Kategoria: Bez kategorii

  • Putin robi porządki

    29 lipca. Jeszcze niedawno mówiło się, że Władimir Putin to uosobienie stabilności. Karykaturzyści malowali piękne portrety olejne, wpisując twarzyczkę podstarzałego Władimira Władimirowicza w posturę Leonida Breżniewa, genseka uznawanego za wzorzec stabilności przechodzącej w stagnację. Putin stabilizował również grono współpracowników – członkowie bliskiego kręgu, wywodzący się głównie spośród osobistych znajomych z Petersburga, często ze służb, też mogli się czuć bezpiecznie pod parasolem ochronnym „Papy” (jak podobno nazywają Putina jego zausznicy). Warunkiem spokojnej egzystencji była pełna lojalność. To w zasadzie wystarczało. Nawet jeśli ktoś mocno narozrabiał (jak były minister obrony Sierdiukow na przykład), sprawę tuszowano, a delikwent dostawał jakieś mniej eksponowane zajęcie (ale nie lądował na bruku).

    Jednak ta „ich mała stabilizacja” to pieśń przeszłości – Putin zaczął wymieniać z rozmachem kadry. Przynależność do kręgu krewnych i znajomych Królika i lojalność już nie wystarczają. Putin już nie jest gwarantem stabilności.

    To się zaczęło już jakiś czas temu, ale wczoraj przybrało dużą skalę: Putin podpisał kilka, jeśli nie kilkanaście dymisji-nominacji. Odwołał kilku gubernatorów, ambasadora (z Ukrainy), poprzestawiał przedstawicieli w okręgach federalnych, a także poprzykrawał inaczej same okręgi. O tym krojeniu za chwilę, a na początek kadry. Bo jak mówił klasyk, kadry decydują o wszystkim.

    Wymiana dotyczyła wysokiego, ale nie najwyższego szczebla. Eksperci i komentatorzy jak jeden mąż zwrócili uwagę na to, że nowe stanowiska zyskali prawie wyłącznie ludzie w mundurach lub tacy, którzy mundurów wprawdzie nie nosili (w każdym razie publicznie), ale służyli w służbach. Wśród odwołanych znalazł się ambasador Michaił Zurabow, który objął placówkę po legendarnym Wiktorze Czernomyrdinie i był w Kijowie w czasach wielkiego przełomu. Mówiło się, że ma dobre układy z Petrem Poroszenką, zawiązane jeszcze w czasach, gdy ten nie był prezydentem. Moskwa prowadzi wobec Ukrainy politykę tyleż brutalną i wściekłą, co bezpłodną. Dawnych wpływów nie odzyskuje i nie zanosi się, by w najbliższym czasie odzyskała. Być może odwołanie starego i miękkiego ambasadora, a wysłanie przedstawiciela formacji „siłowej” Michaiła Babicza (Moskwa zwróciła się już oficjalnie do Kijowa o agrément dla kandydatury tego byłego wojskowego) jest znakiem, że Moskwa chce przejść do ostrzejszej ofensywy dyplomatycznej. Ciekawe, z jakim skutkiem.

    Anton Oriech w blogu na stronie „Echa Moskwy” tak skomentował ten napływ mundurowych na cywilne posady: „Po piętnastu z górą lat negatywnej selekcji kadr mamy taką sytuacje, że Putin sam powinien stanąć na czele każdego resortu, każdego regionu, każdej agencji. Ale nawet jego geniusz nie jest w stanie tego dokonać. Dlatego fizycznie ktoś powinien te stanowiska zajmować. I powinien to być ktoś, kto jest w jakiś sposób do niego, prezydenta podobny mentalnie. A najlepiej Putin rozumie się z czekistami i wojskowymi. Wywodzą się z tego samego gniazda, z tego samego systemu. To ludzie, którzy nie będą bawić się w demokrację, a zaczną wydawać rozkazy i przykręcać śrubę. Putin ma nadzieję, że jego nominaci przynajmniej spróbują coś zrobić, a nie tylko zaczną skupywać drogie zegarki i upychać dolary po pudełkach”.

    Te „dolary w pudełkach” to nawiązanie do pewnej znamiennej dymisji. Otóż z kadrowej karuzeli spadł szef służby celnej Andriej Bieljaninow. Zanim przyszła wiadomość o jego odwołaniu, telewizja pokazała smakowite reportaże z rewizji w jego domu. Sfilmowano sterty pieniędzy spakowane w pudła po obuwiu. Oceniono, że to kilkaset milionów rubli. Bieljaninow wyjaśniał, że to oszczędności jego rodziny.

    Bieljaninow był znajomym Putina z okresu jego pracy wywiadowczej w Dreźnie, też służył w tej samej instytucji. Należał więc do kasty nietykalnych – grona osobistych przyjaciół z dawnych lat. I oto poddano go publicznej chłoście. Putin przekroczył kolejną linię. Odbiera polisy ubezpieczeniowe swoim współpracownikom. I powiadamia o tym cały świat. Nikt nie może się czuć pewny.

    Poza roszadami w regionach Putin dokonał jeszcze jednej zmiany: Krym i Sewastopol, będące po aneksji oddzielnymi podmiotami Federacji Rosyjskiej i stanowiące oddzielny Krymski Okręg Federalny, utraciły swój specjalny status. Zostały włączone w skład Południowego Okręgu Federalnego. Może chodzi o ich schowanie, zakończenie pewnej romantycznej epoki dopieszczania nowych, tak pożądanych ziem. A przy okazji o schowanie niezliczonych problemów, jakie ze sobą niosą. Problemów, jakich w dobie postępującego kryzysu niepodobna rozwiązać. „Pieniędzy nie ma. Ale wy się trzymajcie, życzę zdrowia” – powiedział z niezamierzona szczerością premier Miedwiediew podczas niedawnych odwiedzin Krymu. Pieniędzy więc nie ma, ale trzeba sobie jakoś radzić. Można wprowadzać choćby coraz więcej mundurowych do administracji i zarządzania. A potem obserwować, jak jedna mundurowa korporacja podgryza drugą mundurową korporację. Z tym że pieniędzy od tego nie przybędzie. Jak zauważył jeden z twitterowych dowcipnisiów, zmiany kadrowe skończą się wtedy, kiedy na składzie skończą się generałowie FSB.

  • Mane tekel hacker

    27 lipca. Na Kremlu wyraźnie panuje atmosfera oczekiwania na zmianę za oceanem. Obecnego lokatora Białego Domu, prezydenta Obamy się tu nie lubi. Już dawno, dawno temu po jego stwierdzeniu, że Rosja nie jest mocarstwem globalnym, tylko regionalnym, temperatura uczuć spadła poniżej zera. Kreml uznał to za obrazę majestatu.

    Kremlowscy inżynierowie dusz od wielu miesięcy tłumaczą ludności, że w ogóle wszystkiemu na świecie jest winien Departament Stanu. To on sprawił, że w Kijowie – na złość Moskwie – władzę objęła „postmajdanutaja junta”, to on jest winien niesprawiedliwej izolacji Rosji na arenie międzynarodowej po – jakże słusznej ze wszech miar – aneksji Krymu, to on stoi za zastopowaniem mocno zdopingowanych rosyjskich sportowców, on demoluje rosyjskie drogi, on upiera się niepotrzebnie przy usunięciu Asada w Syrii, sztucznie obniża ceny ropy itd., itp. Lista tych przewin jest długa.

    Ale oto na horyzoncie majaczy nadzieja: prezydentura ekscentrycznego Donalda Trumpa. O tym, jak bardzo byłaby to pożądana dla Rosji zmiana, w rosyjskich mediach mówi się głośno od ładnych paru tygodni (pisałam o tym na początku maja: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/05/02/amerykanski-prezydent-rosjan/).

    Teraz, gdy Trump ma już nominację na kandydata z ramienia Republikanów, rosyjskie wątki związane z jego osobą nabierają większej wagi. A i mnożą się jak króliki.

    Oto w zeszłym tygodniu WikiLeaks ujawniła, że komitet Partii Demokratów (DNC) nie był obiektywny wobec swoich kandydatów i promował Hillary Clinton kosztem jej adwersarza Berniego Sandersa. Maile najwyższych władz partyjnych wyciekły na skutek udanego ataku hackerskiego na serwery DNC. Szumu było co niemiara. Wprowadzenie zamieszania w szeregach Demokratów, a jeszcze lepiej rozłam to znakomity prezent dla kandydata partii przeciwnej, Donalda Trumpa. Według ostatnich sondaży, Clinton spada, Trumpowi rośnie.

    Amerykańskie służby, jak napisał dziś „The New York Times”, przeprowadziły dochodzenie i doszły do wniosku, że za włamaniem do poczty Demokratów stali hackerzy na usługach rosyjskich władz. Hacker posługujący się ksywką Guccifer 2.0 miałby pracować dla wywiadu wojskowego GRU. Według specjalistów ds. służb specjalnych i bezpieczeństwa cyfrowego, ażeby dokonać takiego ataku, potrzeba na pewno grupy hackerów, jeden samotny biały żagiel nie byłby w stanie sforsować przemyślnych „ścian ognia”, jakie mają serwery czołowych amerykańskich partii.

    Nadal jednak nie wiadomo, dlaczego doszło do ataku: czy był to zwyczajny cyber-rympał czy chodziło o zmanipulowanie procesu wyborczego w USA. Ku temu drugiemu przypuszczeniu skłania się Barack Obama, który w wywiadzie dla NBC dopuścił, że Rosja będzie próbowała wpływać na przebieg wyborów za oceanem. Trump wzruszył na te supozycje Obamy ramionami i nazwał je szaleństwem.

    Ale o krokach w to szaleństwo rozpisują się i inne gazety. Niemiecka „Handelsblatt” sugeruje, że Trumpa łączą z Rosją powiązania finansowe. Oligarcha Aleksandr Maszkiewicz zainwestował, jak twierdzi gazeta, sporą sumkę w firmę Trump Soho w Nowym Jorku. Kolejnym łącznikiem jest Paul Manafort, szef sztabu wyborczego Trumpa, który w przeszłości był doradcą Wiktora Janukowycza i zawierał wielomilionowe transakcje z rosyjskimi przedsiębiorcami. Jeden z rosyjskich ekspertów stwierdził jednak na marginesie, że osoba Manaforta była w czasach, gdy pracował on dla Kijowa, nieustającym alergenem dla Kremla – podejrzewano go mianowicie o budowanie amerykańskich wpływów na Ukrainie i nie dowierzano na całej linii.

    Na domysły zachodniej prasy, że Kreml macza nie tylko palce, ale i ręce do łokcia w amerykańskiej kampanii wyborczej, oficjalne rosyjskie czynniki reagują dyżurnym stwierdzeniem: My? W życiu: Moskwa nigdy nie miesza się w zagraniczne wybory.

    Autorem kolejnej rewelacji był sam Trump. Zapowiedział, że jeśli zostanie prezydentem, to gotów będzie rozpatrzyć kwestię uznania prawomocności przyłączenia Krymu do Rosji. No i wtedy sankcje okażą się niepotrzebne. „Tak, gotów jestem to rozpatrzyć”, powiedział wieloznacznie. Czyż na Kremlu takie zapowiedzi nie wzbudzają dobrych nadziei?

    Na koniec ciekawostka, o której napisała lokalna gazeta na Florydzie. Rzecz dotyczy willi Trumpa w kurorcie Palm Beach, którą jakiś czas temu odkupił od niego rosyjski miliarder Dmitrij Rybołowlew. Teraz rosyjski krezus chce rozebrać dom, fontannę i inne obiekty należące do posiadłości. Dlaczego? Z powodu pleśni mianowicie. Niezła metafora.

  • Stary wróg, nowy przyjaciel

    18 lipca. Od miłości do nienawiści i z powrotem – jeden krok. Jeszcze miesiąc temu Rosja i Turcja stały naprzeciw siebie całe czerwone ze złości, pełne wzajemnych oskarżeń, zwaśnione na śmierć i życie. Dziś na linii Moskwa-Ankara nastąpiło wielkie odprężenie, jeszcze chwilka i rozkwitnie przyjaźń. Ale po kolei.

    Pierwsze jaskółki zgody zaczęły latać w czerwcu. Erdogan wysłał do Rosji list z wyrazami ubolewania z powodu zestrzelenia w listopadzie rosyjskiego samolotu i poprosił rodzinę zabitego pilota o wybaczenie. Strona rosyjska spomiędzy wierszy tego posłania z zadowoleniem wyczytała, że Turek się ukorzył, z kolei po stronie tureckiej dało się słyszeć niezadowolenie z powodu nazbyt serwilistycznej postawy Erdogana wobec Kremla. Mimo tych różnych interpretacji sprawy szły do przodu. Odbyła się rozmowa telefoniczna Erdogan–Putin, ten ostatni odniósł się ze zrozumieniem do pokojowej inicjatywy Ankary i zniósł zakaz wyjazdów rosyjskich turystów do Turcji (zaraz biura turystyczne zapełniły się chętnymi). Coś zaczęło się kręcić, choć niespiesznie, nawet wokół zniesienia rosyjskich sankcji handlowych, które mocno uderzyły Turków po kieszeni. Komentatorzy dostrzegli dyplomatyczne starania Erdogana i pewne ocieplenie w propagandowym mrozie rosyjskich mediów, przez ostatnie półrocze mówiących o Erdoganie najgorsze rzeczy. W rosyjskiej przestrzeni medialnej dominował ton triumfalistyczny – oto Putin przyjął kapitulację od skruszonego Erdogana i teraz ślini paluszki, aby „przewrócić stronę w dwustronnych stosunkach i zacząć wszystko od nowa”.

    Rozmowa dwóch prezydentów toczyła się na tle krwawego zamachu na lotnisko w Stambule. Po pewnym czasie strona turecka ogłosiła, że o organizację zamachu podejrzewa m.in. jedenastu obywateli Federacji Rosyjskiej. I znowu zrobiło się zimniej między sąsiadami.

    Ale polityczna pogoda ostatnio zmienia się bardzo szybko. I znowu mocno odmieniła się w piątek wieczorem, gdy w Turcji nastąpiła próba przewrotu wojskowego. W przeciwieństwie do kilku poprzednich prób, gdy armia – namaszczona przez ojca republiki Ataturka do pilnowania świeckości państwa i konstytucji – z powodzeniem odbierała władzę politykom, którzy odchodzili od tej linii, piątkowy pucz został skutecznie zduszony przez Erdogana. Co więcej – wzmocnił go. Przede wszystkim na arenie wewnętrznej, dając mocne narzędzia do rozprawienia się z opozycją i przyspieszenia kursu na autokratyczne rządy w religijnym sosie. Ale także na arenie zewnętrznej.

    Moskwa zachowywała się w czasie puczu bardzo powściągliwie. Oficjalnie padły tylko dyżurne słowa i wezwania o powstrzymanie się od rozlewu krwi, o pilnym śledzeniu sytuacji i nawoływaniu do uspokojenia. A gdy Erdogan już sprzątał po puczystach, wyrażono poparcie dla legalnych władz kraju.

    Co dalej? Nowe rozdanie.

    „Erdogan ewidentnie przygotowuje się do ostrej jazdy. Zachód z jego ideologią obrony praw człowieka to dla niego przeciwnik w tej grze. A Putin – przyjaciel. Przecież jemu jest wszystko jedno, ile osób w Turcji będą torturować, rozstrzeliwać, wsadzać do więzień. Z Putinem sułtan ma lekko i wygodnie – napisał w „Graniach” Ilja Milsztejn. – Dlatego Ankara zbliża się z Moskwą. Putin i Erdogan są dla siebie stworzeni. […] Gra w trójkącie Zachód-Rosja-Turcja zaczyna się od nowa. […] Erdogan pospieszył nawet wypowiadać zimną wojnę Ameryce, choć to postępek bardzo ryzykowny. I jeżeli Erdogan się nie uspokoi, to ten problem Biały Dom będzie musiał jakoś rozwiązać. Rozwiązał się za to inny problem. W czasie, gdy Putin i Erdogan dowodzili sobie wzajem, czyje pomidory są większe, a filolodzy spierali się, czy turecki prezydent w odpowiedniej formie przeprosił rosyjskiego i czy w ogóle przeprosił, istniało niebezpieczeństwo bezpośredniego starcia Moskwy i Ankary. Słabe, ale istniało, tym bardziej że Turcy nie zamierzali ani wypłacać żadnych rekompensat, ani stawiać przed sądem winnych zestrzelenia rosyjskiego samolotu. A teraz, gdy okazało się, że Ameryka jest wspólnym przeciwnikiem, to niebezpieczeństwo minęło”.

    Na razie politycy tasują karty, odbyła się rozmowa Putin–Erdogan, zapowiedziano, że obaj politycy niebawem się spotkają. Tymczasem rosyjscy turyści przerywają tak niedawno dopuszczone wczasy w Turcji z powodu niebezpiecznej sytuacji po buncie wojskowych, choć Turcy przysięgają, że zapewnią im bezpieczeństwo. Chyba nie da się wypocząć.

     

  • Małe mieszkanko na Mariensztacie

    4 lipca. Wsławił się tym, że na całą Rosję wyraził prześmiewcze zdziwienie: „Pokazali nam mieszkanka o powierzchni dwudziestu metrów kwadratowych, wydaje się śmieszne, że ludzie kupują takie lokale”. Ten cytat – wypowiedź podczas gospodarskiej wizyty w stolicy Tatarstanu, Kazaniu – momentalnie stał się hitem Internetu. Autorem tych słów jest wicepremier Igor Szuwałow. Odpowiada w rządzie za…, właściwie za wszystko odpowiada. Mówią o nim, że jest w stanie zabajerować z miejsca na każdy temat. Jest też doskonale zaimpregnowany. Z kilku trudnych sytuacji – gdy wyciągnięto na światło dzienne nieczyste transakcje, niepłacenie podatków i inne uchybienia – wywinął się bez większych plam.

    Jedną z namiętności wicepremiera są nieruchomości. Rok temu wyszło na jaw, że pan Szuwałow nabył przytulne 500-metrowe mieszkanko w Londynie. Z tej perspektywy 20-metrowa kawalerka w Kazaniu może faktycznie doprowadzić człowieka do niebezpiecznych dla zdrowia paroksyzmów śmiechu. Londyńska nora Szuwałowa kosztować miała, wedle enuncjacji prasy, drobne 11 milionów funtów. Sam podatek od transakcji wynosił 1,3 mln, co ośmiokrotnie przewyższało zadeklarowane przez Szuwałowa dochody za poprzedni rok. Formalnie mieszkanie jest wynajmowane. „Szuwałow sam od siebie wynajmuje kwaterę” – pisały opozycyjne media, próbujące ustalić, jak to jest z tym mieszkaniem. „Przez ponad dziesięć lat Szuwałow chował swoje mieszkanie, wykorzystując raje podatkowe, potem zasłaniając się firmą, zamiast przyznać, że ten luksusowy metraż należy do niego. Wprowadzał w błąd służby podatkowe Rosji i Wielkiej Brytanii, wynajmował prawników, którzy zarządzali nieruchomością, zawierał fikcyjne umowy wynajmu – wszystko po to, aby ukryć fakt, że mieszkanie należy do niego” – pisał Aleksiej Nawalny, niezmordowanie tropiący przewały na szczytach władzy. Czy ktoś się zajął wyjaśnieniem pochodzenia pieniędzy na apartament w centrum Londynu? Ktoś spytał? Zażądał odpowiedzi? Wolne żarty.

    Aktywność biznesowa i upodobanie do ładnych kwater nie przeszkadzały Szuwałowowi w wygłaszaniu jedynie słusznych dobrych rad dla ludności, cierpiącej biedę i ubożejącej w warunkach narastającego kryzysu. Podczas zeszłorocznego zjazdu w Davos podnosił patriotyczną temperaturę: „Wytrzymamy – będziemy zużywać mniej żywności, mniej prądu. Ale jeśli ktoś z zewnątrz zechce zmienić nam lidera, to będziemy zjednoczeni jak nigdy. Im większe będą sankcje, im gorszy będzie stan gospodarki, tym większym poparciem będzie się cieszyć Putin”. Jasna sprawa.

    Zamiłowanie do wielkopowierzchniowych pałaców wyposażonych w marmury, złote umywalki, łoża z baldachimem, jacuzzi, kominki itd. zdradza nie tylko Igor Iwanowicz Szuwałow – tej niewinnej słabości ulegają bodaj wszyscy członkowie rosyjskiej wierchuszki. Wiele pisano o pałacu Putina w Gelendżyku, o cesarskiej chacie ministra obrony Szojgu, o drogim remoncie apartamentu patriarchy Cyryla, o sześciopokojowej ciemnicy, w której dni aresztu domowego spędzała przyjaciółka eksministra obrony, o gustownej hacjendzie sekretarza prasowego prezydenta Pieskowa i wielu, wielu innych. Dziś do kolekcji ciekawych nieruchomości doszły mieszkania kupowane w ciągu ostatnich dwóch lat przez wicepremiera Szuwałowa.

    Rzecz na światło dzienne znowu wywlókł Nawalny (https://navalny.com/p/4939/). Pomysł na fajny kwadrat w centrum Moskwy jest zaiste ciekawy: Szuwałow wykupił dziesięć mieszkań na tym samym piętrze jednej ze słynnych moskiewskich wysotek („pałaców kultury”). To budynek uważany za ekskluzywny, elitarny, z widokiem na Kreml, prestiżowy, pożądany. Mieszkania w wysotce należą do bardzo drogich, jeśli nie najdroższych w Moskwie. Formalnie skupem mieszkań zajmuje się prawnik, od lat związany z Szuwałowem, jego kolega z roku. Do pełni szczęścia – posiadania wszystkich mieszkań na piętrze – brakuje jeszcze siedmiu lokali. Już i teraz nowy właściciel ma ponad siedemset metrów kwadratowych. Można śmiało organizować turniej tenisowy. „Prawie wszyscy dotychczasowi lokatorzy [kupowanych mieszkań] przeprowadzali się na inne piętra. Więcej niż dobrowolnie. Nowe mieszkania proponowano im po remoncie, z dopłatą, kupujący zgadzał się na każde warunki” – pisze Nawalny. Podobną metodę zastosowano już pod innym adresem: ulica Kosygina 8. Też najpierw przylegające do siebie mieszkania skupywał prawnik, który potem przekazał połączony, wyremontowany lokal rodzinie Szuwałowów. Fundacja Zwalczania Korupcji Nawalnego odnalazła trzynaście takich łączonych mieszkań, które należą do Szuwałowa. Prawdziwa pasja do nieruchomości! I nie tylko do nieruchomości.

    „Szuwałow służy narodowi od osiemnastu lat – przypomina Nawalny. – Kryzys gospodarczy, o którym tak chętnie wicepremier mówi w telewizji, jego rodziny nie poturbował. Rolls Royce, apartament w Londynie, zamek w Austrii, dacza w Zarieczu i wiele innych. Dżentelmen, arystokrata. Herb. Szlacheckie gniazda rozsiane po świecie, kilkadziesiąt osób obsługi, zimowy ogród za 2 mln euro – to wszystko bardzo się Szuwałowowi podoba. W telewizji o tym nie powiedzą”.

    Jego nowe siedlisko w stalinowskiej wysotce kosztuje równowartość sześciuset dwudziestometrowych kawalerek w Kazaniu. Boki zrywać!

  • Ryby w mętnej wodzie

    25 czerwca. „Nigdy się nie mieszaliśmy, nie mieszamy, nigdy się nie wypowiadaliśmy, zachowywaliśmy się, jak sądzę, bardzo poprawnie, choć oczywiście uważnie przyglądaliśmy się temu, co się dzieje, ale w żadnym razie nie wpływaliśmy na sam proces i nawet nie próbowaliśmy tego robić. […] I dla Wielkiej Brytanii, i dla Europy, i dla nas wyniki referendum będą miały znaczenie – i ze znakiem plus, i ze znakiem minus” – tak z dystansem o Brexit wypowiedział się prezydent Putin. Podkreślił też zaraz, że wykorzystane przez premiera Camerona w trakcie agitacji przed referendum hasło: „Jak wyjdziemy z Unii, to się spodoba Putinowi”, nie ma żadnych podstaw.

    Prezydent Putin wypowiedział te słowa na zaimprowizowanej konferencji prasowej zaraz po przybyciu do Taszkentu, gdzie odbywało się posiedzenie Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW). Rosyjska telewizja pokazała migawki z tego wydarzenia, a korespondent omal nie płakał ze szczęścia, gdy wskazywał na różnice pomiędzy właśnie rozpadającą się Europą a pełną werwy, zgodną i rozkwitającą platformą współpracy – SzOW, w której Rosja współpracuje z ChRL i Indiami. Ten kontrast miał porazić wyobraźnię rosyjskiego telewidza i przekonać go, że to słuszny kierunek. Choć przecież nadal UE jest głównym partnerem handlowym Rosji, nawet w warunkach kryzysu i sankcji. W dalszej części programu informacyjnego telewizja zaserwowała materiał o historii Unii Europejskiej, od źródeł we Wspólnocie Węgla i Stali przez kolejne etapy rozszerzenia, przy czym ostatnie „przyłączenia” określono mianem coraz to gorszych, przyczyniających się do psucia Unii pod każdym względem – powiększania się kontrastów pomiędzy starą i nową Unią, wydłużania procedur itd. Rozszerzanie się Unii na wschód, polityka UE wobec wschodniego sąsiedztwa – to wszystko szalenie drażniło Rosję, która podjęła kilka akcji odstraszania Zachodu od „kanonicznego” terytorium tak zwanej bliskiej zagranicy (państwa postradzieckie z wyjątkiem państw bałtyckich). Jeżeli Brexit powstrzyma marsz Unii na wschód kontynentu, to będzie to uznane na Kremlu za sukces.

    Trzeba powiedzieć, że rosyjska wierchuszka komentowała wyniki brytyjskiego referendum, w którym przeważyli zwolennicy wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, nader ostrożnie. Jeden z czołowych ekonomistów Aleksiej Kudrin namawiał, aby nie wpadać ani w euforię, ani w czarną rozpacz i patrzeć na własne podwórko; na Twitterze napisał: „Na Rosję Brexit nie wpływa, mamy własne problemy, bardziej wrażliwe”.

    Z tezą Kudrina, że Brexit nie ma wpływu na Rosję, można polemizować. Zacznijmy od tego, że panowie, siedzący na Kremlu, utwierdzili się w przekonaniu, że Unia Europejska jest strukturą słabnącą. Liczą więc bardzo na pogłębianie się kryzysu, zarówno wewnątrz Unii, jak i na linii Europa-USA. Można się spodziewać, że Rosja będzie kontynuować taktykę wspierania ruchów nacjonalistycznych, radykalnych, eurosceptycznych. Moskwa na przestrzeni lat starała się dogadywać z poszczególnymi krajami, stawiała na stosunki dwustronne, wygrywała sprzeczności pomiędzy krajami członkowskimi UE. Teraz zapewne mocniej naciśnie na tym odcinku. Idźmy dalej: Brexit może (choć nie musi) stworzyć bardziej korzystne dla Rosji warunki do dalszego rozmiękczania gruntu pod zniesienie unijnych sankcji gospodarczych. Kreml na niedawnym Forum Ekonomicznym w Petersburgu kusił Europę wizją nowego otwarcia. Polecam tekst Witolda Rodkiewicza z Ośrodka Studiów Wschodnich na ten temat: http://www.osw.waw.pl/pl/publikacje/analizy/2016-06-22/rosyjskie-kuszenie-europy

    Prezydent Putin mówił o plusach i minusach Brexitu. W telewizji wystąpili urzędnicy odpowiedzialni za odcinek ekonomiczny i wszyscy uspokajali publiczność, uprzedzając, że z uwagi na niepokoje na rynkach finansowych Rosja może trochę doraźnie stracić, ale generalnie zaraz wszystko wróci do normy i nie ma się co bać. Ale nie dopowiadali, że – przynajmniej w krótkiej perspektywie – gospodarczo dla Rosji Brexit będzie oznaczał straty. Osłabienie koniunktury w Europie przełoży się na spadek popytu na rosyjskie surowce, ceny ropy w najbliższym czasie raczej nie wzrosną – uważają eksperci. A więc ekonomicznie to będzie na razie osłabienie, a politycznie – ułańska trąbka do boju. Putina ekonomia nudzi, a gierki podjazdowe na polu politycznym – wręcz przeciwnie, bardzo kręcą. Zwłaszcza że właśnie na tym polu Rosja spodziewa się dywidend.

    O dywidendach i stratach napisała na swoim profilu FB politolożka Lilia Szewcowa: „Rosja karmi się iluzją, że rozprzężenie w Europie pozwoli jej łowić ryby w mętnej wodzie. Cóż, to zawsze dobre zajęcie dla słabeuszy. I może ono przynieść dywidendy. Tym bardziej że europejski populizm tak chciałby wykorzystać Rosję w swoich grach. Ale dywidendy z tej gry mogą być jedynie krótkoterminowe. Popieranie prawicowo-lewicowego populizmu, który opowiada się za protekcjonizmem i karmi podejrzliwością wobec otaczającego świata, raczej nie stworzy Rosji sprzyjającego jej środowiska. Zachodni populiści będą wobec Rosji podejrzliwi tak samo, jak wobec innych obcych. I będą tak samo nieprzewidywalni jak Rosja. Tymczasem Rosja buduje swoją nieprzewidywalną politykę na tym, że reguły stosowane w Europie są przewidywalne, stałe, niezmienne”. Jednym słowem: trafi swój na swego. Ciekawe spostrzeżenie. Ale przydatne w sytuacji, gdy faktycznie w Europie radykałowie zaczną robić politykę. A na razie możemy się spodziewać po Moskwie dążenia do zamknięcia tematu Ukrainy, no i wzmożonego namawiania Zachodu do zniesienia lub złagodzenia sankcji. A także anonsowanych przez Szewcową połowów w mętnej wodzie. A nuż coś się trafi.