Kategoria: Bez kategorii

  • W stronę wieczności

    20 czerwca. Krzywa zachorowań na Covid-19 wypłaszczyła się w Rosji na poziomie ośmiu tysięcy nowych przypadków dziennie. Mimo to w połowie czerwca z optymizmem ogłoszono powszechne poluzowanie rygorów samoizolacji. A wczoraj odbyła się wideonarada, na której prezydent dokonał podsumowania pandemii.

    „Putin zaczął pożegnanie z koronawirusem” – napisała prasa. Czy nie za wcześnie? Komunikat z bunkra (prezydent zwołuje narady w trybie wideokonferencji i nadal rządzi znad konsolety w koronawirusowym gabinecie w Nowo-Ogariowie) brzmiał optymistycznie: przetrwaliśmy, kluczowe gałęzie gospodarki zaadoptowały się do nowych warunków (ani Putin, ani ministrowie nie dostrzegli znacznego wzrostu bezrobocia – bezrobotnych jest milion więcej niż w styczniu), najtrudniejsze za nami, epidemia pozwoliła nam zbliżyć się, zjednoczyć, zewrzeć szeregi.
    Zwieranie szeregów potrzebne jest Kremlowi, aby dokończyć przerwaną przez epidemię operację „wieczność Putina”. Przegłosowane przez Dumę i Radę Federacji, zaakceptowane przez Sąd Konstytucyjny poprawki do konstytucji, dające możliwość wyzerowania dotychczasowych kadencji Putina i otwierające przestwór jego wiecznego trwania na Kremlu, miały być poddane ogólnonarodowemu głosowaniu 22 kwietnia. Z uwagi na sytuację epidemiczną głosowanie przesunięto w czasie: ma się odbyć 1 lipca.

    Machina propagandowa ruszyła z szaloną siłą. W telewizji emitowane są z dużą częstotliwością filmiki reklamujące dobrodziejstwa poprawek do konstytucji. O konieczności zagłosowania na „tak” przekonują zwykli ludzie z ulicy. Spot popierający Putina nagrali też ludzie kultury, weterani, gwiazdy telewizji.

    Nie wszyscy jednak z zachwytem czekają na dzień głosowania. W mediach społecznościowych i w środowisku szeroko pojętej opozycji widać nurt sprzeciwu (przegląd kreatywnych reakcji można obejrzeć m.in. tu https://www.svoboda.org/a/30675503.html). Komentatorzy wahają się pomiędzy bojkotem głosowania a zagłosowaniem na „nie”. Taką deklarację złożył między innymi popularny dziennikarz Jurij Dud’ na swoim koncie w Instagramie (https://www.instagram.com/p/CBnj_aVjCOr/). Głosowanie za poprawkami nazwał hańbą. Jego wpis zebrał w ciągu niespełna doby prawie 800 tys. lajków. Dud’ jest dziennikarskim fenomenem – self made man, zawdzięcza swoją ogromną popularność (szczególnie wśród ludzi młodych) odważnym projektom dokumentalnym i umiejętności prowadzenia wywiadów dalekich od nudnych oficjalnych ustawek. Korzysta z możliwości, jakie dają media społecznościowe – ma własny projekt na kanale Youtube (7,75 mln subskrypcji).

    Władzom zależy na wysokiej frekwencji i wysokim poparciu. Będzie więc dążyć do wykazania odpowiednich wyników. Choć sytuacja jest niejasna i prognozy niepewne – buntują się nawet członkowie niektórych komisji, odmawiając udziału w organizowaniu głosowania z uwagi na zagrożenie epidemiczne (https://www.sibreal.org/a/30678543.html). Pracownicy sfery budżetowej są obligowani przez szefostwo do wzięcia udziału w zatwierdzeniu „wieczności Putina”. Na mocy wprowadzonych przy okazji epidemii nowych przepisów można głosować elektronicznie. Fakt rejestracji przez pracowników na stronie do głosowania szefostwo może sprawdzić, twierdzi opozycjonista Aleksiej Nawalny: https://navalny.com/p/6381/. Jak nie da rady po dobroci, to głosy się dokupi (https://www.svoboda.org/a/30675234.html). Głosowanie internetowe zacznie się już 25 czerwca. Dzień po odłożonej defiladzie z okazji 75. rocznicy zakończenia wojny.

    Trybuna honorowa na placu Czerwonym miała zgromadzić w dniu parady dostojnych gości. Kreml liczył na to, że obok niego zasiądzie grono liczących się w świecie polityków. Jeszcze przed pandemią Putin emablował Donalda Trumpa i Emmanuela Macrona, który zdawał się przychylać do pomysłu udekorowania sobą putinowskiej uroczystości w imię nowego otwarcia stosunków z Rosją. Teraz wygląda na to, że na trybunie posadzeni zostaną weterani (już zwieziono staruszków pod Moskwę i umieszczono na dwutygodniowej kwarantannie) i kilku prezydentów bratnich postsowieckich republik. Chociaż ostatnio nawet oni sukcesywnie wykręcają się od przyjazdu do Moskwy – prezydent Armenii ogłosił, że zakaził się koronawirusem, prezydent Turkmenistanu powiedział w rozmowie telefonicznej z Putinem, że „29 czerwca ukończy 63 lata, co uważa się za osiągnięcie wieku proroka Mahometa, a tak ważne wydarzenie Turkmeni tradycyjnie obchodzą w kręgu bliskiej rodziny; z uwagi na obowiązek odbycia dwutygodniowej kwarantanny po przyjeździe z zagranicy moja wizyta w Rosji jest niemożliwa”.

    Przygotowania do defilady trwają mimo wszystko w najlepsze. Kilka dni temu z powodu próby przejazdu kolumn zamknięto znaczną część centrum Moskwy. Powstały 10-punktowe korki w 10-punktowej skali korków. Kierowcy byli wniebowzięci, czemu dali wyraz w licznych wpisach w mediach społecznościowych.

    Z okazji zbliżającej się odłożonej defilady prezydent Putin opublikował z dawna zapowiadany artykuł o II wojnie światowej. Ale to temat na oddzielną opowieść – w następnym odcinku.

  • Czeski film, rosyjska lista dialogowa

    14 czerwca. Czeski kontrwywiad ogłosił zakończenie postępowania w sprawie zagrożenia otrucia praskich samorządowców przez rosyjskie służby specjalne. Finał głośnej sprawy zaskakuje. Ale po kolei.

    W artykule „Pobieda online” w TP opisałam wojnę pomnikową, jaka rozgrywa się w stolicy Czech (https://www.tygodnikpowszechny.pl/pobieda-online-163276). Przypomnę pokrótce, w czym rzecz. Starosta dzielnicy Pragi Řeporyje, Pavel Novotný, wystąpił z inicjatywą upamiętnienia wkładu własowców w wyzwolenie Pragi w maju 1945 r. Rosyjska ambasada i MSZ uczyniły wokół tego skandal, oskarżyły Czechów o próbę rewizji historii. Zdaniem strony rosyjskiej laury wyzwoliciela należą się wyłącznie marszałkowi Iwanowi Koniewowi, który na czele Pierwszego Frontu Ukraińskiego wkroczył do miasta. Tak, wkroczył, ale do miasta oczyszczonego z Niemców (wyparli ich powstańcy wsparci nieoczekiwanie przez własowców). Mimo protestów rosyjskich dyplomatów, pomnik Koniewa zdemontowano, a właściwie przeniesiono z placu w dzielnicy Praga 6 do poczekalni muzealnej. Ma tam być bardziej bezpieczny – pomnik był wielokrotnie oblewany czerwoną farbą. Rosja ustami ministra spraw zagranicznych zapowiedziała, że zdemontowanie pomnika Koniewa spotka się z „odpowiednią reakcją”. Przestroga zawisła w powietrzu.

    Ten przydługi wstęp jest niezbędny, by zrozumieć, co wydarzyło się dalej. Pod koniec kwietnia w czeskim tygodniku „Respekt” ukazał się materiał o przybyciu na praskie lotnisko rosyjskiego dyplomaty, który w walizce przywiózł truciznę, rycynę. Sugerowano, że trucizna miała zostać użyta do otrucia mera Pragi Zdenka Hriba oraz starostów dzielnic Praga 6 i Řeporyje. Wybuchł kolejny skandal. Strona rosyjska nazwała prasowe doniesienia prowokacją i kaczką dziennikarską.

    Po otruciu Skripalów przez pracujących dla rosyjskich służb specjalnych miłośników katedry w Salisbury, na takie wiadomości wszyscy mają wyostrzone zmysły. Rycyna w walizce rosyjskiego dyplomaty znalazła się więc natychmiast w centrum zainteresowania. Wersję o planowanym otruciu czeskich polityków, którzy nie chcą upamiętniać rosyjskich wyzwolicieli, uznano za prawdopodobną. Trucizna to nienowa metoda pozbywania się przeciwników.

    Do wyjaśnienia sprawy tajemniczej walizki zabrano się w Czechach na najwyższym szczeblu. Minister spraw zagranicznych Czech Tomáš Petříček potwierdził przybycie na lotnisko w Pradze rosyjskiego dyplomaty, ale od dalszych komentarzy się wstrzymał.

    I tak napięte stosunki rosyjsko-czeskie stały się jeszcze bardziej napięte.

    Czeski kontrwywiad pracował intensywnie półtora miesiąca. Co ustalono? Jak w oświadczeniu napisali autorzy raportu: historia jest tak absurdalna, że aż nieprawdopodobna. Jeden z rosyjskich dyplomatów napisał anonimowy donos na drugiego rosyjskiego dyplomatę, wskazując, że przywiózł on w bagażu dyplomatycznym rycynę, którą mieli być jakoby uraczeni prascy samorządowcy. Co przyświecało autorowi anonimu? Tego nie stwierdzono ponad wszelką wątpliwość, zapewne były to względy osobiste i chęć wykolejenia koledze kariery. „Żadna służba specjalna na świecie nie mogła zignorować takiego donosu i narazić na szwank zdrowia i życia niewinnych ludzi. Dlatego musieliśmy wszystko dokładnie sprawdzić. Nie mogliśmy ryzykować, zwłaszcza że zabójstwa znajdują się w arsenale rosyjskich służb specjalnych” – tłumaczy czeski kontrwywiad.

    Kolejnym krokiem strony czeskiej była decyzja o wydaleniu dwóch rosyjskich dyplomatów – p.o. szefa praskiego oddziału Rossotrudniczestwa Andrieja Konczakowa i jego podwładnego, byłego p.o. dyrektora Rosyjskiego Ośrodka Nauki i Kultury w Pradze, Igora Rybakowa. Można założyć, że to osoby mające bezpośredni związek z donosem.

    Reakcja Rosji na wydalenie dwóch panów z Rossotrudniczestwa (agencja federalna ds. kontaktów z zagranicą) była jak zwykle ostra. Decyzję czeskich władz uznano za kolejną prowokację (Czesi twierdzą, że chcieli umożliwić wyjazd dyplomatom bez rozgłosu). Ambasada rosyjska dała upust emocjom, nazywając decyzję o wydaleniu kolejnym nieprzyjaznym krokiem, który uniemożliwia normalizację „degradujących w ostatnim czasie nie z naszej winy stosunków rosyjsko-czeskich”. W najbliższych dniach zapewne z Moskwy wyjedzie dwóch czeskich dyplomatów w ramach retorsji.

    Zdaniem niektórych komentatorów, oficjalna wersja przedstawiona przez kontrwywiad ma pewne luki. Tak o tym pisze Ksenia Kiriłłowa (tverezo.info): „dlaczego wydalono Rybakowa (w domyśle: autora donosu)? Jeżeli jest on funkcjonariuszem FSB i nawiązał kontakt z kontrwywiadem państwa członkowskiego NATO, mogło to stać się podstawą werbunku, ale nie wydalenia, któremu towarzyszył publiczny skandal. Rybakow jako doświadczony funkcjonariusz nie ryzykowałby w ten sposób z powodu konfliktu o dyrektorski stołek. Takie działania są uważane za zdradę państwa, których Kreml nie wybacza.

    Bardzo ciekawe.

    Dalej w swojej analizie poszedł Andriej Kuroczkin, szef Free Russia Foundation w Pradze: przedstawiona dziwna wersja świadczy o tym, że Moskwa i Praga dogadały się, by zakończyć skandal, rzecz całą wyciszyć i nie wnikać w szczegóły. Kosztem czekisty Rybakowa.

  • Socjologia Wagnera w świetle najnowszych badań, cz. 3

    4 czerwca. Bohater filmu fabularnego „Szugalej” określany jest przez twórców jako „socjolog”. Tak mówi o nim też ten, który wysyła go na badania terenowe do Libii – Aleksandr Malkiewicz, quasi-dziennikarz, szef FZNC, podręcznej fundacji do zadań wszelakich, finansowanej przez komisarza putinowskich trolli, Jewgienija Prigożyna. Czy rzeczywiście Maksim Szugalej jest socjologiem?

    Portal Dojar (http://doyar.org/) opisuje osiągnięcia Szugaleja jako politologa, świadczącego usługi w związku z wyborami. I opisuje te osiągnięcia prześmiewczo. „Jedna z pierwszych głośnych legend o Szugaleju: w 2002 roku na wyborach do zgromadzenia parlamentarnego w Petersburgu Szugalej pracował na rzecz kandydata Sawieljewa, komunisty. Konkurenci postanowili Sawieljewa zdjąć z wyścigu”. Na posiedzeniu komisji wyborczej, na którym decydowały się losy kandydata, Szugalej poprosił o wgląd w oryginał wniosku przeciwko jego podopiecznemu. Posiedzenie odbywało się w ostatnim możliwym terminie, późno wieczorem, atmosfera była nerwowa, decydowały minuty. Szugalej z zimną krwią zagłębił się w dokument. A następnie na oczach zdumionej publiczności zjadł wniosek. Sawieljew wystartował, bo było już za mało czasu, aby sporządzać nowy dokument. Proste? Jak budowa cepa. Skuteczne? Ha, oczywiście, przecież Sawieljewowi nie udaremniono startu w wyborach.

    Pozostałe opowiastki o „technologiach politycznych” Szugaleja zgromadzone na stronie Dojar (http://doyar.org/doilnyij-zal/shugalej-maksim.html) są określane jako awanturnictwo czystej wody. I na dodatek złodziejstwo. Świetna przepustka do świata szemranej polityki uprawianej przez Prigożyna i jego najemników, ichtamnietów. I rzeczywiście talent Szugaleja został dostrzeżony.

    W 2018 r. odbywały się wybory prezydenckie na Madagaskarze. Na wyspie wylądował duży desant „technologów politycznych” z Rosji, wynajętych przez Prigożyna, który pilotuje mocno nieoficjalne afrykańskie operacje Kremla. Desant miał obstawę złożoną z wagnerowców. Według BBC, przysłani przez Prigożyna Rosjanie spędzili na Madagaskarze rok, przedstawiali się jako turyści lub obserwatorzy na wyborach. Operacja była koordynowana, rosyjscy „konsultanci” proponowali dofinansowanie co najmniej sześciu kandydatów. Jeden z kandydatów przyznał, że Rosjanie po prostu przyszli do jego biura i przynieśli gotówkę w walizce, jakieś 17 tys. euro. Dość nieskomplikowana „technologia polityczna”, nieprawdaż? Rosyjscy wysłannicy urabiali kandydatów, obiecując spore sumy, jeśli po wygranych wyborach nowy prezydent zrezygnuje z prozachodniej orientacji polityki zagranicznej. Opłacali też uczestników wieców „przeciwko imperialistom”. Polityk, który wygrał wybory, oświadczył jednak, że nie jest sterowany przez żadne mocarstwo i będzie prowadził suwerenną politykę. Rosyjscy doradcy spakowali walizki, w których już nie było rozdanych dolarów, i wyjechali do Rosji. Klapa. Prigożyn pozostał bez dostępu do atrakcyjnych surowców Madagaskaru, co było zapewne celem tej niewydarzonej operacji z udziałem „socjologa” Szugaleja.

    Na kolejną propozycję z tego źródła Szugalej nie czekał jednak zbyt długo. Jak mówi Andriej Piwowarow, koordynator projektu Zjednoczeni Demokraci, ludzie, którzy wcześniej pracowali w kampaniach wyborczych w kraju, nie mają zbyt wiele zleceń, z zainteresowaniem patrzą więc na takiego pracodawcę jak Prigożyn, który robi nabór na wyprawy do Afryki. „Prigożyn płaci za afrykańskie operacje 300-350 tys. rubli miesięcznie”. W kraju takich pieniędzy się nie zarobi. Szugalej z uwagi na swoje „afrykańskie doświadczenie” dostał angaż do Libii (https://rtvi.com/stories/chto-izvestno-o-rossiyskikh-polittekhnologakh-arestovannykh-v-livii/).

    Jakie cele miało wysłanie trzech gości z „afrykańskim doświadczeniem” – Maksima Szugaleja, Aleksandra Prokofjewa i ich tłumacza Samera Hassana Seifana – do Libii? Według komentatorów, chodziło o nawiązanie kontaktu z synem Muammara Kaddafiego. Kreml wprawdzie stawia głównie na Chalifę Haftara, niemniej potrzebuje jeszcze innych graczy dla zrównoważenia. Jak pokazują twórcy filmu „Szugalej”, do spotkania doszło i nikomu nieznany „socjolog” z Rosji był w stanie wspaniale się porozumieć z Saifą al-Islamem Kaddafim.

    Grupa Szugaleja przybyła do Libii w marcu 2019 r. Dwa miesiące później Szugalej i Seifan zostali aresztowani pod zarzutem złamania prawa, zbierania informacji o ruchach wojsk i organizowaniu operacji, mającej na celu wpływ na wybory prezydenckie, planowane w Libii. Prokofjew na kilka dni przed aresztowaniem towarzyszy wyjechał do Rosji na urlop, dzięki czemu uniknął ich losu.

    Władze Rosji po aresztowaniu wypuściły z siebie tylko ogólny komunikat, że podejmą starania na rzecz uwolnienia Szugaleja i jego tłumacza. Starania nie zostały uwieńczone sukcesem. Sprawa nie była szeroko komentowana. Aż do maja tego roku, gdy po premierze filmu fabularnego „Szugalej” w kilku czołowych mediach pojawiły się omówienia i komentarze.
    Film kończy się szczęśliwym finałem: Szugalej ucieka z więzienia. Ale życie to nie film. Obaj aresztowani nadal przebywają za kratkami. Szykowany jest ich proces sądowy. Dyplomatyczna akcja na rzecz uwalniania „socjologów” utknęła w martwym punkcie.

    A w Libii nadal trwa wojna.

  • Socjologia Wagnera w świetle najnowszych badań, cz.2

    1 czerwca. Przygoda socjologa Maksima Szugaleja w Libii zaczęła się od rozmowy z przyjacielem Aleksandrem Malkiewiczem z Fundacji Obrony Wartości Narodowych. Szugalej, jeszcze jeden socjolog, Aleksandr Prokofjew i ich tłumacz Samer Hassan Seifan, obywatel Rosji jordańskiego pochodzenia mieli, według zapewnień Malkiewicza, w objętym konfliktem zbrojnym kraju „tylko i wyłącznie zbierać dane na temat sytuacji społecznej”. Śmiały plan, trzeba przyznać. I śmiała obrona wartości narodowych. Zwykła fundacja wysyła w takie miejsce trzech ludzi w celach badawczych. Naprawdę ciekawe.

    Z oficjalnej strony Fundacji (https://fznc.world/o-fonde/) można się dowiedzieć o celach, jakie sobie stawia ta „niekomercyjna organizacja”: obrona interesów narodowych Federacji Rosyjskiej, obrona wolności słowa na całym świecie, propaganda wartości narodowych, organizowanie okrągłych stołów i forów dyskusyjnych, społeczna kontrola internetu, analiza ingerencji poszczególnych państw w wewnętrzną politykę suwerennych państw.

    A konkretnie? Ano, np. w maju ubiegłego roku Fundacja przekazała 5 mln rubli jako pomoc dla Marii Butinej, aresztowanej pod zarzutem uprawiania nielegalnej działalności lobbystycznej w USA i skazanej na karę 18 miesięcy pozbawienia wolności (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/04/28/maria-butina-winna-i-skazana/). Stany Zjednoczone (do czasu) były obszarem wzmożonej aktywności szefa Fundacji, Aleksandra Malkiewicza, o czym za chwilę. Malkiewicz przedstawia się jako dziennikarz i obrońca wolności prasy. Jest przewodniczącym komisji ds. rozwoju mediów i wspólnoty informacyjnej przy Izbie Społecznej FR (organ społeczny, dający tytuł albo przykrywkę). Chętnie udziela się w mediach jako komentator i ekspert, jest autorem wielu publikacji. Zanim został przewodniczącym Fundacji w 2019 roku, kilka miesięcy wcześniej był zatrzymany przez FBI na lotnisku w Waszyngtonie. Poddano go kontroli, przesłuchano i pouczono, aby rozkręcane przez niego internetowe wydanie USA Really zarejestrować zgodnie z amerykańskimi przepisami jako „agenta zagranicznego”. Czym było/jest USA Really? To ciekawa inicjatywa. Według amerykańskiej prasy, Malkiewicz to „troll Putina ze znanej fabryki trolli Jewgienija Prigożyna”; a „strona USA Really prowadziła kampanię propagandową i rozpowszechniała dezinformację w sieciach społecznościowych”. Tak czy inaczej działalność Malkiewicza w USA została sklasyfikowana jako szkodliwa dla interesów tego kraju. 19 grudnia 2019 r. quasi-dziennikarz został objęty amerykańskimi sankcjami za rozmieszczenie na stronie internetowej treści, „dzielących społeczeństwo pod kątem kwestii politycznych”. W rosyjskich mediach podniósł się na ten temat szum. Padły wielkie słowa o zatykaniu ust niezależnym dziennikarzom, gwałcie na świętej wolności słowa itp. Żadne z krzyczących kremlowskich mediów nie potrafiło jednak składnie powiedzieć, czym właściwie zajmował się w Stanach Malkiewicz. Nie miał ani akredytacji, ani statusu obserwatora wyborów, a tym właśnie najbardziej się wtedy tam interesował. Może warto jeszcze do tego grochu z kapustą dodać, że USA Really miało swoją siedzibę w Moskwie. A matką założycielką strony jest Federalna Agencja Nowości (FAN), platforma medialna związana z Jewgienijem Prigożynem (https://ru.wikipedia.org/wiki/%D0%A4%D0%B5%D0%B4%D0%B5%D1%80%D0%B0%D0%BB%D1%8C%D0%BD%D0%BE%D0%B5_%D0%B0%D0%B3%D0%B5%D0%BD%D1%82%D1%81%D1%82%D0%B2%D0%BE_%D0%BD%D0%BE%D0%B2%D0%BE%D1%81%D1%82%D0%B5%D0%B9).

    W lipcu 2019 r. amerykański dwumiesięcznik „Foreign Policy” opublikował artykuł, w którym wskazywał Malkiewicza jako osobę kierującą akcją ingerencji w wybory w Libii (https://foreignpolicy.com/2019/07/10/the-evolution-of-a-russian-troll-russia-libya-detained-tripoli/). – Jakie wybory? W Libii nie było żadnych wyborów! – krytykował tezy artykułu sam najwyższy kapłan telewizyjnej propagandy kremlowskiej Dmitrij Kisielow, który poświęcił sprawie Szugaleja spory materiał w swoich „Wiestiach Niedieli”.

    Owszem, jeszcze nie było, ale miały być – odpowiedzieli dziennikarze pracujący w grupie „Projekt” (https://www.proekt.media/about/). A „socjolodzy” Prigożyna-Malkiewicza pracowali w Trypolisie nad ich przygotowaniem, podobnie jak uprzednio na Madagaskarze. A więc nie o nastroje wśród prostych Libijczyków chodziło wysłannikom z dalekiej Rosji…

    O Madagaskarze i tamtejszym doświadczeniu rosyjskich trolli – w następnym odcinku.

    Cdn.

  • Socjologia Wagnera w świetle najnowszych badań, cz.1

    30 maja. Od wielu dni z Libii nadchodzą informacje o zaostrzeniu walk pomiędzy siłami wiernymi premierowi rządu jedności narodowej Faijizowi as-Sarradżowi a samozwańczą Libijską Armią Narodową generała/feldmarszałka Chalify Haftara. Informacje dotyczą m.in. sukcesów tureckich dronów palących rosyjskie samobieżne przeciwlotnicze zestawy artyleryjsko-rakietowy Pancyr, przerzutu rosyjskich samolotów i broni oraz udziału (po stronie Haftara) kontyngentu rosyjskich najemników, nazywanych potocznie wagnerowcami.

    Domniemanym patronem wagnerowców jest Jewgienij Prigożyn, „kucharz Putina” (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/06/02/na-talerzu-putina-czyli-przypadki-pewnego-kucharza/; http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/01/11/afrykanskie-tajemnice-kucharza-putina/). Czy on osobiście nadzoruje aktywność najemników w Afryce czy jest tylko „człowiekiem-parawanem”, firmującym różne sekretne działania Kremla? Ciekawe pytanie. Nazwisko Prigożyna jeszcze się pojawi w dalszej części opowieści.

    Na początku maja rosyjska telewizja NTW nadała film fabularny „Szugalej”, opowiadający o rosyjskim socjologu, który w zeszłym roku trafił w ręce członków jednego z ugrupowań zbrojnych w Libii.
    Co robił socjolog w objętym wojną domową kraju? Twórcy filmu zapewniają, że prowadził działalność naukową, zbierał materiały do pracy o libijskim społeczeństwie i jego stosunku do nowych władz. Godne podziwu, nieprawdaż? Dzielny uczony jedzie, aby zapełniać ankiety, w których Beduini składają deklaracje, że za Kaddafiego w kraju żyło się dostatnio, natomiast teraz rządzą bandyci i toczy się wojna, i nie ma co jeść, i nie ma przyszłości. Jednak filmowy Maksim Szugalej nie ogranicza się do rozmów z prostym ludem, zostaje dopuszczony również przed oblicze syna Muammara Kaddafiego, Sajfa al-Islama, który zamieszkuje w mieście Az-Zintan (poza kontrolą sił Sarradża). Syn obalonego pułkownika dzieli się z prostym rosyjskim socjologiem tajemnicami swego ojca, o które zabija się Sarradż i wielu innych. Na koniec spotkania Sajf al-Islam przestrzega Maksima, że jego wrogowie zrobią wszystko, aby tę wiedzę z niego wytrząść. A wiedza jest chyba faktycznie wiele warta, gdyż w dialogu filmowym jest mowa o „aktywach Kaddafiego”, a to nie tylko wielkie pieniądze, ale dostęp do najważniejszych światowych korporacji. I sugestia, że chodzi również o dojście do broni masowego rażenia, którą też chciałby posiąść Sarradż. „A teraz ty będziesz nosić tę bombę pod sercem” – tymi słowy Sajf al-Islam żegna rosyjskiego przyjaciela, któremu wiedza o poufnych chodach dawnego libijskiego przywódcy na pewno jest niezbędna do sporządzenia raportu o poganiaczach wielbłądów.
    Co z tą wiedzą zrobi szeregowy socjolog? Ano chce ją zabrać do Rosji, ale nie zdąża. Wraz z tłumaczem, obywatelem Rosji pochodzenia jordańskiego zostaje zatrzymany i osadzony w prywatnym więzieniu ugrupowania używającego nazwy RADA.

    Zatrzymanie miało miejsce 17 maja 2019 r. Niecały rok później rosyjscy telewidzowie mogli obejrzeć fabularny film o Szugaleju, tzn. niezupełnie o nim, a jedynie o tym, co – zgodnie z wykładnią oficjalnych rosyjskich mediów – działo się z nim przed i po zaaresztowaniu go przez RADA w Libii. Kino szybkiego reagowania, jak napisał komentator w mediach społecznościowych. Jednak nawet w filmie podającym oficjalne informacje narracja rwie się, rozjeżdża, a fakty i ich interpretacje „nie stykają”, nie mówiąc już o psychologicznych motywacjach głównego bohatera. Luka na luce, naiwność na naiwności, propagandowa pieśń o szlachetnym rycerzu, walczącym z libijskimi wiatrakami.

    Dlaczego interesujący się życiem straganiarzy i pasterzy owiec socjolog rozmawia z taką ważną i niedostępną osobą, jak Kaddafi junior? Bo jest ciekawym świata badaczem? Nic tego w filmie nie tłumaczy. A dlaczego potem jest więziony, poddawany torturom? Dlaczego nikt nie chce podjąć rozmów w sprawie jego uwolnienia, choć rosyjscy dyplomaci usilnie acz bezskutecznie zabiegają choćby o widzenie z więźniem?

    Kto wysłał socjologa do Libii, gdzie toczą się walki? Kreml? FSB? GRU? Nie, skądże. To przyjaciel go zwerbował na misję dobrej woli. Dokładnie się nie mówi, kto temu patronuje. I w filmie, i w życiu Maksima Szugaleja rolę pomysłodawcy libijskiej wyprawy gra niejaki Aleksandr Malkiewicz, szef Fundacji Obrony Wartości Narodowych.

    Piękny szyld, nieprawdaż? Kim jest Malkiewicz? Czym jest jego fundacja? Już dziś zapraszam do czytania kolejnych odcinków, w których prawdę czasu, prawdę ekranu zmącą nieco inne źródła niż film na zamówienie.

    Cdn.