Kategoria: Bez kategorii

  • Chabarowsk – coraz dalej od Moskwy

    21 lipca. Od dziesięciu dni w Chabarowsku odbywają się masowe demonstracje, na które przychodzi nawet po kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Fala niezadowolenia wezbrała po tym, jak został aresztowany gubernator Kraju Chabarowskiego Siergiej Furgał (z ramienia LDPR) pod zarzutem współudziału w zabójstwach biznesmenów piętnaście lat temu. Mieszkańcy wystąpili w obronie gubernatora, którego wybrali w 2018 r. dużą większością głosów. Bronili swojego prawa wyboru, odrzucali nakazy Moskwy, z czasem pojawiły się ostre hasła antyputinowskie, antykremlowskie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/12/chabarowsk-lipiec-2020/). Postulaty w czasie protestów formułowano ogólne i szczegółowe. Ogólne były przeciwko władzy centralnej, szczegółowe polegały na domaganiu się o uczciwy proces dla Furgała na miejscu, w Chabarowsku, nie w Moskwie.

    Wczoraj wieczorem, gdy Chabarowsk już spał, obudził się prezydent Putin. Podpisał dekret o odwołaniu aresztowanego Furgała i wyznaczył pełniącego obowiązki gubernatora – Michaiła Diegtiariowa (LDPR). Nowy p.o. gubernator przybył dziś do Chabarowska i od razu natknął się na protest mieszkańców.

    Kreml zastosował następującą taktykę: przez tydzień z uporem godnym lepszej sprawy nie zauważał protestów w Chabarowsku. Centralne telewizje nie informowały o tym, że ludzie wyszli na ulice miast na Dalekim Wschodzie (poza Chabarowskiem protestowały też Komsomolsk nad Amurem i Władywostok). Poza Żyrinowskim, który wrzeszczał w Dumie, że za aresztowanie Furgała urządzi bunt w parlamencie i poza nim, nikt z wierchuszki się nie wypowiadał. Na ekranie cicho sza i na Kremlu cicho sza. Za kulisami trwały narady. Żyrinowski w międzyczasie się uspokoił, bo otrzymał zapewnienie, że fotel gubernatora pozostanie w gestii jego partii. Już Furgała nie bronił, wyrzekł się go.

    Na telewizyjnym ekranie pojawił się dziś natomiast Putin. Siedział w gabinecie przy biurku, na tle flagi i czule przemówił do nominanta Diegtiariowa, że mu życzy jak najlepiej. Prezydent nie wykorzystał tej okazji, aby przemówić do protestujących w Chabarowsku, wyjaśnić, jakie motywy kierowały nim przy wyborze kandydata na p.o. gubernatora, poprosić dla niego o wsparcie w trudnym momencie. Nic, ani słowa. Według dobrze poinformowanych kremlowskich wróbli, Diegtiariowa lobbował sam Żyrinowski. To ulubieniec wodzusia LDPR od lat. Diegtiariow zasiada w Dumie Państwowej. Jak wylicza Radio Swoboda, wsławił się kilkoma inicjatywami od czapy: chciał zakazać używania dolarów w Rosji (obywatele mieli do wyznaczonego terminu wymienić wszystkie zasoby walutowe na ruble i zapomnieć o „zielonych” na zawsze), pomalować Kreml na biało, postawić przed sądem Gorbaczowa za rozpad ZSRR, wprowadzić jednolite stroje i rozmiary bród dla Dziadka Mroza, chciał zakazu honorowego oddawania krwi przez gejów, domagał się wprowadzenia dla moskwiczek dodatkowych dni wolnych od pracy, aby mogły spokojnie w domu przeczekać „krytyczne dni”. Nie wygląda to na dobrą rekomendację do kierowania wielkim regionem (terytorium Kraju Chabarowskiego równa się mniej więcej terytorium Francji). Dziś w mediach społecznościowych, głównie na Twitterze, trwał festiwal zdjęć przedstawiających Diegtiariowa z Żyrinowskim w saunie: „Oto droga awansu” – komentowali ubawieni twitterowicze (https://twitter.com/labuszewska/status/1285223381772767232?s=20).

    Czy wysyłanie do zbuntowanego regionu niepoważnego polityka to dobra taktyka? „On [Putin] myśli, że wszystko rozejdzie się po kościach, dlatego że te protesty to dzieło ekipy Siergieja Furgała. Putin myśli, że ludzie nie mogą bezpłatnie i dobrowolnie wyjść na ulicę. Jeśli są jakieś masowe akcje, to znaczy, że ktoś za nie zapłacił. […] Putin już od dawna żyje w oderwaniu od rzeczywistości, on w samoizolacji przebywa od dawna. Nie uważa, że w Chabarowsku dzieje się coś ekstraordynaryjnego, co zmusiłoby go do kardynalnej zmiany politycznej logiki. A ta logika jest taka: żadnych ustępstw wobec tych, którzy naciskają” – mówi kremlinolog Stanisław Biełkowski.

    Petersburski politolog Dmitrij Trawin uzupełnia: „Nominując Diegtiariowa Putin pokazał, że LDPR jest w takim samym stopniu partią prokremlowską jak Jedna Rosja. W ostatnim tygodniu wielokrotnie padały stwierdzenia, że Furgał jest przedstawicielem opozycji. Nie, to nieprawda. Furgał dostał po uszach, bo w przeciwieństwie do Żyrinowskiego nie potrafił dogadać się z Kremlem i siłowikami o zasadach gry (na razie niejasne jest, dlaczego). A LDPR nie jest opozycją, a częścią wielkiej partii władzy, do której należą i Jedna Rosja, i komuniści, i Sprawiedliwa Rosja”.
    Ci, którzy wychodzą na ulice, nie dokonują takiej precyzyjnej analizy sytuacji politycznej w kraju i układów na górze. Na ulicy rządzą emocje. Mieszkańcy Chabarowska uznali, przywiezienie im w teczce ulubieńca Żyrika z sauny to dla nich kamień obrazy.

    Diegtiariow po wylądowaniu na lotnisku dał krótką wypowiedź dla mediów: zamierza walczyć z Covid-19, bo sytuacja jest w regionie poważna. Miała się odbyć konferencja prasowa z nowym p.o. gubernatorem, ale w ostatniej chwili ją odwołano. Pod siedzibą miejscowych władz zebrał się wiec. Ludzie byli rozwścieczeni, uznali decyzję Putina za potwarz, spisali rezolucję, że Putin stracił ich zaufanie, więc powinien odejść. „Pakuj walizki” – krzyczeli za oddalającą się limuzyną Diegtiariowa, który nie znalazł w sobie odwagi, aby stanąć na placu i przemówić do ludzi. Teraz, gdy piszę te słowa, w Chabarowsku jest noc. Co przyniesie kolejny dzień?

  • Czeski szpieg w Roskosmosie

    15 lipca. Rosjanie zwykli mówić, że istnieją trzy wieczne pytania, zaklęte w tytułach utworów popularnych XIX-wiecznych pisarzy: Co robić? (Mikołaj Czernyszewski), Kto winien? (Aleksander Hercen) i Za co? (Lew Tołstoj). Odpowiedzi na trzecie z tych pytań szuka teraz intensywnie wraz z Iwanem Safronowem rosyjska dziennikarska brać. Za co został aresztowany i na jakiej podstawie postawiono mu zarzut zdrady państwa?

    Zadajmy jeszcze dwa pytania: Kim jest Iwan Safronow i dlaczego jego sprawa od kilku dni zajmuje czołówki rosyjskich gazet i wywołuje wielkie emocje w środowisku mediów?
    Iwan Safronow ma 30 lat. Ukończył prestiżową Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Moskwie. W wieku dwudziestu lat zaczął pracować w gazecie „Kommiersant”. Zajął miejsce swojego ojca, Iwana Safronowa seniora. Senior był emerytowanym wojskowym, w pracy dziennikarskiej zajmował się rosyjską zbrojeniówką. Jak twierdzą współpracujący z nim dziennikarze, w 2007 r. napisał mocny artykuł o nielegalnej sprzedaży rosyjskiej broni (rakiet) do objętego sankcjami międzynarodowymi Iranu za pośrednictwem Białorusi. Przed planowaną publikacją w niewyjaśnionych okolicznościach wypadł z okna klatki schodowej swego domu. Materiał się nie ukazał. Rodzina i przyjaciele kategorycznie wykluczyli samobójstwo. Śledztwo w sprawie okoliczności śmierci wkrótce umorzono. Iwan Safronow junior wszedł więc w buty ojca i zajmował się tematyką wojskową, pisał też o kosmosie. Wyleciał z redakcji „Kommiersanta” w 2019 r. za opublikowanie materiału o bliskiej dymisji przewodniczącej Rady Federacji Walentiny Matwijenko (do czego nie doszło; autorzy materiału odmówili wskazania źródła). Rok temu Safronow podjął pracę w gazecie „Wiedomosti”, tam również zajmował się tematyką wojskową. Popracował do maja tego roku, odszedł po zmianach personalnych w kierownictwie redakcji (jak wielu innych współpracowników nie zgadzał się z nową polityką redakcyjną). Zatrudnił się jako doradca szefa agencji Roskosmos ds. polityki informacyjnej.

    Popracował w nowym charakterze, jak widać, niedługo. Został zatrzymany, a zaraz potem aresztowany pod zarzutem przekazania jednemu z państw NATO wrażliwych informacji.
    Federalna Służba Bezpieczeństwa przedstawiła taką wersję: Safronow został zwerbowany w 2012 r. przez czeski wywiad (miał wówczas 22 lata), a w 2017 r. przyszła iskrówka z Czech, że ma przekazać info o współpracy wojskowej Rosji z jednym z państw Bliskiego Wschodu. Safronow miał przesłać te cenne tajemnice przez internet. Jak już Czechy były w posiadaniu danych o sprzedaży myśliwców do Egiptu, to przekazały teczkę Stanom Zjednoczonym. FSB twierdzi, że to była działalność niezwiązana z dziennikarską pracą Safronowa. Tymczasem Safronow (we współpracy z jeszcze jednym autorem) opublikował w marcu 2019 r. artykuł o nowym kontrakcie rosyjskiej zbrojeniówki wartym 2 mld dolarów. Rosja miała dostarczyć Egiptowi kilkadziesiąt samolotów Su-35. Źródłem informacji byli menedżerowie zakładów zbrojeniowych. Gdzie tu szpiegostwo i zdrada państwa, inkryminowane teraz Safronowowi? Czeski wywiad przeczytał artykuł w otwartym dostępie i poklepał Safronowa po ramieniu? (Na marginesie: wątek czeski może być swoistym pendant do ostatnich nieporozumień na linii Praha-Moskwa). Historia ze sprzedażą myśliwców miała dalszy ciąg – USA chciały udaremnić kontrakt, a gdy to się nie udało, ogłosiły, że wprowadzą sankcje wobec Egiptu. „Czekiści spali jeszcze miesiąc, a w połowie maja zażądali od Kommiersanta, by artykuł zdjąć” – pisze internetowe wydanie „The Bell”.

    Zajmujący się tematyką służb specjalnych Andriej Sołdatow w „The New Times” napisał: „Sprawa Iwana Safronowa to nowy poziom represji wobec dziennikarstwa w Rosji. Do 2012 r. było nie do pomyślenia, aby oskarżyć dziennikarza o zdradę państwa. Dziennikarze z definicji nie mają dostępu do tajemnicy państwowej”. A Fiodor Kraszeninnikow dodaje: „Sama idea, że dziennikarz jest potencjalnie dobrym agentem, należy do dawno minionej przeszłości, kiedy nie było internetu i po to, by dowiedzieć się, co mówią i piszą w stolicy sąsiedniego państwa, trzeba było wysyłać specjalnie wyszkolonego człowieka. Współczesne wywiady 90 procent (jeśli nie więcej) informacji pozyskują z otwartych źródeł. Cała rzecz polega na analizie danych”. Jewgienija Albac wysuwa przypuszczenie, że „Safronow swoimi publikacjami wszedł na pole FSB. To właśnie ta służba uważnie obserwuje rynek handlu bronią. Rynek wart miliardy, kontrakty są nieprzejrzyste, łapówki – bajeczne. […] Iwan Safronow najwidoczniej opublikował [w swoim materiale] informację, której FSB nie chciała ujawniać”.

    Aresztowanie Safronowa poruszyło środowisko dziennikarskie. Koledzy po fachu odczytali to jako sygnał: uważajcie, co piszecie, bo możecie podzielić los Safronowa, nie właźcie nam w paradę. Pod aresztem śledczym Lefortowo w Moskwie odbyła się akcja solidarnościowa, wzięło w niej udział około stu dziennikarzy (https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/13/86264-ya-my-v-odnoy-futbolke). W mediach społecznościowych dziennikarze zamieszczali obok zdjęć profilowych napis „JA/MY Safronow”. Pod listem otwartym w obronie Safronowa podpisało się czterystu dziennikarzy.

    Jutro ma być rozpatrywana apelacja w sprawie aresztowania Safronowa na dwa miesiące. Zdaniem obron, w sądzie nie przedstawiono żadnych dowodów na to, że dziennikarz komukolwiek cokolwiek przekazywał. Sam Safronow nie przyznaje się do winy.

  • Chabarowsk. Lipiec 2020

    12 lipca. Nie minęły jeszcze dwa tygodnie od ogólnorosyjskiego głosowania w sprawie przyjęcia poprawek do konstytucji, a już radosne nastroje gdzieś się rozwiały. Nieoczekiwanie dało o sobie znać społeczne niezadowolenie w Kraju Chabarowskim. Bezpośredniego związku z poprawkami protesty nie mają, ale wydaje się, że mieszkańcom tego dalekowschodniego regionu po prostu się ulało.

    Opowieść trzeba zacząć od tego, co wydarzyło się 9 lipca. Gubernator Kraju Chabarowskiego Siergiej Furgał został zatrzymany pod zarzutem zlecenia zabójstw w latach 2004-2005. W tamtym czasie Furgał był biznesmenem – zajmował się metalami; ofiarami zabójstw padli chabarowscy przedsiębiorcy. Po zatrzymaniu gubernator został natychmiast przewieziony do Moskwy i na mocy decyzji sądu na dwa miesiące osadzony w areszcie.

    Kim jest Siergiej Furgał? Jest politykiem związanym z partią Władimira Żyrinowskiego LDPR. Przez dziesięć lat był deputowanym Dumy Państwowej. We wrześniu 2018 r. ze świetnym wynikiem 70% został wybrany na gubernatora Kraju Chabarowskiego, pokonując reprezentanta partii władzy Jedna Rosja.

    Furgał do winy się nie przyznaje, odrzuca podejrzenia. W 2019 r. w Moskwie był aresztowany jego były partner biznesowy, Nikołaj Mistriukow. Jest podejrzany o współudział w zabójstwie tych samych przedsiębiorców, o których zgładzenie podejrzewany jest Furgał.
    Po aresztowaniu Furgała i jeszcze dwóch jego współpracowników – członków LDPR ocknął się ze snu przewodniczący partii Władimir Żyrinowski. Zapowiedział, że będzie walczył o ich uwolnienie, zagroził, że jeśli Furgał zostanie w areszcie, to cała frakcja LDPR rzuci mandatami o ziemię i opuści Dumę. „Niech cały świat się dowie, jaki burdel panuje u nas w kraju” – krzyczał. Dawno z trybuny parlamentarnej nie padały tak ostre słowa. Żyrinowski wrzeszczał jak nakręcony: „Zaraz wam [deputowanym Jednej Rosji i ogólnie władzom centralnym] tutaj zrobimy kwarantannę. Ba! Rewolucję zrobimy! Dorosło nowe pokolenie, które niczego wam nie wybaczy! Przed nami najtrudniejsze lata: głód, bezrobocie, choroby! Pomyślcie!” (https://www.youtube.com/watch?v=kzHQA6Y7__Y).

    Znacznie ciekawsza jest reakcja mieszkańców Chabarowska: masowo wyszli na ulicę i powiedzieli: „Ręce precz od naszego gubernatora! To nasz wybór! My go wybraliśmy! Wara!”. Krótko sformułował powód protestu profesor Witalij Błażewicz: „Nie głosowałem na Furgała, nigdy nie głosowałem na LDPR, ale wyszedłem na ulicę, bo mnie obrażono”. Jak na skalę Chabarowska demonstracje były liczne: pierwszego dnia nawet 35 tys. (według danych MSW, do 12 tys.). Wyglądało na spontan. Co więcej, nazajutrz znowu ludzie znów zebrali się na głównym placu. I znowu domagali się uwolnienia gubernatora. Kolumny samochodów sunęły ulicami, ryczące klaksony aut były wsparciem dla protestujących. Zaraz też oprócz haseł w obronie Furgała pojawiły się hasła antyputinowskie. „Putin won”, „Putin do dymisji”. Wczoraj policja nie zatrzymywała uczestników. Dziś już tak. Mimo to wieczorem ludzie znów zaczęli się gromadzić w centrum Chabarowska. Wznoszono hasła: „Nie politycznym represjom!”, „Wypuścić Furgała!”.

    W cotygodniowym programie rosyjskiej telewizji Rossija „Wiesti Niedieli” główny kapłan kremlowskiej propagandy Dmitrij Kisielow poświęcił sprawie Siergieja Furgała obszerny materiał na samym wstępie. Opowiedział z detalami o tym, w co może być umoczony gubernator, wyłożył, jak Furgał budował swój biznes, wspomniał nawet o tym, że kiedyś został on przyłapany z ładunkiem pochodzącym z kłusownictwa, pokazał matkę płaczącą po zabitym synu przedsiębiorcy, za którego śmierć obecnie ściga się Furgała. I ani słowem nie zająknął się o protestach w Chabarowsku i Komsomolsku nad Amurem.

    W Bagdadzie jest spokojnie, spokojnie, spokojnie…

  • Wieczność chwilowa i ulotna

    2 lipca. Wczoraj zakończono mocnym akordem i długą, fałszywą kodą akcję głosowania nad poprawkami do konstytucji Rosji. Według oficjalnych danych, obywatele poparli poprawki: głosów „za” było 78% . Z morza poprawek najważniejsza jest dla Kremla ta jedna: wyzerowanie dotychczasowych kadencji prezydenckich Putina, co stwarza mu możliwość ponownego startu w wyborach prezydenckich po zakończeniu obecnej kadencji (za cztery lata). Operacja „wieczny Putin” jednak nie do końca się władzy udała, choć cel wielkim wysiłkiem aparatu państwa został osiągnięty.

    Głosowanie, które miało się początkowo odbyć 20 kwietnia, zostało przesunięte w czasie z uwagi na epidemię Covid-19. Względy zdrowotne wskazano też i teraz jako powód wydłużenia głosowania – odbywało się ono w brawurowo rozciągniętym czasie: od 25 czerwca do 1 lipca. Głosować można było nie tylko w lokalach wyborczych, ale także wrzucać karty do puszki lotnych brygad wyborczych, rozstawiających stoliki na podwórkach czy kursujących po trudno dostępnych terenach (np. w tundrze) i po domach. Głos można było eksperymentalnie oddać także drogą elektroniczną – ale tylko w Moskwie i obwodzie niżnonowogrodzkim (już pierwszego dnia jeden z dziennikarzy poszedł zagłosować do lokalu, a następnie oddał głos drogą elektroniczną, oba głosy zaliczono, co pokazało pole do manipulacji przy urnie).

    Dosypać można było łatwiej i więcej niż podczas jednodniowych tradycyjnych wyborów. Władze sprawnie ucinały dyskusje na temat zaobserwowanych manipulacji, kwalifikując pojawiające się masowo w mediach społecznościowych informacje o nieprawidłowościach jako fake newsy. Wydaje się, że Kreml był mocno zdeterminowany, aby wycisnąć odpowiedni wynik, mimo obserwowanego dużego niezadowolenia społeczeństwa (rekordowo niskie notowania Putina). Powszechne były w dyskusjach na forach nawoływania, aby zbojkotować głosowanie, a jeśli nawet iść do urny, to zagłosować przeciw. Podany przez CKW wynik niecałe 22% „przeciw” nie odzwierciedla obserwowanego poziomu protestu. Większą liczbę głosów „przeciw” niż „za” odnotowano tylko w jednym z 82 regionów – Nienieckim Okręgu Autonomicznym (przypisano to niechęci mieszkańców do połączenia ich regionu z obwodem archangielskim, co jest w planach). Taki listek figowy na wstydliwym miejscu powszechnej manipulacji. Czeczenia dumnie kroczyła wraz z Tuwą na czele stawki z wynikiem: 98-99% „za”. Ura!

    „Narysowali nawet więcej niż na wyborach 2018 roku – słusznie, po co się ograniczać, skoro nic [władzy] nie ogranicza. Nie ma przecież już nic do stracenia. Obciachowa afera z przykrawaniem konstytucji przeniosła Putina do niższej politycznej ligi – do ciepłej kompanii afrykańskich kacyków czy białoruskiego Ługabe [to nowe popularne określenie Łukaszenki]. Przyzwoici ludzie nie wpuszczą go za próg – pisze dziennikarz Andriej Łoszak. – Kiedy Putin znalazł się na szczycie piramidy, chciał uznania i szacunku, podobno marzył, że dostanie Pokojową Nagrodę Nobla. Ale kiedy nadszedł czas, aby rozstać się ze stołkiem, to jak wszyscy dyktatorzy, którzy stracili głowę od absolutnej władzy, nie wytrzymał i wyciągnął ciężką artylerię. Putin stracił twarz i dobrze o tym wie. Teraz naprawdę nic go nie powstrzymuje. Następny krok w karierze takich ludzi to strzelanie do własnego narodu”. Niewesoła perspektywa.

    Politolog Gleb Pawłowski, który na samym początku prezydentury Putina był najważniejszym kremlowskim demiurgiem, a potem wypadł z łaski i stał się trzeźwym krytykiem władzy, uznał wyniki głosowania za porażkę Kremla: „Skoro przy zaangażowaniu całego aparatu nacisku i propagandy jednak 20% ludzi powiedziało poprawkom „nie”, to znaczy, że tkwi tu wielki potencjał nowej opozycyjnej siły”. Czy rzeczywiście widoczne niezadowolenie dużej grupy Rosjan da się przekuć w polityczny sukces, czas pokaże. Logika putinowskiego systemu jest taka, żeby trawniki, na których może wykiełkować cokolwiek nieprawomyślnego, strzyc do żywego, zanim cokolwiek wyrośnie.

    Z drugiej strony wymuszona akceptacja dla wydłużenia władzy Putina nie oznacza, że jego rządy będą spokojne i długotrwałe. Putin wprawdzie wypłacił rodzinom z dziećmi zasiłki w wysokości 10 tys. rubli, ale czy kupił w ten sposób sobie poparcie na dłużej w sytuacji, gdy osłabiony budżet piszczy w szwach, a ludziom nie żyje się dostatniej?

    A weźmy jedną z poprawek o świętej integralności terytorialnej Rosji, która oznacza, że Krym jest rosyjski i nie popuścimy za nic na świecie. Czy społeczność międzynarodowa uzna to, weźmie za dobrą monetę i podstawę do wznowienia współpracy? Zdejmie nałożone z tego powodu sankcje? Otworzy ramiona przed Putinem, który uzurpuje władzę na kolejne lata? Na razie się na to nie zanosi. Konstytucyjne przytwierdzenie Krymu do Rosji w ogólnonarodowym głosowaniu jeszcze bardziej utrudnia dialog.

    Wyzerowany Putin przełamał konstytucję przez kolano, pokazał, że jego aparat jest w stanie przeprowadzić operację specjalną, broniącą jego władzy. Ale czy to go wzmocniło? I na jak długo to wystarczy?

  • Historia według Putina

    26 czerwca. Artykuł historyczny o II wojnie światowej Władimir Putin z pompą anonsował wiele miesięcy temu. Porcjami prezentował poszczególne tezy w różnych formatach i przy różnych okazjach (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/12/27/slowa-stalina-w-ustach-putina/ i na łamach Tygodnika Powszechnego: https://www.tygodnikpowszechny.pl/slowa-stalina-w-ustach-putina-161675). Gdy wreszcie z dawna zapowiadane dzieło ujrzało światło dzienne, nie stało się zaskoczeniem ani nie spotkało z wielkim zainteresowaniem.

    Po pierwsze Putin nie trafił w czas – 75. rocznica zakończenia wojny minęła prawie dwa miesiące temu. Z powodu epidemii koronawirusa obchody w Rosji zostały przełożone. Przez ten czas świat zmienił się i zaczął interesować przede wszystkim rozwiązaniami problemów, przyniesionych przez Covid-19. A Putin ze swoimi wrzutkami na temat historii wielkiej wojny został z tyłu.

    Naciągane tezy, oskarżenia Zachodu o rozpętanie wojny, obrona słuszności dyplomacji Stalina, w szczególności paktu Ribbentrop-Mołotow, zarzuty pod adresem Polski, że sama na siebie sprowadziła nieszczęście, bo paktowała z Hitlerem i dzieliła z nim Czechosłowację – to zestaw już prezentowany intensywnie na przełomie roku 2019 i 2020. Artykuł jest długi. Jego analiza punkt po punkcie – jeszcze dłuższa. Historyków i amatorów sporów historycznych odsyłam do pracy profesora Andrieja Zubowa, który zadał sobie trud, by prześwietlić quasi-historyczne opowieści prezydenta. Zubow punkt po punkcie wykazuje mielizny, fałsze, przeoczenia, wypaczenia, agresywne myślenie autora. Praca dostępna jest pod adresem: https://drugoivzgliad.com/zubov-vs-putin/. Lista grzechów jest długa. Zacytuję tylko fragment rozdziału XI, dotyczącego państw bałtyckich. „Putin pisze tak: Jesienią 1939 r., […] ZSRR rozpoczął proces inkorporacji Łotwy, Litwy i Estonii. Ich przyłączenie się do ZSRR było zrealizowane na podstawie umów, za zgodą wybranych władz. Było to zgodne z normami prawa międzynarodowego i państwowego tamtego okresu. Komentarz wydaje się zbyteczny. Cały wywód to jedno wielkie kłamstwo. Estończycy, Łotysze i Litwini do dziś opłakują los setek tysięcy swoich rodaków, zastrzelonych w katowniach NKWD, zmarłych na zesłaniu czy skazanych na katorżniczy trud”. Wątek bałtycki podjął też dziennikarz rozgłośni Echo Moskwy, Siergiej Parchomienko, który zwrócił uwagę na to, czego zabrakło w dziele Putina: „Zapomniał opowiedzieć, jak w 1940 r. członkowie wszystkich trzech rządów – Litwy, Łotwy i Estonii – zostali aresztowani, wywiezieni, przetrzymywani w różnych więzieniach do 1952 r.”. Uwaga Parchomienki jest cenna – Putin zapomniał o wielu innych faktach i osobach, które nie pasowały do kłamliwych tez artykułu. Na przykład o aneksji Besarabii czy wojnie zimowej z Finlandią.

    Profesor Zubow i Siergiej Parchomienko nie byli jedynymi polemistami Władimira Władimirowicza. Rozbioru nieudanych pasaży dokonał też Michael Bohm, amerykański dziennikarz od wielu lat pracujący w Moskwie (https://echo.msk.ru/blog/bom_m/2666173-echo/?fbclid=IwAR2buma9CoBx_joQcLSoKoT0NYncapUH8OdUeQ2VKTytYUkVyy4hsJI2SAA). Bohm bywa zapraszany do telewizyjnych programów, określanych jako publicystyczne. Odważnie wypowiada w nich zdanie odmienne od narzuconego przez prowadzących programy kapłanów kremlowskiej propagandy. Jest zwykle gaszony zaraz na wstępie wypowiedzi, reszta znakomitych gości rzuca się na niego z krzykiem. Na swoim blogu Bohm mógł wyłożyć swoje opinie bez wrzasków i przerywania. Łagodnie i kulturalnie. Na przykład: „Jest ogromna różnica pomiędzy zachodnimi i sowieckimi układami z Hitlerem. Na Zachodzie układ monachijski został już dawno potępiony – zarówno przez władze państwowe, jak i społeczeństwa. Uznano, że to było tchórzliwe podgrywanie szalonemu dyktatorowi i haniebne sprzedanie Czechosłowacji […] Tymczasem w Rosji pakt Ribbentrop-Mołotow oficjalnie jest uznawany za sukces sowieckiej dyplomacji, z którego można być dumnym. Tak to określił publicznie były minister obrony Rosji, Siergiej Iwanow. Jestem przekonany, że lwia część Rosjan, uwierzywszy w mit, że ZSRR udało się wygrać dwa lata dla wzmocnienia zdolności obronnych Armii Czerwonej, też jak pan Iwanow jest nim zachwycona i napełniona dumą. Tymczasem powodów do dumy raczej nie ma – tym bardziej że Stalin nie wykorzystał tego czasu dla wzmocnienia Armii Czerwonej. Wręcz przeciwnie: dokonał wtedy czystek w dowództwie sił zbrojnych”.

    Po co przywódca Rosji pisze taki artykuł? I jeszcze najpierw publikuje go po angielsku w amerykańskim czasopiśmie? Na marginesie – ciekawe jest to czasopismo: „The National Interest”. Wychodzi co dwa miesiące, związane jest z neokonserwatystami. W 2015 r. pismo opublikowało opus Marii Butinej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/; https://www.tygodnikpowszechny.pl/rudowlosa-maria-i-piec-krokow-w-niepewnosc-154410), poświęcony perspektywie poprawy stosunków rosyjsko-amerykańskich, jeżeli wybory prezydenckie wygra republikanin. Ciekawie wygląda postać wydawcy i dyrektora pisma, Dimitri Simesa. Jak mówią jego złośliwi moskiewscy znajomi, w „komsomolskim panieństwie” Dimitri w Moskwie walczył z komunizmem, za co został łaskawie wypuszczony na emigrację do USA. Od lat jest w doskonałych stosunkach z rosyjskim establishmentem, chętnie bierze udział w sztandarowych programach prokremlowskiej telewizji jako ekspert ds. polityki międzynarodowej. A od 2018 roku wraz z Wiaczesławem Nikonowem, wnukiem Wiaczesława Mołotowa (zwanym przez złośliwych moskiewskich znajomych „wnukiem Ribbentropa-Mołotowa”) prowadzi w 1tv (Pierwyj Kanał) program „Wielka gra” o polityce zagranicznej. Jednym słowem – łamy „The National Interest” nie są takie znowu obce Kremlowi.

    A zatem – po co ten artykuł? Aleksandr Podrabinek (https://www.facebook.com/alexander.podrabinek/posts/3020535761398098) słusznie zauważa: „Obaleniu dowodów z artykułu Putina można by poświęcić setki stron polemik i miesiące czasu antenowego w radiu i telewizji. Ale to zupełnie zbędne, jako że nie chodzi wcale o fakty historyczne. Poszukiwanie historycznej winy i wyznaczenie winowajców nie ma praktycznego sensu, dlatego że dawno nie ma hitlerowskich Niemiec, a stosunkowo niedawno skonał również ZSRR; uczestników dramatycznych wydarzeń pozostało niewielu.[…] Putinowi chodzi o legitymizację swojej władzy. Właśnie tego brakuje dyktatorom, którzy pragną potwierdzenia swojej władzy. Przeprowadzają parodię wyborów, aby ktoś uwierzył, że kierują swoimi państwami z woli ludu. Wywołują wojny, aby rodacy poczuli, że bez żelaznej ręki państwo nie da sobie rady. […] A gdy i tego jest za mało, biorą się za wykładanie historii, aby ich interpretacja zwycięstw i klęsk pomogła im w osiągnięciu nieograniczonej władzy”.
    Putin jednak w swoim artykule apelował nie tylko do historii, ale także do współczesności. Zawarł w nim apel do najważniejszych światowych graczy, aby jeszcze raz popatrzyli na krzywdę Rosji, sponiewieranej przez rozpad ZSRR i zimną wojnę, a ostatnio także pokaranej jakże niesłusznie sankcjami, Rosji, która ma ambicję w klubie najważniejszych współdecydować o losach świata.

    Artykuł nie wywołał jak dotąd wielkiej dyskusji w kręgach politycznych na świecie. Co więcej – w Niemczech wywołał niejaki skandal. Jak poinformowała Deutsche Welle, służba prasowa rosyjskiej ambasady w Berlinie zorganizowała rozsyłkę mailową artykułu. Kilku niemieckich historyków uznało to za natrętne narzucanie im tekstu na granicy ingerencji w wolność badań akademickich. Tymczasem ambasador Siergiej Nieczajew już pospieszył zaraportować, że artykuł Putina „jest aktywnie dyskutowany w politycznych i naukowych kręgach oraz przez szeroką społeczność”. Szeroka społeczność w Niemczech też chyba musi być zdziwiona, że o tym dyskutuje, bo jeśli chodzi o Rosję, to bardziej ludzi interesowały doniesienia o umocowaniu w służbach specjalnych zabójcy czeczeńskiego byłego komendanta polowego Zelimchana Changoszwilego, zabitego w ubiegłym roku w Berlinie. Ale to temat na odrębną opowieść.