Kategoria: Bez kategorii

  • Slalom po ruchomych piaskach

    15 listopada. Tego jeszcze w Putinowskiej Rosji nie było: za łapownictwo zatrzymano dziś w nocy federalnego ministra. Aleksiejowi Ulukajewowi, ministrowi rozwoju gospodarczego – bo o nim mowa – inkryminuje się przyjęcie łapówki w wysokości 2 mln dolarów. Korzyść majątkowa miała być wręczona za pomyślne załatwienie sprawy koncernu Rosnieft’, który ubiega się o pakiet akcji drugiej wielkiej firmy naftowej: Baszniefti. Ministerstwo Ulukajewa wydało pozytywną opinię i droga do przejęcia łakomego kąska przez Rosnieft’ stała otworem przed jej szefem – Igorem Sieczinem.

    Według informacji mediów, minister został wzięty „na żywca”, zatrzymany z corpus delicti w rękach. Prezydent i premier byli na wcześniejszych etapach dochodzenia informowani przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa o postępach. Anonimowe dobrze poinformowane źródła podrzuciły mediom wiadomość, że FSB miało oko na Ulukajewa już od roku.

    W warunkach kryzysu nieco biedniejszy tort „nafciarze” i „gazownicy” dzielą wedle płynnie zmieniających się zasad. Jeden z najbliższych współpracowników Putin – Igor Sieczin – co rusz wyciąga rękę po pomoc. Komentatorzy kpią niemiłosiernie z jego wątpliwych umiejętności menedżerskich: „każdą kwitnącą firmę jest w stanie położyć”, „zamiast dywidend przynosi straty”, „nie umie dodać dwa do dwóch” itp. Ale Sieczin ma inny atut: dostęp do ciała, czyli bezpośrednie dojście do Putina. A to on decyduje, jak ma wyglądać przekazywanie aktywów i zarządzanie nimi. Kiedy więc okazało się, że Rosnieft’ znowu przeżywa trudne chwile, mimo uprzedniego wpompowania weń dużych sum, Sieczin postanowił przygruchać sobie Basznieft’. Opracowano kilkuetapowy plan (swoją drogą, sam w sobie temat na frapującą opowieść), którego efektem końcowym miało być wchłonięcie mniejszego partnera przez Sieczinowskiego molocha. 12 października Rosnieft’ zakupiła kontrolny pakiet akcji Baszniefti.

    Dwa słowa o samym bohaterze afery. Ulukajew zaczynał karierę na początku lat dziewięćdziesiątych. Reformator epoki Jelcynowskiej, Jegor Gajdar, zaprosił go do pracy w rządzie. Ulukajew zajmował kilka ważnych stanowisk w bloku ekonomicznym gabinetu, potem, już za Putina, był bliskim współpracownikiem kolejnego reformatora, ministra finansów Aleksieja Kudrina, w ostatnich latach zajmował fotel ministra rozwoju gospodarczego. Realizował kolejne programy gospodarcze Kremla. Nie wadził nikomu. Chociaż – może jednak wadził, skoro od roku się na niego zasadzano i czekano na odpowiednią okazję.

    Profesor Walerij Sołowiej wprost wiąże zatrzymanie ministra z walką różnych grup interesu w bezpośrednim otoczeniu Putina: „To walka nie tylko o zmniejszające się zasoby, ale w pierwszym rzędzie o przyszłość, o model reform, jaki ma zrealizować Rosja. Tyle słyszeliśmy o liberalnym modelu, przygotowywanym przez Kudrina, a jest przecież konkurencyjny plan, szykowany przez siłowików i kompleks paliwowy, ludzi bliskich prezydentowi. I ten drugi model liberalny nie będzie, raczej nakazowy. Zatrzymanie Ulukajewa to prewencyjne uderzenie, które ma powiedzieć dobitnie: zobaczcie, co stanie się z tymi, którzy staną nam na drodze, z tymi, którym marzy się ta diabelska liberalna pierestrojka”.

    Walki buldogów pod dywanem są firmową zabawą Kremla od niepamiętnych czasów, może Ulukajew padł w tej rundzie. Mecz trwa nadal.

    W podsumowaniu zaczerpnę z blogu Igora Ponoczewnego pewną pouczającą dykteryjkę z życia sfer urzędniczych: „Mój znajomy miał podjąć pracę na Kremlu. Razem z przyjaciółmi, którzy załatwili mu posadę, siedzieli w kawiarni i rozprawiali o szczegółach technicznych związanych z kolejnym etapem życia zawodowego. Wśród licznych papierów, które były potrzebne przy nowej robocie, trzeba było mieć jakiś dyplom uznania. Znajomy nie miał. Przyjaciele mówią mu: „Zaraz zawołamy jednego klerka, on to załatwi”. Klerk wysłuchał i mówi: „Dwa tysiące euro”. Przyjaciele wywodzący się ze służb, piechoty morskiej, oficerowie itd. oniemieli na takie dictum. Odmówili. Klerk tłumaczy, jak komu dobremu: „Ale ja mam szefostwo nad sobą, a u nas tak jest ustanowione, że bez opłat nic nie robimy”. No i co? Dopóki nie zapłacili, klerk palcem nie kiwnął. Z Ulukajewem mogło być podobnie: dostał zadanie, by wydać pozytywną opinię Rosniefti. W rozumieniu rosyjskich czynowników to praca, za którą bierze się pieniądze oddzielnie. Ulukajew zlecenie wykonał, zażądał pieniędzy, tak jak zawsze. Ktoś z boku mu usłużnie podpowiedział: „Ale to są ludzie, od których pieniędzy się nie bierze, zrozum pan”. Ulukajew wzruszył ramionami: „A co mnie to obchodzi, kim są ci ludzie? Choćby i sam Putin”. Putinowi o tym opowiedziano. Ten się wściekł. No i po Ulukajewa przyszli. Oto dlaczego taka nikła suma i taki mizerny powód całej sprawy. Trafiła kosa na kamień: poległ Ulukajew jak Szura Bałaganow przez drobiazg [bohater „Złotego cielca” Ilfa i Pietrowa, miał wielkie plany, a został przyłapany na małej kradzieży]”.

    A co do wysokości łapówki – przypomnę: 2 miliony dolarów – to ciekawe zdanie ma Gieorgij Satarow, ongi doradca Jelcyna. „To jakiś fake. Dziesięć lat temu łapówki w tej wysokości brali celnicy w stopniu majora-pułkownika. Ale nie minister, który decyduje o transakcji z akcjami Baszniefti. 2 mln to trzydzieści-czterdzieści razy mniej od wymaganego poziomu. Ale nie o pieniądze tutaj chodzi. Na tym szczeblu i przy tej skali wdzięczność wyraża się nie pieniędzmi, a udziałami w biznesie itd. Taki pomysł mógł się zrodzić tylko w warunkach całkowitej degradacji prokuratury, Komitetu Śledczego, FSB i posłusznych im sądów”.

    Za kulisami tego teatru jest dużo ciekawiej niż na scenie. Tak, tak, dobrze Państwo pamiętacie, cały czas grają sztukę „Putin walczy z korupcją”.

  • Czy Trump spełni nadzieje Rosji?

    9 listopada. Po ogłoszeniu wyników wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w Moskwie zapanowała euforia. Deputowani Dumy Państwowej przyjęli wiadomość o zwycięstwie Donalda Trumpa gromkimi oklaskami. Prezydent Władimir Putin już z rana wysłał depeszę gratulacyjną do zwycięzcy, wyraził nadzieję na poprawę stosunków rosyjsko-amerykańskich, zapewnił, że dołoży wszelkich starań, aby do tego doprowadzić.

    Zaraz też w szybkich mediach społecznościowych zaczęły pojawiać się spisy pobożnych życzeń, które można by zebrać pod wspólnym tytułem „Co Trump teraz powinien zrobić dla Rosji?”. Krótko rzecz ujęła szefowa rosyjskiej tuby propagandowej na zagranicę, telewizji RT, Margarita Simonjan: uznanie Krymu za rosyjski, zdjęcie sankcji, ugoda w Syrii, uwolnienie Assange’a. Ciekawy zestaw. Poprzeczka zawisła wysoko. Ale czy nowo wybrany amerykański prezydent faktycznie spełni pokładane w nim przez rosyjski establishment nadzieje?

    Podczas kampanii wyborczej w USA od maja br. na Kremlu stopniowo dojrzewała myśl, że przegrana Clinton (Clintonszy, jak familiarnie i z lekkim lekceważeniem mówiono o Hillary w rosyjskich mediach) otwierałaby nową perspektywę dla kiepskich stosunków rosyjsko-amerykańskich. Trump bowiem zapowiadał weryfikację polityki, wypowiadał się o Putinie przyjaźnie i w ogóle wyglądał na swojego chłopa, z którym można się dogadać. To, że taki ktoś pojawił się na wysokim firmamencie amerykańskiej polityki, Moskwa odczytała jako oznakę kryzysu elit w USA. Maksym Gorki zapewne nazwałby Trumpa „zwiastunem burzy” – nieuniknionych przemian w ładzie światowym. Rosja – sfrustrowana izolacją i kryzysem w gospodarce – chce upiec przy tym ogniu przemian swoją pieczeń.

    Putin nie mógł Obamie wybaczyć, że ten określił w jednym ze swoich ważnych przemówień Rosję jako „mocarstwo regionalne”. Rosyjski prezydent poczuł się dotknięty i zaczął wylewać fundamenty pod odbudowanie statusu Rosji jako supermocarstwa, żeby pokazać Obamie, jak bardzo się myli. Sankcje nałożone przez Zachód po aneksji Krymu, spadek cen ropy i kilka innych niekorzystnych czynników sprawiły, że ten marsz ku wymarzonym mocarstwowym wyżynom wpierw mocno spowolnił, a potem wręcz utknął. Mimo to Moskwa nakręcała sprężynę, uciekając się do ostrej retoryki i straszenia wojną, w tym jądrową. Znamienne jest to, że podczas kampanii wyborczej w USA Rosja oficjalnie zachowywała dystans, Putin zapewniał kilkakrotnie, że Kreml będzie współpracował po wyborach z każdym amerykańskim prezydentem. Ale jednocześnie działy się rzeczy bez precedensu – ataki na serwery Partii Demokratycznej, wycieki, mające dyskredytować Demokratów itd. Jednym słowem – Rosja pokazała, że potrafi bruździć i że trzeba się z nią liczyć.

    Po wyborach w USA na pewno zmieni się rozkład figur na światowej szachownicy. Rosja liczy na to, że osłabną więzi transatlantyckie, a rozmiękczona dzięki temu Europa łatwiej da się podzielić i urobić. I dotyczy to zarówno sfery gospodarczej i handlowej (np. losów TTIP), jak i militariów. Po warszawskim szczycie NATO, na którym postanowiono wzmocnić wschodnią flankę Sojuszu, Kreml zachował się powściągliwie. Znać było wyczekiwanie, najwyraźniej liczono na to, że jeszcze wszystko da się odegrać, cofnąć, a w każdym razie złagodzić i znowu się w tej sprawie układać. No i jest jeszcze do załatwienia z nowym prezydentem kwestia tarczy antyrakietowej w Europie. Część instalacji w Polsce jeszcze nie powstała, z punktu widzenia Kremla można powalczyć o zniweczenie tego projektu. Czy te optymistyczne rachuby Kremla będą uwzględnione? Trump przecież tak szydził z NATO. Kolejne pytanie.

    Ważny rozdział to Ukraina. Rosyjskie media otwartym tekstem powtarzają od miesięcy, że „kijowska junta” to projekt Białego Domu. A zatem na Kremlu być może tli się nadzieja, że wraz z odejściem administracji Obamy projekt ten zostanie zwinięty, a Rosja odwojuje stracone pozycje. Ale czy faktycznie tak się stanie?

    No i jest jeszcze Syria – temat na oddzielną rozprawkę.

    Do momentu zaprzysiężenia nowego prezydenta (styczeń 2017) będą się odbywać rytualne tańce i przymiarki do nowej sytuacji. Na razie politycy tasują karty, jeszcze do nowego rozdania zostało trochę czasu. Jaką treścią napełni się ta chwila i jakie karty będą w grze?

    O perspektywach mówią dziś w Rosji wszyscy, którzy mają cokolwiek do powiedzenia. Cytowanie nawet tych najciekawszych wypowiedzi zajęłoby wiele miejsca (czytających po rosyjsku odsyłam do strony Radia Swoboda, gdzie zebrano liczne komentarze: http://www.svoboda.org/a/28105176.html). Wybiorę głos politolożki Lilii Szewcowej: „Trumpizm stał się symbolem rozmiękczenia amerykańskich norm i tabu. Ale uprawiającemu dziś schadenfreude rosyjskiemu audytorium chciałabym przypomnieć, że Rosja przywykła do boksowania się z przewidywalną Ameryką. Kreml wywraca stoliki i zrzuca figury z szachownicy, ale oczekuje przy tym od Amerykanów, że ci będą się stosować do norm i przepisów. Teraz sytuacja może być inna. Trump jest nieprzewidywalny i na zagrywki Kremla może odpowiedzieć niestandardowo”. Na razie to wróżenie z fusów, bo nie znamy zamiarów nowego prezydenta USA. Ale Szewcowa ma rację, jeśli chodzi o sposób prowadzenia polityki przez Kreml – sam reguły łamie, ale od Zachodu wymaga stosowania się do nich. Pod tym kątem warto popatrzeć na reakcję Moskwy po zeszłorocznym incydencie z zestrzelonym przez Turcję rosyjskim samolotem operującym w Syrii. Zdziwienie, że ktoś też zagrał jak chuligan, było w Moskwie ogromne.

    Podczas niedawnego zlotu polityków i politologów w ramach Klubu Wałdajskiego chiński uczestnik, pytany o opinię na temat amerykańskich wyborów prezydenckich, opowiedział krótką anegdotkę: „Gdy cztery lata temu wybierano pomiędzy Obamą a Romneyem, mówiliśmy: nieważne, czy wygra czarny kot czy biały kot, to będzie amerykański kot. Teraz gdy Amerykanie wybierają pomiędzy Clinton a Trumpem, mówimy: nieważne, czy wygra kotka czy kocur, to nadal będzie amerykański kot”.

  • Gdy nieświęci maszerują

    6 listopada. Kilka lat temu byłam na początku listopada w Petersburgu. Miasto zeszklone było mrozem, który zamienił jesienną wilgoć w twardą przezroczystą taflę. Przechodnie wywijali przemyślne hołubce, próbując utrzymać równowagę. 4 listopada zaczęło na dodatek wiać lodowatym zimnem. Te zaporowe warunki pogodowe nie przeszkodziły jednak dwóm zorganizowanym grupom obywateli w licznym wyjściu na ulice. Pierwsza z tych grup: aktywiści mieszanych – ultraprawicowej i ultralewicowej – sztuk walki wyszli na „russkij marsz”, by w Dniu Jedności Narodowej zamanifestować wyższość białej rasy nad każdą inną, wznieść hasło „Rosja dla Rosjan” itd. Drugą zorganizowaną grupę stanowili policjanci w kostiumach z filmu „Gwiezdne wojny”. Obie grupy od samego rana ganiały się po mieście. Do większych incydentów nie doszło.

    W Moskwie też przez wiele lat z rzędu odbywały się „ruskie marsze”. Apogeum żarliwości przypada na lata 2010-2011. Wtedy w blokowisku Lublino zbierało się kilkanaście tysięcy napalonych nacjonalistów. Ich demonstracje miały zabarwienie antyczeczeńskie i antyimigranckie. Oficjalne uroczystości organizowane przez władze nie gromadziły tak licznej publiczności. Były bezbarwne i oddawały to ciągle obecne zdziwienie: a co my tak naprawdę świętujemy?

    Podczas tegorocznych obchodów zauważalna była tendencja odwrotna: na marsz w peryferyjnym Lublino przyszło nieledwie kilkaset osób, oficjalne obchody natomiast zorganizowano z wielkim rozmachem.

    Na „ruskim marszu” wznoszono nie tylko stare hasła: „Rosja dla Rosjan”, ale także nowe: „Rosja bez Putina”. Tak, tak. W ciągu ostatnich dwóch lat władze przetrzepały szeregi nacjonalistów, główne organizacje zostały uznane za nielegalne. Kryzys ruchu nacjonalistycznego w Rosji nastąpił w 2014 r. w związku z wydarzeniami na Ukrainie. „Część ultraprawicowych organizacji ochoczo przyjęła politykę Kremla w stosunku do zrewolucjonizowanej Ukrainy […]. Teraz jesteśmy z państwem, to nasz program – oznajmiła część organizacji. […] Druga część nacjonalistów zakwalifikowała wojnę Kremla przeciwko Ukrainie jako ekspedycję karną wymierzoną w naród ukraiński, który odważył się wzniecić bunt. Sympatie tego segmentu ruchu nacjonalistycznego były po stronie ukraińskich nacjonalistów, którzy stali się ważną siłą Majdanu i z powodzeniem bili się z milicją w Kijowie. Jedni rosyjscy nacjonaliści, sympatyzujący z ukraińską rewolucją (np. Aleksandr Biełow), ograniczyli się do sabotażu polityki Kremla przy werbowaniu nacjonalistów na ukraińską wojnę, a inni sami się wybrali na wojnę, by walczyć po stronie ukraińskiej”. Cytat zaczerpnęłam z opracowania na stronie „Otwartej Rosji”, polecam: https://openrussia.org/post/view/17998/

    Tak więc amok „krymnaszyzmu” porozrzucał nacjonalistów na dwie przeciwstawne strony barykady. Część zasiliła takie animowane przez Kreml byty jak Antymajdan czy NOD, które mają czuwać, by na „wypalonej napalmem polanie” (słowa jednego z liderów ruchu nacjonalistycznego) nie wyrosły żadne pędy „kolorowych rewolucji”.

    Zorganizowane przez władze imprezy związane z 4 listopada miały zamanifestować jedność narodu (dużo zdjęć i komentarzy tu: http://www.svoboda.org/a/28096636.html). Wokół pojęcia „naród” ostatnio wiele plusku w kremlowskiej sadzawce. Prezydent zamierza wypromować ustawę o narodzie rosyjskim. Zebrał naradę, posadził różne mądre głowy do myślenia nad kształtem doniosłego aktu. Krytyczni komentatorzy inicjatywy Putina twierdzą, że żadną ustawą narodu się nie stworzy. Można popatrzeć choćby na nie tak dawne doświadczenie schyłkowego ZSRR. Zastojowy gensek Breżniew cieszył się na początku lat osiemdziesiątych, że oto wykuwa się nowy byt: naród radziecki, który trwać będzie wiecznie ku chwale równie wiecznego ZSRR. Wieczność nie trwała nawet dekady – wszystko się posypało i popruło właśnie po szwach narodowych.

    Jednym z elementów budowania jedności narodu rosyjskiego ma być pomnik św. Włodzimierza. Putin postawił go pod murami Kremla, osobiście odsłaniał, wygłaszał przemówienie. Obecna na uroczystości polityczna klaka zachwycała się, że oto Moskwa uczciła „twórcę państwa rosyjskiego”, „tego, co zbierał ziemie ruskie”, „tego, co dał nam wiarę chrześcijańską”. Tytuł Włodzimierza – wielkiego księcia kijowskiego – nie został przywołany ani razu. Monumentalna propaganda Putina ma za zadanie wydrzeć Kijowowi miano kolebki chrześcijaństwa i wszystkiego, co się z tym wiąże. Wśród niepochlebnych komentarzy przeciwników stawiania pomnika powtarzało się zdanie: „Putin postawił pomnik w Moskwie, gdzie Włodzimierz nigdy nie był”. Ba, nawet o Moskwie nie mógł słyszeć, bo pierwsze wzmianki o tym mieście pojawiły się pół wieku później. Ale to nieważne, grunt, by odebrać Ukrainie patrona.

    Dowcipnie sytuację podsumował Michaił Chodorkowski: „Teraz w Moskwie jeden Władimir leży, drugi Władimir siedzi, a trzeci Władimir stoi”.

  • Którzy odeszli. 2016

    1 listopada. Jak co roku tego dnia – pożegnania.

    Pod koniec listopada 2015 rosyjska kultura poniosła dotkliwą stratę – odszedł reżyser Eldar Riazanow. Twórca popularnych filmów, które Rosjanie uwielbiali, uważali za swoje, domowe. Historie opowiadane przez Riazanowa były częścią albumów rodzinnych, bohaterowie jego filmów – domownikami, sąsiadami, bliskimi. Rosjanie mówią o takich filmach (książkach, piosenkach) народные [narodnyje] – narodowe, stanowiące tkankę narodu. Pierwszym takim filmem była – nakręcona w połowie lat 50. – „Noc karnawałowa”, w której zadebiutowała młodziutka aktorka, która potem też stała się „narodną” gwiazdą – Ludmiła Gurczenko. Piosenki z tego filmu do dziś należą do obowiązkowego noworocznego repertuaru rosyjskich mediów. Do historii kina Riazanowa na dobre wszedł w połowie lat 70., gdy nakręcił kolejny noworoczny evergreen: „Ironia losu” (w Polsce znany również pod tytułem „Szczęśliwego Nowego Roku”). Główną rolę kobiecą zagrała w nim Barbara Brylska, odtąd idolka kolejnych pokoleń widzów płci męskiej po tamtej stronie Bugu. Film-legenda rokrocznie gości na ekranach telewizorów w wieczór sylwestrowy, jest obowiązkowym składnikiem uroczystej rodzinnej kolacji noworocznej jak sałatka Olivier, choinka i prezenty. Z późniejszej twórczości na uwagę zasługuje „Gorzki romans” według sztuki Ostrowskiego z rewelacyjną rolą Nikity Michałkowa i równie rewelacyjną oprawą muzyczną (https://www.youtube.com/watch?v=sfOi-ATv-QM). Eldar Riazanow został pochowany na prestiżowym cmentarzu Nowodziewiczym w Moskwie.

    Na tym cmentarzu – wśród wielu wspaniałych pomników – znajduje się wyjątkowa rzeźba: nagrobek Nikity Chruszczowa (jedynego genseka, którego nie złożono do grobu w alei zasłużonych pod murami Kremla). To dzieło Ernsta Nieizwiestnego, niepokornego, niespokojnego twórcy, wizjonera, pioniera awangardy. Nieizwiestny zmarł w sierpniu tego roku w Nowym Jorku. Do historii przeszedł jego słynny spór z Chruszczowem na początku lat 60. Nikita Siergiejewicz kpił i potępiał w czambuł prace awangardystów, uważał, że obrażają one „człowieka radzieckiego”, nazywał prace Nieizwiestnego i innych artystów, którzy odeszli od obowiązującego socrealizmu, „sztuką zdegenerowaną”. Nieizwiestny wszedł z nim w ostrą polemikę, broniąc prawa artysty do własnej interpretacji rzeczywistości, choćby to była nietykalna, kanoniczna rzeczywistość radziecka. Ale się w tej rzeczywistości dusił, wiecznie poddawany ograniczeniom. Wyemigrował z ZSRR. Od drugiej połowy lat 70. głównie pracował w USA, po upadku ZSRR przyjeżdżał do Rosji. Kiedy w 1971 r. zmarł jego zażarty polemista, Chruszczow, rodzina zwróciła się właśnie do Nieizwiestnego z prośbą o wykonanie rzeźby nagrobnej. Nie odmówił.

    Wśród zamawiających projekt była córka Chruszczowa, Rada Adżubej. Zmarła trzy dni po Ernście Nieizwiestnym, 11 sierpnia br. Była dziennikarką, redaktorką, publicystką, żoną znanego dziennikarza Aleksieja Adżubeja (był redaktorem naczelnym jednego z najważniejszych sowieckich dzienników „Izwiestia”). Większość swojego zawodowego życia poświęciła czasopismu popularnonaukowemu „Nauka i Żyzń”. We wspomnieniach ludzi, którzy ją znali, pozostała skromną, doskonale wykształconą osobą o wysokim morale i kulturze. „Rossijskaja Gazieta” w nocie wspomnieniowej po śmierci Rady Nikiticzny napisała: „Teraz w modzie jest wykpiwanie prowincjonalnego wyglądu matki Rady [żony Nikity Chruszczowa, Niny Kucharczuk], którą podczas wizyty Chruszczowa w USA fotografowano obok światowej damy, eleganckiej Jacqueline Kennedy. Ale wystarczy popatrzeć na zdjęcia Rady Nikiticzny, aby zrozumieć, że już w następnym pokoleniu zrównaliśmy się, a może nawet wygraliśmy w rywalizacji”. Ciekawe spojrzenie.

  • Destabilizując Ukrainę, czyli przygody szarej eminencji Kremla

    27 października. Na berlińskie narady o Ukrainie i Syrii Władimir Putin zabrał ze sobą swego doradcę Władisława Surkowa. Pojawienie się szarej eminencji Kremla w Niemczech wywołało małe tornado. Nazwisko Surkowa znajduje się wszak na europejskiej liście sankcyjnej. Strona rosyjska powiedziała tym samym wyraźnie: oto, co myślimy o tych waszych sankcjach, funta kłaków nie są warte.

    Surkow został przez Putina posadzony 19 października przy stole w Berlinie, gdy w formacie normandzkim (Francja, Niemcy, Rosja, Ukraina) omawiano kwestie uregulowania sytuacji w Donbasie. Zresztą tak na marginesie – nic nowego w tej materii nie ustalono. Surkow ma w swojej oficjalnej tytulaturze przypisaną funkcję „doradca (asystent) do specjalnych poruczeń”. Strefą specjalną specjalnych poruczeń jest od ponad dwóch lat Ukraina, a zwłaszcza Donbas. Surkow po niezbyt długiej pauzie – został zesłany na kilkumiesięczną kwarantannę – powrócił na Kreml we wrześniu 2013 roku (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2013/09/25/kremlowski-dzial-personalny/) . Powrócił i zabrał się do tego, co lubił najbardziej: pisania scenariuszy zakulisowych gier. Jego nazwisko co rusz wypływało, gdy mowa była o zielonych ludzikach na Krymie i rosyjskiej wiośnie na wschodzie Ukrainy. Za koordynowanie działań na Krymie został odznaczony orderem.

    Kilka dni po berlińskich rozmowach nieznana wcześniej grupa hakerów Cyberjunta (z Ukrainy) opublikowała w Internecie zawartość skrzynki mailowej Surkowa. A właściwie jego sekretariatu. W 2500 listach z lat 2013-2014 zawarta jest historia manipulacji Moskwy wokół wydarzeń na Ukrainie od rewolucji godności przez aneksję Krymu po projekt Noworosja. Autentyczność dokumentów potwierdziło kilka źródeł. Sekretarz Putina, Pieskow, pytany przez dziennikarzy, unikał jak ognia twardego potwierdzenia czy zaprzeczenia prawdziwości dokumentacji, łamiąc sobie głowę nad pokrętnymi sformułowaniami, które mogą oznaczać wszystko, a nie znaczą nic.

    Ujawnione maile dowodzą, w jaki sposób Surkow działał, przygotowując reakcję Kremla na wydarzenia na Majdanie.

    – Trzeba przekopać masę materiału, żeby znaleźć coś nowego i ciekawego – mówił w audycji Radia Swoboda Kiriłł Michajłow z grupy Conflict Intelligence Team. – Choć nie ma w tym czegoś superkompromitującego, o czym byśmy już nie wiedzieli. O tym, że Surkow zarządza Doniecką i Ługańską Republiką Ludową, wszyscy od dawna wiedzieli. Teraz po prostu mamy potwierdzenie. Rachunki, listy płac, nazwiska osób wyznaczonych do konkretnych działań. Ale tekstu w rodzaju: „Władisławie Jurjewiczu, zestrzeliliśmy boeing” nie ma.

    W masie dokumentów, jakie spływały do skrzynki Surkowa w 2013 roku, zwraca uwagę licznie reprezentowana korespondencja dotyczącą zachowań ówczesnego prezydenta Ukrainy, Wiktora Janukowycza w związku z planowanym podpisaniem przezeń umowy stowarzyszeniowej z UE. Jak dziś wiemy, ostatecznie Janukowycz jej nie podpisał (podczas rozmów z Putinem został urobiony i przekupiony), co stało się powodem demonstracji w Kijowie. Potem przez skrzynkę przewijają się dokumenty analizujące sytuację na Krymie (jeszcze przed akcją zielonych ludzików). Potem Surkow prowadzi korespondencję z jednym z liderów Donieckiej Republiki Ludowej, Denisem Puszylinem. Nie ma wątpliwości, kto i na jakiej zasadzie brał udział w rozróbie na Krymie i potem na wschodzie Ukrainy – są m.in. listy uczestników specjalnych narad.

    Z ciekawostek warto zwrócić uwagę na to, że Surkow miał swoich ulubieńców, którym powierzał ważne przedsięwzięcia w rozkręcaniu Noworosji (Puszylin, Zacharczenko, Cariow). W tym gronie nie było jednej z najbardziej znanych postaci rosyjskiej wiosny, Igora Girkina vel Striełkowa. I oto w dniu, kiedy Cyberjunta zrobiła zrzut zhakowanej dokumentacji, Striełkow w Twitterze napisał z jadem: „Dopóki akcją na Ukrainie kieruje Surkow i jego marionetki, dopóty należy się spodziewać wyłącznie klęsk na każdym odcinku”. Cóż, Striełkow ostatnio walczy o szczątki uwagi niegdyś entuzjastycznej dla jego pomysłów, dziś chłodniej i nielicznej publiczności. Skandal z pocztą Surkowa był dla niego znakomitą okazją, aby o sobie przypomnieć. Choćby na krótko.

    Hakerzy rządzą dziś światem – co rusz wyciągają z różnych szaf mniej lub bardziej zetlałe truposze. Truposze z szafy Surkowa są nie pierwszej świeżości, ale ich wartość polega na potwierdzeniu tego, co wyciekało już wcześniej z różnych szczelin. Cyberjunta zapowiada, że niebawem dorzuci nowsze materiały. Jak piszą rosyjscy internauci, kupcie sobie popcorn i wygodnie umośćcie się na kanapie – będzie na co popatrzeć.