Kategoria: Bez kategorii

  • Cztery piętra do nieba

    21 maja. Jedni są za, inni są przeciw, jeszcze inni za, a nawet przeciw. W Moskwie nie cichną emocje wokół planu wyburzania chruszczowek – rozpadających się czteropiętrowych bloczków, budowanych w epoce Nikity Chruszczowa. Mer Siergiej Sobianin ogłosił wielki plan odnowy stolicy, który zyskał miano „renowacji” i wywołał wielkie poruszenie wśród mieszkańców.

    Kiedy pod koniec lat pięćdziesiątych gensek Chruszczow rzucił hasło „jedno mieszkanie – jedna rodzina”, plan przyjęto jednoznacznie z entuzjazmem. To była faktycznie nowa epoka, tchnienie odwilży. Obywatelom pozwolono cieszyć się własnym kątem, bez konieczności uwspólniania kuchni i łazienki z sąsiadami z „komunałki”, uważnie podpatrującymi, co się dzieje za ścianą – i jakże często uprzejmie donoszącymi organom bezpieczeństwa. Idea była taka: budować z byle jakich materiałów, byle szybko. Prowizorka ta bowiem miała trwać niedługo – najwyżej trzydzieści lat. Produkowano w fabrykach domów gotowe moduły. Mieszkania jedno- lub dwupokojowe, z łazienką, której niewielkie okieneczko wychodziło na kuchnię, właściwie kuchenkę. Klucze do mieszkań w chruszczowkach wydawano „na przydział”. To była forma mieszkania socjalnego, choć wtedy takiego pojęcia z ZSRR nawet nie było.  Osiedla chruszczowek powstawały w wielu radzieckich miastach, większość z nich stoi do dziś. W niektórych przeprowadzono lifting, w niektórych – choć wszystko się sypie – nie zrobiono przez te wszystkie lata remontu.

    Wiele chruszczowek znajduje się w centrum lub blisko centrum na terenach atrakcyjnych z punktu widzenia deweloperów pokrywających ostatnio Moskwę tak zwanymi „murawiejnikami” (mrowiskami) – gigantycznymi, wielopiętrowymi blokami o różnym standardzie, lepszym i gorszym. Wiadomo, grunty w centrum są drogie, trzeba wybudować jak najwyższe domy, aby trud budowlańca zwrócił się deweloperowi jak najszybciej.

    I oto władze Moskwy występują z szerokim planem „renowacji”. Zakłada on, że chruszczowki zostaną wyburzone, a mieszkańcy zostaną przeniesieni do innych mieszkań. Zapisane w projekcie ustawy o „renowacji” zasady przyznania lokalu zamiennego są na tyle rozmyte (np. nie ma w nich gwarancji, że wysiedlani z chruszczowek otrzymają lokal o tym samym standardzie, metrażu, lokalizacji w centrum itd.), że lokatorzy poczuli się zagrożeni w swoich prawach. Odbyły się demonstracje i to dość liczne, nazywane przez opozycyjnych publicystów „protestami przeciwko deportacji moskwian”. Władze odstąpiły krok wstecz, na wyraźne polecenie prezydenta Putina zapowiedziano konsultacje społeczne, wprowadzono zasadę głosowania – lokatorzy mogą się wypowiedzieć, czy chcą, by ich blok został wyburzony, czy nie. Spowodowało to niesłychaną zawieruchę. Jedni demonstrują za, inni – przeciwko. Jedni chcą, drudzy – nie chcą. Jeszcze inni by może i chcieli, ale nie mają za grosz zaufania do władz, obawiają się, że i tak zostaną zrobieni w konia, więc wolą już to, co mają – czyli kąt w dobrym miejscu. Niektórzy domagają się rozbiórki swojego bloku, inni wręcz przeciwnie – walczą o wykreślenie z rejestru domów, przewidzianych do wyburzenia. Zainicjowana akcja władz miasta ujawniła niebywały bałagan w prawie lokalowym. Prawa własności do lokali w ogromnej liczbie przypadków są nieuregulowane, ludzie mieszkają w chruszczowkach (zapewne nie tylko w chruszczowkach) „na pticzjich prawach” – jak ptaki przelotne, użytkują mieszkania prawem kaduka. Są też i tacy, którzy wykupili swoje kwaterki na własność lub nabyli na wolnym rynku. Jak ich potraktować?

    „Renowacja” to eldorado dla branży budowlanej, możliwość pozyskania lukratywnych kontraktów na budowę nowych obiektów, a także złoty interes dla biurokratów, którzy będą decydować, kogo, gdzie, w jakim trybie przemieścić, a także kto, gdzie i jak będzie budował (stwarza to pole do korupcji). Po Moskwie krążą pogłoski, że najwięcej z tego tortu dostaną bracia Rotenbergowie – bliscy znajomi Putina, którzy dziwnym trafem dostają zawsze smakowite zlecenia. W moskiewskim żargonie już zaczęto nazywać akcję „renowacji” chrenowacją („chren” to chrzan, ale także wulgarne określenie męskiego przyrodzenia).

    Plan zakłada powstanie gigantycznego Funduszu Renowacji – dziwnego ciała, wyposażonego w rozległe pełnomocnictwa. Jak pisze Julia Łatynina w „Nowej Gazecie”, „to supermonstrum może wszystko. Decydować, komu przyznać zlecenie na budowę, decydować, który z budynków zostanie wyburzony i co powstanie na jego miejscu […]. Z projektu ustawy wynika, że właściciele domu, który ma być zgodnie z wolą Funduszu Renowacji zburzony, nie mają żadnych praw. Dom może zostać rozebrany na podstawie decyzji władz miasta Moskwy. Jeżeli mieszkańcy się nie zgadzają, to dom i tak rozbiorą na podstawie orzeczenia sądu. Gdy patrzę na to, jak już dziś tym, którzy się nie zgadzają [na rozbiórkę], podpala się mieszkania, przecina opony w autach itd., to myślę sobie, że Fundusz może się uciekać do innych metod przekonania nieprzekonanych. W projekcie nie ma też słowa o tym, jak mają być budowane te nowe domy dla wysiedlonych z chruszczowek – ile mają mieć pięter, w jakiej odległości od siebie mają być wznoszone, nie mówiąc już o terenach zielonych. Jednym słowem, projekt ustawy o renowacji pozwala supermonopoliście pod nazwą Fundusz Renowacji wykwaterować 1,6 miliona moskwian z ich domów i wprowadzić ich do wielopiętrowych bloków, przypominających trumny bez zieleni, infrastruktury, szkół, przedszkoli, sklepów i przychodni lekarskich”.

    1,6 miliona moskwian objętych „renowacją”. Niezły kapitał społeczny.

  • Oko kandydata

    14 maja. Różnie o nim mówią i piszą – najskuteczniejszy rosyjski opozycjonista, nieustraszony bojownik z korupcją, piętnujący nowobogactwo złodziejskiej putinowskiej ekipy, mistrz politycznego lansu, romansujący z nacjonalizmem populista, a także projekt Kremla. Jedno jest pewne: Aleksiej Nawalny skupia wokół siebie coraz większe zainteresowanie i pozostaje fenomenem na rosyjskiej scenie politycznej. Ostatnio znowu znalazł się w centrum uwagi: stał się ofiarą chuligańskiego ataku, w wyniku którego mógł stracić wzrok w jednym oku.

    Wielokrotnie pisałam o akcjach Nawalnego i jego ambicjach politycznych. Kilka jego ostatnich działań odbiło się szczególnie szerokim echem. Publikacja materiałów na temat majętności premiera Dmitrija Miedwiediewa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/03/dzialka-w-toskanii-czyli-eine-kleine-dimongate/), zorganizowanie najliczniejszej od pięciu lat demonstracji przeciwko skorumpowaniu władz (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/03/27/pokolenie-p-dorasta/), wreszcie – ogłoszenie zamiaru kandydowania w przyszłorocznych wyborach prezydenckich i rozpoczęcie szeroko zakrojonej kampanii z otwieraniem sztabów wyborczych w całym kraju, naborem wolontariuszy itd.

    Wizytom Nawalnego w miastach, gdzie tworzone były jego sztaby, towarzyszyły ataki „nieznanych sprawców”, którzy oblewali go tak zwaną „zielonką” (zielony płyn dezynfekcyjny, którym przemywa się rany; pozostawia na skórze długotrwałe zabarwienia). Początkowo Nawalny robił z tych napaści show: fotografował się z zieloną twarzą i włosami, kpił z tchórzy, którzy go w ten sposób potraktowali. Ale gdy 27 kwietnia napastnik chlusnął mu w twarz „zielonką” z jakimś żrącym dodatkiem, żarty się skończyły – polityk mógł stracić wzrok w prawym oku.

    Podjęte przez Nawalnego starania o wyjazd na leczenie zagranicę uwieńczone zostały nieoczekiwanie sukcesem, dzięki… wstawiennictwu Kremla, do którego Nawalny sam się zwrócił o pomoc. Splot wydarzeń był nader ciekawy.

    Oto 3 maja sąd w Kirowie odrzucił apelację od wyroku (pięć lat „w zawiasach”) wymierzonego Nawalnemu za nadużycia finansowe w słynnej sprawie „Kirowlesu”. Tym samym wyrok się uprawomocnił. A Nawalny jako osoba skazana prawomocnym wyrokiem, nie może stawać w szranki wyborcze.

    Dzień później Nawalny otrzymuje zgodę na wydanie mu paszportu i wyjazd, choć jednocześnie kolportowane są komunikaty, że nie ma prawa opuszczać terytorium Rosji. Potem komunikaty te są dementowane, potem znowu potwierdzane. Niejasności wzmagają potężny szum medialny, jaki podnosi się ze wszech stron wokół sprawy wyjazdu Nawalnego na operację do Hiszpanii. Szumią krytycy, szumią i zwolennicy, zdetonowani, że ich ulubieniec „poszedł na współpracę” z Kremlem i poprosił o protekcję. Po sieci snują się domysły, że władzom chodzi o pozbycie się niewygodnego polityka z kraju – bo jak wyjedzie, to mogą go potem nie wpuścić pod byle pozorem itd. Nawalny wyjeżdża, pomyślnie przechodzi operację i bez przeszkód wraca do Moskwy.

    Jednocześnie toczy się sprawa wyjaśnienia, kto napadł na Nawalnego. Jego współpracownicy ustalają tożsamość napastnika i jego prawdopodobnych pomocników. To aktywiści prokremlowskiego ruchu SERB, znane są ich personalia. Policja prowadzi własne śledztwo. Na razie bez widomych rezultatów.

    Wrócę jeszcze do sprawy kluczowej – wyeliminowania Nawalnego z wyborów dzięki zabiegowi z uprawomocnieniem wyroku. Obrona zapowiedziała kolejną apelację do Trybunału Praw Człowieka. Ale czy będzie to skuteczne? Władzom nie mogło się podobać to, że Nawalny wrzuca do przestrzeni internetowej niewygodne dla ekipy rządzącej tematy i wykazuje, że to skorumpowana klika pasożytów. Do przestrzeni internetowej, a więc jednak – ograniczonej. Natomiast jako kandydat na prezydenta zyskałby prawo do występowania w telewizji, a to już zupełnie inny zasięg rażenia. Kreml najwidoczniej nie chce ryzykować.

    Tymczasem Nawalny mobilizuje ludzi do kolejnej demonstracji, która ma się odbyć 12 czerwca.

  • Licencja na dopisywanie

    7 maja. Fascynujące są bebeszki materiałów opublikowanych przez WikiLeaks, a wykradzionych z serwera sztabu wyborczego kandydata na prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Niewidzialna ręka Kremla, hacker na jego usługach, podrabianie dokumentów, mające w zamyśle prowadzić do dyskredytacji niepożądanego kandydata, a wokół cisza wyborcza. Operacja specjalna żołnierzy niewidzialnego frontu na rzecz francuskiego Frontu Narodowego? Może. Udoskonalona powtórka z podobnych zabiegów w czasie kampanii wyborczej w USA, gdy to ujawniono materiały Partii Demokratycznej i korespondencję członków sztabu wyborczego Hillary Clinton? Może.

    Popatrzmy. W piątek wieczorem, w ostatniej chwili przed ogłoszeniem ciszy wyborczej, za pomocą aplikacji Pastebin tajemniczy Don Pedro z Krainy Deszczowców, ukrywający się pod pseudonimem EMLEAKS ujawnił konfidencjalną korespondencję sztabu Macrona. Było już za późno, aby sprawę zbadać, a nawet zareagować – sztaby kandydatów nie mogą w okresie ciszy wyborczej wydawać komunikatów, które mogłyby w jakikolwiek sposób wpłynąć na wynik wyborów. Ograniczono się jedynie do stwierdzenia, że sztab padł ofiarą ataku hackerskiego i że w opublikowanym „masywie dokumentów” znajdują się zarówno autentyczne, jak i zmanipulowane (podrobione) materiały. Poczta sztabu Macrona, wykradziona najprawdopodobniej jeszcze w lutym br., sprawnie wylądowała na portalu WikiLeaks.

    Rosyjski portal Insider rozpracował dostępne dane (http://theins.ru/politika/55118). W kilku miejscach w metadanych opublikowanych dokumentów wykryto ślad działalności niejakiego Gieorgija Piotrowicza Roski (zapis w cyrylicy: Георгий Петрович Рошка). Jak pisze Insider, to programista pracujący w firmie Eureka (Эврика), której klientelę stanowią rosyjskie instytucje rządowe, w tym ministerstwo obrony i służby specjalne. Rosca nie odpowiedział na zapytania autorów z portalu Insider. Agencja Interfax ostrożnie zastrzega, powołując się na WikiLeaks: „Firma Eureka, w której jakoby zatrudniony jest wspominany w metadanych Gieorgij Piotrowicz Rosca, posiada licencję Federalnej Służby Bezpieczeństwa na działalność w dziedzinie ochrony tajemnicy państwowej”.

    We wspomnianym wyżej włamie na serwer sztabu Macrona uczestniczyła najprawdopodobniej znana już rosyjska grupa hackerska Pawn Storm (inne pseudonimy artystyczne Fancy Bear i APT28), podejrzewana o niedyskretne zaglądanie pod kołdrę i do kiesy uczestnikom amerykańskich zeszłorocznych wyborów prezydenckich, a także ataki na stronki internetowe rosyjskiej opozycji. Rezultaty włamów też przekazywano wtedy portalowi WikiLeaks. Metodę mieszania autentyków z podróbkami przetrenowano już wcześniej, np. na Aleksieju Nawalnym – wykradzione z fundacji Sorosa dane zmodyfikowano tak, aby miały wskazywać na finansowanie fundacji Nawalnego przez George’a Sorosa.

    W rosyjskich mediach, zwłaszcza w telewizji, podczas całej kampanii wyborczej we Francji mocno wspierano Marine Le Pen, i to na różne sposoby, nie tylko poprzez przychylne komentarze występujących w politycznych talk show speców: np. po pierwszej turze wyborów korespondentka rosyjskiej telewizji państwowej nadawała ze sztabu wyborczego liderki Frontu Narodowego. Ważnym sygnałem poparcia dla tej kandydatki ze strony władz Rosji było jej spotkanie na Kremlu z Władimirem Władimirowiczem Putinem. Emmanuel Macron natomiast był poddawany ostrej krytyce. Żadnych włamów na strony sztabu Mariny Żanowny Le Pen nie stwierdzono, WikiLeaks nie wylała żadnych pozyskanych nielegalnie materiałów. David Frum z The Atlantic zażartował na Twitterze, że w chwili obecnej taką mamy sytuację, że nie bardzo można ufać kandydatowi, którego korespondencji nie zhakowałaby WikiLeaks.

    Tymczasem twórca WikiLeaks Julian Assange bryluje na srebrnym ekranie: prowadzi autorskie show w kremlowskiej tubie propagandowej dla zagranicy – telewizji RT (https://www.rt.com/tags/the-julian-assange-show/).

  • Fejk fejkiem pogania

    26 kwietnia. Codziennie w rosyjskiej telewizji odbywają się przemiłe dyskusje na tematy bieżące. Prowadzący intonuje odę do majestatu władz Rosji, po czym przedstawia główny temat, na który rzucają się jak wygłodniałe wilki zaproszeni do studia eksperci, politycy, dziennikarze, celebryci. Urozmaiceniem dla przewidywalnych wywodów krajowych luminarzy politologii jest pojawienie się w programie gości z zagranicy. Ci mają prawo do wypowiedzenia jakiejś umiarkowanej opinii niezupełnie zgodnej z narzuconą przez prowadzącego tezą propagandową. Nieraz dochodzi do sterowanej hecy, gdy zaproszony zagraniczniak zaprezentuje jakąś mocno kontrowersyjną myśl. Tak było kilkakrotnie z zapraszanymi gośćmi z Polski lub Ukrainy, którzy za swoje wypowiedzi byli szarpani za garderobę, a nawet bici po twarzy przy aplauzie zgromadzonej w studiu publiczności. Te widowiska dla gawiedzi o niezbyt wygórowanych oczekiwaniach estetycznych i niezbyt dużych wymaganiach merytorycznych to sól rosyjskiej telewizji, obsługującej interesy Kremla. Tędy sączy się do głów obywateli jedynie słuszne relacje i interpretacje.

    Na dobranoc można sobie obejrzeć w dużej dawce wykrzykującego wielkomocarstwowe hasła Władimira Żyrinowskiego, nieodmiennie wcielającego się w rolę dobrze poinformowanego błazna. Albo wnuka Wiaczesława Mołotowa, Nikonowa, również Wiaczesława, który powtarza mantry o wyższości „ruskiego świata” nad więdnącą cywilizacją Zachodu. Talia tuzów sztuki gadulstwa na zamówienie nie jest znowu taka wielka – w tych seansach nienawiści występują stale te same postaci. Jak w commedia dell’arte ciągle grają swoje role te same typy.

    Nie wiem, czy dlatego że z ekranu wieje nudą, czy dlatego by podkręcić wiarygodność – w poświęconym sytuacji wokół Korei Północnej programie „Pierwaja studija” w najpopularniejszej stacji telewizyjnej Rosji Pierwyj Kanał pokazano nowego komentatora wydarzeń na światowej scenie politycznej. A mianowicie pewnego starszego pana, którego przedstawiono jako Grega Waynera (Weinera?), amerykańskiego dziennikarza. Przy tym nie wyjaśniono, jaką redakcję pan Wayner reprezentuje. Gość mówił zresztą płynnie po rosyjsku bez cienia akcentu.

    Portal Insider wyczaił, że ten człowiek naprawdę nazywa się Grigorij Winnikow i jest biznesmenem z Petersburga (http://theins.ru/antifake/53655). Kilka lat spędził w Nowym Jorku, gdzie kręcił biznesy w turystyce (prowadził agencję Eastern Tours), po czym powrócił do Petersburga. W telewizji jako „dziennikarz z USA” wystąpił już zresztą nie po raz pierwszy, był m.in. ekspertem ds. amerykańskich (https://www.topspb.tv/programs/releases/85150/). Portal Znak dotarł do ciekawych historii o nowojorskim okresie działalności rzekomego specjalisty od Korei i USA (https://www.znak.com/2017-04-26/pervyy_kanal_vydal_rossiyskogo_biznesmena_za_amerikanskogo_zhurnalista) – agencja Winnikowa oszwabiła wielu naiwnych klientów, narobiła długów, po czym rzekomy Wayner musiał uciekać z USA.

    Po prezentowaniu na ekranach telewizyjnych fejkowych zrozpaczonych matek, które widziały, jak banderowcy ukrzyżowali w Słowiańsku chłopczyka w samych gatkach (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/07/14/ukrzyzowanie-w-slowiansku/) czy po innych praktykach nieudolnych inscenizacji, wrzutek, kłamstwa w żywe oczy rosyjska telewizja osiąga kolejne wyżyny obciachu.

    Bloger Andriej Malgin dorzucił jeszcze do tego gatunku inną „dobrą nowinę”: często prezentowany w różnych stacjach telewizyjnych inicjator referendum o oddzieleniu Kalifornii od USA przedstawiany jako Marinelli tak naprawdę mieszka w Jekaterynburgu (http://avmalgin.livejournal.com/6964104.html).

    Jak widać, zwyczajny fejk w dzisiejszych czasach to za mało, fejk trzeba fejkiem dodatkowo podbić, fejkiem nafaszerować, fejk fejkiem podbudować.

  • Odszedł świadek historii

    19 kwietnia. W Petersburgu zmarł dziś w wieku 73 lat dziennikarz Nikołaj Andruszczenko. W marcu został napadnięty i pobity przez nieznanych sprawców. Przeleżał na ulicy nie wiadomo, jak długo. Lekarze stwierdzili poważny uraz głowy. Andruszczenko nie odzyskał przytomności, bandyci nie zostaną zidentyfikowani.

    Andruszczenko był jednym z założycieli tygodnika „Nowy Petersburg”, jednej z pierwszych prywatnych gazet w Rosji. Ostatnio wiele publikował na temat korupcji i nieefektywności oficjalnej walki z tym zjawiskiem, o bezkarności policji; opisywał też liczne akcje protestacyjne, jakie odbywały się w mieście. W latach 1990-93 był deputowanym rady Petersburga (wcześniej Leningradu). Wtedy wnikliwie przyglądał się temu, co się dzieje w mieście, jak wygląda żywiołowa prywatyzacja, związki władz ze środowiskiem kryminalnym (rączka w rączkę). Wiele uwagi poświęcił zbadaniu domniemanych powiązań zastępcy mera Petersburga, niejakiego Władimira Putina z szefem największego z ówczesnych gangów, grasujących nie tylko po północnej stolicy, tzw. grupy tambowskiej, Władimirem Barsukowem (Kumarinem). W jednym ze wspomnień z tego okresu Andruszczenko opisał spotkanie z Putinem na korytarzu ratusza – Putin zatroskał się, że Andruszczenko poparł puczystów (autorów krótkotrwałego stanu wyjątkowego w sierpniu 1991 roku), i udzielił mu zbawiennej rady: „Teraz jest czas, aby robić pieniądze! Robić szmal! I kraj ma robić pieniądze, i ludzie! Na to jest teraz odpowiedni czas”.

    Andruszczenko w związku ze śmiałymi publikacjami i działalnością opozycyjną miał na pieńku z władzami. W listopadzie 2007 roku został aresztowany pod zarzutem utrudniania pracy sądu i oczernianie sędziego, w czasie śledztwa w areszcie był bity i szykanowany, na skutek złego traktowania stracił wzrok w lewym oku, nabawił się poważnej choroby serca.

    Śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności pobicia Andruszczenki utknęło w martwym punkcie.