się z pani, która nie jest rodowitą moskwianką. He-he-he. Wtedy filmik trafił do ukraińskiej telewizji i był bezlitośnie skrytykowany (https://www.youtube.com/watch?v=_9zfIow-Y9c). Dziś w mediach społecznościowych materiał ten został przypomniany dla uzupełnienia obrazu „kandydata numer dwa”. Soczysta jest larwa rosyjskiej duszy.

Ksenia Sobczak i w tej kampanii próbuje być przydatna i dostrzeżona. Na swoim kanale w Telegramie zaprezentowała w lutym br. ranking kandydatów pod względem zamożności. Za podstawę wzięła oficjalne deklaracje o dochodach. Okazało się, że pierwsze miejsce zajmuje Władisław Dawankow, który w ciągu ostatnich sześciu lat zarobił prawie 77 mln rubli, ma wypasione mieszkanie w Moskwie, dom, nieruchomość pod Moskwą, jakieś konta i maybacha. Putin przy nim to szaraczek – tylko 68 mln rubli zarobił przez minione 6 lat, ma własnościowe mieszkanie z garażem w Petersburgu, dwie rozklekotane wołgi, przyczepkę „Skif” i niwę. Nie, nie, o żadnych pałacach w Gielendżyku czy na Wałdaju nie ma mowy, o upchanych na lewych kontach miliardach też nie. Moją ciekawość wzbudziła ta przyczepka. Co też Putin może nią wozić?

Kiedy ogląda się rosyjską telewizję czy przegląda najpopularniejsze prokremlowskie gazety, można odnieść wrażenie, że na świecie całym nie ma innego człowieka niż Putin. On i tylko wypełnia sobą całą n-wymiarów przestrzeń. Nawet łaskawie dopuszczeni do kandydowania Leonid Słucki z LDPR (znany głównie z molestowania dziennikarek – https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/24/duma-panstwowa-broni-podrywacza/) i Nikołaj Charitonow z Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej czy wzmiankowany wyżej Dawankow pojawiają się jedynie sporadycznie, w odległym tle. Tam, gdzie ich miejsce.

Niedobitki rosyjskiej opozycji starają się wyznaczyć jakiś model postępowania i udziału w głosowaniu dla tych, którzy zachowali w swoich sercach resztki przyzwoitości i nie chcą popierać Putina. O tym, że są tacy ludzie w zniewolonej przez dyktatora Rosji, można było się przekonać po śmierci Aleksieja Nawalnego. Mimo akcji zastraszania ze strony władz ci ludzie wzięli udział w pogrzebie, składali kwiaty przy spontanicznych memoriałach, przynosili przez wiele dni bukiety na grób Nawalnego. To temat na następny odcinek „przedwyborczy”.

Pogrzeb Aleksieja Nawalnego

1 marca 2024. Zamordowany przez reżim Putina opozycjonista Aleksiej Nawalny nawet po śmierci traktowany jest przez Kreml jako wróg, którego trzeba zwalczać. Podłość Putina w obliczu śmierci Nawalnego jest niewyobrażalna. Nieludzki szantaż wobec rodziny, zastraszanie tych, którzy chcą wziąć udział w ceremonii pogrzebowej, utrudnienia w jej zorganizowaniu – reżim pokazuje prawdziwe oblicze: nieskrywane okrucieństwo i cynizm. Społeczeństwo ma jak najszybciej zapomnieć o Nawalnym i skupić się na uwielbianiu prezydenta-uzurpatora, który właśnie zamierza rozpocząć kolejną kadencję.

Przez wiele dni trwała wojna podjazdowa władz z rodziną Aleksieja Nawalnego: szantażowano matkę opozycjonisty, nakazując przeprowadzenie cichego pogrzebu (https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-po-smierci-nawalnego-kto-teraz-przeciwstawi-sie-putinowi-186328), przez długi czas nie wydawano jej ciała syna. Po powrocie do Moskwy zatrzymano towarzyszącego Ludmile Nawalnej adwokata Wasilija Dubkowa (trzej prawnicy związani z Nawalnym byli aresztowani w październiku ub.r. https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2023/10/18/oblawa-oblawa-na-adwokatow-oblawa/). Zastraszanie, zastraszanie, zastraszanie. To sprawdzona metoda, której trzyma się reżim – zamknąć usta niebłagonadiożnym, zmrozić, zniechęcić do wyrażania niezgody na zbrodnie władz.

Przed pogrzebem akcje zastraszania i przestrogi przed nierozsądnym udziałem w pożegnaniu „Tego, o Którym Trzeba Zapomnieć” wzmogły się. Do szkół rozesłano film napominający, że protesty są zabronione, studentów napomniano, że gdy pojadą na pogrzeb, to mogą się pożegnać ze studiami. W dniu pogrzebu sekretarz prasowy Kremla Dmitrij Pieskow grzmiał: „Przypominamy, że istnieje prawo. Jakiekolwiek nielegalne zgromadzenia będą traktowane jako złamanie prawa. Uczestnicy poniosą odpowiedzialność zgodnie z przepisami prawa”. Na pytanie dziennikarzy o opinię na temat Aleksieja Nawalnego odparł, że nie ma nic do powiedzenia.

Przed rodziną i organizatorami pogrzebu piętrzono trudności. Dziwnym trafem w całej Moskwie nie znalazło się ani jedno pomieszczenie, w którym można byłoby zorganizować świecką ceremonię pożegnania „Tego, Którego Reżim Nie Złamał”. Rzeczniczka Nawalnego Kira Jarmysz pisała: „Wczoraj nikt nam nie chciał wynająć sali na ceremonię pożegnania, a dziś mówią nam, że nie ma ani jednego karawanu, którym można zawieźć ciało Nawalnego na cmentarz”. Zakłady pogrzebowe odebrały telefony od zielonych ludzików i zamykały swe podwoje przed rodziną Nawalnego.
Długo zwlekano z wyznaczeniem lokalizacji uroczystości. Rodzina chciała pochować Aleksieja na Cmentarzu Trojekurowskim (tam spoczywa m.in. Anna Politkowska), władze nie wyraziły na to zgody, widocznie uznano, że to zbyt prestiżowe miejsce. Po męczących negocjacjach ustalono, że nabożeństwo żałobne zostanie odprawione w cerkwi Ikony Matki Bożej „Ukój Moje Troski” w Marjino – blokowisku poza centrum Moskwy, a pogrzeb odbędzie się na pobliskim Cmentarzu Borisowskim. Wczoraj znalazł się odważny duchowny – Paweł Ostrowski, który ogłosił, że podejmie się odprawienia nabożeństwa żałobnego i egzekwii.

Od kilku dni policja przeszukiwała i patrolowała okolice cerkwi i cmentarza. Teren obstawiono żelaznymi barierkami, zamknięto wejście do nekropolii, przechodniom sprawdzano dokumenty. Wokół rozmieszczono kamery, które sfilmują i zarejestrują przybyłych. Zatrzymywano ludzi jadących na pogrzeb do Moskwy z innych miast (np. szefa sztabu wyborczego Nadieżdina w Woroneżu).

Oficjalne media nie informowały o dacie i miejscu pogrzebu. Były zajęte preparowaniem doniesień, z jakim niezwykłym entuzjazmem ludzie słuchali wczoraj wiekopomnego orędzia Putina (https://www.tygodnikpowszechny.pl/oredzie-putina-wszystko-dla-frontu-wszystko-dla-produkcji-miesa-armatniego-wszystko-dla-kraju-i).

Jak pisze „The Moscow Times”, Kreml przeprowadził serię narad z generalicją Federalnej Służby Bezpieczeństwa i MSW na temat „operacji specjalnej pogrzeb Nawalnego”. Chodziło o maksymalne wyciszenie informacji o pogrzebie. „Kreml postawił zadanie, aby nie dopuścić do masowego udziału ludzi w uroczystościach, aby nie powstała analogia z pogrzebem akademika Andrieja Sacharowa (obrońcy praw człowieka, dysydenta, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, prześladowanego przez władze)”. Na ten pogrzeb w 1989 r. przyszło kilkaset tysięcy ludzi, to była znacząca demonstracja, mówiąca o istotnej zmianie nastrojów społecznych. Putin przed swoimi pseudowyborami nie może sobie pozwolić na choćby namiastkę takiej demonstracji.

Mimo zastraszania, mimo przestróg i gróźb ze strony władz wielu ludzi przyszło pożegnać Aleksieja Nawalnego. Przed cerkwią na długo przed rozpoczęciem nabożeństwa ustawiła się kolejka, rozciągnęła się na półtora kilometra. Ludzie zebrali się też przed Cmentarzem Borisowskim i na trasie przejazdu karawanu od cerkwi do cmentarza. Skandowali „Aleksiej, nie zapomnimy!”, „Dziękujemy”, „Nie dla wojny!”, rzucali kwiaty na wiozący trumnę samochód. Trudno ocenić, ilu było uczestników, na zdjęciach przekazywanych przez media społecznościowe widać wielotysięczny kondukt, jaki idzie z cerkwi na cmentarz.

Na uroczystości przyjechali rodzice Nawalnego – Ludmiła i Anatolij. Żona Julia i dzieci, Daria i Zachar, przebywają za granicą. Ich pojawienie się w Rosji stanowiłoby niebezpieczeństwo dla ich życia. Julia znalazła się na celowniku Kremla po tym, jak ogłosiła, że będzie kontynuować działalność męża. Putin na pewno wysłuchał jej odważnych wystąpień na konferencji bezpieczeństwa w Monachium i w Parlamencie Europejskim. „Putina nie złamiecie kolejną rezolucją ani kolejnym pakietem sankcji. On jest bossem zorganizowanej grupy przestępczej, z nim trzeba walczyć jak z mafią” – powiedziała.

Spośród polityków na uroczystości pogrzebowe odważyli się przyjść Borys Nadieżdin i Jekatierina Duncowa (niedopuszczeni do wyborów prezydenckich) i b. mer Jekaterynburga Jewgienij Rojzman. Obecni byli także członkowie korpusu dyplomatycznego państw zachodnich (był wśród nich ambasador RP Krzysztof Krajewski). Kilka mediów społecznościowych prowadziło bezpośrednią transmisję z uroczystości pogrzebowych. Relacja się rwała, gdyż wyłączano internet i sieci komórkowe w dzielnicy.

Na pogrzebie Nawalnego odtworzono muzykę z filmu „Terminator-2”, Aleksiej uważał ten film za najlepszy na świecie. I wierzył, że zło można zwyciężyć.

Aresztowana Daria Kozyriewa

28 lutego 2024. W Petersburgu została aresztowana osiemnastoletnia Daria Kozyriewa. Za wykroczenie przeciwko prozie życia w agresywnym putinizmie: w drugą rocznicę rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę nakleiła na pomniku ukraińskiego poety Tarasa Szewczenki kartkę z fragmentem jego wiersza. Oprawcy nie odpuszczą, bo to groźna (zdaniem reżimu) recydywa: w grudniu 2022 r. Daria na instalacji poświęconej partnerstwu miast – Petersburga i Mariupola – napisała: „Mordercy, zniszczyliście je. Judasze”.

Z coraz bardziej wykrzywionej nienawiścią twarzy putinizmu spadają kolejne zasłony, wymiar niesprawiedliwości wyciąga łapy po ludzi w średnim wieku, starych i młodych, jak leci. Niedawno skazana na 5,5 roku łagru za postawę antywojenną została 72-letnia emerytka Jewgienija Majboroda (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/01/29/dwa-wyroki-jednego-dnia-i-jeszcze-jeden-wyrok/), wczoraj sąd skazał na 2,5 roku łagru współzałożyciela Memoriału Olega Orłowa, za słuszne słowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/02/27/skazany-oleg-orlow/).

Daria Kozyriewa znalazła się w centrum zainteresowania policji, gdy na cynicznej instalacji przedstawiającej splecione serca symbolizujące braterstwo Petersburga i Mariupola, napisała to, co propaganda chce ze wszech sił zagadać i ukryć: że Mariupol został zbombardowany, zniszczony przez rosyjskich „wyzwolicieli” i opieka Petersburga jest okrutną kpiną z okupowanego miasta. Kremlowskie media – zwłaszcza po nocnej wizycie Putina w Mariupolu (https://www.tygodnikpowszechny.pl/wszystkie-sobowtory-prezydenta-rosji-ilu-jest-putinow-185110) – trąbią o odradzaniu się życia w mieście, uszczęśliwionym rzekomo włączeniem do Federacji Rosyjskiej, o jakoby odbudowywanych dzielnicach mieszkaniowych (ruszyła nawet kampania agencji nieruchomości, które oferują Rosjanom mieszkania pozostawione przez Ukraińców) itd. „Putin nic tu nie buduje – twierdzą ukraińskie źródła – wszystko jest na pokaz. Jedyne, co tu powstaje, to bazy wojskowe i umocnienia, Rosja wbija w naszą ziemię zęby”. Rosyjski okupacyjny gubernator Zaporoża Balicki bez cienia żenady opowiada w wywiadzie (https://www.mk.ru/politics/2024/02/25/vyselyali-celymi-semyami-nesoglasnykh-s-svo-vygnali-iz-zaporozhskoy-oblasti.html), że mieszkańców zajętych terenów, którzy nie poparli nowych władz, po prostu wyrzucano z ich siedzib. I to wszystko dla ich dobra, dla bezpieczeństwa. Bo gdyby zostali w swoich domach i nadal wyrażali swój protest, to mogłoby się to dla nich źle skończyć. Humanitarne podejście, nie ma co.

Wróćmy do Darii Kozyriewej. W grudniu 2022 r. została zatrzymana z dowodem rzeczowym w ręku za „dewastację własności publicznej”. Tak zaklasyfikowano słowa prawdy zapisane na wyżej wspomnianej instalacji. Daria negowała, że jej napis zepsuł instalację, wręcz przeciwnie: jej zdaniem zyskał dzięki jej słowom. Daria miała wówczas 17 lat, nie stanęła zatem przed sądem. Policja przetrzepała natomiast skrupulatnie jej profile w mediach społecznościowych, doszukała się we wpisach „dyskredytacji armii”, „fejków” i wszelkich innych występków przeciwko putinowskiej „prawdzie”. W grudniu 2023 r. sąd orzekł wobec niej karę grzywny w wysokości 30 tys. rubli. A w ramach resocjalizacji władze Uniwersytetu Petersburskiego usunęły ją z uczelni (Kozyriewa studiowała na wydziale medycznym).

Wczoraj sąd aresztował Darię na dwa miesiące. Za wiersz:
Поховайте та вставайте,
Кайдани порвіте
І вражою злою кровʼю

Волю окропіте!”.
Ten utwór Tarasa Szewczenki jest jednym z najbardziej znanych wierszy poety, w czasach ZSRR był w spisie lektur.

Naklejenie na pomnik tych słów uznano za „powtórną dyskredytację rosyjskiej armii”. Posiedzenie sądu odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Dlaczego? Gdyż sprawa zawiera „tajemnicę państwową”. Jaką? To też najwidoczniej tajemnica. Jak pisze w komunikacie służba prasowa sądów Petersburga, „Kozyriewa utrzymuje stałe kontakty z ugrupowaniami opozycyjnymi, w tym z ich przedstawicielstwami poza granicami Federacji Rosyjskiej, działając na rzecz obcych państw”.

– Nie zamkną mi ust. Uważam, że poniżej mojej godności jest milczeć, bo tak trzeba. Być może swoimi słowami nie będę miała na nikogo wpływu, ale moje sumienie będzie czyste – mówiła Kozyriewa w rozmowie z dziennikarzami w styczniu br. – Jestem patriotką we właściwym rozumieniu tego słowa. […] Mam nadzieję, że wszystko się zmieni. Żadne zło nie trwa wiecznie, każda noc kiedyś się kończy”.

Mocne słowa młodej bojowniczki. Takich słów i takich dziewczyn Putin musi bać się najbardziej na świecie.

Skazany Oleg Orłow

27 lutego 2024. Współzałożyciel Memoriału Oleg Orłow zasiadł na ławie oskarżonych i został dziś skazany na realny wyrok łagru. Za co? Za przyzwoitość. Kremlowski smok jest coraz bardziej nienasycony.

Sąd rejonowy w Moskwie skazał na karę 2,5 roku łagru za „dyskredytację armii” 70-letniego Orłowa, obrońcę praw człowieka, współzałożyciela Memoriału (stowarzyszenie otrzymało Pokojową Nagrodę Nobla w 2022 r, zostało zlikwidowane w Rosji; o represjonowaniu stowarzyszenia pisałam m.in., na blogu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/12/31/jeszcze-wiecej-zagranicznych-agentow/). Jako formalną podstawę rozprawy wzięto napisany przez Orłowa antywojenny artykuł (Orłow opublikował go w swoim profilu na Facebooku; „Nowa Gazeta. Europa” zacytowała wczoraj cały tekst „Chcieli faszyzmu. No to go mają”: https://novayagazeta.eu/articles/2024/02/26/vasha-chest-ne-strashno-chto-v-etom-absurde-pridetsia-zhit-vashim-detiam). Co ciekawe, za to samo Orłow już był raz skazany – w październiku ubiegłego roku orzeczono wobec niego grzywnę w wysokości 150 tysięcy rubli. Prokuratura jednak uznała, że to zbyt łagodny wymiar kary i skierowała sprawę do ponownego rozpatrzenia, żądając trzech lat pozbawienia wolności.

Wczoraj Orłow wygłosił w sądzie znakomite przemówienie (ostatnie słowo oskarżonego): „Śmierć, a właściwie rozprawienie się z Aleksiejem Nawalnym, procesy innych krytyków reżimu, w tym mój proces, uduszenie wolności, wkroczenie rosyjskich wojsk na Ukrainę to ogniwa jednego łańcucha.

Nie popełniłem przestępstwa. Sądzą mnie za artykuł, w którym nazwałem reżim polityczny w Rosji totalitarnym i faszystowskim. Artykuł napisałem dwa lata temu. Niektórzy moi znajomi uznali wtedy, że przesadziłem. Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że miałem rację. […] Nasz kraj coraz bardziej pogrąża się w mroku. Zakazane zostały książki współczesnych rosyjskich pisarzy, zakazano ruchu LGBT, co oznacza wkroczenie państwa w życie prywatne obywateli, studentom zakazano cytowania „zagranicznych agentów”, socjologa Borysa Kagarlickiego skazano na pięć lat łagru za kilka słów o wydarzeniach w Ukrainie, różniących się od oficjalnej linii, a człowiek, którego propagandyści nazywają liderem narodu, publicznie mówi, że „Polacy zmusili Hitlera do rozpoczęcia II wojny światowej”. […] To tylko kilka posunięć z ostatnich czterech miesięcy. Jak należy nazwać ustrój polityczny, w którym dzieją się takie rzeczy? Nie, nie omyliłem się, pisząc mój artykuł. Zakazywana jest nie tylko publiczna krytyka, ale jakiekolwiek niezależna opinia. Kara może zostać wymierzona za działania nie mające żadnego związku z polityką czy krytyką władz. Nie ma takiej dziedziny sztuki, gdzie dozwolone są swobodne artystyczne wypowiedzi, nie ma wolnej nauki akademickiej w dziedzinie humanistyki, nie ma również życia prywatnego. […] Zostałem oskarżony o dyskredytację, ale nikt nie wyjaśnił, na czym miałaby ona polegać. […] Skazuje się nas za wątpliwości co do tego, czy napaść na sąsiednie państwo ma na celu wzmocnienie pokoju i bezpieczeństwa. To absurd.

W dzisiejszej Rosji krytyka władz jest zakazana. Otwarcie nikt o tym nie mówi, zakaz owijany jest w absurdalne i nielogiczne formuły nowych tak zwanych ustaw, aktów oskarżenia i wyroków”.

Orłow przypomniał nazwiska więzionych opozycjonistów, stwierdził, że są oni powoli zabijani w łagrach, cierpią za to, że protestowali przeciwko przelewowi krwi w Ukrainie i za to, że chcą, aby Rosja stała się demokratycznym państwem, które nie stanowi zagrożenia dla świata. „Władze walczą teraz nawet z zabitym Nawalnym. Boją się go nawet po śmierci” – podkreślił. Zdaniem Orłowa, władze mają nadzieję, że rozpędzając protesty czy akcje pamięci i prześladując nawet tych, którzy przynoszą kwiaty pod pomniki ofiar reżimu totalitarnego, zdemoralizują tę część rosyjskiego społeczeństwa, nadal odczuwającą odpowiedzialność za swój kraj. „To płonna nadzieja. Pamiętamy przesłanie Aleksieja Nawalnego: Nie poddawajcie się. Dodam od siebie: nie traćcie optymizmu. Prawda jest po naszej stronie”.

Zwracając się do wykonawców absurdalnych praw, Orłow przypomniał: „W 1935 r. w Niemczech przyjęto ustawy norymberskie. Po 1945 roku przed sądem postawiono wykonawców tych praw”. I wyraził nadzieję, że dzieci i wnuki dzisiejszych wykonawców antykonstytucyjnych, bezprawnych ustaw w Rosji będą się wstydzić za swoich przodków. „Tak samo będzie z tymi, którzy dziś popełniają zbrodnie w Ukrainie. Ten wstyd będzie najgorszą karą”.

Wyrok orzeczony wobec Olega Orłowa jest przyznaniem się władz do tego, że ścierpieć nie mogą nikogo, kto w oczy mówi (pisze) prawdę o istocie putinizmu, o jego zbrodniach. Żarna machiny przymusu obracają się coraz szybciej, zgniatając kolejne wysepki niezależnego myślenia.

Dziś w swoje kolczaste łapy putinowski aparat mielenia ludzi złapał adwokata Wasilija Dubkowa, który towarzyszył Ludmile Nawalnej podczas jej pobytu w Salechardzie (gdzie próbowała wydobyć ciało zmarłego syna, by go pochować). Od dwóch dni współpracownicy Nawalnego próbują wynająć salę na uroczystość pożegnania z Aleksiejem. Bezskutecznie. Jak napisał „The Moscow Times”, moskiewskie zakłady pogrzebowe dostały zakaz zorganizowania takiej uroczystości. Rację miał Orłow: Putin walczy z Nawalnym nawet po śmierci. Ze strachu.