Kategoria: Bez kategorii

  • Druga śmierć pod murami Kremla

    25 sierpnia. Po śmierci opozycjonisty Borysa Niemcowa, zastrzelonego pod murem Kremla 27 lutego 2015 roku, w miejscu, gdzie zginął, powstał spontaniczny memoriał. Ludzie przynosili kwiaty, zapalali znicze. Periodycznie przyjeżdżały służby oczyszczania miasta i pod osłoną nocy wymiatały złożone pamiątki, miejsce pamięci niszczyli też kilkakrotnie tak zwani prokremlowscy aktywiści, np. członkowie radykalnej grupy SERB. Nazajutrz memoriał ponownie ukwiecano. Po pewnym czasie na moście, gdzie dokonano zabójstwa, wolontariusze zaczęli pełnić dyżury, by zapobiec powtarzającym się demolkom. Jednym z wolontariuszy był 37-letni mieszkaniec Moskwy, montażysta Iwan Skripniczenko.

    – Byliśmy umówieni w większym gronie, bo 15 sierpnia mijało dokładnie dziewięćset dni od śmierci Borysa Niemcowa – opowiedziała „Nowej Gazecie” wolontariuszka Tamara Ługowych (https://www.novayagazeta.ru/articles/2017/08/25/73598-politsiya-nikogda-etim-ranshe-ne-interesovalas-o-chem-govoryat-tovarischi-ivana-skripnichenko-pogibshego-posle-napadeniya-u-memoriala-nemtsova). – Planowaliśmy, że ogłosimy minutę ciszy, aby upamiętnić tę datę. Iwan przyszedł wcześniej. […] Jak potem opowiadał, stał sobie spokojnie, obok przechodziła para. Mężczyzna był wysoki i barczysty. I był podchmielony. Zaczął zaczepiać Iwana: „Po co pan tu stoi? Putina pan nie kocha?”. Iwan był bardzo spokojnym człowiekiem, więc spokojnie mu odpowiedział: „A dlaczego miałbym kochać Putina? Czy Putin to dziewczyna, że miałbym go kochać?”. Ta odpowiedź najwyraźniej zdenerwowała przechodnia, bo podszedł blisko i pięścią uderzył Iwana w twarz. Jak się później okazało, złamał mu nos. A potem sobie odszedł z towarzyszącą mu kobietą.

    Jeden ze znajomych Iwana dodaje, że mężczyzna był w mundurze i mówił ze specyficznym akcentem, być może pochodził z Doniecka lub Ługańska.

    Skripniczenko trafił do szpitala, tam został opatrzony, twarz miał zdeformowaną, sińce pod oczami, niemniej nic nie wskazywało, że jego stan zdrowia może się dramatycznie pogorszyć. 22 sierpnia ponownie trafił na oddział, gdzie miał przejść kolejny zabieg. W nocy zmarł. Oficjalnie przyczyny śmierci nie są znane, nieoficjalnie media przedstawiają dwie wersje: skrzep, który powstał w wyniku obrażeń albo choroba krążenia. Wszczęto śledztwo w sprawie wyjaśnienia okoliczności pobicia.

    Jak twierdzą wolontariusze, np. Nadieżda Mitiuszkina z ruchu Solidarność (https://www.svoboda.org/a/28696683.html), dyżurujący przy memoriale ludzie często stawali się obiektami słownej agresji ze strony przechodniów. „Pijani, agresywni ludzie przychodzą tu niemal codziennie. Zwykle to jakaś pijana grupka albo pojedynczy podpity gość. Coś im się nie podoba, zaczynają wyklinać, wygadywać niestworzone rzeczy o Borysie [Niemcowie], o nas. Różnie się te sytuacje rozwijają […] Borys zawsze mówił, że nie można dać się sprowokować, trzeba dbać o ludzi, nie wdawać się w rozmowy z tymi, którzy zaczepiają i ewidentnie mają zamiar sprowokować kłótnie. Dla nas przekaz Borysa ma wielkie znaczenie”.

    Czy sprawca pobicia zostanie złapany i postawiony przed sądem? Współpracownicy Skripniczenki wyrażają pesymizm. W sprawie wyjaśnienia okoliczności zabójstwa Borysa Niemcowa nadal bez odpowiedzi pozostają zasadnicze pytania. Wprawdzie odbył się proces, przed obliczem rosyjskiej Temidy postawiono kilku Czeczenów, których skazano za zabicie Niemcowa na wieloletnie wyroki pozbawienia wolności. I śledztwo, i proces pozostawiły jednak wiele znaków zapytania. Jedną z najważniejszych kwestii pozostaje ustalenie zleceniodawcy tego zabójstwa.

  • Pytanie do drzewa

    19 sierpnia. Jak powszechnie wiadomo, rewolucja zjada własne dzieci. Rosyjska rewolucja swoje dzieci chętnie rozstrzeliwała. Tysiącami, setkami tysięcy. Także swoich piewców, którzy poezją, prozą i dramatem wysławiali pod niebiosa jej wyższość nad zastanym porządkiem. Wśród przemielonych przez zbrodniczą machinę stalinizmu był też jej wielki entuzjasta Władimir Kirszon. Dziś mija 115. rocznica jego urodzin, a niespełna miesiąc temu minęła 79. rocznica jego śmierci. Tak, przez rozstrzelanie.

    Kirszon był zdeklarowanym bolszewikiem, członkiem partii od momentu uzyskania pełnoletności, w pierwszym szeregu walczył po stronie czerwonych w wojnie domowej. Służył rewolucji jako wierszokleta – pisał teksty piosenek i sztuki teatralne na potrzeby agitacji. Zasłużył się wielce w organizowaniu struktur organizacji pisarzy, od 1925 r. był sekretarzem RAPP – stowarzyszenia pisarzy proletariackich. Kirszon był apologetą Stalina i jego „wielkich dzieł”, a tych, którzy nie podzielali jego entuzjazmu, zwalczał wszelkimi dostępnymi środkami. Organizował nagonki na kolegów po piórze, między innymi na Michaiła Bułhakowa, Michaiła Zoszczenkę, Michaiła Priszwina, za niezbyt gorliwe zaangażowanie w tworzenie nowego człowieka sowieckiego, schlebianie gustom burżuazyjnym itd. Masami pisywał do Stalina listy, w których uprzejmie donosił na kolegów, zabiegał przy tym o przychylność wodza dla własnych dzieł. Z powodzeniem.

    O popularnych w latach dwudziestych i trzydziestych sztukach Kirszona mało kto dziś pamięta. Tytuły mówią same za siebie „Tory śpiewają” (Рельсы гудят), „Cudowny spław” (Чудесный сплав), „Chleb” (Хлеб), „Wielki dzień” (Большой день) – to o wojnie światowej, która kończy się globalnym zwycięstwem komunizmu. We wszystkich utworach wysławiał przede wszystkim Stalina: „to typ nowego przywódcy, ideowego bolszewika”. Piętnował natomiast wpływ ideologii burżuazyjnej na młode pokolenie, od czci i wiary odsądzał tych, którzy sprzeciwiają się kolektywizacji itd.

    Mimo że agitki Kirszona były marnymi sztuczydłami pozbawionymi walorów literackich, wystawiały je największe teatry – MChAT, Teatr Wachtangowa, Bolszoj Dramaticzeskij Tieatr w Leningradzie. Choć konstrukcja sztuk Kirszona miała wdzięk betonu, a bohaterowie wygłaszali propagandowe pogadanki dalekie od życia, w recenzjach pisano, że akcja jest wartka, problemy doniosłe, a postaci żywe. Te teatralne bohomazy nie schodziły z afisza przez kilka sezonów. Ale w końcu zeszły.

    Ich wartość artystyczna nie miała tu nic do rzeczy. Kirszon należał od połowy lat dwudziestych do kręgu osób blisko związanych z Gienrichem Jagodą, komisarzem ludowym spraw wewnętrznych. NKWD pod wodzą Jagody przeprowadziło pierwszą wielką czystkę na fali represji po zabójstwie Kirowa. I jak to w totalitarnych bajkach bywa, wódz w pewnym momencie postanowił się pozbyć wykonawcy zbrodni, tym bardziej że Jagoda nie zgadzał się ze Stalinem w kilku kwestiach. W 1937 r. Jagoda został aresztowany, oskarżony o spisek i w 1938 r. stracony. Kirszon podzielił los swego protektora – został oskarżony o trockistowskie odchylenie, spisek i szpiegostwo i rozstrzelany. Miał zaledwie 35 lat. Został pochowany w bezimiennej zbiorczej mogile w tzw. Kommunarce.

    Teraz jeszcze kilka słów o „życiu po życiu”. Jak pisała Jekatierina Kowalewska w „Rossijskiej Gazecie” (https://rg.ru/2015/06/29/reg-skfo/kirshon.html), Kirszon nie był poetą, w każdym razie za takiego się nie uważał, niemniej do niektórych swoich sztuk, zwłaszcza tych lżejszych, komediowych dodawał piosenki. Do wystawianej w Teatrze Wachtangowa w Moskwie komedii „Dzień urodzin” (День рождения) popełnił tekst „Zapytałem jesion, gdzie jest moja ukochana” (Я спросил у ясеня, где моя любимая), muzykę skomponował Tichon Chriennikow. Podobno kompozycja była ironiczna i wesoła, nuty się nie zachowały. Drugie życie tekst nieoczekiwanie zyskał dzięki oprawie Mikaela Tariwierdijewa – i ta kompozycja została wykorzystana przez Eldara Riazanowa w legendarnym dziś filmie „Ironia losu” z Barbarą Brylską i Andriejem Miagkowem. Film wyświetlany jest w każdego Sylwestra w rosyjskiej telewizji, stał się takim samym trwałym elementem uroczystości powitania Nowego Roku jak szampan czy sałatka Olivier. Piosenka w filmie jest liryczna (https://www.youtube.com/watch?v=YkoBjUL-2uE) i nic nie wskazuje na jej proletariacki, zaangażowany ideowo rodowód. Nikt zresztą nie pamięta o autorze słów, który pewnie by się zdziwił, gdyby zobaczył, że to jedyne jego dzieło, które oparło się próbie czasu. I że prowadzi ono własne życie diametralnie odmienne od zamysłu twórcy.

    Większość zdjęć Kirszona, jakie można znaleźć w dostępnych źródłach, przedstawiają jowialnego pana w średnim wieku, wystylizowanego (Bułhakow opisał go jako ubranego po europejsku elegancika), uśmiechniętego, zadowolonego z życia i dokonań, spełnionego i bez emocji patrzącego w przyszłość. I jest jedno zdjęcie, zrobione już po aresztowaniu (można je obejrzeć m.in. tu: http://andreistp.livejournal.com/7961650.html). W oczach Kirszona zaklęta jest bezbrzeżna rozpacz, przeżyte właśnie być może pierwsze w życiu upokorzenie, porzucona nadzieja. Czy jest w tych oczach świeżo uzyskana świadomość logiki zbrodniczego totalitarnego systemu, któremu z takim oddaniem służył? Nie zachowały się dokumenty, które by o tym świadczyły. Do końca Kirszon wierzył w Stalina i w to, że wódz mu pomoże. Nie pomógł. Przecież nie mógł pomóc.

  • Kanclerz na posyłki

    15 sierpnia. Drug Gerhardt przyjeżdżał do druga Władimira w gości. Urządzali wspólne przejażdżki saniami w towarzystwie kochających małżonek. Razem chodzili do bani, pili piwo, podpisywali porozumienia o wzajemnej współpracy, fotografowali się uśmiechnięci, ściskający się w zachwycie. Drug Gerhardt nazywał druga Władimira „kryształowo czystym demokratą”. Państwo Schröderowie adoptowali trzyletnią Wiktorię z domu dziecka pod Petersburgiem, co uznano za akt pełnego wzajemnego zaufania. Wszystko szło bardzo dobrze i układało się po myśli. Aż tu drug Gerhardt przegrał w 2005 roku wybory i przestał być kanclerzem Niemiec. Drug Władimir pospieszył z pomocą. Niemal nazajutrz po przegranej elekcji zaproponował drugowi Gerhardtowi lukratywną posadkę, za drobne 250 tys. euro rocznie Schröder zaczął pracować w pocie czoła w firmie Nord Stream AG, spółce córce Gazpromu, obsługującej gazociąg z Rosji do Niemiec biegnący po dnie Bałtyku. Krytycy w Niemczech zaczęli nazywać Schrödera „sługą Putina”. Nie przeszkodziło to Schröderowi w 2016 roku stanąć na czele kolejnej struktury związanej z projektem drugiej nitki gazociągu Nord Stream.

    I oto teraz po mediach rozchodzą się wieści, że były kanclerz wejdzie do zarządu kolejnego rosyjskiego molocha paliwowego – koncernu Rosnieft’. Nowy zarząd ma być wybierany na zgromadzeniu akcjonariuszy 29 września. Rząd Rosji już zatwierdził kandydatów, wśród których figuruje nazwisko Schrödera. Na liście znajduje się też Matthias Warnig, enerdowski znajomy Putina z okresu służby w Dreźnie, który podobnie jak drug Gerhardt pracuje w Nord Stream AG, jest kawalerem Orderu Honoru Federacji Rosyjskiej za wybitny wkład i tak dalej. Według enuncjacji niemieckiej prasy, nowi członkowie zarządu mieliby pobierać apanaże w wysokości pół miliona dolarów rocznie.

    Wieści o zaangażowaniu Schrödera w obsługę interesów kolejnej rosyjskiej firmy wywołały tsunami krytyki w niemieckiej prasie. W licznych publikacjach przypomina się, że kierujący koncernem Rosnieft’ Igor Sieczin należy do najbliższych współpracowników Putina, naftowy gigant realizuje linię polityczną Kremla. Związanie się z firmą Rosnieft’ oznacza związanie się z Kremlem. „Schröder stoczył się ostatecznie na pozycję płatnego lokaja polityki Putina” – stwierdził polityk z partii Zielonych, Reinhard Bütikofer. Układanie się Schrödera z Rosjanami nazwał bezwstydem. Ekskanclerz zebrał też cięgi od ekologów, którzy krytykują Rosnieft’ za prowadzenie odwiertów na terenach należących do rdzennych narodów Północy, przez co niszczą ich środowisko naturalne. Krytycy decyzji Schrödera podnoszą jeszcze i to, że jego posadowienie w Rosniefti ma na celu lobbowanie decyzji o zdjęciu sankcji z rosyjskich firm (Rosnieft’ znajduje się na sankcyjnej liście UE). Bardzo możliwe. Ale czy z taką nadszarpniętą reputacją drug Schröder będzie skuteczny? Niemiecka prasa zauważa, że Schröder próbuje odbudować utraconą pozycję w rodzimej partii SPD, zabiera głos w sprawie modelu współpracy z USA, krytykuje Trumpa i na tym się lansuje.

    „Przypadek Schrödera pokazuje, że nie chodzi o ideologię. Chodzi o pieniądze. Były kanclerz nie udziela się w fundacjach pracujących na rzecz obrony pokoju czy wsparcia społeczeństwa obywatelskiego. On pracuje tam, gdzie są pieniądze – pisze ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow. – Problem wielu przedstawicieli zachodnich elit polega na tym, że zamiast nauczyć Rosję stosowania cywilizowanych reguł gry, sami przejmują rosyjskie reguły. W uproszczeniu: zarobić duże pieniądze bez wysiłku, z zastosowaniem brutalnej siły, reguł Gułagu. […] Możesz być prezydentem, premierem, ministrem, ale jeśli wspomagasz Putina, to wcześniej czy później wylądujesz w Gazpromie”.

    Schröder jest już w Gazpromie od dawna. Ciekawe, czy ma jeszcze powrót na scenę polityczną i rozpoczęcie kolejnego etapu gry.

  • Rosyjska dyplomacja odwetowa

    31 lipca. Kiedy stało się jasne, że amerykański Kongres przyjmie ustawy ograniczające prezydentowi Trumpowi możliwość zniesienia antyrosyjskich sankcji, Moskwa wyszła z ciosem: na dywanik do MSZ został wezwany ambasador USA, wręczono mu notę z żądaniem zmniejszenia personelu amerykańskich placówek dyplomatycznych (do poziomu stanu kadrowego rosyjskich placówek w USA, a więc o 755 osób – rzecz bez precedensu) i opuszczenia dwóch obiektów użytkowanych przez dyplomatów. Na linii Moskwa-Waszyngton ponownie zaczęło iskrzyć.

    Formalnie ta rosyjska ofensywa jest odpowiedzią na sankcje wprowadzone jeszcze przez administrację Baracka Obamy za rosyjską cyberingerencję w amerykańskie wybory prezydenckie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/30/potluc-lustra/). Obama pod koniec grudnia 2016 roku m.in. wydalił 35 rosyjskich dyplomatów i zajął dwie rezydencje użytkowane przez pracowników rosyjskiej ambasady w USA. Ku zdziwieniu większości obserwatorów Rosja wtedy nie zareagowała – jak to miała w zwyczaju w takich wypadkach – i nie wydaliła symetrycznie takiej samej liczby amerykańskich dyplomatów. Co więcej, duch koncyliacji unosił się nad wodami. Widoczne było wtedy w rosyjskich kręgach politycznych oczekiwanie na nowy reset z Trumpem. Brak zwyczajowej reakcji był ważnym sygnałem: jesteśmy otwarci, chcemy rozmawiać po dobroci. Ale potem w grze pojawiło się wiele nowych elementów, powyłaziły na wierzch spychane pod dywan ciekawostki o kontaktach sztabu Trumpa z Rosjanami itp., rosyjska karta stała się elementem wewnętrznej rozgrywki na amerykańskiej scenie (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/05/28/rosyjska-karta-w-amerykanskiej-grze/). Przełomu nie przyniosła rozmowa Trumpa z Putinem w Hamburgu w kuluarach G20. Wydaje się, że te niejasne wątki będą się gmatwać w nieskończoność.

    W tle powoli, ale nieubłaganie mieliły młyny amerykańskiego systemu politycznego. Stojący okoniem wobec prezydenta establishment przedsięwziął kroki w celu powstrzymania Trumpa od ewentualnego szybkiego zniesienia antyrosyjskich sankcji. 27 lipca Senat przegłosował ustawę podnoszącą rangę wprowadzania czy znoszenia sankcji, zgodnie z nią prezydent nie może jednoosobowo podpisem znieść sankcji, potrzebna jest na to zgoda Kongresu. Może natomiast sankcje poszerzyć.

    Wezwanie amerykańskiego ambasadora do stalinowskiej „wysotki” na placu Smoleńskim i zażądanie redukcji personelu w placówkach dyplomatycznych oznacza, że romantyczny okres upajania się w rosyjskich elitach zwycięstwem Trumpa i oczekiwania na nowe rozdanie definitywnie się skończył. Kreml zdecydował się na kroki odwetowe.

    Ciekawe, co będzie dalej. Przede wszystkim – jakie będą wymierne konsekwencje sankcji, i tych gospodarczych, i tych personalnych. Te pierwsze dotykają najważniejszych dla rosyjskiej gospodarki sfer: wydobycia surowców energetycznych i handlu bronią. Te drugie, jak twierdzi wielu obserwatorów, nie tylko osób z rosyjskiego świecznika politycznego, ale wręcz samego Putina.

    Pisarz Władimir Wojnowicz w wywiadzie dla Radia Swoboda zauważa: „Rosja nie jest w stanie wymierzyć USA [dotkliwych] ciosów. Chyba że użyje broni atomowej. Stany Zjednoczone nie są od Rosji uzależnione. Jedyne rozsądne wyjście [dla Kremla] to zrobić krok w tył. […] I tak kiedyś trzeba będzie odstąpić”. Ale w retoryce Kremla trudno doszukać się obecnie polubownych tonów pod adresem Waszyngtonu. Głośno rozważane są sposoby bardziej dolegliwych dla USA posunięć. Podczas wczorajszych obchodów Dnia Marynarki Wojennej w Petersburgu prezydent Putin patetycznie przemawiał, sycił prezydenckie oko defiladą okrętów wojennych, każdy rosyjski telewidz też się mógł zachwycić widomą potęgą militarną kraju. Ta demonstracja siły to też głos w dyskusji z partnerami zza oceanu. Sposób znany, przetrenowany.

    Pod ustawą powinien się pojawić jeszcze podpis Trumpa. Jego współpracownicy sygnalizują, że nastąpi to niebawem. Ale nie brakuje też komentarzy, że prezydent wykorzysta moment, aby odwlec złożenie podpisu. Gra toczy się dalej.

  • Trupy w rosyjskiej szafie Trumpów, część 3

    18 lipca. W dwóch poprzednich częściach mikrocyklu o niefrasobliwych przygodach Donalda Trumpa juniora przedstawiłam główne dramatis personae oraz podstawowe dane dotyczące mechanizmu organizacji spotkania członków sztabu Trumpa i rosyjskich lobbystów w czerwcu ubiegłego roku, w kluczowym punkcie kampanii wyborczej (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/15/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow/ i http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/07/16/trupy-w-rosyjskiej-szafie-trumpow-czesc-2/). Teraz jeszcze garść szczegółów i szerszy kontekst.

    Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow pytany przez dziennikarzy o kontakty Juniora z Rosjanami odpowiedział: A cóż jest złego w tym, że ktoś spotyka się z prawniczką? Rzecz w tym, że organizujący spotkanie producent Rob Goldstone przedstawił panią Wiesielnicką jako prawnika związanego z rosyjskimi władzami, wręcz jako kogoś, kto reprezentuje władze. A to zmienia cały kontekst. Amerykanie mogli odnieść wrażenie, że pani adwokat to wysłannik Kremla i wiezie im z Moskwy wyrazy wsparcia w postaci „kompromatu” na Hillary Clinton.

    To, co się wydarzyło podczas kampanii – nie tylko to feralne spotkanie, ale także ataki hackerskie (najprawdopodobniej rosyjskie) na wrażliwe cele w USA, wszystko to, co wypływa na powierzchnię i jest następnie drobiazgowo wałkowane przez prasę i polityków stanowi oś wewnętrznej rozgrywki w USA. Krytycy Trumpa wzięli informacje o poczynaniach Juniora na warsztat. Uważają, że skoro syn prezydenta (wówczas jeszcze kandydata) chciał od Rosji otrzymać materiały kompromitujące Clinton, to jest równoznaczne ze spiskowaniem z obcym mocarstwem w celu wysadzenia amerykańskiej demokracji. Sam prezydent broni syna, zapewniając, że nie miał nic złego na myśli. No, ale mleko się rozlało.

    Można zadać pytanie, a po co Moskwie było organizować takie spotkanie, skoro zapowiedź przekazania materiałów od samego prokuratora generalnego za pośrednictwem prawnika związanego z władzą okazała się od razu, w pierwszych słowach rozmowy wydmuszką? Komentator „Forbesa”, profesor Paul Gregory: „Być może strona rosyjska […] chciała się poznać z ekipą Trumpa. Podrzucili obietnicę, że mają haka na Clinton, aby doprowadzić do spotkania. Ale myślę, że chodziło o coś więcej. To był spisek Kremla, mający na celu osłabienie USA jako państwa, osłabienie prezydenta, chaos i tak dalej. To był cel Putina i prawie udało mu się ten cel osiągnąć”.

    Osłabienie prezydenta nie przekłada się jednak na osłabienie sankcji wobec Rosji. A właśnie ich zniesienie wydaje się teraz jednym z naczelnych celów Putina i jego ludzi. W tej sytuacji, gdy kwestia rosyjska stała się istotą walki na wewnętrznej scenie politycznej w Stanach, nawet najbardziej przychylnie nastawiony do Putina Trump nie zaryzykuje urzędu dla obrony rosyjskich interesów. Zawzięty krytyk Putina, rosyjski politolog Andriej Piontkowski pisze: „Trump okazał się [w tej sytuacji] nie aktywem Putina, a kamieniem na szyi Putina. A Putin – kamieniem na szyi Trumpa. Taki jest prawdziwy rezultat operacji „Trumpnasz”. […] W gazecie „Washington Post” ukazał się artykuł, w którym opisano przedsięwzięcia, które administracja Obamy zamierzała podjąć po tym, jak okazało się, że ingerencja Rosji w proces wyborczy w Stanach była poważna. Żadne z nich nie zostały zrealizowane – poza skonfiskowaniem rezydencji użytkowanych przez rosyjskich dyplomatów. Ta lista zamierzeń jest bardzo ciekawa – bo uderza w najczulsze punkty rosyjskiej elity, to m.in. zamrożenie wszystkich kont bankowych rosyjskiej kleptokracji, od Putina począwszy, a także cofnięcie wiz. […] Teraz widać, jak kolosalny błąd popełnił Kreml, stawiając na Trumpa. […] Demokraci czują, że Putin to najczulsze i najsłabsze miejsce Trumpa, i tu uderzają. Gdyby prezydentem została Clinton, nic by się nie zmieniło w stosunkach rosyjsko-amerykańskich. A teraz mosty między ekipą Putina i amerykańskim establishmentem zostały podpalone”.

    Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w dłuższej perspektywie. Na razie na amerykańskim podwórku nadal trwa wyciąganie na światło dzienne kolejnych faktów dotyczących kontaktów sztabowców Trumpa z Rosjanami. Dziś okazało się, że krąg osób spotykających się z Juniorem i Wiesielnicką był większy, niż początkowo podawano. W spotkaniu brał udział jeszcze jeden uczestnik: niejaki Ike Kaveladze, człowiek związany z firmą należącą do Arasa Agałarowa. Kółeczko się zamyka. Z ostatnich wieści może warto jeszcze dodać za Associated Press, że pani Wiesielnickiej od dawna przyglądały się z uwagą amerykańskie służby specjalne.

    Ciąg dalszy zapewne z przyjemnością nastąpi.