Kategoria: Bez kategorii

  • Rybka zwana Nastią

    10 lutego. Polityka i seks. Seks i polityka. Linie tych współrzędnych przecinają się w różnych punktach jak świat światem. W Rosji seks-afery w świecie polityki powtarzają się z zadziwiającą regularnością. W ostatnich dniach burzę o ciężkim zabarwieniu erotycznym wywołała pewna szczupła dziewczyna, która wkręciła w skandal jednego z najbogatszych oligarchów i zasłużonego eksdoradcę prezydenta Rosji obecnie zarządzającego aparatem rządu. Media społecznościowe rozgrzały się do czerwoności po tym, jak kolejny materiał kompromitujący członków elity polityczno-biznesowej opublikował Aleksiej Nawalny (https://www.youtube.com/watch?v=RQZr2NgKPiU). Ale po kolei.

    Nawalny od dawna prowadzi działalność polityczną pod hasłem tropienia korupcji na wysokich szczeblach politycznych. Co pewien czas publikuje w mediach społecznościowych kolejne śledztwa dotyczące zadziwiająco jak na kieszenie urzędnicze okazałych nieruchomości i innych dóbr członków putinowskiej elity. W najnowszym materiale przedstawił bajeczną rezydencję i wypasione moskiewskie mieszkanie należące do Siergieja Prichod’ki, w przeszłości doradcy prezydenta ds. międzynarodowych, obecnie człowieka zajmującego kluczową funkcję w rządzie Miedwiediewa. Skąd Prichod’ko miał na to pieniądze? – zadaje pytanie Nawalny. I sugeruje, że pieniądze na zbytki otrzymał on od oligarchy Olega Deripaski. Gdzie w takim razie seks-afera, spytacie. Ot, Nawalny wziął pod lupę kolejnego skorumpowanego urzędnika. Wszyscy znowu wzruszą ramionami, bo czym się tu podniecać. Korupcja była, jest i będzie. Wielkie rzeczy. Czemu więc publiczność tak ochoczo rzuciła się na przypadek Deripaski-Prichod’ki? Ano, dlatego że wszystko zaczęło się od niedyskrecji pewnej pikantnej dziewczyny z Bobrujska, Anastazji Waszukiewicz, używającej pseudonimu Nastia Rybka.

    Nawalny przedstawił to mniej więcej tak: moje sztaby w całej Rosji nachodzą różni ludzie, niezadowoleni z naszej działalności – wiadomo, policja, jakieś nasłane draby, wkurzone babcie wielbiące Putina. Ale pewnego dnia wmaszerowały do siedziby sztabu w Moskwie wysztafirowane lafiryndy w lateksie i zaczęły się ostro przystawiać do obecnych współpracowników Nawalnego. Zostały szybko i stanowczo wyproszone. Eksperci fundacji Nawalnego zaczęli szperać w internetach, by zobaczyć kto zacz. Okazało się, że grupa panien w lateksie niedawno wzięła udział w demonstracji pod ambasadą USA w Moskwie. Z tym że wtedy dziewczęta były bez lateksu i w ogóle bez żadnego przyodziewku. W ten sposób okazywały poparcie oskarżanemu o molestowanie współpracownic hollywoodzkiemu producentowi Harveyowi Weinsteinowi. Jedna z uczestniczek nagiego show przedstawiająca się jako Nastia Rybka o wszystkich swych poczynaniach informowała na bieżąco na swoim profilu na Instagramie. I na tym właśnie profilu współpracownicy Nawalnego znaleźli relację z rejsu, jaki Nastia latem 2016 roku odbyła u wybrzeży Norwegii na pięknym jachcie w towarzystwie Olega Deripaski i człowieka łudząco podobnego do Siergieja Prichod’ki.

    Swoje wrażenia z rejsu płoche dziewczę z Białorusi opisało w książce „Dziennik. Jak uwieść miliardera”. Nastia wywodzi się ze szkoły uwodzicielek, prowadzonej przez niejakiego Aleksa Lesleya (prawdziwe nazwisko Kiriłłow), aferzysty i mistyfikatora, który mieni się pisarzem. „Dziennik” Rybki wydało znane wydawnictwo Eksmo w 2017 roku. Ciekawe pozycje wynajdują redaktorzy moskiewskich wydawnictw i rzucają od niechcenia na rynek księgarski.

    Nawalny zacytował kilka fragmentów dzieła Rybki. Eksperci jego fundacji porównali opisy zawarte w książce z innymi materiałami w otwartym dostępie i doszli do wniosku, że opisywany przez Rybkę niejaki Rusłan to Deripaska, a ważny starszy pan towarzyszący mu na jachcie to Siergiej Prichod’ko. I że jacht Deripaski rzeczywiście pływał u wybrzeży Norwegii latem 2016 roku.

    Wedle relacji Rybki, panowie podczas podróży rozmawiali o ważnych sprawach, również w towarzystwie wieszających się im na szyi dziewcząt (na jachcie bawiła się nie tylko Nastia, ale i jej koleżanki po fachu). Jak relacjonuje Nawalny, treść rozmów wskazywała na to, że Deripaska był ogniwem pomiędzy szefem kampanii kandydata Trumpa, lobbystą Paulem Manafortem a Prichod’ką, który przekazywał cenną wiedzę o tym, jak wyglądają kulisy walki o Biały Dom, na Kreml.

    Brzmi jak fantastyka. I to zdecydowanie nienaukowa. Życie pisze zadziwiające scenariusze. To zapewne nie koniec tej frapującej historii. Deripaska dziś oznajmił, że poda pannę Waszukiewicz do sądu za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji z życia osobistego. Agencja Roskomnadzor wprowadziła zakaz rozpowszechniania materiałów Nawalnego (jego film na Youtube miał po dwóch dniach ponad trzy miliony odsłon). Panna Waszukiewicz tymczasem – która już dorobiła się własnego hasła w rosyjskiej Wikipedii (!) – występuje z coraz to nowymi rewelacjami. Wpierw oskarżyła Deripaskę i Prichod’kę o dokonanie na niej zbiorowego gwałtu, a potem oznajmiła, że to żart. Ostatnio zażądała od Deripaski, aby się z nią ożenił. A to na pewno nie jest ostatni akord w tej zawiłej historii. I na pewno nie najciekawszy.

    Skandal Rybki wywołał dawno niewidzianą falę dowcipów. I to nie tylko podkreślających wulgarną stronę wydarzeń. Zdarzają się i subtelne. „Pewnego dnia spytano Paulo Coelho: – Jak to jest być najwybitniejszym pisarzem współczesności? Coelho odparł: – Nie wiem, nie jestem Nastią Rybką”.

  • Stress test putinowskiej piramidy

    2 lutego. Na Kremlu i w okolicach napięcie rosło od tygodni. Bo nieubłaganie zbliżał się termin ogłoszenia przez amerykańską administrację „kremlowskiego raportu”. Tak nazywa się potocznie dokumenty, jakie administracja Trumpa przekazała do Kongresu. Obowiązek opracowania raportu nakładała ustawa z 2 sierpnia ubiegłego roku dotycząca działań USA wobec państw wrogich. Ustawa przewiduje stosowanie wobec Iranu, Korei Północnej i Rosji instrumentarium sankcji. Wobec Rosji szereg sankcji już zastosowano. Mają one charakter długotrwały i coraz bardziej dla Rosji dolegliwy.

    Przed ogłoszeniem ostatnich dokumentów przewidywanych ustawą niepokój wśród najwyższych władz państwowych Rosji był zauważalnie większy niż na wcześniejszych etapach. Świadczyły o tym usilne zabiegi całego dostępnego grona rosyjskich lobbystów w USA, którzy dosłownie przypuścili szturm na wszystkie instytucje, które miały cokolwiek wspólnego z opracowaniem raportu. Rosyjscy oligarchowie mający rozległe interesy, lokaty, aktywa na Zachodzie odbywali pokutne pielgrzymki do wysokich gabinetów w nadziei na uzyskanie zapewnień o nietykalności. Do grona proszalników niespodziewanie dołączyli też szefowie rosyjskich służb wywiadowczych. Tego jeszcze nie było: do Waszyngtonu jednocześnie przybyli dyrektor wywiadu Siergiej Naryszkin, szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandr Bortnikow i szef GRU (wywiad wojskowy) Igor Korobow. Tercet Stirlitzów porozmawiał z szefem CIA. O czym? Nie bardzo wiadomo. Wedle enuncjacji „Washington Post” mieli jakieś ważne propozycje w sprawie walki z terroryzmem. Emigracyjny dziennikarz Andriej Malgin na swoim blogu napisał: „Najprawdopodobniej Naryszkin przywiózł od Putina ważne informacje albo ważną propozycję, dotyczącą walki z terroryzmem. Moskwa nawet mogła wydać swoich agentów-terrorystów w zamian za lojalność wobec skorumpowanego bliskiego kręgu Putina”. Można sobie pospekulować na ten temat do woli – żadnych oficjalnych komunikatów rycerze płaszcza i szpady po spotkaniach nie ogłosili. Rosyjskie media milczą jak zaklęte [dopiero po kilku dniach o amerykańskiej wizycie objętego sankcjami Naryszkina wspomniała telewizja Rossija]. Wzmiankę w amerykańskich gazetach dostrzegły rosyjskojęzyczne niszowe strony internetowe. Na portalu Grani.ru znalazły się m.in. supozycje, że może Naryszkin-Bortnikow-Korobow pojechali się targować o głowę Putina. „Temat aż prosi się o teorie spiskowe” – zauważył z przymrużeniem oka komentator Ilja Milsztejn.

    Ale powróćmy do samego raportu. Dokument ma dwie części – jawną i tajną. W tej jawnej znalazły się nazwiska polityków zajmujących stanowiska w Administracji Prezydenta, rządzie, agencjach rządowych, parlamencie (łącznie 114), a także lista oligarchów (96), którzy osiągnęli miliardowe majątki. „Książka telefoniczna Kremla” – podsumowali politycy i niektórzy publicyści.

    Ogłoszenie raportu nie oznacza automatycznego wprowadzenia indywidualnych sankcji wobec osób, które znalazły się na liście. Po tym zapewnieniu na Kremlu zapanowała radość. Napięcie trochę puściło. Prezydent Putin podczas jednego z przedwyborczych spędów nawet lekko pożartował: a dlaczego nie ma na liście mojego nazwiska? Czuję się pominięty, przykro mi z tego powodu. He-he. A potem poważnie zapewnił, że Rosja nie będzie ze swej strony wprowadzać kontrsankcji. Jeszcze poczekajmy, jeszcze się nie spieszmy.

    Czy ta ulga, jaką obecnie prezentują rosyjscy politycy, będzie miała rację bytu w dłuższym okresie? Ano, nie wiadomo. Jak zapowiedział szef Departamentu Finansów USA, utajniona część „kremlowskiego raportu” będzie stanowiła podstawę nowych sankcji, które Waszyngton zamierza wprowadzić wobec rosyjskich urzędników i biznesmenów.

    Czyli to tylko odroczona egzekucja i wcale nie jest powiedziane, że wszystko rozejdzie się po kościach? Ciekawe. Sytuacja nie jest jasna i nie są jasne zamiary. I to zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie.

    Ważny jest też moment. Putin 18 marca zamierza przejść przez ucho igielne wyborów, aby zapewnić sobie kolejną, tym razem sześcioletnią kadencję. Wprowadzenie amerykańskich sankcji – i to adresowanych do establishmentu polityczno-biznesowego – może wywołać popłoch w elitach, zdestabilizować sytuację w otoczeniu Putina.

    Nadal są więc powody do niepokoju. Czy wzniesiona przez Putina piramida władzy zda ten stress test?

  • Mały bojkot. Na razie

    29 stycznia. W języku rosyjskim pojawiło się nowe słówko – nawalniata. Szybkie media społecznościowe używają tego nowotworu na określenie zbiorowości zwolenników Aleksieja Nawalnego. Większość uczestników wczorajszych protestów, jakie zostały zwołane przez Nawalnego pod hasłem bojkotu zbliżających się wyborów prezydenckich, to ludzie młodzi i bardzo młodzi. Stąd to na poły żartobliwe określenie, nawiązujące do rzeczowników, stosowanych w języku rosyjskim w odniesieniu do młodych latorośli różnych gatunków (np. jagniata – jagnięta czy kotiata – kocięta).

    Nawalny dostał od Centralnej Komisji Wyborczej bana na start w wyborach. Za pretekst posłużyła okoliczność, że ciąży na nim prawomocny wyrok, co jest równoznaczne z pozbawieniem go biernego prawa wyborczego (po szczegóły zapraszam do wcześniejszego wpisu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2017/12/27/wybory-putina-bez-nawalnego/). Zapowiedział, że dołoży wszelkich starań, aby wybory zbojkotowało jak najwięcej osób.

    Protesty odbyły się w ponad stu miastach. Największe w Moskwie i Petersburgu (nie znalazłam wiarygodnych danych o liczebności protestu). Ale nie były ani tak liczne, ani tak zamaszyste jak poprzednie akcje organizowane przez Nawalnego. Choć było wesoło i dynamicznie. Uczestnicy nieśli zrobione przez siebie odręczne transparenty z hasłami w rodzaju „Putin złodziej”, „Putin – spadaj!” itd. albo wydrukowane na błękitnych kartach hasło „Pójdę na wybory, jak będzie kogo wybierać”. Zatrzymano łącznie około trzystu osób (większość zgromadzeń nie miała zgody lokalnych władz), które po spisaniu w większości wypuszczono do domu. Jak sugerują organizatorzy, najwidoczniej policja dostała instrukcję, aby zachowywać się łagodnie, aby nie doszło do skandalu. Kremlowi zależy na dobrej atmosferze przed wyborami. Zatrzymano też Nawalnego, który zjawił się na ulicy Twerskiej w Moskwie. Filmik z jego zatrzymania natychmiast dostał się do sieci i został rozkolportowany przez Twittera i inne szybkie media.

    Potencjał protestu utrzymuje się na mniej więcej takim samym (niezbyt wysokim) poziomie, na akcje Nawalnego przychodzi raz trochę mniej, raz trochę więcej ludzi. Wczoraj było mniej. Jeśli akcja miała na celu policzenie głów gotowych do bojkotu, to próba nie wypadła zbyt okazale. Władze oczywiście uprzykrzały organizatorom życie – trwają szykany wobec ludzi współpracujących z Nawalnym. W siedzibie Fundacji Walki z Korupcją, gdzie uruchomiono studio, za pośrednictwem którego miała być prowadzona transmisja z protestów, zjawiła się nagle policja i bez pardonu przerwała prowadzącym relację.

    I chociaż rzucone przez Nawalnego hasło bojkotu nie zyskuje masowego poparcia, to aktywność polityka, który nie składa broni, zapewne denerwuje kremlowskich inżynierów dusz. Bo jednym z najważniejszych zadań, jakie stawiają sobie w związku z wyborami, jest zapewnienie wysokiej frekwencji. Nawoływanie przez Nawalnego do bojkotu to pomieszanie szyków. Nawet jeśli bojkot będzie miał niewielki zasięg, to jednak frekwencję nieco obniży. Nawalniata nie pójdą głosować i będą do tego namawiać innych.

    Akcję zwolenników Nawalnego w Moskwie próbował wykorzystać w swoich celach lider LDPR Władimir Żyrinowski, kandydujący w wyborach, dopuszczony z honorami. Przyszedł, wmieszał się w tłum, zagaił rozmowę, szczerze i otwarcie wyznał, że trzydzieści lat temu to i on chodził na demonstracje i protestował, więc dobrze młodzież rozumie. Rozmowa się nie kleiła. I to nie tylko dlatego, że Żyrik minął się z prawdą, wspominając swe młode lata (nikt go nie szarpał za klapy na ulicznych protestach, był sterowanym projektem politycznym). Bo o czym tu rozmawiać? Ilja Milsztejn w komentarzu na portalu Grani napisał: „Żyrinowski jest jawnym ucieleśnieniem władzy i służb specjalnych. To, że nie bacząc na nic […], zdecydował się pogadać z młodzieżą, mogłoby świadczyć, że nastały nowe czasy. Ale świadczy to raczej o tym, że powoli – zbyt powoli – schodzące ze sceny politycznej pokolenie faszyzujących starzyków nie bez trwogi patrzy w przyszłość, gdzie nie ma dla nich miejsca”.

    Zdjęcia z akcji można obejrzeć m.in. tu: https://graniru.org/Politics/Russia/activism/m.267180.html

    Lub tu: https://meduza.io/feature/2018/01/28/izbirateli-protiv-vyborov?utm_source=facebook&utm_medium=main

  • Osiemdziesiąte urodziny WSW

    25 stycznia. Jego schrypnięty głos był głosem pokolenia, a nawet kilku pokoleń. Odszedł czterdzieści lat temu, a pamięć jego poruszających do głębi pieśni ciągle jest żywa, ciągle trwa. W przeprowadzonym ostatnio badaniu WCIOM na temat idoli XX wieku Władimir Siemionowicz Wysocki zajął drugie miejsce. „Wysocki był geniuszem, a geniuszy się nie zapomina” – piszą gazety. Dziś mija osiemdziesiąta rocznica jego urodzin.

    Pierwsze skojarzenie? Hamlet w swetrze i z gitarą, a więc Taganka, teatr. Obława na młode wilki, a więc pieśni szczypiące najwrażliwsze zakamarki duszy (napisał ich kilkaset). Żegłow i jego słynne: „Złodziej powinien siedzieć w więzieniu”, a więc niepospolite kino.

    Była w nim jakaś desperacka niezgoda. I niesamowita żądza życia we wszystkich jego przejawach. W każdej pieśni, w każdym wierszu pulsował rwący, pełen niepokoju i spienionych fal nurt. Wysocki ani na chwilę się nie uspokoił. Dziennik „Moskowskij Komsomolec” zamieścił na stronie internetowej okolicznościowy wybór utworów Wysockiego (http://www.mk.ru/social/2018/01/25/vladimir-vysockiy-80-let-nazad-ego-nenadolgo-soslali-v-rossiyu.html). Wszystkie są niesamowite. Nic w nich przez te lata nie wystygło.

    To, co napisał, co wyśpiewał, trafiało w sam środek tarczy. Ludzie odczytywali w jego pieśniach coś ważnego o sobie, o życiu, o historii, o Rosji, o miłości, o fatalizmie. Płakali nad porwanym żaglem, ale śmiali się do rozpuku przy piosence o małżonkach oglądających wspólnie program w telewizji. Wysocki był z nich, oni byli z Wysockiego. Jemu można było wierzyć, on nie oszukiwał, naprawdę przeżywał, widział, wiedział. Dzielił się.

    W licznych dziś wspomnieniach o Wysockim publikowanych na łamach rosyjskiej prasy znalazłam taki fragment (wspomnienia dziennikarza Stanisława Kuczera, naczelnego redaktora czasopisma „Snob”): „kiedyś puściłem pieśń o żaglu staremu Irokezowi. Indianin wysłuchał w skupieniu, po czym rzekł – to głos buntownika, tacy żyją krótko, ale płoną jasnym płomieniem”. A więc Wysocki trafiał ze swoim niepokojem nie tylko w rosyjską duszę, jego przekaz był czytelny dla ludzi spoza kręgu rosyjskiej kultury. Wysocki był jednocześnie artystą na wskroś rosyjskim, i uniwersalnym. Na swoje czasy i na wsze czasy.

    Tak, był buntownikiem. To było jego firmowe emplois, jego kreacja. Wielu twierdzi dziś, że jego twórczość obudziła ludzi i pobudziła do działania. „Dał nam miłość i magię” – powiedział Jurij Szewczuk, muzyk. Jednych uspokajał, koił, innych wyprowadzał z równowagi, poruszał do głębi. Wielka była skala emocji, jakie wzbudzał. On sam się nigdzie nie mieścił.

    Często padało dziś we wspomnieniach i okolicznościowych artykułach, audycjach, programach telewizyjnych, wywiadach z niegdysiejszymi przyjaciółmi itd. pewne znamienne pytanie: a jak Wysocki zachowywałby się w dzisiejszych czasach? W styczniu 2012 r. przed wyborami prezydenckimi szef sztabu wyborczego reżyser Stanisław Goworuchin wygłosił – nieuprawnione przecież, jak wszelkie inne spekulacje na ten temat – stwierdzenie: „Wysocki poparłby Putina”. Putin wygrał wtedy bez Wysockiego. Minęło kilka lat, znowu mamy kontekst wyborczy. I oto znowu kandydujący Putin wpisuje legendę Wysockiego w swoje bieżące potrzeby polityczne: odwiedza muzeum poety mieszczące się w jego dawnym mieszkaniu na Małej Gruzińskiej w Moskwie. Telewizje pokazują reportaże z odwiedzin, kamery towarzyszą prezydentowi również podczas próby spektaklu poświęconego twórczości barda. Jeszcze raz zacytuję w tym kontekście Szewczuka: „Każdy próbuje posadzić Wysockiego na swojej kanapie, wpisać go w swoje wyobrażenie o świecie. Tymczasem Władimir Siemionowicz był nieodgadniony przez całe swoje życie, chodził własnymi drogami. Można zatem przypuścić, że i w naszych czasach zachowywałby się tak samo: po swojemu”.

    Na koniec zaproponuję Państwu test poświęcony Wysockiemu, przygotowany przez Teatr na Tagance (w języku rosyjskim): https://snob.ru/selected/entry/133636

  • Rosja nie chce „Śmierci Stalina”

    24 stycznia. A niedoczekanie wasze, nie będziecie sobie stroić z żartów z naszego wielkiego wodza, najważniejszej postaci w rosyjskiej historii współczesnej; to bluźnierstwo, świętokradztwo, rzecz niedopuszczalna.  Co za brednie, film to film, dlaczego minister kultury wprowadza cenzurę. To w największym skrócie argumenty, jakie można było usłyszeć dziś w rosyjskiej przestrzeni medialnej w związku z wycofaniem przez Ministerstwo Kultury zezwolenia na dystrybucję filmu „Śmierć Stalina”. Ważne polityczne czynniki uznały, że brawurowa komedia francusko-brytyjska w reżyserii Armanda Iannucciego ukazująca sytuację, jaka powstała po śmierci Józefa Stalina, nie zasługuje na zaszczyt pokazów w Rosji.

    Premiera „Śmierci Stalina” miała się w Rosji odbyć 25 stycznia, 17 stycznia ministerstwo wydało zezwolenie na dystrybucję i choć od kilku tygodni przedstawiciele partii komunistycznej toczyli pianę, że to ich obraża, film miał trafić do kin. Tymczasem komisja społeczna przy Ministerstwie Kultury, zapoznawszy się 19 stycznia z filmem na specjalnym pokazie, orzekła jednak, że obraz wybitnym dziełem nie jest ani w sensie historycznym, ani artystycznym, a na dodatek obraża jak leci: hymn i flagę ZSRR, marszałka Żukowa, pamięć wielkich czasów i wielkich czynów. Poza tym na ekranie rozgrywają się sceny przemocy, obrażany jest człowiek radziecki, poniża się jego wartość, wzbudza nienawiść na tle przynależności klasowej, a to jawne oznaki ekstremizmu. Jednym słowem: nie godzien jest ten film, by go rosyjski widz oglądał. Głosom członków komisji przysłuchał się minister kultury Władimir Medinski i przychylił się do negatywnej opinii. Choć wcześniej nie miał przeciw filmowi nic, teraz rzekł za innymi: basta. Film dostał bana i premierę odwołano.

    W mediach zawrzało. Natychmiast uformowały się dwa obozy: za i przeciw. „Toż to walka ideologiczna przeciwko naszemu krajowi. Film obraża pamięć naszych weteranów. Premiera takiego filmu nie może się odbyć w przeddzień 75-lecia bitwy stalingradzkiej ” – dowodził przewodniczący wzmiankowanej wyżej komisji społecznej. Wtórował mu dyrektor towarzystwa wojskowo-historycznego: „obrzydliwość, ten film obraża rosyjską historię. Bohaterowie naszej historii przedstawieni są jak idioci. Oni mogli być tyranami, ale nie byli idiotami”. Obecny na pokazie reżyser Nikita Michałkow oznajmił, że to paszkwil na rosyjską historię, a nie film (skoro wspomniałam Nikitę Michałkowa, to przypomnę znakomitą scenę, otwierającą – nieudaną, nawiasem mówiąc – drugą część „Spalonych słońcem”: Kotow, grany przez Michałkowa chwyta za czuprynę Stalina i wciska mu twarz w gigantyczny tort; ciekawam, czy teraz owładnięty putinowskim zapałem reżyser byłby w stanie nakręcić tak sugestywną scenę). W drugim obozie panuje przekonanie, że zakazy na nic się nie zdadzą, to po pierwsze. Że Rosja daje powód, żeby cały świat śmiał się z jej przewrażliwienia i braku poczucia humoru, to po drugie. Krytyk Andriej Archangielski uważa, że film powinien być w dystrybucji: „Opinia rosyjskiego widza o tamtych czasach została uformowana przez seriale, a te na ogół są słabe i wypaczają pogląd o epoce stalinowskiej, w myśl tego przekazu – a twórcy dbają tylko o to, aby nikogo nie obrazić – epoka była wielka, tyran był wielki i wszystkie czyny jego takoż. W przypadku „Śmierci Stalina” nie ma podstaw, by się obrażać. To czarna komedia, a to całkowicie zmienia punkt widzenia, nie można tego traktować poważnie. Ale urzędnicy nie chcą dopuścić do dystrybucji. Być może dlatego, że władze odbierają wszelką krytykę sowieckich wodzów jako krytykę pod swoim adresem i dlatego jej nie chcą i nie chcą kpiarskich filmów”.

    Rosyjskie Ministerstwo Kultury pod wodzą Władisława Medinskiego produkuje właściwą wersję historii w odpowiednich utworach o odpowiednich wydarzeniach. Że tam rozjeżdża się prawda historyczna z prawdą ekranu? Nie szkodzi. Za to przekaz jest właściwy, krzepiący skołatane rosyjskie dusze. I właśnie o to chodzi.

    Zacytuję fragment z tekstu pisarza Aleksieja Cwietkowa, który patrzy na reakcję na film Iannucciego w swoisty sposób: „ Dlaczego przeciwko dystrybucji tego filmu protestują putiniści wszelkiej maści i patriotyczni miłośnicy silnego państwa? Dlatego że putinizm proponuje nie polityczne, a administracyjne podejście do historii, tzn.: gdy rządzą silni liderzy, jest dobrze, a jak rządzą słabi, to jest kiepsko. Państwo w ideologii putinizmu to samodzielna siła i wartość […], dlatego putinista wielbi i cara, i Stalina, i obecnego prezydenta i nie widzi między nimi różnicy. „Śmierć Stalina” obraża Kreml”. Stąd te protesty.

    Tata Gutmacher poszła dalej: „We współczesnej Rosji rządzi nie tyle tyran, ile tchórzostwo tego tyrana. I jego wiara w zabobon. Przecież on nie może pozwolić narodowi, by ten zobaczył śmierć innego tyrana, swojego poprzednika. Na dodatek w przeddzień wyborów”.

    Losy filmu nasrożona komisja złożyła w ręce prokuratora generalnego, który ma teraz prześwietlać obraz na okoliczność imputowanego ekstremizmu. A po szerokich przestworzach Internetu rozlewa się dyskusja o swobodzie wypowiedzi (a właściwie jej braku), miejscu Stalina w historii, wykorzystywaniu wizerunku Stalina dla bieżących celów politycznych obecnej ekipy.

    Ośrodek badań socjologicznych WCIOM ogłosił rezultaty sondażu, kogo Rosjanie uważają za głównych idoli XX wieku. Pierwsze miejsce zajął Jurij Gagarin, drugie – Władimir Wysocki. Za nimi uplasował się marszałek Żukow, pisarze Tołstoj i Sołżenicyn, a zaraz za nimi – tak, tak, Józef Stalin – wódz, którego śmierci Rosjanie nadal nie chcą. Kult kultu jednostki ma się dobrze.

    A o Władimirze Wysockim będzie okazja napisać oddzielnie – jutro mija osiemdziesiąta rocznica jego urodzin.