Kategoria: Bez kategorii

  • Nawalny. Toksyna polityczna

    21 sierpnia. To się dzieje na naszych oczach. Najważniejszy, najaktywniejszy i najskuteczniejszy opozycyjny polityk Rosji Aleksiej Nawalny walczy w szpitalu o życie. Leciał z Tomska do Moskwy, na lotnisku wypił herbatę, a na pokładzie samolotu poczuł się źle, stracił przytomność. Samolot wylądował awaryjnie w Omsku, nieprzytomny Nawalny karetką został przewieziony na oddział intensywnej terapii. Od wczoraj znajduje się w śpiączce, podłączony do respiratora, w stanie ciężkim, stabilnym – tak mówią lekarze. A nad jego głową toczy się bój o jego życie. I Rosję.
    Po otrzymaniu wiadomości o incydencie do Omska pospieszyli żona i bliscy współpracownicy Nawalnego z Fundacji Walki z Korupcją. W chwili, gdy piszę te słowa, nadal nie zostali dopuszczeni do Nawalnego. Pod różnymi pretekstami: że jest w stanie ciężkim, nie wyraził zgody (skoro jest nieprzytomny…), przebywanie w jego pobliżu jest niebezpieczne. W korytarzu szpitala siedzi kilku gości o nieprzeniknionych obliczach, blokują przejście.

    Od wczesnych godzin rannych na lotnisku w Omsku stoi w gotowości niemiecki samolot. Przyleciał po Nawalnego, aby zabrać go do kliniki Charite w Berlinie (niedawno leczono tam z tajemniczego otrucia jednego z liderów grupy Pussy Riot, Piotra Wierziłowa. I skutecznie wyleczono). Trwa ping pong pomiędzy sztabem Nawalnego a Kremlem. Rzecznik prezydenta Dmitrij Pieskow twierdzi, że Kreml nie otrzymał prośby o pomoc w wywiezieniu pacjenta za granicę, podczas gdy współpracownicy opozycjoniści podają, że z takim wnioskiem wystąpili. Lekarze w Omsku, którzy jeszcze rano przygotowywali niezbędne dokumenty do wysłania Aleksieja za granicę, w pewnym momencie zaniechali czynności i zaczęli powtarzać, że stan pacjenta nie daje przesłanek do transportu.

    Tymczasem czas nagli.

    Lekarze z omskiego szpitala wiją się jak piskorze. Dyrektor szpitala godzinę temu oświadczył, że powodem złego stanu Nawalnego stały się zaburzenia metabolizmu i nagły spadek poziomu cukru we krwi.

    Gdy wieść o ciężkim stanie Nawalnego rozeszła się po świecie, media społecznościowe i wielu komentatorów od razu postawiło diagnozę: otruty. Ludzie kremlowscy (dziennikarze, komentatorzy, politycy na usługach) wrzucali inne wersje: że poprzedniego dnia Nawalny zabalował, popił, nafaszerował się lekami albo narkotykami. No i tak – organizm się zbuntował, sam jest sobie winien. Wersji publiczność nie kupiła. Ani krajowa, ani zagraniczna. Zaniepokojenie stanem zdrowia i przeciągającymi się targami o możliwość wywiezienia Nawalnego do niemieckiego szpitala wyraziła kanclerz Angela Merkel.

    Przebywający od lat na emigracji opozycyjny działacz, socjolog (prywatnie – kuzyn Borysa Niemcowa) Igor Ejdman napisał: „Służby specjalne dawno by już pozbyły się Nawalnego, ale Kreml nie chciał zrobić z niego męczennika i miał nadzieję, że zniszczą go politycznie: zdyskredytują, umoczą. Sytuacja na Białorusi najwidoczniej zmusiła ich do podjęcia zdecydowanych kroków. Postawiła bowiem przed rosyjskimi władzami pytanie: „jak nie dopuścić w Rosji do wydarzeń, podobnych do białoruskich?”. Otrucie Nawalnego było punktem pierwszym na liście odpowiedzi na białoruskie wyzwanie. Jak w przypadku zabójstwa Niemcowa, decyzja o wyeliminowaniu Nawalnego mogła być podjęta wyłącznie na najwyższym szczeblu, a zatem osobiście przez Putina. Nikt by się na to nie odważył bez jego zgody”.

    Bardzo śmiała teza, którą oczywiście wszyscy ludzie kremlowscy dementują.

    Na koniec tego pospiesznie pisanego odcinka przypomnę jeszcze tylko, że Nawalny latem ubiegłego roku, gdy odsiadywał karę 30 dni aresztu, najprawdopodobniej był otruty. Wtedy opuchliznę zdiagnozowano jako alergię.

  • Kreml patrzy na Białoruś

    12 sierpnia. Minęło kilka dni od głosowania, które wstrząsnęło Białorusią. Centralna Komisja Wyborcza podała wzięte z kosmosu wyniki „wyborów prezydenckich”: prezydent Alaksandr Łukaszenka miał wedle tego sabatu otrzymać 80%, a jego główna rywalka Swiatłana Cichanouska – niecałe 10%. Przeciwko jawnej falsyfikacji wyszli na ulice protestować mieszkańcy wielkich i małych miast, a nawet wsi. Skala protestów jest – jak na spokojną na ogół Białoruś – bardzo duża. Przeciwko demonstrantom Łukaszenka wystawił uzbrojone po zęby oddziały milicji i prewencji. Brutalność interwencji jest niebywała.

    Rosyjscy politycy z olimpijskim spokojem przyglądają się dramatycznym wydarzeniom na ulicach białoruskich miast. Władimir Putin – zaraz po chińskim przywódcy – pospieszył z gratulacjami dla Łukaszenki. Oddzielne gratulacje złożył patriarcha Moskwy i całej Rusi Cyryl. A zatem Kreml uznał ewidentnie „narysowaną” fałszerstwami legitymację władzy uzurpatora. „To uzurpator, ale nasz uzurpator”. Uzurpatorowi zapewne przyjdzie zapłacić słono za to braterskie poparcie Kremla. Czy cena została ustalona przed 9 sierpnia czy bracia uzurpatorzy dopiero będą się targować?

    Aleksandr Skobow (Grani.ru) tak to skomentował: „Zachowanie systemu, w którym władza może przypisać sobie dowolne wyniki głosowania, a społeczeństwo nie ma sposobu, aby te wyniki podważyć, jest dla putinowskiego Kremla sprawą zasadniczą. To fundament postsowieckiego autorytaryzmu na jego obecnym etapie rozwoju – gdy system stracił długo utrzymującą się lojalność większości społeczeństwa, zarówno na Białorusi, jak i w Rosji”.

    Łukaszenka gra va banque, chce zademonstrować, że jest w stanie utrzymać swoją władzę – ma siły i środki, aby stłumić niezadowolenie społeczne. Choćby stosując zamordystyczne metody, poniżające godność ludzi. Na dobrej opinii już mu nie zależy, już wie, że to niemożliwe. A Putin? Putin przegląda się w tym zwierciadle. I pokazuje swojemu społeczeństwu, że na tym tle wygląda na naprawdę dobrego cara. Aż tak (podkreślam: aż tak) ludzi nie tłucze. A w Chabarowsku to nawet nie rozgania trwających od ponad miesiąca demonstracji (choć od dwóch dni hasłem przewodnim tamtejszych protestów jest solidarność z Białorusią). Lecz gdyby przyszło co do czego…

    Gdy ogląda się rosyjską telewizję państwową, można odnieść wrażenie, że na Białorusi nic takiego się nie dzieje. Ot, były wybory. Najważniejszy wyborca wygrał, zdobył przekonującą liczbę głosów. A że ludzie wyszli na ulicę? No, wyszli. Niektórym zwycięstwo Alaksandra Ryhorycza się nie podoba, to wyszli protestować. Zawodowa gadająca głowa politolog Siergiej Markow dostrzegł w wystąpieniach rękę Litwy i Polski. Jego zdaniem to w ościennych krajach powstały plany podważenia wyników wyborów i wręcz obalenia Łukaszenki. Ale w rosyjskiej przestrzeni medialnej zdarzają się też wypowiedzi krytykujące Łukaszenkę. Koniec jego niesławnych rządów odtrąbił np. Władimir Żyrinowski. Natomiast Konstantin Zatulin, polityk zasłużony na odcinku integracji z państwami postsowieckimi, oznajmił z kwaśną miną: „Łukaszenka przebrał miarę. Nie chcemy żadnego podziału ani „majdanu” na Białorusi. Problem polega na tym, że Łukaszenka jest nieprzewidywalny, jeśli chodzi o obronę władzy”.

    Ten wielogłos może świadczyć o tym, że Rosja szykuje się na różne warianty rozwoju sytuacji. Może jeszcze kilka dni temu obawiała się, że Łukaszenka upadnie. Ale dziś już zapewne uważa, że sytuacja jest i pozostanie pod kontrolą zamordysty, który wbił zęby w fotel prezydencki i nie zamierza rozewrzeć szczęk, będzie trzymał do upadłego. Bo jak będzie trzymał, to do Europy nie pójdzie, nikt go tam nie wpuści. I będzie musiał kłaniać się Moskwie. I o to chodzi.
    Jest jeszcze jedna grupa, która krytykuje Łukaszenkę i jego siłowe metody. To dziennikarze rosyjscy – i to zarówno mediów niezależnych, jak i państwowych. Protestują przeciwko zatrzymaniom kolegów relacjonujących wydarzenia na Białorusi, pobiciom, niszczeniu sprzętu, domagają się poszanowania dla nich i ich pracy, a przede wszystkim uwolnienia.

    A Swiatłana Cichanouska? Jak na nią patrzą? Oficjalnego stanowiska w sprawie jej oświadczenia, złożonego pod lufą pistoletu i wyjazdu na Litwę Kreml nie wydał. Władimir Pastuchow, politolog wykładający na brytyjskiej uczelni, napisał, że szantażując i wypychając z Białorusi Cichanouską, Łukaszenka stał się enfant terrible cywilizowanego świata. „Podniósł rękę na matkę i tym samym postawił się poza wszelkimi granicami”, stał się gangsterem, gorszym od Pinocheta czy [seryjnego zabójcy] Czikatiły.

  • Obraz tygodnia

    8 sierpnia. W „Tygodniku Powszechnym” jest stała rubryka otwierająca numer: „Obraz tygodnia”. Wyjątkowo skorzystam z tej formuły, bo w minionym tygodniu miało miejsce kilka ważnych wydarzeń i kilka ważnych „ciągów dalszych” wydarzeń już na blogu opisywanych. Zbiorę je w jeden wpis.

    Zacznę od zakończonego procesu członków organizacji Nowa Potęga (Новое Величье). Pisałam o tej sprawie w październiku 2019: „Nowa Potęga jest prowokacją służb specjalnych (niejaki Rusłan D., który nawiązywał kontakty z młodymi ludźmi w celu wymiany poglądów na tematy polityczne, był prawdopodobnie podstawionym prowokatorem FSB; w sprawę zaangażowani byli również inni prowokatorzy)”. Sprawa została uszyta bardzo grubymi nićmi. Wyroki wydano na podstawie zeznań prowokatora, zeznań oskarżonych sąd nie wziął pod uwagę. W czasie śledztwa figuranci byli poddawani torturom. Oczywiście żaden z funkcjonariuszy nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Grupa młodych ludzi została oskarżona i skazana z artykułu 282 kk – utworzenie organizacji ekstremistycznej (w celu wywołania niepokojów społecznych i obalenia ustroju). Wyroki zapadły wysokie: Rusłan Kostylenkow został skazany na karę siedmiu lat kolonii karnej, Piotr Karamzin – 6,5 roku, Wiaczesław Kriukow – sześć. Pozostali oskarżeni otrzymali wyroki w zawieszeniu, w tym Anna Pawlikowa – skazana została na cztery lata w zawieszeniu. To ona była wzruszającą panną młodą, o której pisałam w blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2019/10/18/opozycyjna-love-story-kremlowska-hate-story/ Była zatrzymana i przetrzymywana w areszcie śledczym jeszcze przed ukończeniem osiemnastu lat.

    Leonid Smirnow na stronie Rosbalt.ru pisze: „Ci ludzie nikogo nie zabili, nie stosowali przemocy. Krytykowali władze, być może szykowali się, by z nią walczyć. Ale najmocniej do tej walki przygotowywał się ten, który na ławie oskarżonych nie zasiadł. Był w procesie świadkiem. Ci, którzy mieli okazję bliżej przyjrzeć się śledztwu, twierdzą, że to prowokator, bez którego nic by nie było”.

    Większość obserwatorów jest zdania, że proces Nowej Potęgi jest symbolicznym przekroczeniem przez rosyjski wymiar sprawiedliwości kolejnej cienkiej czerwonej linii: oto skazano ludzi za nic, bez materiałów dowodowych, na podstawie zeznań wątpliwego świadka, który był prowokatorem Ochrany, tzn. KGB. Co ciekawe, po Rusłanie D., który był inicjatorem, prowokatorem, donosicielem, wreszcie świadkiem, wszelki ślad zaginął. (O domniemanym prowokatorze można przeczytać na stronie Grani.ru https://graniru.org/Politics/Russia/FSB/m.277071.html).

    *
    Chabarowsk. Dziś odbył się 29. marsz sprzeciwu mieszkańców miasta. To znaczy że od dwudziestu dziewięciu dni dzień w dzień w mieście nieodmiennie odbywają się protesty, gromadzące tysiące, a nawet kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Do głoszonych od początku akcji haseł: uczciwego procesu gubernatora Siergieja Furgała i to przeprowadzonego tu, na miejscu, w Chabarowsku, a nie w Moskwie, dochodzą stopniowo nowe, niektóre mocne. Już na początku pobrzmiewało niezadowolenie z działań wieczystego lokatora Kremla, z biegiem dni hasła antyputinowskie stawały się coraz bardziej radykalne. Teraz ludzie krzyczą: „Precz z carem!”, „Putin to złodziej!”. Domagają się też lustracji członków władz. Nadal za grosz nie wierzą przysłanemu z błogosławieństwa Władimira Żyrinowskiego, nowemu p.o. gubernatorowi Michaiłowi Diegtiariowowi. Diegtiariow zachowuje się tak, jak gdyby w mieście nic się nie działo. Odrzuca propozycje wyjścia na plac do protestujących, podjęcia rozmów itd. Kreml też nic po sobie nie pokazuje, czeka. Za mniej więcej miesiąc mają się odbyć wybory regionalne. Władze ewidentnie liczą na to, że protest do tego czasu wygaśnie. Demonstracje nie są rozpędzane. Policja reaguje punktowo, zatrzymując niektórych uczestników według nieznanego klucza. A miasto nadal huczy i mówi, że nie odpuści.

    *
    Chłopcy „wagnerowcy” i ich tajemnicze zatrzymanie na Białorusi w przeddzień wyborów prezydenckich (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/31/wagnerowcy-z-wizyta-przyjazni-u-lukaszenki/). Dużo piany wokół tej sprawy ubito, wiele domysłów wysunięto: czy to gra Łukaszenki przeciwko Kremlowi, czy to gra Kremla, aby pomóc Łukaszence w trudnej dla niego sytuacji przedwyborczej? Wszystkie wersje były równie dobre, jak i wątpliwe. Wreszcie rosyjskie media odpaliły wersję, która położyła kres domysłom. Uwaga, światło przygasa, miarowe bicie werbli nasila się, napięcie rośnie. Rosyjska telewizja w programie Wiesti, a za nią i inne rosyjskie media, poinformowała o sensacyjnych, jak mówi, wynikach dziennikarskiego śledztwa. Otóż, to w Kijowie wymyślono scenariusz z wagnerowcami wysłanymi na Białoruś, aby poróżnić Moskwę i Mińsk. Akcję koordynowała Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Ale czujne organy wykryły rzecz całą. Teraz Mińsk i Moskwa znowu mogą się w najlepsze przyjaźnić, buzi, goździk, graba. Burza przeszła bokiem. A teraz huzia pospołu na banderowców. Co za kiepski teatr. Jak mawiał mistrz Stanisławski: „nie wierzę”. Sprawy przecież nie wyjaśniono, wrzucono tylko ustaloną wersję. Co z tego, że zewsząd sterczą wielkie nosy Pinokia? Show trwa nadal. Łukaszenka szykuje się do kolejnej kadencji. Co zrobi ze społecznym niezadowoleniem? Sfałszuje wybory? Spałuje niezadowolonych? Zapewne niestety tak. Ale co dalej?

    Jutro będzie na Białorusi bardzo nerwowa niedziela.

  • Wagnerowcy z wizytą przyjaźni u Łukaszenki

    31 lipca. Od trzech dni białoruskie służby bezpieczeństwa przesłuchują 33 Rosjan, których zatrzymano w sanatorium „Biełorusoczka” pod niesprecyzowanym zarzutem destabilizacji sytuacji przed wyborami lub nawet przygotowania aktów terroru. Sytuacja na Białorusi przed wyborami przypomina mrowisko polane wrzątkiem: dzieją się rzeczy niespodziewane i dynamiczne.

    Prezydent Łukaszenka nadal chce być prezydentem (rządzi Białorusią od 1994 r.), tymczasem z dnia na dzień coraz bardziej widać przejawy niezadowolenia społecznego i wzrost poparcia dla kontrkandydatów. Na spotkaniach wyborczych sympatycznej nauczycielki angielskiego Swiatłany Cichanouskiej zbiera się po kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Swiatłana startuje w wyborach w zastępstwie zapuszkowanego męża, znanego blogera, krytykującego Łukaszenkę. Siarhiej Cichanouski sam chciał wystartować, ale Łukaszenka uznał jego udział za zbyt ryzykowny i prewencyjnie go wyeliminował z gry. Każde spotkanie kończy się odśpiewaniem „Murów” Jacka Kaczmarskiego, widać moc w tych zgromadzeniach. Jak w tej sytuacji Łukaszenka ma zachować zimną krew? A tu jeszcze z podejrzaną wizytą zawitali „wagnerowcy” (daję tu cudzysłów, bo wcale nie wiadomo, kim są ci ludzie, choć ich personalia są znane: https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/30/86449-kak-batka-vzvod-vagnerovtsev-v-plen-vzyal?utm_source=refer; przyjemna gromadka). Co czynić? Z czym to jeść?

    Łukaszenka jest bliski paniki i denerwuje się coraz bardziej. Gotów zastosować rozwiązanie siłowe, gdyby jego rachuby na kolejną kadencję zawiodły, mimo mobilizacji OMON-u i kontroli nad procesem wyborczym. Z Rosją od dawna się nie dogaduje, ze sznurka, którym związane są oba państwa, wystają brzydkie pakuły. Pole manewru Łukaszenki, który stroi się w szaty obrońcy białoruskiej niepodległości, zawęża się. A Rosja czeka, by ta niepodległość spadła jej jak gruszka do fartuszka. Czeka przygotowana na kilka możliwych wariantów rozwoju sytuacji. Łukaszenka nie jest wymarzonym partnerem, ale Moskwa go akceptuje i wydaje się, że akceptuje pozostawienie go na stolcu, mimo pewnych niedogodności z tego wynikających. Są jednak w tej grze i w tej sytuacji z „wagnerowcami” pewne istotne niuanse i wiele znaków zapytania.

    I o tym pisał na FB m.in. rosyjski socjolog mieszkający w Berlinie Igor Ejdman: „Kreml może spróbować wykorzystać wybory prezydenckie na Białorusi, aby zrealizować od dawna zamierzony Anschluss tej republiki. Putinowscy czekiści pracują wedle schematów stosowanych w światku kryminalnym lat 90. Najpierw klientowi „robi się problemy”, a potem proponuje mu się opiekę (kryszę) na warunkach polegających na ustanowieniu kontroli nad jego biznesem. Właśnie taki schemat realizowany jest wobec Łukaszenki. […] Operacja obliczona jest na to, że Łukaszenka w obliczu realnej możliwości utraty władzy poleci do Putina i poprosi go o pomoc. Warunkiem uratowania Łuki będzie Anschluss, od którego Łuka już nie zdoła się wykręcić.

    Skoro kijowski Majdan rosyjskie władze wykorzystały jako pretekst do aneksji Krymu, to miński może stać się powodem podjęcia próby zawłaszczenia Białorusi.

    Ale putinowskiemu reżimowi nie tak łatwo będzie zeżreć Białoruś – udławi się. Białoruska opozycja postępuje prawidłowo, próbując wykorzystać unikatową szansę odsunięcia Łukaszenki. Jeżeli on utrzyma się u władzy, to wcześniej czy później – choćby się opierał – będzie zmuszony oddać białoruską niepodległość. Tylko demokratyczne, zorientowane na Europę władze białoruskie mogą zagwarantować Białorusi status niepodległego państwa”. I dalej: „Rosyjskie władze celowo przekazują mediom wersję, że zatrzymani wagnerowcy (czytaj: funkcjonariusze GRU) byli jedynie „pasażerami tranzytowymi” w drodze do Afryki. Ostatnie wątpliwości co do tego, że to wrzutka informacyjna, odpadły po tym, jak tę wersję uwierzytelnił Prilepin [Zachar Prilepin – w przeszłości nieźle zapowiadający się pisarz, od kilku lat – major sił donieckich separatystów]. Prilepin zapewnił, że rozpoznał wśród zatrzymanych swoich byłych podwładnych z [donieckiego] batalionu. Prilepin często jest wykorzystywany do uwierzytelniania takich informacji, kiedy służby specjalne potrzebują potwierdzenia swojej wersji. A to świadczy o tym, że jest dokładnie odwrotnie [tzn. że nie ma wśród zatrzymanych żadnych „donieckich”, a są funkcjonariusze GRU, szykujący prowokację].

    […] Łukaszenka próbuje wykręcić się od narzucanej przez Kreml opieki [kryszy] i chce się społeczeństwu zaprezentować jako obrońca niepodległości. Ale znalazł się w pułapce. Sytuacja rozwija się tak, że nie uda mu się utrzymać władzy bez pomocy Rosji. A Rosja okaże pomoc wyłącznie za zgodę na Anschluss. Choćby nie wiem jak Łukaszenka się prężył, to właśnie on stanowi największe zagrożenie dla niepodległości kraju. Jeśli Łukaszenka stanie przed wyborem: oddać władzę opozycji i trafić do więzienia albo zostać urzędnikiem Putina – zapewne wybierze to drugie”.

    To dywagacje, przypuszczenia i prognozy. Obserwatorzy zadają wiele pytań, na które na razie brak odpowiedzi. Np. skąd się wzięli w białoruskim sanatorium ubrani w przypominające mundury wdzianka Rosjanie, którzy mają za sobą militarną przeszłość? Czemu strona białoruska twierdzi, że tak naprawdę Rosja wysłała w niecnych celach nawet dwustu najemników? Jakie zadania mają do wykonania w przeddzień wyborów rosyjskie psy wojny w kraju związkowym? Czemu Łukaszenka tak się zabulgotał i poszedł taranem, na dodatek odgrażając się, że dobije targu z Ukrainą, która chce wydania tych „wagnerowców”, walczących niegdyś w Donbasie? Dlaczego oficjalna wersja przedstawiana przez białoruskie KGB ma tyle luk? I jeszcze w trybie żartobliwym: czy Janukowycz już znalazł koledze z Białorusi mały biały domek w Rostowie nad Donem na wypadek ucieczki z kraju?

    Można zadać jeszcze wiele innych ciekawych pytań.

    Wróćmy z obłoku domysłów na ziemię. Jak w realu zareagowała Moskwa? Początkowo reakcja była spokojna, zrównoważona, dociekliwa. Ambasador Rosji w Mińsku mówił, że zatrzymani to nie wagnerowcy, a pracownicy prywatnej firmy ochroniarskiej (nie militarnej), którzy podróżowali przez Białoruś do Stambułu (okrężną drogą z uwagi na Covid-19). Sekretarz prasowy Kremla oceniał, że zatrzymanie Rosjan to nie jest postępowanie godne partnerów. MSZ Rosji zganił Białoruś: to, co uczyniono tym trzydziestu trzem, nie wytrzymuje krytyki. Jak na rosyjskie standardy (a zwykle to bardzo ostra reakcja, przynajmniej werbalna) to nietypowo stateczne zachowanie. Dziś już było nieco ostrzej, ale nadal umiarkowanie. Władimir Putin zwołał posiedzenie Rady Bezpieczeństwa i powiedział, że liczy na jak najszybsze uwolnienie Rosjan. Rosja wprowadziła po swojej stronie granicy wzmożone kontrole, przez co kolejka ciężarówek w ciągu kilku godzin niepomiernie się wydłużyła. MSZ Białorusi wystosował notę, domagając się odblokowania granicy.

    Ostatni weekend przedwyborczy będzie na Białorusi gorący.

  • Chabarowsk karmi gołębie

    25 lipca. Od dwóch tygodni Chabarowsk protestuje. Dziś od rana kolejny wielki wiec pod siedzibą władz. Ludzie zbierają się na głównym placu miasta, aby – jak mówią – karmić gołębie. Akcje w obronie aresztowanego gubernatora Kraju Chabarowskiego Siergieja Furgała są spontaniczne i nie mają oficjalnej zgody władz na przeprowadzenie zgromadzenia. Mieszkańcy wymyślili więc, że będą się zbierali, aby dokarmiać ptactwo. Tego nikt im zabronić nie może.

    Kilka dni temu Putin przysłał do Chabarowska Michaiła Diegtiariowa, nowego p.o. gubernatora, deputowanego Dumy Państwowej z ramienia LDPR Żyrinowskiego (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2020/07/21/chabarowsk-coraz-dalej-od-moskwy/).

    Diegtiariow nie zdobył się dotąd na dialog z protestującymi. Wydukał kilka okrągłych zdań do kamery miejscowych mediów o chęci pracy na rzecz obywateli, porządku, o gotowości załatwiania najpilniejszych spraw takich jak zaopatrzenie Kraju Chabarowskiego na zimę czy zwalczanie Covid-19. Na pytanie, czy zamierza być na placu podczas sobotnich demonstracji, odparł, że ma ważniejsze sprawy na głowie: musi objechać Kraj Chabarowski, odwiedzić inne ośrodki miejskie i przemysłowe, zapoznać się z regionem. Protestujący generalnie go nie interesują. Dla potwierdzenia dobrej formy fizycznej podciągnął się też na drabince. Wiwatom nie było końca (https://twitter.com/navalny/status/1286552204716003330).
    „Nowaja Gazieta” w obszernym materiale opisała powiązania aresztowanego Siergieja Furgała, jego biznes i niewyjaśnione zabójstwa chabarowskich biznesmenów, które teraz „szyją” mu organy śledcze (https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/23/86375-zhest). Dziennikarze gazety opisują m.in. sprawy, które mogły mieć wpływ na to, że Furgał podpadł układowi.

    Wątek o biznesowym charakterze przyczyn wysadzenia Furgała z siodła opisała, również na łamach „Nowej Gaziety”, Julia Łatynina (https://novayagazeta.ru/articles/2020/07/21/86350-arest-furgala-naznachenie-degtyareva): „W 2017 roku 50 procent przedsiębiorstwa Furgała Amurstal przechodzi do niejakiego Pawła Balskiego, osoby związanej z braćmi Rotenbergami [biznesmeni z najbliższego kręgu Putina]. Pozostałe 50 procent mieli Furgał (po tym, jak został gubernatorem – jego żona) i jego partner Mistriukow. Po zwycięstwie Furgał w wyborach pono dostał propozycję nie do odrzucenia – naruszyłeś układ, nie wycofałeś się z wyborów, to teraz oddaj akcje. Strony nie osiągają porozumienia co do ceny akcji, w listopadzie 2019 r. Mistriukow zostaje zaaresztowany. Składa zeznania obciążające Furgała i sprzedaje swój pakiet Balskiemu”. Należy rozumieć, że Furgał nadal nie chciał pozbyć się akcji. Dlaczego Amurstal stał się takim łakomym kąskiem? Łatynina docieka: „Planowana jest budowa mostu na Sachalin, to jeszcze bardziej złoty interes niż Krymski Most. Amurstal to logiczny i najtańszy dostawca”.

    To próba odpowiedzi na pytanie, dlaczego? Teraz jeszcze wisi w powietrzu pytanie: co dalej? Kreml nadal udaje, że nie widzi demonstracji w Chabarowsku. W krótkich wzmiankach, jakie pojawiają się w centralnych mediach, bagatelizuje się rozmiary protestów. Linia propagandowa jest taka, że do Chabarowska zjechali się zagraniczni blogerzy i jątrzą. Bardzo to słabe i niewiarygodne. Diegtiariow na razie skupił się na unikach.

    Tymczasem Chabarowsk znowu maszeruje, by nakarmić gołębie (https://twitter.com/Fake_MIDRF/status/1286958782392815617).