Kategoria: Bez kategorii

  • Snowden. Mała reaktywacja

    30 czerwca. Już wszyscy o nim zapomnieli. Uwił sobie ciche gniazdko gdzieś w Moskwie, a może nie w Moskwie. Wtopił się w obojętny tłum. Jego gwiazda zaświeciła dla Kremla w 2013 roku, mocno, ale krótko. Na samym początku epopei Edwarda Snowdena, kiedy jeszcze nie było wiadomo, czy znajdzie przytulisko w Rosji, prezydent Putin wygłosił prześmiewczą sentencję, która miała dać światu znać, jak bardzo Moskwie nie zależy na rozegraniu tej sprawy: „Z tym jest tak, jak ze strzyżeniem prosiąt: dużo wrzasku, a wełny mało”.

    Ale potem jednak było i dużo wrzasku, i dużo wełny. W scenariuszach pisanych przez służby specjalne według schematu „wiem, że nic nie wiem” i „ale ja coś wiem” Edward Snowden przydawał się świetnie jako karta przetargowa, mgławica, a przede wszystkim jako gadająca głowa uwierzytelniająca aktualnie ważne tezy Kremla na temat upadku USA itd.

    Od czasu do czasu Moskwa zezwala, aby Edik Snieżkin, jak z sympatią nazywała go rosyjska blogosfera, mógł się wypowiedzieć, spotkać z przedstawicielami mediów, również zagranicznych (pisałam o tym: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2014/06/13/czas-osmiornicy-czyli-snowden-superstar/). Olivier Stone z błogosławieństwem Kremla nakręcił o nim film.

    Ostatnio w słoju z formaliną, w którym przetrzymywany jest przez Rosję Snowden, doszło do małej burzy. Minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow w wywiadzie dla brytyjskiej Channel4 oświadczył, że „temat ekstradycji Snowdena nie był omawiany na Kremlu”. Powołał się na słowa Putina sprzed lat, że wbrew woli Snowdena Rosja nie może go wysłać do USA. To Snowden i tylko on może o tym zdecydować. W Moskwie gościł na dniach doradca amerykańskiego prezydenta John Bolton, Ławrow, a także sam Putin ściskali mu na Kremlu prawicę. Obie strony, jak można sądzić, uznały rozmowy za udane, bo zaraz w świat poszedł komunikat, że dojdzie do szczytu Rosja-USA i to już niebawem, 16 lipca, w Finlandii, w mieście Vantaa k. Helsinek.

    I nagle obudził się i sam Snowden. W wywiadzie dla niemieckiej „Sueddeutsche Zeitung” (https://projekte.sueddeutsche.de/artikel/politik/edward-snowden-im-sz-interview-e223771/?reduced=true) wyraził się niezmiernie krytycznie na temat władz Rosji – że są skorumpowane, że prawa obywatelskie są w Rosji deptane, że on sam, Snowden, kategorycznie nie zgadza się z polityką Putina. Wyznał też, że rosyjskie służby specjalne na początku proponowały mu współpracę, ale on się nie zgodził. Bo nie i już. I spoko.

    O swoim życiu osobistym powiedział tylko tyle, że mieszka wraz ze swoją dziewczyną w wynajętym mieszkaniu, za które płaci jak wszyscy inni, jeździ metrem jak wszyscy inni, nie używa kart kredytowych i stara się nie afiszować. Skąd ma pieniądze na to życie jak w Madrycie, nie wyznał.

    Ciekawy był jeszcze jeden fragment: Snowden mianowicie wyraził swoje wielkie rozczarowanie postawą kanclerz Angeli Merkel w kwestii przyznania mu azylu w Niemczech. „Gdyby do jej drzwi zastukał demaskator z Rosji, to ona by mu ochotnie otworzyła. A gdy stuka demaskator z USA, to ona nie otwiera” – wyznał z żalem. Snowden, jak wyjaśnia niemiecka gazeta, zabiega o azyl w którymś z europejskich krajów, ale na razie bez efektów.

  • Serial „Dynastia”, wariant Kremla

    22 czerwca. Grał w tenisa, miał lekkie pióro i twarz wiecznie zdziwionego chłopca. Gdy prezydent Borys Jelcyn zapragnął  uwiecznić swoje przemyślenia w formie książkowej, zaprosił go do współpracy, właśnie ze względu na zdolności literackie. W ten sposób zdolny dziennikarz znalazł się na Kremlu. Walentin Jumaszew, bo to o nim mowa, rzucił dziennikarstwo i oddał się całkowicie politycznym grom, kremlowskim intrygom i… życiu rodzinnemu. A może bardziej życiu Rodziny, Familii, czyli najbliższego kręgu Jelcyna. Niebawem Jumaszew został zięciem Jelcyna (ożenił się z Tatianą Djaczenko, młodszą prezydentówną). „Tania i Wala” – tak familiarnie mówiła o tej parze moskiewska „tusowka”. Opowiadano legendy o tym, że mogą wszystko, mają przemożny wpływ na Jelcyna (Tatiana była oficjalnym doradcą ojca-prezydenta), są autorami najważniejszych kremlowskich projektów. W tym projektu „Następca”. Według jednej z legend, to właśnie Jumaszew podpowiedział teściowi, że Putin to dobra kandydatura na prezydenta. W 2000 roku Jumaszew stał się jednym ze współzałożycieli fundacji imienia Jelcyna.

    Jak pisał w 2001 roku „Kommiersant”, Putin jednym z pierwszych dekretów zdymisjonował Jumaszewa ze stanowiska doradcy (https://www.kommersant.ru/doc/253531). Dziś po Moskwie gruchnęła wieść, zaczerpnięta z oficjalnej strony internetowej Kremla, że Jumaszew został powołany na stanowisko doradcy. Ma doradzać społecznie, tzn. bez apanaży. Ale coś się w tej narracji rozjechało. Zarówno sekretarz prasowy Putina Dmitrij Pieskow, jak i znajomi Jumaszewa stwierdzili bowiem, że Jumaszew jest doradcą Putina „społecznie” od co najmniej piętnastu lat, może nawet osiemnastu. Jeżeli tak faktycznie było, to czemu wcześniej nie było o tym wzmianki na stronie Kremla? Hmm, tajemnica mundialu. Według niektórych komentatorów, opublikowanie informacji o zaangażowaniu Jumaszewa było przypadkowe (miało pozostać nadal w ukryciu). A według innych nie było mowy o przypadku – wręcz przeciwnie, opublikowanie wiadomości o nominacji było formą ukrócenia apetytów Jumaszewa, który na grandę coś próbował przeprowadzić na Kremlu, a Putinowi się to nie spodobało. Jednym słowem – walka kremlowskich buldogów pod dywanem w pełnej krasie, klasyka kremlinologii stosowanej.

    Trzeba tu jeszcze dodać, że Jumaszew jest (był) doradcą – po rosyjsku советник (sowietnik). Ta funkcja jest czymś w rodzaju prestiżowego wyróżnienia, świadectwem stanu zaufania prezydenta do danego „sowietnika”. Oficjalny wysoki urząd doradcy prezydenta – po rosyjsku помощник (pomoszcznik) jest zastrzeżona dla kilku bliskich współpracowników prezydenta, to formalne stanowisko urzędnicze, z którym wiąże się wysoka odpowiedzialność za przygotowywanie linii polityki prezydenta w takiej to a takiej dziedzinie. Sowietnik nie ma ani takich obowiązków, ani praw.

    Nie wiadomo, jaką dziedziną miałby się zajmować sowietnik Jumaszew.

    „Rosyjska władza przy całym swoim zadufaniu nie jest pewna swego jutra. Doskonale zdaje sobie sprawę, że pewną gwarancją powodzenia są nie tyle i nie tylko duże pieniądze, a władza i znaczenie dzieci” – mówi dziennikarz Siemion Nowoprudski.

    A umieszczanie dzieci na wysokich stanowiskach państwowych lub w bankach, przedsiębiorstwach, mediach, spółkach skarbu państwa stało się w Rosji stałą praktyką członków politycznej elity. Pisałam o tym m.in. przy okazji omawiania kandydatur na nowych ministrów (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2018/05/19/stare-wino-w-starych-buklakach/). Jednym z nowych członków Rady Ministrów został Dmitrij Patruszew, syn Nikołaja Patruszewa, należącego do najbliższego kręgu Putina.

    W wielu publikacjach dotyczących kremlowskiej konspirologii stosowanej powtarza się teza, że Putin pomazany na następcę zobowiązał się do stosowania zasady nietykalności wobec członków rodziny prezydenta Jelcyna. Faktycznie Putin wprawdzie zaraz na początku rządów odwołał ze stanowiska doradcy Tatianę Djaczenko, ale Familii nie pokrzywdził. Nikogo nie wsadził do więzienia, nie pozbawił luksusowego życia, majątku, biznesu. To właśnie lojalność Putina miała tak zachwycić tych, którzy decydowali, że to on zostanie prezydentem po Jelcynie. Na razie się nie pomylili.

  • Reforma w cieniu piłki

    16 czerwca. Na moskiewskim stadionie Łużniki – pięknym i nowoczesnym po wypasionym liftingu – odbył się mecz inauguracyjny XXI Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej. W loży honorowej zasiadł prezydent Władimir Putin w towarzystwie szefa FIFA Gianniego Infantino i saudyjskiego księcia Muhammada ibn Salmana – w meczu otwarcia spotkała się reprezentacja gospodarzy z Arabią Saudyjską. Putin wygłosił rytualne trzy słowa, rozbrzmiał pierwszy gwizdek sędziego, potem ostatni. Pomiędzy gwizdkami strzelono pięć bramek – Rosja wygrała z wynikiem 5 : 0. Rosyjski Twitter zaraz skwitował to osiągnięcie rosyjskiej piłki nożnej dowcipem: „Bramkarz Arabii Saudyjskiej po meczu został awansowany do stopnia majora Federalnej Służby Bezpieczeństwa”.

    Publiczność zgromadzona na stadionie i w strefach kibica oszalała, Moskwa zamieniła się po wygranym meczu w jeden wielki lunapark. Małe afterparty mieli też goście specjalni. Na inaugurację mistrzostw przybyli wierni wasale z obszaru b. ZSRR, nawet dopuszczono na salony przedstawicieli władz nieuznanych Abchazji i Osetii Południowej, prowincji, które Rosja oderwała od Gruzji w wyniku wojny 2008 roku, parapaństw, których społeczność międzynarodowa nie uznała. Byli też byli: były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder (z najnowszą małżonką) i były prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Na trybunie obok Schroedera zasiadł też były kumpel Putina z czasów drezdeńskich, Matthias Warnig – dziś szef Nord Stream AG. W składzie „tusowki” można było wyróżnić zwalistą sylwetkę Aliszera Usmanowa, jednego z najbogatszych ludzi Rosji (i Wielkiej Brytanii). Tłumek VIP-ów kłębił się wokół gospodarza, który rozdawał uśmiechy i „misiaczki”. Swoją przygodę na Łużnikach przeżył Diego Maradona. Chciał zaparkować – zgodnie z przydziałem – na parkingu dla VIP-ów. Posępni panowie z OMON-u uprzejmie poprosili gwiazdora, żeby się turlał, nie wolno i koniec. Maradona nie dawał za wygraną, wyciągnął jakieś bumagi. Ale i to nie zmiękczyło serc twardych jak stal OMON-owców. Wiadomość o niepowodzeniu Maradony zamieściła agencja RIA NOVOSTI. Po kilku godzinach jednak ją usunęła. O mundialu jak o nieboszczyku – albo nic, albo dobrze. Cenzura ma się świetnie.

    W wieczornym programie publicystycznym „Wieczór z Władimirem Sołowjowem” omawiano w euforycznym tonie pierwszy dzień mistrzostw. Jeden z uczestników dyskusji (grający w tych programach rolę niepoprawnego liberała, którego pozostali mogą pokazowo złoić) zająknął się, że jednak nie wszystko jest tak pięknie, bo politycy z Zachodu nie chcą przyjechać na mistrzostwa, że jest krytyka itd. W programie wyrażono jednak nadzieję, że – parafrazując Młynarskiego – „futbol najtwardszą przygnie głowę”, a prezydenci krajów, których drużyny dojdą do półfinału, na pewno przyjadą na mecze.

    Upojeni zwycięstwem na Łużnikach Rosjanie w pierwszej chwili nie zwrócili uwagi na to, co się dzieje poza boiskiem. Tymczasem premier Dmitrij Miedwiediew ogłosił właśnie, że wnosi do Dumy dwa projekty ustaw: o podwyższeniu VAT z 18 do 20% oraz wieku emerytalnego: dla kobiet z 55 do 63 lat i dla mężczyzn z 60 do 65. Dodał, że Rosjanie żyją coraz dłużej, więc i na emeryturze jeszcze sporo sobie pożyją.

    Ciekawe, jak rozwinie się sytuacja wokół projektu ustawy emerytalnej. W badaniu Romir aż 92% uczestników zadeklarowało, że jest przeciwko podnoszeniu wieku emerytalnego (http://romir.ru/studies/dojit-do-pensii). W rządowym projekcie przewidziano podniesienie progu dla kobiet aż o osiem lat, dla mężczyzn o pięć. Na stronie change.org pojawiła się petycja konfederacji związków zawodowych do władz, aby nie wprowadzać reformy. W krótkim czasie podpisało ją 800 tys. osób. Zdaniem autorów petycji, brakujące fundusze na wypłaty emerytur można zdobyć inaczej, na przykład ograniczając szarą strefę.

    Być może niezadowolenie społeczne będzie na tyle duże, że władze nieco ustąpią, z czegoś zrezygnują, aby wykazać dobrą wolę; może licytują teraz tak wysoko, aby mieć z czego spuścić i okazać w ten sposób miłosierdzie (np. podnieść kobietom próg „jedynie” do 60 lub 62 lat).

    Do tematu na pewno będzie okazja powrócić. Jeszcze dodam tylko, jaka była reakcja sekretarza prasowego Putina, Dmitrija Pieskowa. Indagowany, dlaczego Putin – który obiecał wszak, że za jego prezydentury nie będzie podniesienia wieku emerytalnego – przyzwala na takie ruchy rządu. Pieskow bez zmrużenia wyćwiczonych swych oczu odpowiedział, że Putin nie brał udziału w pracach nad ustawą. Ale zaraz też dodał, że od 2005 r. (kiedy Putin składał taką obietnicę), „okoliczności się zmieniły”.

  • The day before. FIFA World Cup

    13 czerwca. Już jutro zacznie się największa impreza piłkarska, jaką Rosja kiedykolwiek organizowała u siebie: XXI Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej. Mecz inauguracyjny odbędzie się na stadionie Łużniki w Moskwie. Zagrają gospodarze z Arabią Saudyjską. W ostatnim rankingu FIFA rosyjska drużyna narodowa została sklasyfikowana na 70. miejscu. Tak źle, jeśli chodzi o klasyfikację, jeszcze nie było.

    Ale kibice nie tracą nadziei, że Rosja wyjdzie z grupy. Losowanie partnerów grupowych okazało się dla gospodarzy tak korzystne (dwie słabe drużyny – Egipt, Arabia Saudyjska, jedna mocniejsza – Urugwaj), że aż trudno uwierzyć, że obyło się bez ingerencji buriackich czy ałtajskich szamanów. Drużynę Egiptu przyjmuje w Czeczenii sam Ramzan Kadyrow (https://www.svoboda.org/a/29286927.html). Nie, na zdjęciach nie widać krwi na rękach, widać szeroki uśmiech „szeregowca Putina”. FIFA wyraziła niezadowolenie z powodu ulokowania drużyny Egiptu w Groznym – wszak w tym mieście nie odbędzie się ani jeden mecz. Nazwisko Kadyrowa pojawiło się w jeszcze jednym kontekście: protestów zorganizowanych pod ambasadą Rosji w Belgii. Odbył się tam happening w obronie prześladowanego przez Kadyrowa członka stowarzyszenia Memoriał Ojuba Titijewa i innych obrońców praw człowieka. Aktywiści Amnesty International ubrani w stroje piłkarskie wrzucili na teren placówki dyplomatycznej Rosji sto piłek.

    Od dwóch tygodni w rosyjskiej telewizji nadawane są reportaże z miast, które będą podejmować uczestników mundialu. W reportażach, jak to w rosyjskich bajkach bywa, wszystko jest pięknie, wszystko gotowe, ludzie gościnni, uśmiechnięci, infrastruktura wypolerowana na wysoki połysk. Od tygodnia rosyjskie MSW nie publikuje na swojej stronie internetowej żadnych przykrych wiadomości, które mogłyby zepsuć nastrój. Co nie znaczy, że nic przykrego się nie dzieje: co rusz dochodzą wieści, że temu czy owemu turyście, który przybył na mundial, skroili portfel z pokaźną sumą. A jeszcze niedawno policja informowała, że przeprowadziła z kieszonkowcami specjalne rozmowy wychowawcze, pouczając, że na czas trwania turnieju mają zerwać ze swoim ponurym procederem, aby nie psuć wizerunku kraju gospodarza. Ale widać chłopaki nie wytrzymują napięcia i robią to, co zwykle.

    Kibice z obcych krajów, którzy nie zostali pozbawieni portfeli, bawią się wesoło na ulicach rosyjskich miast. Co ciekawe, te barwne korowody z Brazylijczykami czy Argentyńczykami, wspólne tańce pod gołym niebem, wspólne śpiewy itd. stoją w sprzeczności z przepisami, które Putin wprowadził dekretem na czas trwania turnieju. W myśl tego dokumentu zgromadzenia są zabronione. Ta fanaberia obywatelska ma zresztą pod górkę nawet i bez tego specjalnego dekretu.

    Politolog Michaił Winogradow napisał w FB: Powstaje rozziew nie tylko pod tym wzglem, „bo z jednej strony faktycznie zniesiono wizy, a z drugiej strony wymagają od gości mundialu idiotycznej rejestracji [obowiązkowy meldunek na czas pobytu], co jest bezsensowne, szkodliwe, niekorzystne i dla przyjezdnych, i dla samego państwa. […] Przywiezionym do miast policjantom powiedziano, że mają być uprzejmi, ale już nie powiedzieli, że mają nauczyć się choćby paru słów w obcych językach. Więc stoją i nie potrafią odpowiedzieć na żadne pytanie. Nawet po rosyjsku. […] Możliwe, że Rosja po mistrzostwach nie będzie taka, jak przedtem. I wcale nie wiadomo, jaka będzie. Która z analogii okaże się bliższa: czy podobieństwo do festiwalu młodzieży i studentów w 1957 r., który stanowił mocny impuls dla unowocześnienia i otwartości ZSRR. Czy może będzie jak po olimpiadach w 1980 i 2014 roku, których przykre skutki odczuwamy do dziś”.

    W mediach, które nie obsługują interesów Kremla, można znaleźć inne doniesienia niż radosne meldunki o gotowości do rozpoczęcia rozgrywek. Na przykład w Rostowie nad Donem nie wykonano planowanych remontów domów, ba, nawet samych fasad. Zasłonięto je płachtami z narysowanymi okieneczkami, a w nich radosnymi mieszkańcami, witającymi gości mistrzostw. (https://www.svoboda.org/a/29287220.html).

    Hitem dzisiejszych internetów w Rosji była wypowiedź deputowanej do Dumy, przewodniczącej komisji ds. rodziny, kobiet i dzieci Tamary Pletniowej, która poradziła Rosjankom, aby unikały kontaktów seksualnych z cudzoziemcami, którzy przyjadą na mundial. Zatroskana deputowana ostrzegała: „Nawet jeśli się ożenią, to wywiozą gdzieś daleko, a potem jest problem, żeby dziewczyna mogła wrócić do Rosji. Takie przychodzą do mnie do Dumy i płaczą, że dzieci im zabrali ci cudzoziemcy. Ja bym chciała, żeby w naszym kraju ludzie pobierali się z miłości, nieważne, jakiej narodowości, byle byli obywatelami Federacji Rosyjskiej […] Po igrzyskach olimpijskich w Moskwie 1980 r. było wiele matek samotnie wychowujących dzieci. Takie dzieci potem cierpią. Dobrze, jak są jednej rasy, ale zdarza się, że są innej. To wtedy bardzo cierpią. A my powinniśmy rodzić swoje dzieci”. W czasach pierestrojki podczas jednego z telemostów ZSRR-USA, programu telewizyjnego, który miał zbliżyć obie potęgi i doprowadzić do odprężenia w stosunkach, pewna jejmość wypowiedziała słynne zdanie: „W Sojuzie nie ma seksu”. Teraz się okazuje, że owszem, jest, ale zalecany jest wyłącznie między obywatelami Federacji Rosyjskiej. Wszelkie odstępstwa od tej zasady, a szczególnie z przedstawicielami innych ras, są niebezpieczne i niewskazane.

  • Niespecjalna operacja specjalna pod kryptonimem „Babczenko”

    30 maja. Przecież to wyglądało bardzo prawdopodobnie: zabito dziennikarza, który poruszał niewygodne tematy. Takie wiadomości ścinały krew w żyłach już nie raz i nie dwa. Wczoraj późnym wieczorem media zaczęły podawać okropną wieść z Kijowa o śmierci rosyjskiego dziennikarza Arkadija Babczenki. Został zastrzelony trzema strzałami w plecy.

    Znajomi i nieznajomi – wstrząśnięci, przerażeni, niektórzy obojętni, ale niektórzy wręcz z satysfakcją – napisali w FB, TT, na forach internetowych, w komentarzach prywatnych i zamówionych przed redakcje tysiące słów o zabitym dziennikarzu. Przypomniano niełatwy życiorys Arkadija: Czeczenię, służbę w armii, świetne reportaże i książki, ostry język, krytykę Putina, szczególnie za Krym i agresję na wschodnią Ukrainę, zeszłoroczną przeprowadzkę do Kijowa w celu zapewnienia bezpieczeństwa sobie i rodzinie. Zastanawiano się, kto mógł być sprawcą ohydnego czynu. Wśród wielu hipotez – niepopartych zresztą żadnymi dowodami lub choćby poszlakami, ale brzmiących przecież prawdopodobnie – powtarzały się oskarżenia pod adresem Kremla, władz w Kijowie, separatystów z Doniecka, nasłanych zbirów z Czeczenii. W kolejnych godzinach po zabójstwie do mediów wyciekały mętne i sprzeczne dane; w pewnym momencie pojawiło się zdjęcie człowieka leżącego na podłodze twarzą w dół, z widocznymi trzema dziurami w plecach, w kałuży krwi.

    Służba Bezpieczeństwa Ukrainy zwołała w sprawie zabójstwa Babczenki konferencję prasową, na której wystąpił… sam Babczenko. Żywy i zdrowy. Trochę speszony. Cóż, nie na co dzień zmienia się tak diametralnie status.

    I tutaj zaczyna się kolejny akt tej niezrozumiałej surrealistycznej sztuki z iście hitchcockowskim suspensem i odwrotkami w kiczowatym scenariuszu. Na konferencji prasowej zabrał głos szef SBU Wasyl Hrycak i opowiedział wydającej okrzyki zdumienia publiczności, że SBU otrzymała dwa miesiące temu informację, że ktoś ma zabić Babczenkę. Służba przygotowała operację specjalną, mającą na celu zatrzymanie organizatora planowanego zamachu. Ten, który miał wykonać zlecenie, został przewerbowany przez SBU. To była część operacyjnej kombinacji. Hrycak pochwalił się, że organizatora właśnie zatrzymano w Kijowie, to obywatel Ukrainy, jego nazwiska nie ujawniono. O zlecenie zorganizowania zamachu na Babczenkę Hrycak oskarżył rosyjskie służby specjalne. Miały one za 40 tysięcy dolarów zlecić zabicie dziennikarza, a także trzydziestu innych osób na Ukrainie. Babczenkę miał stuknąć były uczestnik ATO na wschodzie Ukrainy; niedoszły killer poszedł na współpracę ze śledztwem, otrzymał status świadka. Zainscenizowanie zabójstwa było ukraińskim służbom potrzebne, aby dotrzeć do zleceniodawcy. Babczenko został wtajemniczony w szczegóły operacji miesiąc temu.

    Tajemnica Enigmy to szyfr harcerzy młodszych w porównaniu z zapętleniem, które dziś zaprezentowały ukraińskie służby specjalne.

    Komentatorzy, którzy wcześniej w różnym stylu pożegnali Babczenkę tekstami wierszem i prozą, zgodnie ucieszyli się, że bohater operacji żyje. Dalej już tak miło nie było. Reporterzy bez Granic skrytykowali metodę pracy operacyjnej SBU, uznano akcję sfingowania zabójstwa za przekroczenie granic etyki, za „grę z prawdą”. Można by dodać, że to swego rodzaju triumf fake’ów jako fundamentu wojny hybrydowej (informacyjnej). Nie od dziś wiadomo, że służby specjalne prowadzą swoje wojny w białych rękawiczkach, aby ukryć, jak brudne mają dłonie. W jednym z komentarzy do dzisiejszych wydarzeń przeczytałam pochwałę ukraińskich służb, które w walce z rosyjskimi służbami nauczyły się stosowania ich sztuczek: prowokacji, fałszywek, ustawek itd.

    O co chodziło w tej zawiłej kombinacji? Na razie na podstawie tego, co ujawniono podczas chaotycznej konferencji prasowej, można tylko snuć domysły. Może chodziło o elementarny lans szefa SBU, może o zdyskredytowanie Rosji na progu Mundialu, może, może – w mediach trwa festiwal przypuszczeń.

    Babczenko po wstrząsach już się widocznie uspokoił, bo wziął do ręki pióro i napisał: „Niedoczekanie. Obiecałem umrzeć w wieku 96 lat, [a wcześniej] zatańczyć na grobie Putina i strzelić selfika na Abramsie na ulicy Twerskiej [w Moskwie]. Postaram się to zrobić”.