Kategoria: Bez kategorii

  • Kto w rosyjskiej elicie najbardziej kocha Hiszpanię?

    16 listopada 2025. Szesnaście lat temu w moskiewskim areszcie śledczym Butyrki zmarł Siergiej Magnitski. Zmarł po rocznym pobycie doprowadzony do skrajnego wyczerpania, pozbawiony pomocy medycznej (według rodziny i obrońców praw człowieka przyczyną śmierci było pobicie przez funkcjonariuszy w areszcie Matrosskaja Tiszyna, dokąd był przewieziony na badania). Był prawnikiem zatrudnionym w firmie Hermitage Capital Management. Wykrył wielkie przewały finansowe uprawiane przez rosyjskich urzędników średniego i wysokiego szczebla, czerpiących zyski z nieuzasadnionego zwrotu VAT-u. Śmierć prawnika odbiła się szerokim echem w świecie. Temat wykrytych przez niego oszustw oraz okoliczności jego śmierci od czasu do czasu powraca w różnych konfiguracjach. Teraz wypłynął znów pośrednio w związku z prowadzonym w Hiszpanii śledztwem.

    Hiszpańska prasa wielokrotnie pisała o śledztwie prowadzonym przez dwóch prokuratorów Juana Jose Rosę i Jose Grindę, specjalizujących się w badaniu procesów korupcyjnych (https://www.elperiodico.com/es/politica/20250818/fiscal-investiga-blanqueo-oligarca-ruso-120622370). Prokuratorzy pracują od wielu lat nad ustaleniem schematu prania brudnych pieniędzy z Rosji. Finansista William Browder, szef Magnitskiego w Hermitage Capital Management, złożył kilka lat temu pozew w sprawie wyjaśnienia, czy ukradzione jego firmie przez rosyjskich urzędników pieniądze (według schematu, który wykrył Magnitski) zostały nielegalnie zainwestowane w hiszpańskie nieruchomości. Dochodzenie nadzoruje prokurator Ismael Moreno.

    Sprawa ciągnie się i ciągnie, śledczy toną w papierach. Latem tego roku pod ich lupą znalazł się niejaki Dmitrij Artiakow, lat 42.

    14 lipca 2025 r. prokurator Moreno wydał nakaz zatrzymania Artiakowa pod zarzutem prania brudnych pieniędzy poprzez handel nieruchomościami. Rosjanin okazał się właścicielem posiadłości w miejscowości S’Agaro na Costa Brava. Skomplikowane schematy finansowe, które pozwoliły na nabycie nieruchomości, stały się obiektem zainteresowania hiszpańskiej prokuratury. W domu u Artiakowa zarekwirowano drobną kwotę 220 tys. euro w gotówce, luksusowe auto marki Lexus, motocykl oraz kilka sztuk markowych zegarków (bez drogich zegarków żaden szanujący się bogacz nie może żyć). Dmitrij jest synem eksgubernatora obwodu samarskiego Władimira Artiakowa, obecnie zastępcy szefa korporacji państwowej Rostech, grubej ryby w putinowskim establishmencie.

    Jak napisał w przygotowanej wspólnie z OCCRP obszernej publikacji o sprawie Artiakowa portal „Ważnyje Istorii” (https://istories.media/stories/2025/09/17/u-menya-papa-visokopostavlennii-chelovek/?tztc=1): „Zakłady wchodzące w skład Rostech produkują broń dla rosyjskiej armii. Szef korporacji, przyjaciel Putina, Siergiej Czemiezow, publicznie mówi o wojnie z kolektywnym Zachodem. Tymczasem Dmitrij Artiakow – syn jego pierwszego zastępcy – wraz z rodziną i przyjaciółmi jeździł do swojej willi w Hiszpanii i wił tam gniazdko. Jak zeznał podczas przesłuchania, chciał wprowadzić w posiadłości ulepszenia. – S’Agaro to najlepsze miejsce w Hiszpanii – wyznał prokuratorowi. Jego wizytom w tym śródziemnomorskim kurorcie nie przeszkadzały ani wojna, ani amerykańskie i europejskie sankcje przeciwko korporacji [Rostech] i jej kierownictwu, w tym Władimirowi Artiakowowi, ani sankcje USA wobec Dmitrija Artiakowa”.

    Dalej czytamy: „Willę na hiszpańskim wybrzeżu Dmitrij nabył od swojej babki Anny Kuriepiny za 10 mln euro w 2014 r. [Kuriepina jest teściową Władimira Artiakowa]. W wieku 80 lat Kuriepina zakupiła w 2008 r. tę nieruchomość za 14 mln euro, kredyt wzięła w firmie off shore Delco Networks na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych”. Obrotna staruszka. Jak zdołali ustalić dziennikarze śledczy z OCCRP, Delco Networks obsługiwało lewą forsę rosyjskich oligarchów i urzędników. Natomiast podczas przesłuchania w prokuraturze Dmitrij zeznał, że kupił willę od babci za pieniądze pożyczone na Cyprze, ale już zdążył oddać: „Moje dochody pozwalają na spłacanie kredytów” – zapewnił. Dochody pochodzą z firmy Modum-trans (przewozy kolejowe), która jest ściśle powiązana z korporacją Rostech i zbrojeniówką.

    Ciekawy jest fragment zeznań Dmitrija Artiakowa, świadczący o zamiłowaniach i stylu życia członków rodzin putinowskich notabli: „Przyjeżdżam do Hiszpanii każdego roku, na lato. Ze mną 8-10 osób, każdy może przewieźć 10 tys. euro bez deklaracji. Ponieważ przyjeżdżamy rokrocznie, mogę przywieźć 100 tys. euro w gotówce, nie muszę tego deklarować. Wszystkim, którzy ze mną przyjeżdżają, daje po 10 tys. euro […] Tylko na jedzenie wydaję po 1200 euro dziennie” – mówił Dmitrij, tłumacząc, skąd ma tyle gotówki w domu.

    Sąd zdecydował, że Artiakow może nie pozostawać w areszcie, o ile wpłaci kaucję w wysokości 1 mln euro. Ma natomiast zakaz opuszczania terytorium Hiszpanii.

    Czy prokuratorom uda się udowodnić powiązania nielegalnie transferowanych pieniędzy, pochodzących z ujawnionych przez Magnitskiego operacji, z nabywaniem przez Artiakowa nieruchomości w Hiszpanii, czas pokaże. Willa od babci nie była jedyną hiszpańską posiadłością Dmitrija, w latach 2005-2008 kupił osiem nieruchomości w Castell-Platja d’Aro.

    „Kochamy Hiszpanię, stale tu przyjeżdżamy, inwestuję tutaj, nie mam nic do ukrycia” – zapewniał Artiakow przed obliczem hiszpańskiej prokuratury (https://x.com/istories_media/status/1968315924827533663). Prasa milczy o inwestycjach Artiakowa na Kamczatce, pod Petersburgiem, w obwodzie iwanowskim czy na Ałtaju. Zapewne dlatego, że jak cała patriotyczna elita wokół Putina zamiast zadbać o rozwój kraju, Artiakowowie wypatrują oczy za choćby skrawkiem działki gdzieś na znienawidzonym Zachodzie.

  • Paskudne pocałunki dyktatora

    6 listopada 2025. W moskiewskim Maneżu przez najbliższy miesiąc będzie można oglądać wystawę „Wielkie Zwycięstwo. Rosja – moja historia”. W piętnastu salach zgromadzono 700 eksponatów – dokumentów, przedmiotów, instalacji, które mają opowiedzieć zwiedzającym najnowszą, odgórnie zalecaną, wersję tego rozdziału historii. Wstęp wolny.

    Z darmowego wstępu na ekspozycję (zapowiadaną w poprzednim wpisie: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/11/03/ulubione-fetysze-glownodowodzacego/) skorzystał sam Władimir Putin. 4 listopada, w Dniu Jedności Narodowej, w towarzystwie mera Moskwy Siergieja Sobianina, patriarchy Cyryla, ulubionego hierarchy, metropolity Tichona (Szewkunowa) i urzędnika ds. tworzenia wymaganych przez Kreml historycznych narracji Władimira Miedinskiego obejrzał sztandar zwycięstwa zatknięty na Reichstagu w maju 1945 r. i mundur Stalina (jak wskazują znawcy tematu, miał być to mundur szykowany na defiladę zwycięstwa, ale Stalin nigdy go nie założył; niemniej rozemocjonowany Tichon nazwał ten mundur „symbolem zwycięstwa”).

    Słowem kluczem do zrozumienia celu urządzania tego typu wystaw jest właśnie „zwycięstwo”. Towar najbardziej pożądany przez Putina. W odbiorcach propaganda ma utrwalać fałszywy przekaz o tym, że Rosja zawsze wygrywała wojny. Co ma sugerować, że nie może być inaczej również w obecnie toczonej wojnie na Ukrainie. Fałsz fałszem podbity i w propagandowe ramy oprawiony.

    Z okazji święta 4 listopada Putin oddał się rytuałom – złożył kwiaty pod pomnikiem Minina i Pożarskiego na placu Czerwonym, honorując przywódców pospolitego ruszenia, bohaterów wojny 1612 r., którzy wypędzili z Moskwy „polskich najeźdźców”. Prezydentowi towarzyszyli przedstawiciele Kościołów, związków i organizacji wyznaniowych. Nie po raz pierwszy, bo to taka tworzona odgórnie nowa świecka tradycja Kremla. Do tej pory podczas tych rytualnych spotkań, mających podkreślić dobre relacje władzy świeckiej i przedstawicieli różnych wyznań, Putin jedynie ściskał ręce przybyłych. A i to nie zawsze, i nie wszystkich. Tymczasem w tym roku z każdym nie tylko wymienił uścisk dłoni, ale jeszcze serdecznie objął i ucałował. „Zupełnie jak Breżniew, Breżniew bardzo lubił się całować” – napisali z przekąsem komentatorzy w mediach społecznościowych.

    Wśród zaproszonych nie zauważyłam przedstawiciela Kościoła Rzymskokatolickiego (https://www.interfax.ru/russia/1056287). Natomiast większość tych, którzy wraz z Putinem składali kwiaty pod pomnikiem, później została zaproszona na Kreml, gdzie w podniosłej atmosferze odebrała odznaczenia i nagrody państwowe z rąk Putina. Wyróżniony został nie tylko patriarcha Cyryl, ale m.in. także duchowny zwierzchnik Cerkwi staroobrzędowców czy adwentystów dnia siódmego (przegląd zdjęć z uroczystości można zobaczyć tutaj: https://irp.news/patriarha-kak-glavu-vrns-liderov-konfessij-nagradil-putin/; bardzo ciekawa galeria postaci). Uczestnicy uroczystości prześcigali się w komplementowaniu Putina za przenikliwość, mądrość, zamiłowanie do pokoju, troskę etc. Największą zawartość wazeliny miała wypowiedź prawosławnego duchownego z Białorusi Andrieja Lemieszonka, znanego z wychwalania Putina pod niebiosa; tym razem przebił sam siebie: „Dziękuję wam za to, że swoje życie oddaliście Bogu. Wszystko, coście mieli, oddaliście Bogu i poszliście na Golgotę, za Chrystusem”.

    Druga część „spontanicznego” spotkania Putina ze społeczeństwem, które przypadkiem „przechodziło z tragarzami” pod murem Kremla i zostało dopuszczone przed oblicze prezydenta, okazała się ciekawsza niż sztywny ceremoniał imitujący życie duchowe. Tą wyróżnioną cząstką społeczeństwa okazały się dzieci uczestników „specjalnej operacji wojskowej”. Jedna z dziewczynek, 11-letnia Kira Pimienowa (której ojciec był zmobilizowany w 2022 r., zginął w marcu 2024), wystąpiła do Putina z niecodzienną prośbą: „Mój wujek jest na froncie. Odniósł ranę w rękę, był w szpitalu, ale go tam nie wyleczono. A teraz wyprawiają go znów do walki. Chciałabym, aby został przeniesiony do dobrego szpitala w Rosji. Wujek nazywa się Anton Fisiura”. Putina na chwilę zatkało, po czym wybąkał: „dziękuję, że o nim pamiętasz, zuch. Znajdziemy go”. Tak jakoś nieświątecznie wyszło, poważnie, zbyt poważnie jak na problemy, które powinny zaprzątać umysł jedenastolatki. O problemie odsyłania na front żołnierzy, którzy po odniesieniu ran czy kontuzji nie są należycie leczeni, a kierowani ponownie do walki, piszą ostatnio często emigracyjne portale.

    Dialog dziewczynki z Putinem został starannie wycięty ze wszystkich relacji ze spotkania na placu Czerwonym, które znalazły się w wydaniach programów informacyjnych w telewizji. Temat niedoleczonych „bohaterów SVO” nie gości w telewizyjnych wiadomościach.

  • Ulubione fetysze głównodowodzącego

    3 listopada 2025. O tym, że napaść Rosji na Ukrainę jest „kontynuacją wielkiej wojny ojczyźnianej – świętej wojny”, rosyjscy propagandyści perorowali już od dawna. Wojna stała się dla putinizmu filarem systemu. A filar dobrze jest umaić girlandą uświęconych trofeów – dla podniesienia (wątpliwego) morale i tworzenia wokół zmyślonych aktów heroizmu mitologii upragnionego zwycięstwa. A może nie tyle mitologii, ile raczej nowej religii.

    Na Kremlu Putin ma „osobistą bibliotekę”. Jak pokazał wczoraj w telewizyjnym programie „Moskwa. Kreml. Putin” nadworny wazeliniarz Paweł Zarubin, w tym miejscu Putin umieścił fragment czołgu Leopard, zniszczonego przez rosyjską armię. Na kawałku żelastwa widnieje dedykacja „Głównodowodzącemu – fragment faszystowskiego czołgu Leopard, zniszczonego przez nas w strefie SVO [specjalnej operacji wojskowej, jak przykazują oficjalnie określać wojnę na Ukrainie]. Żołnierze 58. Armii, obwód zaporoski 2023 rok” (https://t.me/zarubinreporter/4439).

    Proszę zwrócić uwagę na znamienny szczegół tego przekazu. Prezentowany podarunek został opisany przez darczyńców jako „fragment faszystowskiego czołgu”. To charakterystyczny motyw wykręcania przez rosyjską propagandę kota ogonem i zohydzania przeciwnika: to oni [Ukraińcy] na nas napadli, to oni dręczą ludność rosyjskojęzyczną, której musimy bronić, to oni są faszystami. A tu na dodatek jeszcze mamy czołg podarowany Ukrainie przez Niemcy, Danię i Holandię. To też faszyści, bo wszyscy sojusznicy Ukrainy to faszyści. No i tym chytrym sposobem Putin czyni z tego „faszystowskiego” czołgu fundament ołtarza nowej wiary w zwycięstwo putinizmu. W wielkiej wojnie ojczyźnianej Związek Sowiecki pokonał faszystów i teraz Rosja też walczy z faszystami. Proste? Proste.

    W reportażu pokazane są także inne „prezenty od uczestników SVO”, które przechowywane są w bibliotece. Wśród nich znajduje się sztandar bojowy wyjątkowej jednostki – 155. Brygady Piechoty Morskiej Floty Oceanu Spokojnego. Ma ona na swoim bandyckim koncie zbrodnie na ludności cywilnej w Buczy i Irpieniu. Putin żywi wobec tego sztandaru wyjątkowo ciepłe uczucia. Podczas rytuału „Bezpośrednia linia” w grudniu 2024 roku zaprezentował go jako sztandar bohaterski, a czyny pod nim popełnione jako wyjątkowe, godne poszanowania i naśladowania. Putin i jego machina przymusu z wyjątkową zapalczywością zwalczają wszelkie wzmianki o zbrodniach w Buczy, funkcjonariusze systemu (nie)sprawiedliwości ochoczo wsadzają do łagrów ludzi, którzy ośmielą się w mediach społecznościowych czy gdziekolwiek indziej wspomnieć o tej tragedii i nazwać ją po imieniu – podpadają pod artykuł „rozpowszechnianie fejków o armii”. A propaganda z kolei w kółko powtarza, że oskarżenia o zbrodnie są bezpodstawne, wygenerowane przez wrogów, by szkalować sprawiedliwych rycerzy putinowskiej światłości.

    W żartobliwej formie podsumował te skarby w kremlowskiej bibliotece emigracyjny socjolog Igor Ejdman: „Putin cierpi na wojenny fetyszyzm. Pokazując sztandar brygady, popełniającej zbrodnie, Putin podświadomie przyłącza się do tych sadystycznych postępków. […] A zniszczony czołg to symbol unicestwionej potencji przeciwnika. Tego rodzaju myślenie ujawnia głębokie kompleksy, zepchnięte w głąb podświadomości. […] Wyobraźmy sobie, że w Niemczech media podają wiadomość: kanclerz ma w domu fragmenty zniszczonych rosyjskich czołgów i bojowe sztandary. Ludzie na sto procent oceniliby, że kanclerz zwariował”.

    Zamiłowanie do sztandarów nie ogranicza się do wspomnianego wyżej artefaktu z putinowskiej biblioteki. Oto już jutro szykuje się otwarcie, zorganizowanej pod auspicjami Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, wystawy w moskiewskim Maneżu „Wielkie Zwycięstwo. Rosja – moja historia”. Zostanie na niej zaprezentowany „legendarny sztandar Zwycięstwa, wzniesiony nad Reichstagiem, po raz pierwszy od dwudziestu lat sztandar zostanie wystawiony poza Muzeum Ministerstwa Obrony”. Jakie jeszcze fetysze pożądanego zwycięstwa zobaczymy na wystawie? O tym w następnym odcinku.

  • Rakiety i krwawe czekoladki od Putina

    28 października 2025. Przeciąganie liny to dość prosta dyscyplina sportu: dwie drużyny ciągną linę każda w swoją stronę, a która okazuje się silniejsza, ta wygrywa. Kiedy jednak do takich zawodów przystępują politycy, dyplomaci i przedsiębiorcy, zasady się komplikują, a przebieg rozgrywki przestaje być oczywisty i zrozumiały dla widzów.

    Kreml gra w przeciąganie rozstrzygnięcia w wywołanym przez Rosję krwawym konflikcie na Ukrainie, rozstawia sieci, przyjmuje prezenty od amerykańskiego vis-a-vis, unika zobowiązań, mataczy i kłamie w żywe oczy, odsuwa w czasie wiążące rozmowy, wodzi Amerykanów na pokuszenie, błyskając im w oczy „specjalną broszką” złudnych wspólnych projektów gospodarczych. To tango z dziwnymi wygibasami trwa od lutego br., od sławetnej rozmowy telefonicznej Trumpa i Putina, która miała przynieść przełom i szybkie zakończenie wojny, a została przez Moskwę wykorzystana do rozpoczęcia zawiłej gry z Waszyngtonem. Nie tylko o los Ukrainy, ale także, a może przede wszystkim o nowe otwarcie w światowych szachach, mające przywrócić Rosji pozycję hegemona co najmniej na „obszarze mandatowym”.

    I Rosja nadal chce w tę grę grać, uchylając się od kompromisów, deklarując pokojowe zamiary bez woli ich spełnienia, prowadząc ataki na terytorium Ukrainy (w tym sięgające obiektów cywilnych i zabijające cywilów) i nadal mydląc oczy Amerykanom, którzy chcieliby wziąć za dobrą monetę czcze zapewnienia Moskwy o pokojowych intencjach. W tej grze korytarze labiryntu tak się zapętliły, że w kolejnym okrążeniu zadeptano już ślady prowadzące do wyjścia.

    Aktualnie mamy stan zawieszenia. Po rozmowie telefonicznej Trump-Putin zapowiedziano szczyt w Budapeszcie, ale niedługo potem strona amerykańska wycofała się z planowanego przedsięwzięcia i na dobitkę wprowadziła sankcje gospodarcze wobec dwóch rosyjskich gigantów naftowych Rosniefti i ŁUKoilu (o szczegółach tego etapu rozgrywki napisałam w poprzednim odcinku tego tasiemcowego serialu: https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/10/23/kot-schrodingera-w-budapeszcie-i-wszedzie/; a o sankcjach USA i UE można przeczytać w analizie OSW: https://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2025-10-24/pierwsze-sankcje-trumpa-19-pakiet-sankcyjny-ue-zachod-zwieksza-presje).

    Na Kremlu zapanowała pełna zmieszania konsternacja: no ale jak to? miał być Budapeszt, miała być znowu szansa zaczarowania Trumpa, a tu sankcje i brak planu na potem (Trump zaznaczył, że można będzie pomyśleć o spotkaniu, kiedy Putin będzie gotów do konkretnych decyzji w sprawie zakończenia wojny).

    Putin zmarszczył brew, wykonał firmowe wzruszenie ramion: nic nam te sankcje nie zaszkodzą. Na to Trump prychnął: no to zobaczymy za pół roku. I jeszcze dodał, że szkolenie z obsługi Tomahawków trwa pół roku. Hmm.

    Wzruszenie ramion wzruszeniem ramion, ale niepokój w Moskwie musiał wziąć górę nad pychą, bo do Ameryki wysłano „bez trybu” Kiriłła Dmitrijewa. Dostał zadanie złapania kontaktów do omawiania cud-projektów gospodarczych (most albo tunel pod Cieśniną Beringa jakoś nie wzbudził za oceanem zachwytów), przekazania komunikatów rosyjskiej propagandy w amerykańskich stacjach telewizyjnych i wepchnięcia się na siłę do Białego Domu z imitacją fałszywej gałązki oliwnej, przy okazji potrząsając rakietą „Buriewiestnik”, o czym dalej). Byle tylko utrzymać kontakt, byle tylko znów zwrócić uwagę amerykańskiej administracji na gotowość do rozmów itd.

    Nic nie wyszło ze spotkań na wysokim szczeblu, do Białego Domu Dmitrijewa nie zaproszono, w przekazach medialnych zabrakło komunikatu o spotkaniu moskiewskiego łącznika z dotychczasowym partnerem, pełnym ciepłych uczuć Steve’em Witkoffem. Dmitrijewowi pozwolono zabrać głos w dwóch ważnych stacjach telewizyjnych (CNN i FoxNews), gdzie zaprezentował okrągłe kłamliwe formułki zaczerpnięte z instrukcji dla propagandy państwowej i gdzie został skonfrontowany z kilkoma faktami oraz spostponowany przez szefa Departamentu Finansów. Miły uśmiech miała dla Dmitrijewa jedynie członkini Kongresu Anna Paulina Luna, zdeklarowana wielbicielka Putina. Została obdarowana przez rosyjskiego gościa okazałym bukietem białych kwiatów oraz bombonierką czekoladek. Osobliwe słodycze były zawinięte w papierki z portretem Putina i cytatami z jego wypowiedzi. „Wielkie słowa wielkiego człowieka”. Pani Luna była wzruszona i rozmiękczona, przyjmując te krwawe czekoladki z cytatami z ludożercy.

    Podczas gdy Dmitrijew badał grunt w Waszyngtonie i grał rzekomo pokojową pieśń Solwejgi, Putin postanowił odegrać symfonię wojenną. Znów przywdział mundur i wypuścił w stronę USA komunikat o udanej próbie z pociskiem Buriewiestnik. Jak to w kremlowskich bajkach bywa, ta nowa (choć tak naprawdę nienowa) Wunderwaffe „nie ma odpowiedników na świecie”, napędzana paliwem nuklearnym może latać wokół globu, ile tylko rosyjska dusza zapragnie i razić cele w Ameryce oraz wszędzie indziej też.
    Te militarne popisy nie wzbudziły grozy w adresacie. Trump w tonie lekkiej ironii odpowiedział, że amerykański okręt podwodny operuje u rosyjskich wybrzeży i nie musi się martwić o pokonanie tysięcy kilometrów, by uderzyć w Rosję.

    Kapłan telewizyjnej propagandy Dmitrij Kisielow wytłumaczył niezbyt lotnym obserwatorom, że podczas ćwiczeń z „Buriewiestnikiem” chodziło tym razem nie o sprawdzenie, czy pocisk zostanie odpalony w uderzeniu odwetowym po ataku przeciwnika, a o wykonanie niesprowokowanego uderzenia na przeciwnika. Jednym słowem: niech się Trump jednak boi, bo może dostać tym zwiastunem burzy bez uprzedzenia. Oliwy do ognia dolał jeszcze znany mistrz ciętej riposty, eksprezydent Dmitrij Miedwiediew, który wprost nazwał Stany Zjednoczone „przeciwnikiem” i odczytał sankcje jako „akt wojny przeciwko Rosji”.

    Kremlowscy urzędnicy nadal jednak grzeją w sercu nadzieję, że do spotkania Putina z Trumpem dojdzie. Doradca rosyjskiego prezydenta ds. międzynarodowych Jurij Uszakow wymamrotał do podstawionego przez dziennikarza mikrofonu: „Gotowość do przeprowadzenia spotkania [Trump-Putin], o ile zostanie ono przygotowane przez ekspertów, nadal jest”. Czy to zapowiedź kolejnego okrążenia?

  • Kot Schrödingera w Budapeszcie i wszędzie

    23 października 2025. Gdy wreszcie w Budapeszcie… Ach, nie, plan spotkania Trump-Putin w stolicy Węgier został już właśnie odłożony ad acta. Czy na zawsze? „Zawsze” trwa czasem kilka godzin, czasem kilka dni. Kot Schrödingera przechadza się po Budapeszcie i właściwie wszędzie.

    Scenariusz ostatniego odcinka serialu o poszukiwaniu laurów za ustanowienie pokoju na Ukrainie i dobrych relacji Rosji z USA już znamy. Bo mniej więcej to samo działo się już w odcinkach poprzednich. W skrócie to wygląda tak: gdy zanosi się na to, że Waszyngton zwiększy presję na Moskwę (ostatnio w rolę gnębicielki Kremla wcieliła się zapowiedź dostarczenia amerykańskich Tomahawków dla ukraińskiej armii), Putin wykręca numer do amerykańskiego przyjaciela i przez dyżurne dwie godziny nawija mu tonę makaronu na uszy (np. chwali za wielkie osiągnięcie na polu niesienia światu pokoju, jak w Gazie albo w uprzejmych słowach komplementuje pierwszą damę, np. za zaangażowanie na rzecz uwalniania ukraińskich dzieci uprowadzonych przez okupantów). Pod ciężarem tego produktu uszy prezydenta USA miękną i groźba albo znika ze sceny, albo jest tylko odłożona w czasie.

    Przez chwilę panuje konsternacja. W wyćwiczonym schemacie Putin znowu poszukuje kozła ofiarnego, którego może podsunąć w castingu na winowajcę wojny. Europejczycy zawsze świetnie się nadają do tej roli.

    No i jeszcze można podkręcić atmosferę zapewnieniem, że Moskwa marzy jedynie o pokoju, nie chce ofiar po żadnej ze stron i proponuje przyjąć swoje warunki. O innych nie chce gadać. Na arenę wypuszczani są znani już z poprzednich odcinków kusiciele, roztaczający miraże prześwietnej współpracy gospodarczej (ten wątek rozwinę poniżej). Amerykański przyjaciel przychyla się do pomysłu, aby znów spotkać się z takim pokojowo nastawionym przywódcą Rosji osobiście.
    A gdzie? A może tym razem w Budapeszcie. Kłopotliwa lokalizacja? Ależ skąd, drug Viktor na pewno zadba o bezpieczeństwo, nikt Putina w kajdany na podstawie listu gończego MTK nie zakuje. Jak tam Putin doleci? Może nad Turcją (przy asyście tureckich myśliwców), nad Serbią? No, jakoś doleci. Dobrze, w takim razie robimy szczyt w Budapeszcie. Ukraińcy nie będą zadowoleni, bo im się to skojarzy z podpisaniem memorandum budapeszteńskiego z 1994 r., które się im na nic nie przydało. Trudno. W serialu musi być przecież miejsce na nagły zwrot akcji w stronę kolejnego nieprzyjemnego dialogu Zełenski-Trump, w którym ukraiński prezydent ma się dowiedzieć, że Tomahawków nie dostanie.

    Teraz kilka słów o pobocznym, ale ważnym wątku wodzenia Stanów Zjednoczonych na pokuszenie. Krótki kurs stawiania zamków na piasku Rosja ma już też przećwiczony w poprzednich odcinkach. Osobą do specjalnych poruczeń w tej dziedzinie jest Kiriłł Dmitrijew, w dobrych relacjach z córką Putina Kateriną, wykształcony na amerykańskich uniwersytetach, jak ćwierkają kremlowskie wróble, pragnący stołka premiera. Tym razem wziął udział w dwuetapowej operacji rodem z książek o KGB.

    Posłuchajmy Kiriłła Martynowa (Nowa Gazeta. Europa): „Główna wielbicielka Putina w Kongresie USA Anna Paulina Luna napisała cała zachwycona, że z rosyjskiej ambasady przysłano jej osobiście sekretne dokumenty KGB o zabójstwie Kennedy’ego. 350 stronic. Plan Moskwy jest jasny: Ameryko, zróbmy coś razem, niech to będzie choćby i zbadanie okoliczności śmierci Kennedy’ego, cokolwiek, byle nie pokój dla Ukrainy. Luna publikuje te dokumenty (w istocie sygnalny egzemplarz książki [szefa Służby Wywiadu Zagranicznego Siergieja] Naryszkina o zabójstwie Kennedy’ego […] W książce znalazły się m.in. rozmowy Nikity Chruszczowa z sekretarzem stanu USA, pełne zapewnień o dążeniu do pokoju. Załącznikiem do tych rozmów jest odręczny schemat tunelu pod Cieśniną Beringa, który miałby połączyć ZSRR z Alaską, myśl jest taka, że oto ten megaprojekt połączy oba kraje i położy podwaliny pod pax aeterna”.

    Co z tego wyszło? Nic. Zimna wojna trwała w najlepsze, a odręczny rysunek spoczął w archiwach KGB. Niemniej kotlet został przygrzany na okoliczność wabienia amerykańskich miłośników wielkich projektów. Bo oto dzień później na arenę wkroczył dawno niewidziany, a powyżej przywołany Kiriłł Dmitrijew. Z kapelusza wyciągnął pomysł budowy tunelu. A jeśli nie tunelu, to może mostu nad cieśniną. I na platformie X zwrócił się do Trumpa i Muska z propozycją wspólnej inwestycji wszech czasów. Za jedyne 8 mld dolarów.

    „Fajnie by było zbudować taki most, a po obu jego stronach siedzieliby handlarze i sprzedawali metale ziem rzadkich” – skwitował cytowany przez Martynowa komentator.

    Nie wiadomo, czy ktokolwiek wziął na poważnie 8-miliardowe mrzonki Dmitrijewa. Bo wydarzenia znowu ruszyły z kopyta: Trump oznajmił, że w najbliższym czasie nie zamierza jechać do Budapesztu, aby spotkać się z Putinem. Bo to pusta strata czasu. Kiedy temat wróci? Może na święty nigdy.

    Wcześniej doszło do telefonicznej rozmowy sekretarza stanu Rubio z rosyjskim odpowiednikiem Ławrowem. I okazało się, że nie bardzo jest o czym rozmawiać, bo Moskwa wrzuca jakieś nieosiągalne wymagania, udaremniające porozumienie pokojowe (z przecieków wynikało, że Rosja nie godzi się na zawieszenie broni, domaga się Donbasu itd.).

    To było wczoraj, a dzisiaj Waszyngton ogłosił wprowadzenie sankcji wobec rosyjskich koncernów Rosnieft’ i ŁUKoil oraz ich spółek córek. To mocny cios w niesłoneczny splot naftowy, który dostarcza Kremlowi petrodolary, przerabiane na broń. Putin nadął wypchane kwasem hialuronowym policzki i powiedział, że „to nic strasznego”, „na Rosję wywierany jest nacisk”, ale Rosja sobie i tak poradzi. Może i tak, ale te dwa koncerny to połowa rosyjskiego eksportu ropy. I to nie jest tunel vel most, tylko twarda waluta.

    Pod wieczór przyszła jeszcze jedna wiadomość: po wprowadzeniu sankcji wobec Rosniefti i ŁUKoil chińskie państwowe przedsiębiorstwa naftowe zaprzestały kupowania rosyjskiej ropy.

    Gdzieś pomiędzy kolejnymi odsłonami tej gry przechadza się kot Schrödingera i podkręca kwantowego wąsa.