Kategoria: Bez kategorii

  • From America with love or not with love

    29 sierpnia 2025. W środę wieczorem na lotnisku Domodiewo w Moskwie wylądował samolot Egypt Air. Przywiózł kilkadziesiąt osób. Kim są pasażerowie tego samolotu? I dlaczego wokół ich przylotu jest tak dużo znaków zapytania?

    Prezes organizacji Russian America for Democracy in Russia (pomagającej obywatelom Federacji Rosyjskiej, którzy znaleźli się w obozach dla imigrantów na terytorium Stanów Zjednoczonych) Dmitrij Wałujew twierdzi, że to osoby deportowane z USA. I że to już druga grupa Rosjan wysłanych z Ameryki na chłodne łono Putina. Pierwsza deportacja miała miejsce w czerwcu i objęła około czterdziestu osób. Tym razem – z przesiadką w Kairze – dostarczono od 30 do 60 deportowanych.

    Jak pisze „Nowa Gazeta. Europa” (https://novayagazeta.eu/articles/2025/08/29/vlasti-ssha-deportirovali-neskolko-desiatkov-rossiian-za-den-news), powołując się na Wałujewa, na lotnisku w Kairze deportowanych otoczyli funkcjonariusze służb specjalnych, którzy następnie doprowadzili Rosjan na pokład samolotu lecącego do Moskwy. Kilka osób próbowało odmówić zajęcia miejsc w tym samolocie. Ale stanowczo wybito im z głowy zmianę trasy. Opornych dotkliwie pobito.

    Kim są deportowani? To obywatele Rosji, którzy z takich czy innych względów, takimi czy innymi drogami i z takich czy innych powodów znaleźli się w Ameryce w obozach dla imigrantów. Niektórzy z nich ubiegali się o prawo pobytu, ale sąd im odmówił. Niektórzy chcieli uzyskać azyl polityczny, ale nie otrzymali zgody (m.in. były rosyjski wojskowy, który samowolnie opuścił jednostkę, uciekł z Rosji, trafił do USA, tam przegrał swoją sprawę w sądzie). Wśród wysłanych jest też grupa, która zdecydowała się opuścić USA, nie doczekawszy decyzji sądu.

    W Moskwie na pasażerów tego wyjątkowego rejsu oczekiwała ekipa w mundurach. Deportowani zostali sprawdzeni i wypytani o wszystkie interesujące służby aspekty pobytu w USA i powrotu. Zatrzymano jedną osobę, reszta została wypuszczona po złożeniu odpowiednich zobowiązań (np. o nieopuszczaniu miejsca zamieszkania). Jak mówi założyciel organizacji Gulagu.net Władimir Osieczkin, niektórzy byli maglowani przez kilka godzin, niektórzy zostali pobici.

    Zdaniem Wałujewa, w maju 2024 r. w Stanach zmieniono podejście do Rosjan, którzy przedostali się do USA przez meksykańską granicę: „Wcześniej wjazd od strony Meksyku wydawał się jednym z najprostszych sposobów ucieczki od wojny. Po przejściu granicy ludziom, którzy występowali o azyl, wręczano wezwanie do sądu, ale mogli oni pozostać na wolności. Wszystko zmieniło się ponad rok temu: Rosjan, którzy występowali o azyl lub prawo pobytu, kierowano do obozów dla imigrantów, tam spędzali całe miesiące. Niektórzy z tych, których deportowano ostatnio, siedzieli tam około roku”.

    Jak pisze „The Insider”, w ostatnich latach o możliwość pobytu w USA ubiegały się dziesiątki tysięcy Rosjan. Po przejściu wymaganych procedur mogli zalegalizować swój status. Już przez ostatnie półrocze prezydentury Joe Bidena szanse na otrzymanie azylu w USA spadły, natomiast za czasów Trumpa, po zaostrzeniu polityki migracyjnej, amerykańskie władze mocno ograniczyły możliwości otrzymania zezwolenia na pobyt.

  • Agent za jeden uśmiech

    26 sierpnia 2025. Zjadanie własnego ogona jest jedną z rytualnych faz rozwoju reżimów autorytarnych. Czy Rosja już wchodzi w tę fazę? Właśnie trwa pokazowa chłosta pewnego wiernego putinisty, który niespodziewanie wypadł z łaski Kremla za jeden uśmiech przeznaczony dla innego przywódcy innego państwa.

    Siergiej Markow, rosyjski politolog, zasłużony dla kremlowskiej propagandy od zarania putinowskich dziejów. Występował w telewizji, lejąc hektolitry wazeliny pod adresem wodza, jeździł na letnie obozy prokremlowskich młodzieżówek, żeby nasączać odpowiednim ideologicznym betonem młode skorupki przyszłych urzędników i polityków. Położył zasługi w niewoleniu Ukrainy, prowadząc propagandowe stronki internetowe wypełnione po brzegi putinowskimi narracjami, „wspomagał” ukraińskie wybory prezydenckie itd. A na rosyjskim gruncie oprawiał w odpowiednie ramy rosyjskie wybory prezydenckie – był mężem zaufania Putina (2012). Dosłużył się nawet ciepłego fotela deputowanego Dumy Państwowej (z ramienia Jednej Rosji). Jednym słowem – towarzysz był z niego zaufany. O Putinie mówił w samych superlatywach, nazywał go „dobrym człowiekiem”. Jak widać – Siergiej Markow to samo putinowskie dobro.

    I oto 22 sierpnia Markow został wpisany na listę „agentów zagranicznych”. Co to oznacza? Pisałam o tym w cyklu „Rosyjska ruletka”: „Wśród licznych zakazów i zobowiązań dotyczących działalności agentów zagranicznych zwracają uwagę ograniczenia w dziedzinie publikacji czy zajmowania stanowisk, a także taki zapis: agent zagraniczny nie może być organizatorem imprezy publicznej, nie może prowadzić działalności edukacyjnej w państwowych placówkach i uczelniach. Agent nie może być ekspertem ani członkiem komisji do spraw różnych, wypracowujących koncepcje, rozważane potem przez odpowiednie ciała. Bo decydenci nie mogą znaleźć się pod wpływem ośrodków zagranicznych. Nie ma mowy o finansowaniu z zagranicy. Osoba uznana za agenta zagranicznego nie może uczestniczyć w publicznych dyskusjach ani wyrażać swych opinii w mediach i internecie, powinna trzymać się na dystans od wszelkich kampanii wyborczych i partii politycznych” (https://www.tygodnikpowszechny.pl/w-rosji-coraz-latwiej-zostac-agentem-zagranicznym-181638). Taki status to bat na tych, którzy stawiają się reżimowi, wyrażają opinie odmienne od oficjalnych kremlowskich bajek. Ale przecież Markow sam tworzył te bajki, skąd ta opresja?

    Może chodzi o nieostrożny uśmiech, jaki Markow posłał prezydentowi Azerbejdżanu Ilhamowi Alijewowi? Działo się to w lipcu podczas forum z udziałem przedstawicieli mediów. Przemawiał na nim Alijew. W tym czasie doszło do zaostrzenia stosunków rosyjsko-azerbejdżańskich, które od kilku miesięcy pozostają napięte po zestrzeleniu samolotu pasażerskiego azerbejdżańskich linii lotniczych (https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2025/01/06/glosniej-nad-ta-katastrofa/; https://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2024/12/28/przeprosiny-putina/). Markow w kuluarach forum opowiadał zgromadzonym dziennikarzom o tym, że Alijew jest „fantastycznym intelektualistą”, „jednym z najbardziej doświadczonych liderów politycznych świata”, a także przedstawicielem zwycięskiego państwa (które pokonało Armenię w wojnie o Karabach); „pod tym względem wielu liderów mogłoby się u niego wiele nauczyć, poznać, na czym polega sekret zwycięstwa”.

    Wypowiedzi te wyłapała obsługa Kremla, musiały być mocno kłującą szpilą dla ich szefa, który miałby – zgodnie z zaleceniem Markowa – pobierać nauki u zwycięskiego lidera Azerbejdżanu. Z-patrioci też nie mogli przełknąć tej jawnej zniewagi i zaczęli boleśnie kąsać Markowa po łydkach, nazywając „Ino-Markowem”, zarzucając nielojalność, zdradę etc. Głos zabrał nawet naczelny kapłan kremlowskiej propagandy Władimir Sołowjow, w swoim programie tv grzmiał, że takiego agenta Markowa trzeba do więzienia wsadzić. Potem jeszcze związany z imperium medialnym Jurija Kowalczuka (przyjaciel Putina) „Life” zamieścił materiał o majętnościach Markowa (mieszkanko za 100 mln rubli, wedle sugestii autorów materiału Markow wzbogacił się na kadzeniu Alijewowi, który krytykuje Rosję) i grzechach głównych (współpraca z amerykańskimi fundacjami).

    Tu Markow się zaniepokoił i wystąpił z oświadczeniem, że materiał jest kłamliwy. A on sam zawsze popierał politykę Putina i to się nie zmienia.

    Przypadek Markowa to pierwsza ta spektakularna akcja „zamoczenia” wiernego putinisty. Jak się skończy? Niektóre media piszą, że po tym, jak Markow się wystarczająco pokaja, może wrócić na piedestał, status „agenta zagranicznego” zostanie cofnięty.

    W czasach, gdy Stalin czyścił szeregi z wrogów, popularna była fraza „Towarzyszu Stalin, nastąpiła fatalna pomyłka…”. Aresztowani członkowie władz, partyjni towarzysze i inni wierni staliniści nie dowierzali, że Stalin może chcieć ich aresztować, liczyli, że będą mogli do niego zadzwonić/napisać, zapewnić o bezbrzeżnej lojalności wobec wodza, poinformować go, że zawinięto ich przez pomyłkę. Frazę tę przypomniano teraz w licznych komentarzach o „przypadku Markowa”.

  • Przystanek Alaska. The day after

    16 sierpnia 2025. Jednak do spotkania Donalda Trumpa i Władimira Putina w bazie Elmendorf-Richardson na Alasce doszło. Putin przyleciał. Amerykańscy żołnierze na klęczkach rozkładali przy trapie jego samolotu czerwony dywan. Po tym dywanie gość z Moskwy stąpał radośnie uśmiechnięty. Na końcu tej ścieżki koloru krwi czekał gospodarz równie radośnie uśmiechnięty. Uwagę zwrócił nie tylko ten entuzjastyczny wyraz twarzy Trumpa, ale jeszcze i to, że w oczekiwaniu, aż Putin podejdzie, bił mu brawo.

    Ten obrazek poszedł w świat i wzbudził huragan dezaprobaty i wielkie niedowierzanie. Oto przywódca najpotężniejszego państwa świata nie może się doczekać, by uścisnąć prawicę zbrodniarzowi wojennemu. Pojęcie przyzwoitości nawet w tak pełnej nieprzyzwoitości dziedzinie jak polityka zdewaluowało się i nadal traci na znaczeniu.
    Pozostańmy jeszcze chwilę w sferze wydarzeń o znaczeniu symbolicznym. Po tym jowialnym przywitaniu Trump poszedł dalej w nadspodziewanych uprzejmościach i posadził Putina w swojej limuzynie zwanej „bestią”, w której wozi sam siebie i tylko przy wyjątkowych okazjach wyjątkowych gości. Wykrzywiona w sztucznym uśmiechu wybotoksowana twarz Putina siedzącego na tylnym siedzeniu obok Trumpa też trafiła na pierwsze strony gazet. Bestia w „bestii”.

    Znamienny epizod wydarzył się, gdy Putin zbliżył się do grupy dziennikarzy. Korespondentka ABC News Rachel Scott zadała głośno pytanie Putinowi, kiedy przestanie zabijać cywilów na Ukrainie. Putin udał, że nie słyszy/nie rozumie. Zapewne w tym momencie zatęsknił za swoim nadwornym dziennikarzyną Pawłem Zarubinem, który nigdy nie zadaje niewygodnych pytań i używa grubej warstwy wazeliny przy każdym kontakcie z ulubionym interlokutorem z Kremla. Notabene Zarubin przyleciał z Putinem na Alaskę i opowiadał w reportażach telewizyjnych swoje zachwycone bajki (nie wspomniał o antyputinowskich protestach, jakie przetoczyły się przez Anchorage). Nie wiem, czy Zarubin został z całą resztą rosyjskich kolegów po fachu zakwaterowany w dawnym szpitalu covidowym – wielkiej, chłodnej hali klubu hokejowego, w której ustawiono łóżka polowe, odgrodzone cienkimi zasłonkami. Ta spartańska destynacja wywołała niezadowolenie „kremladzi”. Kolejną plagą egipską, która spadła na obsługę propagandową Putina, były kiepsko działające, lub niedziałające wcale, media społecznościowe. Roskomnadzor pod pozorem walki z oszustami zablokował bowiem połączenia wideo i głosowe w dwóch najpopularniejszych komunikatorach WhatsApp i Telegram. No więc im nie zadziałały.

    Spotkanie odbywało się pod hasłem „Pursuing peace” (dążąc do pokoju). Szczytne hasło, wzywające do pokoju. Już nikt nie pamiętał w ferworze nowych zdarzeń, że właśnie minął termin kolejnego „twardego” ultimatum Trumpa, który domagał się od Rosji zawieszenia broni na froncie ukraińskim, w przeciwnym razie groził sankcjami. Termin minął, Rosja ultimatum zlekceważyła, a „przeciwny raz” zamiast sankcji przybrał formę przyjaznego poklepywania po ramieniu i innych uprzejmości. Putin znowu zyskał czas.
    Rozmowy trwały niespełna trzy godziny. Nic nie podpisano, nic na dobrą sprawę twardo nie uzgodniono, poza zapowiedzią, że w Waszyngtonie już w najbliższy poniedziałek zostanie przyjęty prezydent Wołodymyr Zełenski, a europejscy partnerzy Ukrainy zostaną przez Trumpa poinformowani o przebiegu negocjacji. A zatem ciąg dalszy nastąpi w huku dział (bo o żadnym zawieszeniu ognia nie ma na razie mowy), sprzecznych komunikatów od polityków i równie sprzecznych przecieków prasowych (m.in. o tym, że Putin miałby się zgodzić na zawieszenie broni w zamian za cały Donbas).

    Putin może być na tym etapie zadowolony: na oczach świata został potraktowany jak mąż stanu, z którym liczy się prezydent USA. Trump po rozmowach zrobił kolejny ukłon w stronę gościa i udzielił mu pierwszemu głosu przed zgromadzeniem obserwatorów i dziennikarzy. Putin wyciągnął kartkę i przeczytał przygotowany tekst, w którym mowa była o historii (konik Putina), wyłuszczył też po raz nie wiem który stanowisko Moskwy w kwestii Ukrainy: powtórka tych samych, ciągle twardo powtarzanych żądań – usunięcie „praprzyczyn” konfliktu, Rosjanie i Ukraińcy to bratnie narody etc. („Putin pod pojęciem porozumienie pokojowe rozumie kapitulację Ukrainy i odebranie jej suwerenności” – skwitował oświadczenie Putina redaktor naczelny emigracyjnej „Nowej Gazety. Europa” Kiriłł Martynow). Putin zwrócił też uwagę na to, że trzeba pracować nad odbudową dwustronnych stosunków amerykańsko-rosyjskich, które obecnie znajdują się na niskim poziomie. „Next time in Moscow” – powiedział w języku gospodarza. Na co ten uśmiechnął się promiennie. Trump mówił bez kartki, ogólnikowo, że proces pokojowy się zaczął, ale dużo jest do zrobienia, że dużo uzgodnili (ale nie powiedział, co konkretnie) i że była to produktywna rozmowa.

    Nie odbyło się zapowiadane wcześniej spotkanie w rozszerzonym gronie ani wspólny lunch. Obie delegacje szybko się po wspomnianym wyżej briefingu zwinęły. Zamiast na obiad Putin pojechał na cmentarz pod Anchorage, na którym spoczywa kilku czerwonoarmistów (zginęli na Alasce podczas sprowadzania samolotów, które Amerykanie podarowali Związkowi Sowieckiemu podczas II wojny światowej). Na cmentarzu doszło do spotkania Putina z prawosławnym arcybiskupem Alaski Aleksijem (samo spotkanie i jego różne aspekty to oddzielny ciekawy temat, może będzie okazja, by go bardziej szczegółowo omówić).

    Po powrocie do Moskwy prezydent zwołał na Kremlu naradę z członkami Rady Ministrów, kierownictwem Dumy i Rady Federacji, na której poinformował o wynikach rozmów z Trumpem. Nazwał swoją wizytę na Alaskę „bardzo pożyteczną”. Podkreślił, że mógł spokojnie i ze szczegółami przedstawić stanowisko Moskwy w konflikcie ukraińskim. „Moim zdaniem ta rozmowa – szczera, pełna treści przybliża nas do odpowiednich decyzji” – powiedział. Żadnych szczegółów nie ujawnił. Ale przecież stanowisko Rosji w sprawie Ukrainy poznaliśmy już pod koniec 2021 r., jeszcze przed pełnoskalową inwazją, Jak widać, Kreml nie zamierza go zmieniać, nadal odmawia Ukrainie prawa do decydowania o sobie.

    Po przystanku Alaska kolejny przystanek – Waszyngton.

  • Przystanek Alaska? Zapowiedź druga

    15 sierpnia 2025. Za kilka godzin DT i WWP zamkną się na jakiś czas w bazie wojskowej Elmendorf-Richardson na Alasce. Czy będą rozmawiać o Ukrainie czy tylko o wznowieniu dwustronnego dialogu? A może o redukcji zbrojeń strategicznych?

    Skład rosyjskiej delegacji, która już zaczyna przybywać do Anchorage, może świadczyć o tym, że Putin chce położyć nacisk na kwestie gospodarcze, a niekoniecznie skupiać się na Ukrainie (zapewne będzie dalej przeciągał sprawę, aby móc wykrwawiać Ukrainę i domagać się swoich – zgłoszonych jeszcze w 2021 r. – żądań). Poza ministrem spraw zagranicznych Siergiejem Ławrowem (który na lotnisku w Anchorage wysiadł z samolotu w bluzie z napisem CCCP – może to taki nowy sposób trollingu Amerykanów), doradcą Kremla ds. międzynarodowych Jurijem Uszakowem i ministrem obrony Andriejem Biełousowem (czyli skrzydłem politycznym i wojskowym) w rozmowach wezmą udział minister finansów Anton Siłuanow i szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich Kiriłł Dmitrijew (człowiek do specjalnych poruczeń i spec od błyskania w oczy Amerykanów specjalną broszką przyszłych wspólnych przedsięwzięć np. w Arktyce). „Putin jedzie na Alaskę po to, aby osiągnąć uchylenie sankcji, a nie po to, żeby rozmawiać o wymianie terytoriów” – napisał emigracyjny politolog Iwan Jakowina.

    Putin przed wyprawą na spotkanie z Donaldem Trumpem zwołał naradę ludzi piastujących najważniejsze urzędy. Skład był niemal taki sam jak podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę. Putin wtedy przepytywał swoich bojarów, czy są mu wierni i czy zgadzają się z jego wolą. Obecne spotkanie miało podobny charakter (https://www.youtube.com/watch?v=SClXNHSRWHE). I odbyło się w tej samej sali na Kremlu – kapiącej od złota sali Jekatierińskiej.

    Być może te złote stiuki Kremla miały za zadanie przypomnieć gospodarzowi „przystanku Alaska”, że ma do czynienia z potęgą, z którą musi się liczyć. W rosyjskich mediach pojawiło się doniesienie, że Rosja właśnie teraz, jakoś na dniach, zamierza testować rakietę balistyczną Buriewiestnik (doświadczalny pocisk międzykontynentalny z napędem jądrowym). Być może należy to odczytać jako sygnał chęci powrotu ze strony Moskwy do dwustronnych rozmów z USA o broni masowego rażenia. O limitach, traktatach i całym entourage’u związanym z wyćwiczonym jeszcze w czasach ZSRR dialogu o broni jądrowej etc. Można bez końca rozmawiać choćby o tym, że już niebawem, w lutym 2026 r. kończy się okres obowiązywania układu START III w sprawie ograniczenia zbrojeń strategicznych. I co dalej?

    A być może z dialogu wyjdzie niewiele albo zgoła nic. Trump ocenił szanse powodzenia spotkania na 25 procent, nie za wiele. W Moskwie takich ocen i oczekiwań nie publikują. Cokolwiek ugrają, to i tak do przodu. Trump swoim zaproszeniem na Alaskę przerwał 4-letnią izolację Putina w kontaktach z Zachodem. To samo w sobie jest sukcesem Moskwy.

    Tymczasem Putin pod drodze zajechał do Magadanu. Stamtąd już tylko żabi skok nad oceanem i oto jest na Alasce.

    15 sierpnia, godzina 13. Czekamy na pierwsze komunikaty z Anchorage.

  • Przystanek Alaska? Zapowiedź pierwsza

    12 sierpnia 2025. Największe miasto stanu Alaska, Anchorage ma przyjąć 15 sierpnia prezydenta Donalda Trumpa i zaproszonego przezeń do rozmów prezydenta Rosji Władimira Putina. Najprawdopodobniej Anchorage, bo „rozpatrywane są jeszcze inne miejsca” – zastrzega rzeczniczka Białego Domu.

    Wokół planowanego spotkania rozpętała się burza medialna: telewizje całego świata nadają reportaże z Alaski i dyskusje o przypuszczalnym przebiegu spotkania, gazety drukują sążniste analizy, biorąc za podstawę przecieki z dobrze poinformowanych źródeł, eksperci w swoich mediach społecznościowych dzielą się przemyśleniami na gorąco i na zimno. Jedni widzą w wydarzeniu kopię układu monachijskiego z 1938 r., omawiane są nawet dokładne scenariusze przebiegu przewidywanego spotkania: najpierw porozumienie pomiędzy Putinem i Trumpem, potem sponiewieranie Zełenskiego (który codziennie komentuje pojawiające się spekulacje dotyczące potencjalnych rozmów) i zmuszenie go do przyjęcia kapitulacji na warunkach podyktowanych przez Putina. Inni próbują zrozumieć, czym kieruje się i co chce osiągnąć Trump, który raz sygnalizuje zniecierpliwienie postawą Moskwy, to znowu uspokaja sytuację i daje do zrozumienia, że wierzy Władimirowi. Jeszcze inni analizują przekazy rosyjskiej propagandy, która zaczęła mocno lansować hasło „plan zakończenia specjalnej operacji wojskowej” (przy okazji smakują nowe słówko, które pojawiło się w języku: fonetycznie zapisane cyrylicą angielskie wyrażenie peace deal – писдил brzmi jak wulgaryzm).

    W tym białym szkwale sprzecznych komunikatów można się pogubić. Wczoraj podczas konferencji prasowej Donald Trump wypowiedział się w sprawie planowanego spotkania na Alasce. Uwagę komentatorów przykuło znamienne przejęzyczenie „spotkamy się w piątek z Putinem, pojadę do Rosji” (freudowska pomyłka?). W Rosji przyjęto to za dobrą monetę, uczestnicy telewizyjnych seansów nienawiści jeden przez drugiego przypominali, że Alaska była jeszcze całkiem niedawno rosyjska i niech Trump się z tym liczy. W programie naczelnego kapłana propagandy telewizyjnej Władimira Sołowjowa goście pogalopowali dalej: nie tylko Alaska, ale i Kalifornia, i Hawaje po prostu się Rosji należą. Na razie po dobroci. Aktualnie w rosyjskim przekazie propagandowym Stany Zjednoczone są traktowane łagodnie, z nadzieją na ułożenie stosunków. Głównym siedliskiem zła, najbardziej znienawidzonym wrogiem jest w obecnym ujęciu propagandy rosyjskiej Europa.

    Donald Trump opowiadał jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy, m.in. „wyjaśnił”, że rosyjskie czołgi mogły dojść do Kijowa w cztery godziny, ale to się nie udało, bo jakiś generał kazał im jechać na przełaj zamiast szosą.

    Dziś rzeczniczka amerykańskiej administracji powiedziała: „Prezydent Rosji poprosił prezydenta USA za pośrednictwem specjalnego wysłannika Steve’a Witkoffa o spotkanie. Dlatego prezydent [USA] zgadza się na to spotkanie na prośbę prezydenta Putina. Celem tego spotkania ze strony prezydenta [USA] jest lepsze zrozumienie, jak możemy położyć kres tej wojnie”.

    Także dziś odbyła się rozmowa szefów dyplomacji Rosji i USA. Tematem były przygotowania do rozmów na Alasce. Żadnych szczegółów.

    A Putin? Czy Putin zabrał głos w sprawie swojej wyprawy na Alaskę? Nie, milczy. To zapewne demonstracja: prezydent Rosji nie strzępi sobie języka bez powodu. Kilka słów wypowiedział natomiast wiceminister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Riabkow: „Spotkanie da nowy impuls stosunkom dwustronnym, pomoże w rozwiązaniu szeregu ważnych kwestii”. To ważna wypowiedź, bo wskazuje na priorytet Moskwy w rozmowach na Alasce – to kontynuacja trendu, który zaznaczył się od razu, po pierwszym telefonie Trumpa do Putina. Z punktu widzenia Rosji korzystne jest mianowicie rozwidlenie na dwa kierunki: odbudowanie relacji Rosja-USA w celu robienia dwustronnych dealów (które tak lubi Trump), natomiast zakończenie wojny w Ukrainie to jedynie kierunek drugi, chętnie na dalszym planie. Czy zatem zobaczymy kolejny odcinek przeciągania rozmów ze strony Rosji, aby jak najdłużej móc pozostać w grze, aby powstrzymać niekorzystne decyzje w sprawie amerykańskich sankcji, dostaw broni dla Ukrainy itd.? A może Rosja połączy teraz oba wątki i sprawę zakończenia (na tym etapie) wojny włączy do negocjowania nowych dokumentów o współpracy z Ameryką? W ten sposób skrępuje USA w działaniach wobec Kijowa.

    W ostatnim czasie w licznych publikacjach wskazywano, że przedmiotem targów podczas spotkania na Alasce (wpierw z Putinem, a potem ewentualnie z Zełenskim) będzie „wymiana terytoriów”. Z punktu widzenia Moskwy jednak ważniejsze niż terytoria (choć to też ważne, zwłaszcza w odniesieniu do Krymu) będzie narzucenie Ukrainie statusu „państwa zdemilitaryzowanego” (ograniczona armia, zakaz wstępowania do NATO, na co władze w Kijowie nie wyrażają zgody). Jeżeli Ukraina nie będzie mogła się bronić, Rosja zyska możliwość dowolnego wyznaczania granic (bez konieczności „wymiany terytoriów”).

    W sieci w związku z Alaską pojawiło się mnóstwo memów. Jeden z nich jest nie tylko zabawny, ale znamienny. Zdjęcie przedstawia czterech Putinów, podpis: „Właśnie trwa narada, który z sobowtórów ma pojechać na spotkanie z Trumpem”. A może żaden nie pojedzie. Bo ryzyko fiaska jest duże.