Kategoria: Bez kategorii

  • Czeczeński trening prezydenta

    27 sierpnia. Noc. Zegar na Spaskiej wieży Kremla wybija kuranty, których brzmienie zna cały kraj. Kraj pogrążony jest we śnie, ale w gabinecie Najważniejszej Osoby pali się światło. Wódz nie śpi. Wódz pracuje, pochyla z zatroskaniem czoło nad rozwiązaniem problemów, które mu to czoło chmurzą. Tak zaczyna się wiele opowieści o tym, jak pracował Józef Wissarionowicz Stalin, który nie spał po nocach i złowrogo miotał się po gabinecie, wprawiając w drżenie współpracowników, czujnie wyczekujących, czy nie wezwie ich na rozmowę.

    Czy nocne spotkanie na Kremlu prezydenta Putina i pełniącego obowiązki prezydenta Czeczenii Ramzana Kadyrowa było nawiązaniem do tej tradycji? Zegar na Spaskiej wieży Kremla wybija kuranty. Kraj pogrążony jest we śnie, tymczasem w gabinecie Najważniejszej Osoby zjawia się w eleganckim ciemnym garniturze Ramzan Kadyrow i rozmawia z patronem. „Już 1200 dojnych krów mamy w naszym przedsiębiorstwie, niedługo będziemy mieli cztery tysiące sztuk bydła hodowanego na mięso. Nie będziemy zależni od importu” – relacjonuje nocny gość. Czy rzeczywiście postępy w produkcji nabiału w Czeczenii są aż tak ważne, by organizować spotkanie w środku nocy? A może tak ważny jest drugi powód, który został opisany przez oficjalną służbę prasową prezydenta: Kadyrow z radością poinformował o osiągnięciach republiki w sportach walki i zaprosił prezydenta na imprezę mistrzowską, na treningi dżudo. A prezydent z taką samą radością przyjął zaproszenie. Tyle strona oficjalna. No, właśnie, oficjalna – po co nocnemu spotkaniu nadano oficjalny status? O czym panowie rozmawiali, gdy wyłączono kamery i mikrofony? I czemu robocza rozmowa prezydenta z reprezentantem władz lokalnych stała się tematem dnia?

    Dużo tych pytań. A nawet jeszcze więcej. A w odpowiedzi tylko spekulacje i domysły. Kremlinologia stosowana w całej okazałości. Ramzan Kadyrow ma status faworyta. Dzięki temu może liczyć na przychylne wsparcie patrona w sprawach, na których mu zależy (z oficjalnych źródeł wiadomo, że Kadyrow poprosił podczas wizyty na Kremlu o osobiste wstawiennictwo Putina w jakichś ważnych, bliżej niesprecyzowanych sprawach). Czeczeński lider obficie tryska wiernopoddańczymi aforyzmami pod adresem gospodarza Kremla, zapewnia o swej lojalności i oddaniu. Za to otrzymuje pełną gratyfikację pieniężną. Wprawdzie mówi, że dostaje pieniądze od Allaha, ale nie ulega wątpliwości, że są to ruble ziemskie, kremlowskie.

    No, właśnie, pieniądze. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi podobno właśnie o nie. „Moskowskij Komsomolec” pisze, że ministerstwo finansów, rozpaczliwie poszukujące oszczędności w sytuacji kryzys i sekwestru budżetu, zamierza ściąć o 5 procent nakłady na Czeczenię. A tu wybory akurat idą. Te parlamentarne – a Czeczenia dostarcza 114% głosów na Jedną Rosję. I te potwierdzające status Kadyrowa jako prezydenta republiki. No to trzeba raczej sypnąć dodatkowym groszem z Moskwy, a nie oszczędzać.

    Może zatem chodziło o pieniądze, a może o wsparcie prezydenta w innej sprawie. Okołokremlowskie wróble uparcie ćwierkają, że Ramzan Kadyrow i jego dzielna drużyna zabijaków ma na pieńku z wysoko postawionymi funkcjonariuszami Federalnej Służby Bezpieczeństwa i MSW. Wiele napisano o tym konflikcie przy okazji zabójstwa Borysa Niemcowa, kiedy konflikt na linii Kadyrow-siłowicy mocno się zaostrzył. Hasło „przyjemniaczek z Kaukazu” przewija się w bardzo wielu sprawach – i gdy mowa o gangsterach, bezpiecznie uprawiających swój proceder w Moskwie i gdy mowa o zaciągach do oddziałów walczących w Donbasie po stronie separatystów, i gdy chodzi o rekrutację do formacji Państwa Islamskiego. A zatem szerokie spektrum do spekulowania, o czym to nocą rozmawiano na Kremlu.

    Mając powyższe na uwadze, z zainteresowaniem można się przyjrzeć publikacji „Nowej Gazety” sprzed kilku dni. „17 sierpnia twerski sąd rejonowy w Moskwie wydał nakaz aresztowania pięciu uczestników zorganizowanej grupy, wymuszającej haracze od stołecznego przedsiębiorcy. To może być głośna sprawa, jako że wśród podejrzanych jest dwóch funkcjonariuszy MSW Republiki Czeczeńskiej” – pisze gazeta.

    Czy to w ich sprawie wstawiał się u prezydenta Kadyrow? Potwierdzenia nie ma. Kremlinologia stosowana.

     

  • Młodokremlowcy na start

    22 sierpnia. Ciemne korytarze Kremla zawsze przyciągały uwagę świata. Spiski, intrygi, zawiłe plany, wojny podjazdowe zwalczających się koterii w najbliższym otoczeniu władcy dawały i dają nieodmiennie znakomitą pożywkę interpretatorom. Znawcy pokrętnych tajemnic kremlowskiego dworu mają od dwóch tygodni nowy temat do przeanalizowania: dlaczego Putin odwołuje poszczególne osoby z dotychczasowego „najbliższego kręgu” i zastępuje je osobami młodszymi, które karierę zawdzięczają prezydentowi? Przedmiotem rozważań jest dymisja Siergieja Iwanowa ze stolca szefa administracji prezydenta (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/08/18/kadry-w-tas/) i wprowadzenie na ten wysoki urząd mało znanego klerka Antona Wajny.

    Ta zmiana personalna była bardzo zaskakująca. Wajno niczym nie zasłynął, niczym się nie wybijał, niczym nie błysnął w świecie biurokracji. Jego nazwisko nie pojawiało się nigdy na giełdzie kandydatów do obsadzenia ważnych posad. Był jednym z kamyczków, które tworzą nieciekawą urzędniczą mozaikę na ścianach biurowych pomieszczeń Kremla.

    Wajno ma 44 lata, jest o pokolenie młodszy od Iwanowa i innych bliskich współpracowników Putina z najbliższego kręgu. Pochodzi z Estonii (w wersji estońskiej jego nazwisko pisze się Vaino), jest wnukiem Karla Wajny, pierwszego sekretarza Estońskiej Partii Komunistycznej w latach 80., kształcił się na prestiżowej uczelni w Moskwie (MGIMO). Próbował sił w dyplomacji, potem mozolnie wspinał się po szczeblach kariery w kancelariach rządu i prezydenta, ostatnio był zastępcą szefa administracji prezydenta, odpowiadającym za prace organizacyjne. Żadnych spektakularnych wpadek, żadnych wybitnych osiągnięć. Ot, życie faceta z teczką pełną dokumentów wagi państwowej, zawsze ogolonego, ostrzyżonego, w niewygniecionym garniturze, nabierającego coraz większej biegłości w załatwianiu ważnych spraw w ważnych kręgach, spokojnego, lojalnego, bez zarzutu.

    I można by przy studiowaniu biografii nowego szefa prezydenckiej administracji umrzeć z nudów, gdyby nie to, że w pewnym momencie Anton Wajno zapragnął również – tak trochę na boku – zrobić karierę naukową. A może nie tyle zrobić karierę, ile dokonać rzeczy ważnych dla całej ludzkości. Owóż, na początku dekady opublikował on kilka prac naukowych z zakresu futurologii. Szczególnie pochylił się nad przyrządem, pozwalającym kumulować wiedzę. Nooskop, bo tak nazywa się to cudo wymyślone przez niepozornego urzędnika putinowskiego gmachu władzy, pomaga „materializować moment przejścia życia z przestrzeni w czas”, ma to służyć przewidywaniu np. kryzysów w gospodarce. Wiem, trudno to zrozumieć, ja też mam problem. Poczytajmy dalej: „Nooskop składa się z sieci przestrzennych skanerów – pisze wizjoner – przeznaczonych do rejestracji zmian w biosferze i działalności człowieka z pomocą transakcji – klatek współ-Bytu – w postaci skrzyżowania przestrzeni-czasu-życia […] Nowy paradygmat zarządzania polegać ma nie na gromadzeniu doświadczeń przeszłości, a kapitalizacji przyszłości”. O co w tym wszystkim chodzi? Nie bardzo wiadomo. Jedni mówią o zbieraniu do kupy zbiorowego doświadczenia ludzkości, drudzy o futurystycznych wizjach. Prace Wajny były jednak publikowane w poważnych czasopismach, takich jak „Problemy Ekonomii i Prawa”, cytowane itd. Takie publikacje potrzebne są w procesie otrzymywania uczonych tytułów.

    Można w tym kontekście sięgnąć po popularna teorię spiskową, że Putin interesuje się ezoteryką, sposobami wszelakimi przedłużania młodości i życia i chętnie nadstawia ucha, gdy mowa o praktykach ocierających się o zjawiska paranormalne (pisałam o tym w blogu w cyklu „Putin i nieśmiertelność”). A może kandydatura Wajny spodobała się Putinowi z przyczyn czysto pragmatycznych. Jak mówi Siergiej Aleksaszenko (ekonomista, b. wiceszef banku centralnego), „Putin wprowadza [do struktur władzy] kolejną generację ludzi, uruchamia windy awansu dla młodszych technokratów, czyli ludzi, którzy nie mają ani światopoglądu, ani wartości, za to mają wpojone, że należy słuchać zwierzchnika i wykonywać jego polecenia. […] Tacy ludzie mogą być wykonawcami poleceń, ale mogą też mieć własne pomysły, niemniej jedynie w ramach wyznaczonych odgórnie. Putin stopniowo wymienia kadry. Stara gwardia odchodzi, przychodzą ludzie, którzy wszystko zawdzięczają Putinowi. Żaden z nich w tej chwili nie ma własnych ambicji politycznych. Z punktu widzenia prezydenta – tak, to o to chodzi, bo tacy ludzie nie są w stanie zorganizować przewrotu pałacowego. Nominacja Antona Wajno jest symboliczna. Szef administracji prezydenta to człowiek, który pilnuje drzwi głównego gabinetu. Może tam w każdej chwili sam wejść. Z teczką dokumentów. Ale także ze szkatułką czy nożem do lodu”.

    W ciekawych kategoriach się obracamy – intrygi, spiski, przewroty pałacowe, nóż do lodu. Jak gdyby od czasów pierwszych Rurykowiczów nic się nie zmieniło. Jeśli nie liczyć nooskopów.

  • Kadry w tas

    18 sierpnia. Poznali się z Wołodią Putinem w latach siedemdziesiątych w ponurej instytucji, która rzucała złowrogi cień na cały kraj i okolice. Obaj uczyli się języków obcych i mieli zasilić oddziały walczące na niewidzialnym froncie. Gdy pracodawca się zawalił, uchwycili nowe przyczółki – najpierw w rodzinnym Petersburgu, a potem w Moskwie. Objęcie najważniejszego przyczółku na Kremlu przez Putina oznaczało awans również dla kolegów. W tym dla Siergieja Iwanowa, bo o nim będzie mowa.

    Był wiernym pretorianinem Putina. W 2008 roku był brany pod uwagę jako kandydat do grzania carskiego tronu, gdy Putin postanowił przez cztery lata udawać, że nie rządzi Rosją. Ci, którym dane było zaglądać za kulisy kremlowskiego teatrum, mówili, że Iwanow dostał pocztą pantoflową zapewnienie, że to on zostanie prezydentem. A gdy już witał się z gąską i nabierał powietrza w płuca, aby wydać okrzyk triumfu, Putin ogłosił wszem wobec, że wybiera Miedwiediewa. Iwanow podobno bardzo to przeżył, na kilka dni zniknął z radarów, powiadali, że „uszoł w zapoj”.

    Ale dzielnie się pozbierał i pozostał w grze o wysokie stołki, co najważniejsze – utrzymał miejsce w pobliżu Putina. Krytycy zwracali uwagę, że nie odznaczył się ani szczególną inwencją, ani pomysłowością, powierzone odcinki zawalał, zajmował się plotkami i intrygami. Zdaniem dziennikarza Konstantina Gaaze (Slon.ru), „Iwanow to klasyczny przykład sowieckiego czekisty, opętanego myślą o globalnych teoriach spiskowych. Ma w głowie ciągle jakieś kampanie przeciwko rosyjskiemu biznesowi, wszystkich podejrzewa o knucie przeciwko rosyjskim politykom za granicą, opowiada szpiegowskie historyjki. I tyle. […] Ta formacja myślowa nie pozwala na dostrzeżenie ważnych dla męża stanu czy choćby zdolnego polityka rzeczy jak gospodarka, interesy biznesu, obiektywne problemy globalizacji”.

    Od 2011 roku Iwanow był szefem administracji prezydenta. Bardzo ważna funkcja, świadcząca o wysokim zaufaniu prezydenta. To on kieruje ruchem wokół głowy państwa. Choć oczywiście to nie on podejmuje decyzje – decyzje podejmuje prezydent.

    I oto po serii roszad kadrowych na szczeblu gubernatorów (pisałam o tym pod koniec lipca: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/07/29/putin-robi-porzadki/) Putin wykonał ruch w swym najbliższym kręgu – zdymisjonował Iwanowa. To był szok. Domysłom i spekulacjom nie było końca: czyżby to miało znaczyć, że na Kremlu dojrzewał spisek przeciwko Putinowi? Czasy są niepewne, wysokie fale kołyszą arką władzy, wszystkiego się można spodziewać w tej napiętej atmosferze.

    Jakie były przyczyny dymisji, nie wiemy. Możemy się domyślać, nic więcej. Wersja oficjalna głosi, że Iwanow odszedł na własną prośbę. Obejmie nieważne stanowisko – będzie specjalnym przedstawicielem prezydenta ds. ekologii i transportu. Czy to koniec kariery wiernego druha? Niekoniecznie. Kluczowe może okazać się to, że Iwanow nie został wypędzony poza najbliższy krąg współpracowników prezydenta. Jak napisał dziennik „Wiedomosti”, Iwanow zachował status członka Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, choć ekologiczna synekurka nie daje mu formalnie powodu, by zachować tę godność. Rada Bezpieczeństwa jest od lat czymś w rodzaju biura politycznego – to w tym gremium zapadają najważniejsze decyzje polityczne w kraju. Utrzymanie tej pozycji w Radzie może świadczyć o tym, że Iwanow jednak nie wypadł z łaski i żadnych spisków nie było. Iwanow został w odwodzie, nie stracił szans na powrót, może zostanie wyciągnięty zza kulis w stosownym momencie. A może i nie. Może proces przesadzania kolegów i podwładnych toczyć się będzie na szczytach władzy dalej. Może zapoczątkowane odmładzanie kadr ma jakiś strategiczny cel. Mówię o odmładzaniu kadr, bo następcą Iwanowa na stanowisku szefa prezydenckiej administracji został przedstawiciel młodszego pokolenia klerków, Anton Wajno. Ale to temat na oddzielną opowieść, o czym niebawem.

    A teraz jeszcze na zakończenie śmiała teza przedstawiona przez wspomnianego wyżej Konstantina Gaaze: zmiana na stanowisku szefa administracji wiąże się z planami przeprowadzenia przedterminowych wyborów prezydenta. Terminowe przewidywane są w 2018 roku, a te przyspieszone miałyby się odbyć już w marcu 2017 roku. Dlaczego? Gaaze tłumaczy to tak: „Intryga polegałaby na tym, aby bezproblemowo przedłużyć prezydencki mandat Putina i aby zakończyć jednocześnie proces przekazywania władzy młodszej generacji putinowskiej elity”. Zdaniem dziennikarza, wierchuszka walczy o wpływy, kremlowska kamaryla chce wyciąć „grupę Miedwiediewa”, wzmacnia się Federalna Służba Bezpieczeństwa, stan zdrowia prezydenta jest niepokojący, zaostrzenie stosunków z Ukrainą – to są te czynniki, które niepokoją i każą zapewnić spokój wszędzie tam, gdzie można. A Iwanow był intrygantem i kiepskim menedżerem. Podobno Putin dawno już miał go dosyć, a na te czasy potrzebny jest ktoś sprawniejszy. Może i tak. W końcu przestawianie terminu wyborów zostało już przetrenowane kilkakrotnie u sąsiadów zza miedzy, wzorce więc są, tylko brać.

  • Krymskie wakacje dywersanta

    16 sierpnia. Pod koniec ubiegłego tygodnia agencje informacyjne organizowały dodatkowe dyżury dla pracowników, obawiając się zaostrzenia sytuacji wokół Krymu, skąd napływały sensacyjne komunikaty i w związku z tym wielkiego zaognienia na linii Moskwa-Kijów.

    Federalna Służba Bezpieczeństwa Rosji poinformowała w ubiegłym tygodniu w trybie ekstraordynaryjnym, że udaremniła dokonanie na Krymie zamachów terrorystycznych. Mieli ich dokonać dywersanci nasłani przez ministerstwo obrony Ukrainy. Podobno gdzieś wywiązała się strzelanina, zginął jeden z rosyjskich funkcjonariuszy, strzelaninie towarzyszyć miał ostrzał od strony Ukrainy. Propagandowe tuby Kremla donosiły gromko, że ukraińskie „grupy dywersyjno-terrorystyczne” miały za zadanie zdestabilizować sytuację na półwyspie, posiać panikę, wygnać tym samym turystów, poderwać planowane na wrzesień wybory parlamentarne.

    Prezydent Putin zmarszczył czoło i oskarżył Ukrainę o „sięganie po terror”. No i orzekł, że w tej sytuacji spotkanie w „formacie normandzkim” (Ukraina, Francja, Niemcy, Rosja) podczas wrześniowego szczytu G20 nie ma sensu. Premier Rosji zawtórował w groźnym tonie, zapowiadając, że Rosja może zerwać stosunki dyplomatyczne z Ukrainą. Strona ukraińska powtarzała, że wszystko to nieprawda, prowokacje czystej wody etc. Niemniej prezydent Poroszenko wprowadził stan podwyższonej gotowości bojowej we wschodnich jednostkach. Przez media przewalały się w tę i z powrotem porównania historyczne do prowokacji gliwickiej z 1939 r.

    Jak odczytać te krymskie komunikaty? Komunikat Putina był czytelny. Rosyjski prezydent znowu powrócił do wrogiej retoryki pod adresem Kijowa, nie użył wprawdzie słowa „junta”, ulubionego określenia usłużnych kremlowskich propagandystów, ale nadmienił, że Ukrainą rządzą ludzie, którzy „zagarnęli władzę”. Ważniejsza była ta część wypowiedzi, którą Putin skierował wprost do Zachodu. Zagranie to miało na celu pokazać, że Ukraina nie jest samodzielna, nie potrafi zrobić nic konstruktywnego. To był bezpośredni apel, aby ci, którzy wspierają obecne kijowskie władze, nacisnęli swego „klienta” i skłonili Kijów do „realnego uregulowania pokojowego”. Czyli do realizowania postanowień Mińska 2, w tym objęcia ukraińską jurysdykcją separatystycznych tzw. republik ludowych, ale wedle scenariusza Kremla, z zachowaniem marionetkowych reżimów; dopiero potem możliwe byłoby rozważenie, kto sprawuje kontrolę nad granicą ukraińsko-rosyjską. W ten sposób Moskwa zyskałaby fantastyczny instrument powstrzymywania wszelkich prozachodnich zapędów Ukrainy – tzw. republiki ludowe udaremniłyby każdy krok w stronę Zachodu. Strona ukraińska ostatnio powtarzała, że przywrócenie ukraińskiej jurysdykcji nad tzw. republikami ludowymi, wybory itd. będzie możliwe, ale dopiero po odzyskaniu kontroli nad granicą, a nie – jak chce Moskwa – bez tej kontroli odzyskania. I Zachód zaczął się tej argumentacji przysłuchiwać.

    Prowokacją na Krymie Moskwa pokazała więc, że jest z tego obrotu spraw niezadowolona, że zaczyna się niecierpliwić. I jeżeli Zachód nie zechce wywrzeć nacisku na Kijów i przymusić „klienta” do postępowania zgodnego z rosyjskim scenariuszem, to może być znowu gorąco. Znowu wywalimy stolik, pokażemy pięść. Może nawet znów poleje się krew, znowu trzeba będzie szukać rozwiązań. Jak nie Mińsk 2, to Mińsk 3, 4, 5, aż do skutku. Przy czym Rosja podkreśla za każdym razem, że absolutnie nie jest stroną, jest tylko arbitrem. Ha.

    Co jeszcze można wyczytać spomiędzy wierszy komunikatu Putina? Że jeśli akcja „dywersant na Krymie” nie przyniesie Rosji spodziewanych owoców, to trzeba będzie Zachodowi powtórzyć dobitniej, że Ukraina jest państwem wspierającym terroryzm, skompromitować Ukrainę w oczach społeczności zachodniej, wykazać, że władze w Kijowie z niczym sobie nie radzą, nie zasługują na zaufanie etc.

    Czy to przekonujące? W oficjalnej wersji wydarzeń na Krymie tłuczonej przez rosyjską telewizję i inne prokremlowskie media są liczne luki, „niestykowki”, wszystko wygląda na zawczasu przygotowaną prowokację, pozbawioną przy tym ładu i składu.

    Reakcja USA na te rewelacje była zresztą powściągliwa: Departament Stanu przypomniał, że uważa Krym za okupowane terytorium Ukrainy i czeka na uregulowanie sytuacji we wschodnich prowincjach objętych promoskiewską rebelią. Rosyjski minister spraw zagranicznych Ławrow zapewniał swojego niemieckiego kolegę podczas wczorajszego spotkania, że „Rosja ma twarde dowody”. Ale na razie nikt ich nie widział.

    Rosyjski historyk profesor Walerij Sołowiej w audycji Radia Swoboda powiedział: „Wojny na dużą skalę pomiędzy Rosją i Ukrainą po tym wszystkim raczej nie będzie. Zostanie utrzymane status quo. Format normandzki ulegnie zawieszeniu. Rosja będzie czekać. To jej strategia. Poczeka w nadziei, że Ukraina sama się zawali pod ciężarem własnych problemów, że Zachód nie wytrzyma antysankcji i sam zdejmie sankcje [nałożone na Rosję], że w Ameryce zmieni się prezydent”.

    To chyba zbyt optymistyczna ocena. W rosyjskiej strategii faktycznie jest czekanie, ale jest też niecierpliwość, jest też liczenie na to, że jakaś mała (a w razie potrzeby nawet większa) prowokacja przyniesie duże zyski, że kropla dyplomacji Ławrowa wydrąży wreszcie jakiś choćby maleńki rozstęp w skale. Jeśli jeszcze nie teraz, to może za chwilę, kiedy zmieni się konstelacja polityczna na amerykańskim nieboskłonie, a fala migracyjna mocniej podmyje jedność Europy. Wyrażone przez Putina niezadowolenie z formatu normandzkiego to niezadowolenie z postawy europejskich partnerów – Niemiec i Francji. Może to pierwszy akord w symfonii zmysłów, jaką Putin chce skomponować z udziałem przyszłego prezydenta USA (wreszcie porozmawiamy jak równy z równym o nowym podziale stref wpływów, o losach świata całego, w tym Ukrainy, ale już bez pałętających się pod nogami niepoważnych Europejczyków). Poza tym są jeszcze wykonywane bez reporterskich fleszy „małe robótki” stricte wojskowe: ćwiczenia Kaukaz 2016, tworzenie i wyposażanie nowych jednostek wzdłuż granicy z Ukrainą itd. To też część rosyjskiej strategii.

    Poza tym Rosja ma jeszcze inne fortepiany, na których będzie grać, i to głośno. Ciąg dalszy nastąpi.

  • Hołd petersburski

    10 sierpnia. W rosyjskich bajkach powtarza się motyw przemiany bohaterów. Raz są dobrymi młodzieńcami, po czym uderzają się o ziemię i stają złymi szarymi wilkami. I na odwrót. Czary. Podobne przemiany następują w bohaterach na scenie politycznej. Sytuacja na linii Moskwa-Ankara zmienia się tak szybko, że niepodobna nadążyć. Raz turecki prezydent Erdogan jest dla Rosjan wrogim szarym wilkiem, by za chwilę uderzyć się o ziemię i wcielić w rolę przyjemnego sąsiada, który przestał już być przyjacielem Państwa Islamskiego i terrorystów, jak opowiadała przez wiele miesięcy rosyjska telewizja. Podobnie z percepcją rosyjskiego prezydenta w Turcji – jeszcze niedawno miał nad Bosforem opinię najeźdźcy, a już sułtan nazywa go „drogim przyjacielem” i wprasza się doń na podwieczorek.

    Wizyta Recepa Tayyipa Erdogana w Petersburgu była kolejnym krokiem na drodze do poprawy klimatu politycznego w stosunkach z Rosją (o pierwszych jaskółkach, świadczących o woli pojednania pisałam na blogu w połowie lipca: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/07/18/stary-wrog-nowy-przyjaciel/). Erdogan przeszedł wewnętrzną przemianę po przewrocie wojskowym – zagryzł wędzidło i przystąpił do czyszczenia przedpola u siebie w domu i tuż za miedzą. Między innymi chce uregulować co się da i jak się da w zepsutych stosunkach z Rosją.

    Władimir Putin postawił tureckiemu koledze kilka warunków odnowy przymierza. Sułtan musiał się publicznie ukorzyć przed carskim majestatem. „Drogi przyjaciel Władimir” łaskawie wysłuchał zapewnień o przyjaznych uczuciach, jakie Erdogan zaczął do niego żywić. Ale w odpowiedzi, miotając błękitne zimne błyskawice, wymienił długą listę rzeczy, którą Turcja powinna zrobić, aby zasłużyć na łaskę. Co dalej z tego będzie – zobaczymy, na razie jedynie otwarto furtkę. Może nawet tylko uchylono.

    Normalizacja stosunków jest niewątpliwie korzystna dla obu polityków. Nawet jeśli Putin i Erdogan nie osiągną pełnego porozumienia w kilku delikatnych sprawach – to przynajmniej nie będą sobie ostentacyjnie pluć w kaszę. To już duży plus i obniżenie napięcia.

    Erdogan na garnitur założył worek pokutny i odegrał rolę proszalnika, by odnowić współpracę gospodarczą i ponownie ściągnąć na Turecką Riwierę tysiące rosyjskich turystów, bez których nie ma życia i wpływów do budżetu. Putin wygłosił w swoim stylu ezopową mowę o tym, że może kiedyś w przyszłości, może nawet niedalekiej, zostaną zdjęte rosyjskie sankcje z tureckich pomidorów. Może tureccy budowniczowie dokończą w rosyjskich miastach stadiony na Mundial 2018. A może rosyjski gaz popłynie gazociągiem Turkish Stream, na którym postawiono krzyżyk, jeszcze zanim Turcy zestrzelili rosyjski samolot na pograniczu syryjsko-tureckim i w stosunkach Moskwy i Ankary nastała epoka lodowcowa. Ale przecież nie tylko o gospodarkę chodzi. Chodzi o dużo bardziej pochłaniające obu polityków partie geopolitycznych szachów.

    Syria. Tu interesy obu państw są rozbieżne. Rosja wspiera Asada, Turcja – wręcz przeciwnie: traktuje go jak wroga i domaga jego usunięcia. Rosja wspiera Kurdów, Turcja zwalcza Kurdów. Rosja traktuje Syrię jako strategicznie ważną rozgrywkę z Zachodem, dla Turcji to źródło bezpośredniego zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa itd. Obie strony mają coś ważnego do ugrania, targować będą się zatem ostro.

    Erdoganowi zależało, aby do świata zachodniego popłynął z Petersburga sygnał o ociepleniu stosunków z Rosją. Rosja nie zastąpi Erdoganowi Zachodu (szczególnie USA), ale pozwoli mu zwiększyć pole manewru w rozmowach z zachodnimi politykami. Teraz turecki sułtan sroży się, schładza temperaturę sojuszniczych stosunków z Ameryką, odgraża się NATO. Po puczu zażądał wydania przebywającego w USA duchownego Fethullaha Gulena, którego podejrzewa o zorganizowanie przewrotu. Stany odmawiają. Napięcie rośnie. I znowu na szachownicy pojawiają się Kurdowie. Waszyngton wspiera Kurdów (choć inne ugrupowanie niż to wspierane przez Moskwę), a Ankara uważa ich za wroga numer jeden.

    Turcja znajduje się w ciekawym momencie historii, na zakręcie, jeszcze nie wiadomo, którą drogą popędzi i dokąd ją te wybory zaprowadzą. Jest jak wąż w trakcie wylinki. Putin stara się wykorzystać ten moment słabości Turcji do własnych celów. Na Kremlu strzelałyby korki od szampanów, gdyby udało się zrealizować strategiczny cel: poróżnić Turcję i Zachód, pomieszać szyki, osłabić zaufanie. A może nawet wypłukać fundamenty – posiać niezgodę wewnątrz NATO (Turcja to druga armia Sojuszu). To daleka perspektywa, jeżeli w ogóle możliwa do spełnienia. Na razie strony wykonały rytualne gesty i przystąpiły do sporządzania protokołu rozbieżności. Zbieżności jest niewiele, bohaterowie naszej bajki jeszcze nie raz i nie dwa mogą uderzyć się o ziemię, by zmienić się w złego szarego wilka. I odwrotnie.