Kategoria: Bez kategorii

  • Tragedia w Kemerowie

    26 marca. Trzynastoletnia Masza Moroz napisała trzy wiadomości w sieciach społecznościowych: „Chyba się palimy”. „Kocham was”. „Wszystkich”. Masza wraz z kolegami poszła wczoraj do kina w centrum handlowo-rozrywkowym „Zimowa Wiśnia” w Kemerowie na Syberii. Wybuchł pożar.

    Ogień rozprzestrzenił się na trzecim, najwyższym piętrze kompleksu, gdzie usytuowane były sale kinowe i atrakcje dla dzieci. To było niedzielne popołudnie (pożar wybuchł około 16 czasu miejscowego), w „Zimowej Wiśni” było pełno ludzi, którzy przyszli tu całymi rodzinami zrobić zakupy, wziąć udział w imprezach rozrywkowych, załatwić sprawy w bankach. Płomienie ogarniały coraz większe przestrzenie centrum. Ludzie próbowali wydostać się z zadymionych czarnym trującym dymem pomieszczeń. Bezskutecznie. Przejścia przeciwpożarowe okazały się niedrożne, drzwi przy schodach ewakuacyjnych zamknięte na głucho, nie włączyła się sygnalizacja przeciwpożarowa. Kilka osób zdecydowało się na desperacki skok z wysokości trzeciego piętra. Sieci społecznościowe obiegł filmik nagrany telefonem komórkowym przez kogoś, kto stał na ulicy: chłopiec wyskakuje z okna, z którego wydobywa się czarny dym, obija się o ściany, o daszek na drzwiami wejściowymi, spada na ziemię bezwładnie, nieruchomieje. Dziś media podają komunikat, że jedenastolatek znajduje się w szpitalu w stanie krytycznym, reszta jego rodziny zginęła w płomieniach.

    W chwili, gdy piszę te słowa, oficjalnie wiadomo o 64 ofiarach śmiertelnych. To nie jest niestety ostateczny tragiczny bilans – rodziny zgłosiły jeszcze kilkadziesiąt osób, które prawdopodobnie znajdowały się w centrum w chwili, gdy wybuchł pożar. Pogorzelisko cały czas jest przeszukiwane przez zastępy ratowników. Pożar ugaszono po dwunastu godzinach, po czym znowu pojawiły się płomienie. Niemal na całej powierzchni zawalił się dach.

    Na wieść o pożarze centrum zbiegli się krewni i znajomi tych, którzy pozostali w środku. Ich relacje, publikowane dziś przez media, stawiają włosy na głowie. Olga Lillewiali, cytowana przez portal Meduza.io: „Przez sześć godzin staliśmy na ulicy, nikt do nas nie wyszedł. Centrum zostało otoczone przez policję o godzinie 17.30. Policjanci zachowywali się bardzo agresywnie. Biegaliśmy po ulicy, nie chcieli nas wpuścić, nikt nikogo nie informował. Nad budynkiem unosiły się kłęby dymu, nasze dzieci płonęły, a my mogliśmy tylko na to patrzeć. W sztabie [akcji ratowniczej] siedzieli ludzie, jedli kanapki, nic nie wiedzieli”. Na miejscu tragedii nie pojawił się gubernator obwodu kemerowskiego Aman Tulejew, sprawujący władzę na Kuzbasie od niepamiętnych czasów. Tłumaczył, że wioząca go kolumna samochodów (z ochroną osobistą itd.) przeszkadzałaby ratownikom. Władza już tak dalece oderwała się od społeczeństwa, że gubernatorowi nie przyszło do głowy pofatygować się na miejsce tragedii na piechotę.

    Wczorajszy wieczór spędziłam na czytaniu wiadomości napływających z Kemerowa, głównie w reagujących szybko mediach społecznościowych. Wiele było głosów: „W Kemerowie tragedia porównywalna z Biesłanem – zginęło tyle dzieci, a w centralnej telewizji w najlepsze trwa wieczór wychwalania geniuszu Putina”. Faktycznie Pierwszy Kanał, Rossija i NTW – trzy ogólnokrajowe stacje telewizyjne – nadawały swoje sakralne seanse uwielbienia dla umiłowanego przywódcy, gdzieś na marginesie mimochodem wspominając o pożarze w Kemerowie; podawano, że mogło zginąć około dziesięciu osób. Z godziny na godzinę relacje w mediach społecznościowych oddawały coraz większe oburzenie ludzi taką sytuacją – milczeniem telewizji, Kremla, brakiem reakcji miejscowych władz, bezradnością służb, fatalnym stanem zabezpieczeń przeciwpożarowych i tak dalej. Często w komentarzach pojawiały się takie: „To jest właśnie putinowska Rosja: elita kradnie, państwo pieniądze wyrzuca się na rakiety, skorumpowane władze nie dbają o bezpieczeństwo ludzi”.

    Nazwisko Maszy Moroz i jej mamy, Poliny znajduje się na opublikowanej liście śmiertelnych ofiar tragedii. RIP.

  • Duma Państwowa broni podrywacza

    24 marca. Język rosyjski wzbogacił się o nowe zapożyczenie z angielskiego: w wielu publikacjach często powtarzane jest ostatnio słowo „harassment” (харассмент) na zmianę z rdzennie rosyjskim „домога́тельство”. Oba słowa znaczą dokładnie to samo: molestowanie. Karierę publicystyczną słówka zawdzięczają ułańskiej fantazji deputowanego Leonida Słuckiego, przewodniczącego komitetu ds. międzynarodowych Dumy Państwowej.

    Kilka dziennikarek delegowanych przez redakcje do relacjonowania wydarzeń w Dumie Państwowej poskarżyło się jakiś czas temu na niestosowne zachowanie Słuckiego. Według ich słów deputowany dotykał je w miejsca intymne, obejmował, nie zważając na protesty, jednej proponował, aby została jego kochanką. Słucki wzruszył na te oskarżenia ramionami: – Nie uda się wam zrobić ze mnie rosyjskiego Harveya Weinsteina. Dajcie sobie spokój – powiedział. Ale dziennikarki nie dały sobie spokoju. Złożyły skargę w komisji etyki poselskiej Dumy. 21 marca odbyło się posiedzenie tejże, koledzy deputowani płci obojga murem stanęli za Słuckim. Ciekawie było posłuchać całości obrad, ale streszczę je Państwu w słowach kilku: padały argumenty o winie… samych dziennikarek. Wiadomo, młode, ładne, zachowują się prowokacyjnie. Z emocjonalną szarżą na reporterkę BBC Faridę Rustamową wystąpiła deputowana Irina Rodnina, niegdyś wielka gwiazda łyżwiarstwa figurowego, mistrzyni świata, Europy, igrzysk olimpijskich, ostatnio – zanurzona w politykę. Rodnina wywodziła, że Farida swego czasu po spotkaniu Słuckiego z Le Pen biegła korytarzem za nieszczęsnym deputowanym i po prostu molestowała go, aby jej udzielił informacji, o czym rozmawiał z francuską polityk. I to właśnie ta jej natarczywość wywołała u Słuckiego reakcję. Ilja Milsztejn na portalu Grani podsumował: „Okazało się, że Rustamowa tak pobudziła nieszczęśnika, że już nie miał innego wyjścia, tylko wziąć się podniecić, skoro go tak przypierają do muru. Zresztą i bez tego było jasne, że przy takiej polityce zagranicznej, jaką prowadzi Rosja, przewodniczący komisji ds. międzynarodowych cały czas powinien zachowywać się agresywnie i kogoś za coś łapać”.

    Część mediów ogłosiła, że odwołuje z Dumy swoich reporterów na znak solidarności z molestowanymi koleżankami. Natomiast przewodniczący izby Wiaczesław Wołodin (to ten aforysta, który ukuł wiekopomne stwierdzenie „Jest Putin – jest Rosja, nie ma Putina – nie ma Rosji”) oznajmił, że w takim razie cofa akredytację tym mediom, które dołączają do bojkotu. Pod Dumą odbyły się pikiety. Uczestnicy domagali się ukarania Słuckiego (reportaż można zobaczyć tu: https://www.novayagazeta.ru/articles/2018/03/21/75893-my-prizyvaem-slutskogo-izvinitsya; powtarzające się hasło to: Uważajcie, Duma to miejsce, gdzie obłapiają). Niektóre media zareagowały zdecydowanie, np. portal Lenta usunął w ramach bojkotu wszystkie wzmianki dotyczące Słuckiego. Do protestu przyłączył się m.in. „Playboy” (napotkałam w internetach taki tytuł: „Playboy popiera bojkot Dumy Państwowej”, piękne czasy doprawdy). Bojkot popierają również blogerzy. Jeden z nich napisał: „Że media nie będą pisać o Dumie? Niewielka strata. I tak się tam nic ciekawego nie dzieje”.

    Jedyną deputowaną, która stanęła po stronie molestowanych dziennikarek, była Oksana Puszkina. Zapowiedziała wystąpienie z inicjatywą wprowadzenia w rosyjskim prawie kar za molestowanie, powiedziała, że politycy, którzy dopuszczają się takich czynów, powinni tracić stanowisko. Ciekawe, jak jej pójdzie, wobec tego, że – jak sama powiedziała – wszyscy uważają Lonię za fajnego faceta, a dziennikarki za dziwki.

    Dziekan wyższej szkoły telewizyjnej Moskiewskiego Uniwersytetu, zasłużony dziennikarz Witalij Trietjakow oznajmił zdziwionemu audytorium w Nowosybirskim Uniwersytecie Państwowym, że każdy normalny facet na miejscu Słuckiego zachowałby się tak samo, po czym wygłosił wywód o tym, kto kogo może dotykać i gdzie (jego wykład można obejrzeć tu: https://www.youtube.com/watch?v=1SXTxMz100w).

    Rzecznik Kreml nagabywany na konferencjach prasowych o stosunek do sprawy Słuckiego wymigiwał się od odpowiedzi.

    Słowo „harassment” pojawiło się w rosyjskich mediach nie tylko w odniesieniu do Słuckiego i jego latających rączek. Tsunami zainteresowania podniósł dziennikarz Renat Dawletgildiejew, który opowiedział publicznie o tym, że molestował go Władimir Żyrinowski. Skomentował to w audycji rozgłośni „Echo Moskwy” Siergiej Parchomienko: „To taka tajemnica, o której wiedzieli wszyscy, którzy mieli do czynienia z Władimirem Wolfowiczem Żyrinowskim. To człowiek, że tak powiem, nadzwyczaj namiętny, pełen sił i potrzeb. I to dotyczy ludzi obu płci. Gdyby istniała trzecia, czwarta i piąta płeć, to on też nie pozostałby wobec nich obojętny. Ten hormon w nim buzuje niepowstrzymanie”. Syn Żyrinowskiego, deputowany Igor Lebiediew zapowiedział, że będzie się domagał od Dawletgildiejewa odszczekania tych rewelacji.

    Ogólną wesołość mediów społecznościowych wzbudziła deputowana Raisa Karmazina, członkini komisji ds. etyki, słowami: „Byłam od nich [molestowanych dziennikarek] trzysta razy ładniejsza. I wcale nie głupsza! A nikt mnie nie zmolestował. Nie dawałam powodu, żeby mnie ktoś zmolestował. Bo niechby ktoś się rwał do wymolestowania mnie, to bym mu po gębie dała”. Fragment wypowiedzi zadzierzystej posłanki w Twitterze był ilustrowany licznymi zdjęciami z sali posiedzeń Dumy, na których pani Raisa okazuje kolegom deputowanym czułość, graniczącą ze „zmolestowaniem”.

  • Już nie prezydent, a wódz

    19 marca. Kremlowscy inżynierowie dusz przeprowadzili operację „Wybory Putina” zgodnie z założonym planem. Niespodzianki nie było: wygrał Putin. Zgodne z planem były wyniki: 76 procent głosów (w liczbach bezwzględnych – ponad 56 mln głosów, co jest rekordem) oddano na Putina przy frekwencji 67 procent.

    Putin po ogłoszeniu wyników wystąpił przed zgromadzonym spontanicznie tłumem zwolenników na placu Maneżowym pod murami Kremla. Tym razem bez Miedwiediewa. I bez łez. „Tak, jesteśmy jedną drużyną” – odpowiedział entuzjastom. Potem pojawił się w swoim sztabie wyborczym, odpowiedział na dyżurne pytania dziennikarzy. Zaprzeczył, jakoby miał zamiar przeprowadzić reformę konstytucyjną.

    Założone wysokie wyniki trzeba było wesprzeć. W mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo filmików nagrywanych w lokalach wyborczych: członkowie komisji dorzucają karty do głosowania do urn, wesołe autobusy pełne dyspozycyjnych wyborców jeżdżą od komisji do komisji itd. Wyborców mobilizowano do przyjścia na głosowanie różnymi sposobami, niektórych obligowano (np. pracodawcy zmuszali pracowników do udziału w głosowaniu), niektórych wabiono kiełbasą wyborczą. Fasadowa instytucja wyborów miała zapewnić Putinowi legitymację władzy w twardych okładkach. Przy okazji sprawdzono sprawność i lojalność aparatu w regionach. Jak i w kilku ostatnich wyborach najlepsze rezultaty wykazały republiki Kaukazu Północnego i Tuwa na dalekiej Syberii, ojczyzna Siergieja Szojgu, ministra obrony. Wysoka frekwencja miała też wykazać, że wezwania do bojkotu kierowane przez niedopuszczonego do wyborów Aleksieja Nawalnego nie mają szans przebić się do świadomości społecznej i zakłócić wyboru Putina.

    W trakcie kampanii wyborczej przetestowano sposoby oddziaływania na nastroje i poglądy wyborców. Mobilizację zapewniło między innymi odpowiednie naświetlenie w telewizji przypadku otrucia ekspułkownika GRU Siergieja Skripala w Anglii – przedstawiono to zdarzenie jako prowokację przeciwko Rosji; w tej sytuacji jedyną metodą przeciwstawienia się tej prowokacji powinna być konsolidacja wokół osoby przywódcy; zadziałało.

    Mimo pełnej kontroli Kremla nad procesem wyborczym zdarzyły się pewne niespodzianki – np. niespodziewanie wysoki wynik kandydata komunistów Pawła Grudinina (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/01/04/krol-truskawek-w-wyborczym-natarciu/), zadziałało najwidoczniej czarowne połączenie sowieckiego sentymentu do opiekuńczego państwa i kapitalizmu, udanie osiodłanego przez dyrektora sowchozu imienia Lenina. Grudinin zdobył ok. 12% głosów, zajął drugie miejsce. W trakcie kampanii szybko rosło grono jego zwolenników, kremlowscy spece uznali, że to zbyt ryzykowne (wyborca przecież nie mógł sobie pozwolić na żaden spontan) i puścili w ruch czarny PR. Codziennie w telewizji trąbiono, że Grudinin ma zagraniczne konta, że zrobił w konia swoich pracowników, bogacąc się ich kosztem itd. Nie pomogło – Grudinin wypadł świetnie. Był przecież absolutnym debiutantem, bez żadnego dorobku politycznego, kandydatem wyciągniętym w ostatniej chwili ze zmiętego kapelusza wiecznego przewodniczącego partii komunistycznej Ziuganowa. To świadczy o tym, jak duża jest część elektoratu, która gotowa jest poprzeć każdą nową twarz, byleby nie patrzeć na botoks WWP.

    Ale najważniejszym aspektem przeprowadzenia elekcji było poświadczenie legitymacji Putina na Krymie. To fundamentalna zdobycz ostatniej kadencji, miała to podkreślić data – 18 marca (2014 roku) Krym włączono do Federacji Rosyjskiej. Wczoraj Krym zagłosował na Putina, w Sewastopolu na Putina głos oddano 92% wyborców.

    Jedna z naczelnych kapłanek putinowskiej propagandy telewizyjnej, Margarita Simonjan, napisała na Twitterze: Przed wyborami Putin był prezydentem, można go było zmienić; teraz po tych historycznych wyborach stał się prawdziwym wodzem. I zmienić go nie pozwolimy.

  • Zatruta walizka i paczka dyplomatów

    17 marca. Wokół sprawy tajemniczego otrucia Siergieja Skripala nadal wiele niejasności, spekulacji i mylących tropów. Kryzys polityczny na linii Moskwa-Londyn, a właściwie – szerzej: na linii Moskwa-Zachód, rozwija się. Na razie zagrano akt pierwszy: premier Wielkiej Brytanii ogłosiła pakiet odwetowych posunięć, teraz spodziewana jest lustrzana odpowiedź Rosji.

    W poprzednim wpisie o sprawie Skripala i jej skutkach (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/03/13/toksyczna-wojna-czesc-trzecia/) opisałam wystąpienie brytyjskiej premier Theresy May, w którym przedstawiła ona ultimatum wobec Rosji, domagając się wyjaśnień. Termin ultimatum upłynął, Moskwa wyjaśnień nie złożyła. Pani premier w kolejnym wystąpieniu wskazała palcem na Moskwę: albo decyzję o ataku chemicznym podjęto na najwyższym szczeblu, albo państwo [rosyjskie] straciło kontrolę nad bronią masowego rażenia. Minister spraw zagranicznych w swojej wypowiedzi wskazał osobiście Putina jako osobę, która podjęła decyzję o ataku chemicznym. Kolejnym krokiem ze strony Londynu było spełnienie zapowiedzi wprowadzenia wobec Rosji sankcji. Zapowiedziano wydalenie 23 rosyjskich dyplomatów pracujących w ambasadzie w Londynie i zapowiedź, że oficjalna delegacja polityczna nie pojedzie do Rosji na Mundial (drużyna natomiast, i owszem, pojedzie). Dziś rano Rosja ogłosiła decyzję o wydaleniu 23 brytyjskich dyplomatów z Moskwy. Być może zrobi coś więcej – tak, aby sprowokować kolejny krok Londynu i jeszcze bardziej nakręcić kryzys. Wielka Brytania przystąpiła do ataku na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ, usilnie poszukuje także poparcia sojuszników. Ale na razie – w ocenie licznego zastępu komentatorów (i brytyjskich, i rosyjskich) – to „Wiele hałasu o nic”. Groźna retoryka i niezbyt groźne działania.

    Tymczasem na wewnętrznym rosyjskim podwórku – w kontekście przedwyborczym (przecież jutro Rosjanie mają wybrać Putina na kolejną kadencję) – wyśmiewanie bezsilnej złości Brytyjczyków sprzedaje się dobrze. Oficjalne rosyjskie czynniki wypierają się jakichkolwiek związków z otruciem Skripala. Słychać powtarzane jak mantra: „No to nam udowodnijcie”.

    Kontekst wyborczy nie jest tu bez kozery. Kremlowi zależy na jak najwyższej frekwencji w jutrzejszym akcie przy urnie. Przez tę część elektoratu, która wierzy w intrygi Zachodu i w amoku uwielbia umiłowanego przywódcę, który „dał nam Krym”, historia z otruciem Skripala (zdrajcy, dobrze mu tak) odbierana jest jako kolejna prowokacja Zachodu wobec wstającej z kolan Rosji. A jako taka wzmacnia nastroje proputinowskie i może być tym czynnikiem, który dodatkowo zagoni ludzi do urn.

    A co do dowodów, śledztwo na Wyspach idzie pełną parą. Do brytyjskiej prasy wydostają się przecieki. Gazeta „The Telegraph”, powołując się na źródła w służbach specjalnych, przedstawiła taką wersję: „Nowiczok” przyleciał do Wielkiej Brytanii w walizce córki Siergieja Skripala, Julii. Julia przyjechała w odwiedziny do ojca 3 marca. Kobieta nie zdawała sobie sprawy z tego, że przewozi w bagażu truciznę. Śledztwo sprawdza, czy trucizna znajduje się na ubraniach, kosmetykach, prezentach, przywiezionych przez Julię w walizce. Skripal i jego córka otruli się zatem już w domu, a skutki poczuli po jakimś czasie, przytomność stracili dopiero na skwerku pod centrum handlowym. Czy to się trzyma kupy? Za wcześnie, by przesądzać. Takie przypuszczenia są w każdym razie rozpatrywane. Rewelacje „The Telegraph” analizuje Andriej Malgin, dziennikarz i bloger od lat mieszkający na Zachodzie, krytyczny wobec Putina i spółki: „Takie rzeczy [jak podłożenie czegoś do bagażu] robi się na lotnisku. Powszechnie wiadomo, że po zdaniu walizek na bagaż „giebucha” [funkcjonariusze organów bezpieczeństwa] czasami przeprowadza nieformalną rewizję wybranych sztuk bagażu. „Nowiczok” to binarny środek, to znaczy składa się z dwóch substancji, które oddzielnie nie są szkodliwe, ale wystarczy dotknąć rękami zatrute przedmioty i po ptakach: „Nowiczok” dostaje się do organizmu przez skórę. […] W tym kontekście warto się uważnie przyjrzeć tajemniczej śmierci syna Skripala w ubiegłym roku. Być może była to nieudana próba otrucia starszego Skripala. Syn pojechał do Rosji i zmarł nagle”.

    Sprawa otrutego ekspułkownika GRU nie zniknie szybko z pierwszych stron gazet. Tymczasem już jutro odbędzie się rytuał wyboru Władimira Putina.

  • Toksyczna wojna, część trzecia

    13 marca. Nadal nie wiemy, kto otruł byłego pułkownika GRU Siergieja Skripala w brytyjskim mieście Salisbury. Ale już wiemy, czym. Skripal i jego córka Julia zostali otruci gazem paralityczno-drgawkowym o miłej dla ucha nazwie Nowiczok (Nowicjusz, Debiutant).

    Recepturę groźnego gazu bojowego opracowano w instytucie chemii organicznej i technologii w Moskwie (w skrócie GNIIOChT). Autorzy receptury powiedzieli dziś prasie, że ich Nowicjusz jest jedną z najsilniej działających bojowych substancji chemicznych, „nie ma odpowiedników na świecie”. Seria pod wspólną nazwą „Nowiczok” powstała pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku, tuż przed rozpadem ZSRR grupa naukowców otrzymała nawet za ten udany wynalazek Nagrodę Leninowską. Jak powiedział dziś jeden z głównych autorów trującego projektu, od lat mieszkający w USA Wil Mirzajanow, „jeśli to był Nowiczok, to tylko Rosja”. Rosja nadal trzyma recepturę gazu w sekrecie, dlatego niepodobna, by mógł użyć tego jakiś inny kraj. Specyfika gazu polega na tym, że preparuje się go bezpośrednio przed użyciem, komponenty trzymane oddzielnie są stosunkowo nieszkodliwe, dopiero ich połączenie daje śmiercionośny efekt. Trudno jest prześledzić, kiedy i gdzie doszło do połączenia komponentów. Zaatakowani gazem ludzie mają nikłe szanse na przeżycie – podkreślił wynalazca.

    We wczorajszym emocjonalnym wystąpieniu w parlamencie brytyjska premier Theresa May użyła podobnego sformułowania jak Mirzajanow: jeśli Nowiczok, to znaczy Rosja. May wystąpiła z ultimatum wobec Moskwy: do dzisiejszego wieczora rosyjskie władze mają przedstawić „prawdopodobne wyjaśnienie”, w przeciwnym razie Londyn pójdzie „o wiele dalej” niż w przypadku otrucia Aleksandra Litwinienki. Otrucie Skripala brytyjskie władze mogą uznać za akt wrogi wobec Wielkiej Brytanii. Moskwa nie udzieliła dziś żadnych wyjaśnień, na jakie oczekiwał brytyjski rząd, wezwała brytyjskiego ambasadora na dywanik, ustami rzeczniczki MSZ Marii Zacharowej odparła mniej więcej: Co to za cyrk. A rosyjskie media wrzucały wersję za wersją, m.in. że w sprawie otrucia Skripala widoczny jest „ukraiński ślad”.

    Z kolei w wypowiedzi dla agencji Interfax, prezes stowarzyszenia weteranów grupy Alfa zapewniał, że rosyjskie służby specjalne już od kilkudziesięciu lat nie praktykują eliminacji „pieriebieżczików” (agent, który przeszedł na drugą stronę), a tym bardziej nie atakują ich z pomocą broni chemicznej. Można w charakterze komentarza dodać: tak, o ile nie chodzi o kogoś, kogo jednak trzeba wyeliminować. Jak w przeszłości Aleksandra Litwinienkę chociażby. Albo byłego prezydenta Czeczenii Zelimchana Jandarbijewa.

    Zanosi się na głęboki kryzys w stosunkach rosyjsko-brytyjskich. Dla Wielkiej Brytanii to kolejny policzek od Rosji – oto po jej terenie grasują szwadrony śmierci z bronią chemiczną gotową do użycia, a brytyjskie służby są bezsilne. Do tego nawiązał dziś Putin. Indagowany przez brytyjskiego dziennikarza o ocenę wydarzenia, odpowiedział, żeby najpierw Wielka Brytania zrobiła porządek u siebie, a dopiero potem szukała „rosyjskiego śladu”.

    Na razie następuje słowna wymiana ciosów. Brytyjczycy uprzedzili, że mogą cofnąć licencję telewizji RT, kremlowskiej angielskojęzycznej tuby propagandowej na zagranicę. Na co rzeczniczka rosyjskiego MSZ zapowiedziała, że w takim razie żadne z brytyjskich mediów nie będą miały czego szukać w Rosji. Brytyjska prasa wśród spodziewanych posunięć rządu wobec Rosji wymienia także wydalenie dyplomatów (z ambasadorem włącznie), bojkot mistrzostw świata w piłce nożnej, zamrożenie aktywów rosyjskich oligarchów na Wyspach, wpisanie Rosji na listę państw wspierających terroryzm, publikację materiałów o tajnych operacjach finansowych Putina i ludzi z jego otoczenia, odłączenie Rosji od systemu SWIFT.

    Pisarz Borys Akunin na FB wyraził przypuszczenie, że Rosja od dawna szuka pretekstu do tego, aby Zachód zareagował na jej istnienie. Orędzie Putina z rakietowym szantażem nie wzbudziło na Zachodzie oczekiwanej reakcji, więc przeprowadzono akcję, na którą Zachód, a przynajmniej sama Wielka Brytania nie może nie zareagować. Może tak, a może to ma być sygnał płynący z Kremla dla tych, którzy osiedli w Londynie i z przyjemnością spożywają słodkie owoce słodkiego życia: bójcie się, bo jak będziemy chcieli, to wszędzie was dorwiemy. A może chodzi o coś zupełnie innego. Ale kręgi na wodzie po wrzuceniu tego kamienia rozchodzą się wszędzie i mogą sięgnąć daleko.

    Nie, to jeszcze nie koniec serialu. Dziś w Londynie znaleziono ciało byłego współpracownika Borysa Bieriezowskiego, 68-letniego Nikołaja Głuszkowa, byłego wicedyrektora Aerofłotu, od lat mieszkającego w Wielkiej Brytanii. Według doniesień mediów, na jego szyi znaleziono ślady uduszenia. Brytyjskie władze zapowiadają, że zbadają nie tylko ten zgon, ale także wezmą pod lupę inne przypadki dziwnych zgonów osób związanych w takim czy innym aspekcie z antyputinowskimi prądami.

    Ciąg dalszy nastąpi.