Kategoria: Bez kategorii

  • Mała stabilizacja blondynki

    29 czerwca. Są takie niepozorne wiadomości, które nie przykuwają uwagi szerokiej publiczności, niedostrzeżone przez medialne tuzy przemykają jednym zdaniem gdzieś na zapleczu serwisów informacyjnych. Ale to właśnie one – aktorki trzeciego i czwartego planu czasami więcej mówią o sytuacji niż głośne wstępniaki najważniejszych gazet czy wiekopomne przemówienia mężów stanu. Do tego gatunku zaliczyłabym skąpy komunikat o tym, że niejaka Jewgienija Wasiljewa została sekretarzem Wspólnoty mieszkaniowej domu w zaułku Mlecznym w Moskwie. Przewodniczącym Wspólnoty jest Anatolij Sierdiukow.

    Dawno te dwa nazwiska nie pojawiały się w przestrzeni medialnej. Przebrzmiały skandal nie budził już emocji. Kilka lat temu szmatławy romans ministra obrony z zażywną blondynką, dysponującą w fantastyczny sposób mieniem wojskowym, stanowił temat licznych publikacji prasowych i programów telewizyjnych. Przypomnę pokrótce to, co się wtedy działo (opisałam to wtedy na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2015/08/25/dama-z-pilniczkiem/). W agencji mienia wojskowego, którym rządzi Jewgienija Wasiljewa i jej frenetyczne koleżanki, dochodzi do serii transakcji. Śledczy pochylają się po pewnym czasie nad nimi i dochodzą do wniosku, że to czystej wody przekręty. Milionowe. Po nitce do kłębka trafiają do trzynastopokojowego mieszkania w luksusowym apartamentowcu w centrum Moskwy w zaułku Mlecznym, gdzie mieszka zdolna menedżerka Wasiljewa. Drzwi ekipie dochodzeniowej otwiera niezameldowany w tym mieszkanku mężczyzna. Zdziwieni śledczy rozpoznają w nim ministra obrony Anatolija Sierdiukowa. Pikanterii dodaje fakt, że Sierdiukow jest mężem córki ekspremiera Wiktora Zubkowa, osoby wielce wpływowej, zbliżonej do Putina itd. To za sprawą teścia, jak można mniemać, młody cywil zrobił zawrotną karierę w wojskowym resorcie. Media spekulują, że Sierdiukow ma słabość do ładnych blondynek – zatrudnia bowiem kilka atrakcyjnych młodych kobiet w ministerstwie i powierza im mienie wojskowe. No i tak: sprawa się rozkręca, nie daje się wyciszyć ani skandalu obyczajowego, ani malwersacji na dużą skalę. Wasiljewa zostaje aresztowana, czas do rozprawy spędza w rzeczonym mieszkanku w areszcie domowym, bardzo cierpi z tego powodu, a żale wylewa na płótna, przekuwa w grafomańską poezję, a nawet w śmiałe pieśni o wymiarze matrymonialnym. Sąd uznaje ją winną i skazuje na pięć lat. Według niepotwierdzonych medialnych doniesień, obrotna menedżerka nie siedziała osobiście w kolonii karnej, a wysłała tam wynajętą osóbkę. Po czterech miesiącach domniemanej odsiadki Wasiljewa złożyła wniosek o przedterminowe zwolnienie, sąd do wniosku się przychylił. Jakże humanitarne są rosyjskie sądy.

    Towarzyszące Wasiljewej rozbuchane zainteresowanie mediów znacznie od czasu tej bajecznej historii osłabło. I oto teraz gdzieś z tyłu sklepu pojawiła się wieść o tym, jak ładnie ułożyła sobie życie Jewgienija. Sprzeniewierzyła milionowy majątek, została skazana prawomocnym wyrokiem. I co? I nic. Jak widać, ani kropelka wody nie wlała się jej do ucha. Nie tylko zachowała swoje rozkoszne mieszkanko, którego nie musiała zwracać w ramach rekompensaty za nadużycia, ale jeszcze może zarządzać całą wspaniałą nieruchomością w znakomitym punkcie stolicy. I to mając za partnera Anatolija Sierdiukowa. Ten wprawdzie nie jest już od pewnego czasu ministrem obrony, ale też nie stracił rezonu. Nie był pociągnięty do odpowiedzialności za „przykrywanie” przewał Jewgienii, w jej sprawie był jedynie świadkiem. Wygląda na to, że i afekt nie opuścił słodkiej parki. Dobrze się żyje ludziom w państwie Putina. W każdym razie niektórym.

  • Syndrom spokojnych nóg

    16 czerwca. W piętnastym rytuale kremlowskiego dworu „Bezpośrednia linia z prezydentem Putinem” ciekawsze od tego, co mówił główny bohater wydarzenia, była treść przysyłanych przez społeczeństwo SMS-ów, które wyświetlały się na ekranie. Prezydent miał do powiedzenia tyle, żeby ludzie jeszcze dalej odsunęli się od politycznego toru i nie zaglądali politykom i urzędnikom w garnki, bo to nie ich interes. Jeszcze mniejsza zawartość polityki w polityce – oto, co proponuje społeczeństwu władza na obecnym etapie zmęczonego putinizmu. Ze strony społeczeństwa nadeszło więcej komunikatów, dwa było słychać najmocniej: jedni apelowali do Putina o pomoc w konkretnych sprawach, wierząc w omnipotencję, drudzy pisali, by sobie poszedł, bo już „zbyt długo siedzi na tronie”.

    – Bezpośrednia linia jest po to, bym mógł poczuć nastroje społeczne – zadeklarował Władimir Władimirowicz. Deklaracji, na którą czekała duża grupa obserwatorów politycznych, o zamiarze wystartowania w wyborach prezydenckich w marcu 2018 roku, Putin nie złożył. Powiedział tylko, że naród wybiera lidera w wyborach i za rok też wybierze.

    Wczorajszy spektakl (przez niektórych nazywany dosadniej cyrkiem) zdominowała tematyka wewnętrzna. Schemat był taki: osoba/grupa osób pokazuje prezydentowi, że żyje w warunkach urągających godności ludzkiej, została oszukana, źle potraktowana, niewyleczona itd. Prezydent z troską pochyla się nad przypadkiem, wyraża zdziwienie, że do takiej sytuacji mogło dojść („przecież środki na to z budżetu federalnego poszły; gdzie są pieniądze?), po czym obiecuje, że osobiście się zajmie pomocą dla tych, którzy się o tę pomoc do niego, wszechmogącego, zwrócili. Ludzie na Dalekiej Północy pokazywali np. rozpadające się wagoniki mieszkalne, w których osiedlono ich tymczasowo w latach siedemdziesiątych, a w których wegetują do dziś, przerdzewiałe „konserwy” zimą wyziębiają się, a latem niemiłosiernie podgrzewają, woda latem leci z kraników w nędznych kuchenkach zimna, a zimą z kolei – wrząca (rura z ogrzewaniem podgrzewa również wodę w wodociągu), wygódka ze zmurszałych desek stoi na dworze, wszędzie błoto itd. Sprawa dla prezydenta. Prezydent pomoże. Prezydent jest dobrą wróżką.

    Od schematu odbiegło niewielu szczęśliwców, których dopuszczono do głosu, m.in. młody człowiek, który skarżył się w ostrych słowach na korupcję w służbach mundurowych. Putin nawet zainteresował się, jak to jest, że młodzieniec tak sprawnie wykłada swoje zażalenie. – Ktoś ci to napisał, podpowiedział, nauczył, jak mówić? – Życie mnie nauczyło – odparł bez emocji rezolutny chłopak.

    Dobór tematów zawężono do sfery stricte socjalnej. To płaszczyzna, na której władza pozwala społeczeństwu ze sobą rozmawiać. Twórczo rozwijając porzekadło „kotlety oddzielnie, muchy oddzielnie”, Putin pokazuje: „polityka oddzielnie, społeczeństwo oddzielnie”. Polityką zajmuje się władza. To przesłanie nienowe, ale teraz było zaznaczone, że pole dialogu jest jeszcze węższe.

    Podczas czterogodzinnej sesji Putin był stonowany i spokojny, jak gdyby swoim niezmąconym majestatem chciał zaapelować o spokój do całego społeczeństwa – gospodarka jest OK, wszystko będzie OK (nos Pinokia w dobrej formie). Ożywił się wyraźnie tylko podczas przygryzania prezydentowi Ukrainy z powodu wprowadzenia przez UE ruchu bezwizowego dla obywateli tego kraju. Nie po raz pierwszy było widać kontrast: zdystansowanie, brak emocji w referowaniu spraw krajowych czy wyliczaniu słupków inflacji i wzrostu pogłowia trzody chlewnej oraz błysk podniety w oku przy omawianiu spraw międzynarodowych. Tym razem tematyki zagranicznej prawie nie było. To też można odczytać jako przekaz: „Ludu pracujący i niepracujący, nie jesteś moim partnerem w prowadzeniu gier na światowej szachownicy”. Wytłumaczył tylko, że w Syrii rosyjska broń doskonale się sprawdza, armia ćwiczy i dojrzewa, a zbrojeniówka ma się coraz lepiej. Jednym słowem – same plusy. O ofiarach – zero.

    „Ważne, nośne, poruszane w mediach tematy w Bezpośredniej linii zostały pominięte – pisze politolożka Tatiana Stanowaja (http://carnegie.ru/commentary/71277). – A takich tematów jest multum: jak będzie budowana polityka z Ameryką Trumpa, czy Moskwa ma plany normalizacji dialogu z Europą, jak będzie wyglądać współpraca z NATO, dalej: brexit, wzrost nastrojów antyglobalistycznych na świecie, Ukraina, Syria – jakie Rosja stawia sobie cele; jaka będzie strategia gospodarcza w warunkach wyczerpywania się rezerw, co z reformą emerytalną, prywatyzacją, kondycją Rosniefti, bankami; a protesty społeczne?, a opozycja?, a zaostrzanie przepisów?, a poszerzające się uprawnienia Gwardii Narodowej? […] W tym roku nastąpiło radykalne ograniczenie zakresu problematyki Bezpośredniej linii […] Na pytania prezydent udzielał skąpych i powierzchownych odpowiedzi”. Kotlety oddzielnie.

    Swoim życiem – często dalekim od dworskiej etykiety – żyły przysyłane przez społeczeństwo SMS-y. Wyświetlały się w dolnym prawym rogu ekranu i niewątpliwie ożywiały zmartwiały obraz celebry. Uwagę większości obserwatorów przyciągnęły SMS-y, dające niedwuznacznie do zrozumienia, że przyszedł czas, aby Putin pomyślał o przejście stan spoczynku.

    Ale najwyraźniej Putin o tym nie myśli.

    Oglądając wczorajsze show, nie mogłam uwolnić się od wrażenia, że sam główny sprawca zbiegowiska nudzi się jak mops. Koncentracja mu co rusz siadała, prosił o powtórzenie kierowanych do niego pytań, gubił wątek. I cały czas pochrząkiwał i pokasływał. Politolog Stanisław Biełkowski, spec od kremlinologii stosowanej, w audycji Radia Swoboda wyjaśnił ten stan tak: „Pewnie myślami był w innym miejscu, może na rozmowach z Trumpem w Hamburgu albo na spotkaniu z zaślubioną sobie Rosją. [Po zakończeniu transmisji, w kuluarach] zadano pytanie o stan zdrowia Władimira Władimirowicza. [Medycy] podejrzewają, że Putin cierpi na syndrom niespokojnych nóg, ciągle przebiera nogami, co jest zapewne związane z męczącymi go bólami. Putin cierpi w związku z powyższym na bezsenność. Przez te dolegliwości niepodobna skoncentrować się na tak długotrwałej polemice. Z drugiej strony nie można sobie pozwolić na skrócenie Linii z czterech do dwóch godzin, bo zaraz powstanie wrażenie, że coś jest nie tak z prezydentem”.

    Być może faktycznie prezydenta trawi bezsenność i dokuczają drgawki w nogach. Niemniej jeśli nie zdarzy się jakaś przykra niespodzianka, Putin zostanie wystawiony przez obóz rządzący w wyborach prezydenckich, a jego wierny elektorat zagłosuje, prezentując syndrom spokojnych nóg w królestwie przygasającego putinizmu. Chyba że grupa autorów SMS-ów o końcu epoki starego lidera raptem urośnie w siłę i ruszy wagonik z miejsca.

  • Spałowany Dzień Rosji

    14 czerwca. Dzień Rosji ustanowiono, by uroczyście świętować odrodzenie się nowego państwa rosyjskiego po mrokach sowieckiej epoki. 12 czerwca 1990 roku ogłoszono deklarację suwerenności Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, to był początek końca sowieckiego molocha. Tegoroczne obchody nie miały nic wspólnego z radością – naprzeciw siebie stanęły Rosja putinowska i Rosja antyputinowska. Rosja putinowska sięgnęła po stylistykę ponurej instytucji, z której wywodzi się niezmienny przywódca i przykładnie spałowała Rosję antyputinowską, która wyszła zamanifestować niezadowolenie z korupcyjnych praktyk władzy, zamordyzmu i braku perspektyw. Znowu światowe media zapełniły obrazki z rosyjskich demonstracji – wleczonych brutalnie po ulicy ludzi czy dziewczyn wpychanych przez krzepkich omonowców do suk, transparentów z napisami „Putin złodziej”, „Precz ze skorumpowaną elitą władzy” i „Mamy dość Putina”.

    Demonstracje przeciwko polityce władz odbyły się nie tylko w dwóch stolicach – Moskwie i Petersburgu – ale w ponad 140 miastach, od Władywostoku po Kaliningrad. Na place i ulice wyszło łącznie kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Obserwowałam, jak do protestu przystępowały kolejne strefy czasowe. Gdy demonstranci wyszli na ulicę Twerską w Moskwie, ci w Chabarowsku czy Irkucku już siedzieli w aresztach. Łącznie w protestach wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy, zatrzymano około dwóch tysięcy ludzi. Dużo czy niedużo? Niedużo, jeśli policzyć w skali całego kraju procentowy udział tych, co wyszli protestować. Ale dużo, jeśli wziąć pod uwagę zaorany krajobraz polityczny Rosji, ostre i ciągle zaostrzane przepisy dotyczące zgromadzeń publicznych, rozproszenie i słabość opozycji.

    Liderem protestów znowu był Aleksiej Nawalny. Może jedyny w tej chwili polityk w Rosji, który walczy z władzą o władzę. Wezwał swoich zwolenników do nielegalnej demonstracji przeciwko zakłamanej, skorumpowanej ekipie Putina. To się Kremlowi podobać nie może. Za niecały rok wybory prezydenckie, wszelkie rysy na wizerunku władzy niekorzystnie będą wpływać na postrzeganie kandydata obozu rządzącego (ktokolwiek nim będzie, Putin na razie uchyla się od jednoznacznej deklaracji). Pozycja Nawalnego jest stale przedmiotem dyskusji w środowiskach nastawionych krytycznie do Putina. Podejrzewany jest o obsługę interesów Kremla, potajemne paktowanie z członkami obozu rządzącego. Nie da się tego potwierdzić ani temu zaprzeczyć.

    Ale to, co Nawalny pokazuje, jest nową jakością w rosyjskim życiu politycznym. Wnosi dysonans, stanowi ze swoją dezynwolturą i dynamiką przeciwieństwo skostniałego układu władzy. Piętnuje grzechy elity – przede wszystkim tropi korupcję, która stanowi sól rządów putinowskiej kleptokracji (za te akcje władza go przykładnie karze: utrudnia różnymi sposobami uruchamianie sztabów wyborczych w terenie, nęka rewizjami, aresztuje współpracowników). Nawalny potrafi zmobilizować zwolenników, mimo braku dostępu do ogólnokrajowych mediów dociera do bardzo szerokiej publiczności, korzystającej z szybkich mediów społecznościowych.

    Kolejna nowość na rosyjskiej scenie politycznej to bunt młodych. W ostatnich demonstracjach prawie jedna czwarta to byli ludzie młodzi i bardzo młodzi, często niepełnoletni. Oni mają dosyć Putina, uważają jego rządy za szczyt obciachu, nie chcą żyć w tym zaduchu. Organizują się za pośrednictwem komunikatorów, których służby specjalne nie są w stanie w pełni kontrolować. Po demonstracjach 26 marca, w których po raz pierwszy „pokolenie P” (ludzie urodzeni już za prezydentury Putina) pokazało, że ma głos i wzięło masowo udział w protestach przeciwko korupcji, władze próbowały przeprać im mózgi i zachęcić do powściągliwości. W szkołach odbywały się pogadanki, rodziców wzywano przed oblicze ciała pedagogicznego, które głównie straszyło wizją relegacji krnąbrnych pociech itp. Jak widać, bez efektu. „Pianista gra, jak potrafi. Władza tylko potrafi pałować i zastraszać” – podsumował nie bez racji politolog Stanisław Biełkowski.

    Stanisław Kuczer tak o formowaniu się świadomości młodego pokolenia napisał na FB: „Najbardziej aktywna część pokolenia Putina nie chce mieszkać w domu, który zbudował Putin. Moja 26-letnia apolityczna siostra pokazuje mi zdjęcie napisu nad wejściem do malezyjskiej restauracji „Okupantów nie obsługujemy” i pyta, dlaczego w Ameryce, Europie, w postępowych krajach Azji uważa się nas za agresorów. 25-letni znajomy mówi mi, że ostatnią kroplą, która przelała jego puchar goryczy i spowodowała, że poszedł demonstrować na Twerską, był program rosyjskiej telewizji, w którym strojono sobie nieprzystojne żarciki z Macrona. 18-letnia córka mojego kolegi z obrzydzeniem rzuca naukę na uczelni, w której wykładowca uczy studentów, że media społecznościowe wymyśliło CIA, żeby zniewolić ludzkość. W Internecie, gdzie żyje to pokolenie, świat jest jeden, nie ma w nim granic, nie ma w nim murów. A w rzeczywistości, która ich otacza, spostrzegają, że nowa żelazna kurtyna za chwilę opadnie i odgrodzi ich od reszty świata. Słyszą, jak o gnijącym Zachodzie opowiadają w telewizji podstarzali hipokryci, których dzieci i wnuki dawno mieszkają na tym amoralnym Zachodzie. A teraz na kolejne sześć lat młodym proponuje się wybór tego samego prezydenta, którego widzieli z gołym torsem na koniu, gdy zaczynali chodzić do szkoły. To nie jest rzeczywistość, w której chce żyć normalny dwudziestolatek, niezależnie od przekonań politycznych”. Celne spostrzeżenia.

    Ale wróćmy do poniedziałkowych protestów. Aleksieja Nawalnego prewencyjnie zatrzymano już pod domem, gdy zmierzał na zwołaną przez siebie demonstrację. Następnie sąd skazał go od ręki na trzydzieści dni aresztu administracyjnego za złamanie ustawy o zgromadzeniach publicznych. Zatrzymani uczestnicy protestu są skazywani na kilkudniowe areszty administracyjne, część nadal oczekuje na komisariatach na rozprawy.

    Rosja putinowska też wyszła na ulice. I to nawet na Twerską, gdzie zebrali się zwolennicy Nawalnego. A to dlatego, że władze miasta zorganizowały tam właśnie błagonadiożny piknik historyczny. Oczom zdumionej publiczności ukazały się między innymi postaci ubrane w mundury NKWD. Perskie oko władzy, nie ma co.

    Wieczorem na placu Czerwonym pod murem Kremla odbył się okolicznościowy koncert, śpiewały gwiazdy estrady, tłumnie zgromadzona publiczność świetnie się bawiła, tańczyła, klaskała. „Dużo więcej ich tu niż nas na Twerskiej” – zauważył gorzko na Twitterze ktoś z Rosji antyputinowskiej.

    Na Pokłonnej Górze rozwinięto wielką flagę Rosji o powierzchni 1051 metrów kwadratowych. Ale choćby miała jeszcze tych metrów więcej i tak nie przysłoniłaby tego, że z putinowskich puzzli coraz trudniej ułożyć zadany optymistyczny obrazek jedności narodowej. Jak długo jeszcze tego obrazka?

  • Bellingcat – jeszcze jeden krok w chmurach

    5 czerwca. Zbliża się trzecia rocznica zestrzelenia pasażerskiego samolotu Malaysia Airlines nad Donbasem. Zginęło wówczas 298 osób, w większości obywateli Holandii i Malezji. Śledztwo się ślimaczy, Rosja mataczy. Tymczasem międzynarodowa grupa dziennikarzy śledczych Bellingcat opublikowała dziś wyniki kolejnej fazy swoich badań, poświadczających, że Buk, z którego wystrzelono feralny pocisk, przyjechał na Ukrainę z Rosji.

    Buk miał numer boczny 332 – to ustalono już rok temu (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/05/buk-o-numerze-332/). Na podstawie analizy zdjęć zawężono listę osób, które obsługiwały tę wyrzutnię. Ustalono trasę, którą pokonał Buk z jednostki wojsk rakietowych w Kursku przez obóz Millerowo w obwodzie rostowskim (Rosja) na pole w okolicach miejscowości Pierwomajskoje (Ukraina). W lutym br. dziennikarze z Bellingcat opublikowali personalia osoby, która pilotowała przemieszczenie Buka z obwodu rostowskiego w Rosji do objętego walkami obwodu donieckiego na Ukrainie. To były funkcjonariusz wywiadu wojskowego GRU Siergiej Dubinski, używający podczas wojny w Doniecku pseudonimu Chmuryj i pełniący w tak zwanej Donieckiej Republice Ludowej funkcję szefa samozwańczego wywiadu (Dubinski odżegnuje się od ustaleń Bellingcat).

    Grupa Bellingcat przekazała zebrane materiały międzynarodowej komisji śledczej, pracującej nad wyjaśnieniem okoliczności tragedii. (W październiku ub.r. komisja JIT opublikowała raport, z którego wynika, że samolot został zestrzelony rakietą Buk produkcji rosyjskiej; w raporcie nie stwierdzono z całą pewnością, skąd dokładnie dokonano wystrzelenia rakiety).

    Teraz doszły dodatkowe ustalenia, pozwalające potwierdzić i uzupełnić dotychczasowe wyniki śledztwa grupy Bellingcat, które jednoznacznie wskazuje na rosyjskie sprawstwo. (Tu można zapoznać się z najnowszymi materiałami Bellingcat: https://www.bellingcat.com/tag/mh17/ – drobiazgowa analiza wyłowionych z przestrzeni mediów społecznościowych detali, dane geolokacyjne, imponująca pedantyczna robota, masa szczegółów i wnioski końcowe).

    Gdzie znajduje się obecnie corpus delicti, czyli rzeczony Buk o numerze 332? Członkowie grupy Bellingcat wyrażają przypuszczenie, że spoczywa gdzieś na dnie Morza Czarnego. Choć z drugiej strony liczą na to, że o wartym kilka milionów dolarów Buku musi się znaleźć jakaś dokumentacja świadcząca o utylizacji tak drogiego sprzętu. I że kiedyś to wyjdzie na jaw.

    Rosja idzie nadal w zaparte i odrzuca wszystkie ustalenia komisji. Grupę Bellingcat stara się zdyskredytować, wykazać, że działa ona na polityczne zamówienie wrogów Moskwy, obniżyć wartość publikowanych materiałów, stworzyć szum informacyjny, wrzucając w przestrzeń medialną własne wersje wzięte, jak twierdzą eksperci grupy Bellingcat i nie tylko, ze złoconych sufitów Kremla.

    Na razie Ministerstwo Obrony Rosji, pytane m.in. przez portal RBK o ocenę ostatnich ustaleń Bellingcat (http://www.rbc.ru/politics/05/06/2017/593333359a79474381064c91?from=center_16), nie zajęło stanowiska. Wcześniej rosyjski resort obrony przedstawiał w sprawie przyczyn tragedii MH17 różne wersje, mające wykluczyć winę Rosji, a dowieść winy Ukrainy.

  • Rosyjska karta w amerykańskiej grze

    28 maja. Nie ma dnia, by w amerykańskiej przestrzeni medialnej nie pojawiały się mniej lub bardziej wiarygodne rewelacje dotyczące mniej lub bardziej domniemanego udziału Rosji w próbach powożenia Trumpem. Rosyjska karta stała się ważnym elementem wewnętrznych rozgrywek na amerykańskich szczytach. Rosyjska karta, nie Rosja. A to, jak mawiają w Odessie, „dwie wielkie różnice”.
    Po kolejnych przesłuchaniach przed komisją Kongresu do prasy wyciekły nowe dane. „The Washington Post”, powołując się na anonimowe źródła na górze, ujawnił, że zięć Donalda Trumpa i jego doradca w jednej osobie, Jared Kushner pod koniec 2016 roku udał się po cichu do ambasadora Rosji w Waszyngtonie, Siergieja Kislaka. Miał z nim omówić utworzenie sekretnego kanału komunikacji pomiędzy ekipą Trumpa a Kremlem. Żeby amerykańskie służby nie wtryniały nosa w te kontakty. W rozmowach miał uczestniczyć również Michael Flynn, przez chwilę doradca amerykańskiego prezydenta ds. bezpieczeństwa, wkrótce po nominacji odwołany. Jednak, jak anonsuje „The Washington Post”, amerykańskie służby były czujne i „przechwyciły rozmowy Kislaka z Moskwą na ten temat”. Kislak raportował, że Kushner zaproponował wykorzystanie dla nieformalnych kontaktów rosyjskie instytucje działające w Stanach Zjednoczonych; ambasador był zszokowany supozycją, iż „Amerykanie mieliby zostać dopuszczeni do wykorzystania rosyjskich kanałów komunikacji w ambasadzie lub konsulacie”. Nie wiadomo, czy w związku z tym do ustanowienia takiego kanału doszło. W każdym razie prasa pisze o trzech potajemnych kontaktach Kushnera z Rosjanami.
    Abstrahując od tego, czy do kontaktów dochodziło czy nie dochodziło, czy to, że Rosja mieszała w amerykańskim kotle wyborczym, miało znaczenie dla zwycięstwa pożądanego przez nią kandydata czy nie, teraz rosyjska karta jest używana przez amerykańskich polityków do wewnętrznej rozgrywki wokół Trumpa. O układaniu stosunków z samą Rosją w tym kontekście mówi się ostatnio znacznie rzadziej niż w trakcie kampanii wyborczej i zaraz po niej.
    „Idea nowej pieriezgruzki [w stosunkach USA i Rosji] została pogrzebana dość dawno. To, co Trump zaprezentował na spotkaniu NATO w Brukseli, nie wnosi zasadniczych zmian do kursu polityki USA. Trump powiedział, że Rosja stanowi zagrożenie, w gronie, które właśnie takiej deklaracji od niego oczekiwało – komentuje Paweł Szarikow z Instytutu USA i Kanady Rosyjskiej Akademii Nauk. – Przypuszczam, że w czasie kampanii wyborczej i może w okresie poprzedzającym inaugurację Trump rzeczywiście miał jakieś mgliste plany wobec Rosji. Było to zapewne związane z chęcią dogadania się z Putinem, aby łatwiej było potem rozmawiać z Chinami. […] Ale pod wpływem kręgów politycznych w Waszyngtonie, które oskarżają go o związki z Kremlem, Trump zrozumiał, że aby zachować reputację wewnątrz kraju, będzie musiał z tych planów zrezygnować. Rosja nie była na tyle ważnym priorytetem dla Ameryki, aby dla niej cokolwiek poświęcać. W ostatnich latach Moskwa w amerykańskiej polityce nie była najważniejsza i schodziła na dalsze pozycje, potem znowu powróciła na czoło priorytetów, ale już ze znakiem minus, nie plus”.
    Czy można postawić tezę, że Rosja jest traktowana przedmiotowo, a nie podmiotowo w amerykańskiej rozgrywce? Rosyjska politolożka Lilia Szewcowa pisze: „W ciągu ćwierćwiecza po rozpadzie ZSRR Kreml utrzymywał poczucie, że Rosja jest wielkim mocarstwem. W imię tego statusu Rosjanie gotowi byli poświęcić swoje swobody. […] Rosja może utrzymać ten swój status tylko w odniesieniu do USA – poprzez dialog lub konfrontację, lub i jedno, i drugie łącznie. Rosyjska mentalność polityczna oparta jest na amerykanocentryzmie. […] Za Obamy, który starał się nie drażnić Kremla, w Moskwie nawet uznano, że nastał czas, aby dyktować własne warunki. Kiedy wybrano Trumpa, rosyjska elita rozmarzyła się o tandemie Rosja-USA, który będzie władał całym światem, oczywiście dominować w tandemie będzie bardziej doświadczony polityk. I oto marzenia się rozwiały – Rosja stała się nie po prostu instrumentem w amerykańskiej walce o władzę, ale przekształciła się w antysystemową siłę”. Nazwa Rosja nieustannie pojawia się w amerykańskim dyskursie w kontekście nowej afery Watergate – zwraca uwagę Szewcowa. Każda wypowiedź, ba, każde westchnienie Moskwy w obronie Trumpa odbierane jest w Waszyngtonie jako potwierdzenie, że to „człowiek Kremla” itd. Jej zdaniem, wykreślenie Moskwy z listy priorytetów administracji USA to zagrożenie dla samego Putina i jego legitymacji władzy, trzymającej się na iluzji wielkomocarstwowości.
    Ostra teza. Można jeszcze dodać, że skoro tak, to Moskwa sięgnie zapewne w obronie swojego statusu po – wypróbowaną już przecież na wielu frontach – konfrontację. Metoda „wpuszczania jeża do spodni”, jak gensek Nikita Chruszczow określił w czasach kryzysu karaibskiego rozmieszczenie rakiet na Kubie, w stosunkach ze Stanami nie została wycofana z arsenału.
    Ciekawe i zawiłe są meandry tej gry. A sygnały wysyłane przez Waszyngton sprzeczne. Bo z jednej strony są komunikaty amerykańskiej administracji o tym, że Rosja stanowi zagrożenie, obserwujemy też, że ciągle odkładane jest spotkanie Trumpa z Putinem, ale z drugiej – mamy niefrasobliwe zachowanie amerykańskiego prezydenta na spotkaniu z ambasadorem Kislakiem (znowu Kislak) i ministrem spraw zagranicznych Rosji Siergiejem Ławrowem w Białym Domu, podczas którego dzieli się on sekretną wiedzą o Państwie Islamskim.
    Na drugim, może nawet trzecim planie tej wysokiej rozgrywki toczą się sprawy bardziej przyziemne. „The New York Times” donosi, że rosyjski miliarder Oleg Deripaska jakiś czas temu zwrócił się do amerykańskiego Kongresu i zaproponował, że złoży zeznania dotyczące swoich powiązań z Paulem Manafortem, szefem sztabu wyborczego Trumpa. W zamian oligarcha domagał się zapewnienia mu immunitetu. Kongres miał odmówić. Deripaska należy do elity biznesowej Putinowskiej Rosji. Jeżeli próbuje dogadywać się o amnestii z Amerykanami, to jest to ciekawy sygnał dotyczący kondycji i perspektyw rosyjskiego biznesu i klasy politycznej z tym biznesem związanej.