Kategoria: Bez kategorii

  • I znowu ten Sokurow

    11 grudnia. Kalendarz prezydencki przewiduje raz do roku spotkanie z Radą ds. Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego i Praw Człowieka (organ doradczym przy prezydencie, stojący na straży praw człowieka i zabiegający o rozwój inicjatyw społecznych). Kilka lat radę opuściło wielu znanych ludzi kultury, publicystów i obrońców praw człowieka w ramach protestu przeciwko uciszaniu inicjatyw obywatelskich i duszeniu demokracji przez Kreml. Pozostał dworski rytuał fasadowej instytucji, który ma spłoszonym obywatelom pokazywać, z jaką troską Władimir Putin pochyla się nad ich problemami.

    Tegoroczne spotkanie odbyło się 9 grudnia w trybie online. Choć jakiś czas temu Putin zapewniał, że jest zaszczepiony trzema dawkami antycovidowych szczepionek, a nawet jednym eksperymentalnym preparatem zapylił sobie nos, to nadal unika spotkań z niepewnym gremium przy prezydialnym stole. Członkowie Rady siedzieli zatem przed ekranem komputera i widzieli prezydenta z dala przez szybkę. W relacjach telewizyjnych zaprezentowano jedynie te wypowiedzi, które nie naruszyły dobrego samopoczucia prezydenta – cytowano przede wszystkim samego Putina, poruszonego losem obywateli nabieranych przez oszustów czy chorych dzieci, wymagających specjalistycznego leczenia. Była też mowa o bezdomnych i wprowadzaniu/niewprowadzaniu kodu QR dla zaszczepionych przeciw Covid19 w świetle praw obywatelskich. A nawet o torturach w aresztach śledczych i koloniach karnych (temat wypłynął jesienią dzięki projektowi Gulagu.net https://www.tygodnikpowszechny.pl/rosja-na-torturach-169350, a ostatnio został przedstawiony w filmie przez popularnego dziennikarza i blogera Jurija Dudia). Pisarz, historyk i publicysta Nikołaj Swanidze podniósł kwestię najazdu na stowarzyszenie Memoriał, poprosił, aby władze jeszcze raz przemyślały strategię przyznawania statusu „agenta zagranicznego” generalnie, a Memoriałowi w szczególności. Putin zareagował na zgłaszane sprawy do rozwiązania dość spokojnie, notował, obiecywał zbadanie itd.

    Spotkanie trwało, słuszne słowa padały i gdy pod koniec drugiej części pięciogodzinnego posiedzenia już zanosiło się na spokojne odfajkowanie wydarzenia, głos zabrał reżyser Aleksandr Sokurow („Moloch”, „Rosyjska arka”, „Faust”, „Aleksandra”, „Cielec”). Jak się znowu miało okazać – mąciciel prezydenckiego spokoju. W grudniu 2016 r. podczas spotkania Putina z twórcami kultury Sokurow upomniał się o wolność dla więzionego na podstawie fałszywych politycznych oskarżeń ukraińskiego reżysera Ołeha Sencowa (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/12/05/rosyjskie-milosierdzie-wedlug-putina/); jego wypowiedź wywołała burzę i wyprowadziła Putina z równowagi.

    Podobnie było i tym razem. Sokurow poruszył kilka tematów, o których Putin wolałby nie mówić. W katalogu trudnych spraw znalazła się sytuacja na Kaukazie. Reżyser stwierdził, że tamtejsze republiki znajdujące się w składzie Federacji Rosyjskiej, prowadzą własną politykę, mają własne prawa, własne armie, toczą między sobą wojny, jak np. ta o pograniczne tereny między Inguszetią a Czeczenią. Jego zdaniem w Czeczenii istnieje kalifat, co jest niedopuszczalne w ramach wspólnego rosyjskiego państwa. Wezwał, aby „wypuścić” z federacji tych, którzy nie chcą w niej być. Sokurow zauważył: dość biedny kraj jak Rosja po pańsku wydaje pieniądze na utrzymanie Białorusi, Osetii Południowej, Abchazji. Upomniał się o siedzących za poglądy polityczne opozycjonistów, prześladowanych aktywistów, dyskryminowane NGO z nadużywaną ostatnio łatką „agenta zagranicznego”.

    Putinowi wystąpienie Sokurowa się nie spodobało – zanegował prawdziwość twierdzeń o tym, że Kaukaz chce opuścić federację, powołując się na wyniki ostatniego głosowania o nowelizacji konstytucji. Nazwał słowa Sokurowa „manifestem pewnej części społeczeństwa”, który stanowi zestaw problemów i obaw. „Chce pan nas przemienić w Moskowię? W NATO tak właśnie chcą zrobić” – polemizował Putin. Zaprzeczył, jakoby Białoruś znajdowała się na garnuszku Rosji. Zarzucił reżyserowi, że jego słowa były nieprzemyślane. Zaprosił do wizyty i rozmowy. „Dawno się nie widzieliśmy, proszę zadzwonić, proszę przyjść” – zachęcił.

    Prezydent w toku wymiany zdań z Sokurowem był coraz bardziej rozdrażniony, zwłaszcza gdy reżyser zaprzeczał jego słowom, wcinał mu się w wywód. Władimir Władimirowicz jest przyzwyczajony do potakiwań ze strony interlokutorów, najwyraźniej kiepsko radzi sobie w dyskusji z oponentem, który nie chce przyznać mu racji.

    Dalszy ciąg nastąpił wczoraj i dziś. Sekretarz prasowy Kremla, Dmitrij Pieskow określił wypowiedź Sokurowa jako „nieprofesjonalną” – to właśnie miało sprowokować ostrą reakcję prezydenta. Jego zdaniem, „reżyser nie mając odpowiedniego ładunku wiedzy, poruszał ważne, delikatne tematy. A to jest właśnie to, czego prezydent nie toleruje”.
    Lider Czeczenii Ramzan Kadyrow zażądał, aby słowa Sokurowa Komitet Śledczy poddał analizie, czy nie są one ekstremistyczne. Zdaniem Kadyrowa, reżyser „pracuje na rzecz amerykańskiego planu rozpadu Rosji”.

    Sokurow w wypowiedzi dla agencji Interfax stwierdził, że obawia się, iż będzie miał do czynienia z rosyjskim wymiarem sprawiedliwości, choć ma nadzieję, że prezydent do tego nie dopuści. A w rozmowie z dziennikarzem Radia Swoboda powiedział: „Bardzo mi przykro, że mój rozmówca nie chciał wniknąć w to, co powiedziałem. Był zupełnie nieprzygotowany na mój tekst. Zwykle Putin dostaje zawczasu teksty wystąpień członków rady, a ja nigdy tekstu nie wysyłam, trudno mu się było zorientować. W tym, co mówiłem, było dużo nowych informacji, pewnie {Putin] nie jest gotów do takiej maniery pracy. Może z przywódcą kraju nie wolno tak rozmawiać, nie wiem. Ale ja nie jestem dyplomatą ani politykiem. Moje wystąpienie wywołało rozdrażnienie i gniew. Przykro mi, nie powinno tak być. Choć przecież rada jest po to, aby wymieniać opinie, różne opinie. Myślałem, że zostanę wysłuchany, tymczasem moje słowa okazały się błędem, mogę przypuszczać, że zapewne słusznie zostanę wykluczony z rady. Trudno. Do rady trzeba wziąć dyplomatów czy polityków, którzy są przyzwyczajeni do procedur […] Okazało się, że różnie patrzymy na problemy kraju”.

    Posłuchać wypowiedzi Sokurowa i zobaczyć wyprowadzonego z równowagi Putina można na Youtube: https://www.youtube.com/watch?v=hH_wMIfQ5-o&t=6s

  • Opowieść weekendowa z efektem mrożącym

    4 grudnia. Zanim dojdzie do online rozmów Biden-Putin (zapowiedziane na 7 grudnia) i wszyscy komentatorzy zajmą się omawianiem wyników tego wydarzenia lub ich braku, chciałam zaprosić Państwa na wycieczkę w krainę dziwów i czarów.

    W starej francuskiej komedii „Hibernatus” rodzina jest zaskoczona pojawieniem się krewnego, który spędził kilkadziesiąt lat zamarznięty w bryle lodu. Tytułowy bohater zostaje przywrócony do życia, a krewni starają się utrzymać go w mniemaniu, że nadal trwa belle epoque, w której żył. Pacjenci kliniki KrioRus mogliby filmowemu hibernatusowi pozazdrościć. Są oni bowiem zaraz po śmierci zamrażani, ale bez żadnej gwarancji, że po rozmrożeniu zostaną ożywieni. Na dodatek stali się obecnie ofiarami kłótni małżeńskiej założycieli KrioRusa. Ale po kolei.

    Daniła Miedwiediew i Waleria Udałowa – partnerzy w biznesie i w życiu – założyli w podmoskiewskim Ałabuszewie w 2006 r. firmę, którą nazwali KrioRus. Zajęli mało popularną w Rosji niszę – oferowali klientom usługi w zakresie krioniki, prowadzili też działalność naukową w tej dziedzinie. Na stronie internetowej napisali: „Krionika to technologia zachowania zmarłych ludzi i zwierząt w stanie głębokiego schłodzenia w nadziei na to, że w przyszłości uda się ich ożywić, wyleczyć, odmłodzić. Nasze procedury mają charakter eksperymentalny. Nikt nie gwarantuje naszym pacjentom życia po śmierci”. Według danych Wikipedii, w magazynach firmy spoczęło w kapsułach z ciekłym azotem 71 osób i 30 zwierząt: psy, koty, chomiki, ptaki, a nawet jedna szynszyla.

    Firma rozwijała się, pozyskiwała klientów, którzy pragnęli sami się zamrozić lub poddać eksperymentalnej hibernacji swoich bliskich. Zawarto umowy z dwustu klientami (według Forbesa, podpisano nawet około pięciuset umów, klientami są głównie mieszkańcy Rosji, ale także Ukrainy, Holandii, Włoch, Izraela, Japonii i Szwajcarii). Usługi KrioRusa do tanich nie należą, zamrożenie i przechowywanie ciała w niskich temperaturach kosztuje 36 tys. dolarów, neuroprezerwacja (głowa plus mózg) – 15 tys. USD, zamrożenie dużego psa może kosztować nawet do 35 tys. USD.

    I wszystko szło nie najgorzej, aż zaczęły się schody. Najpierw pokłócili się klienci. Jedna z rodzin nie mogła dojść do zgody, który z krewnych ma być zamrożony i w jakim trybie – czy miało to być zamrożenie samej głowy czy całego ciała. Zgodnie z umową opiewającą na 1,2 mln rubli mózg wskazanego członka rodziny miał być zamrożony aż do momentu, gdy technicznie będzie możliwe wszczepienie go biorobotowi. Efektem rodzinnej awantury o to, kto może skorzystać z tego przywileju, była choroba psychiczna pomysłodawcy i proces sądowy – niezadowoleni krewni wystąpili z powództwem przeciwko firmie KrioRus. I choć ostatecznie sąd nie znalazł podstaw do ukarania firmy, reputacja KrioRus ucierpiała.

    O innej aferze opowiadał Radiu Swoboda Daniła Miedwiediew: „Największymi wrogami kriopacjenta są jego krewni. Mieliśmy pacjenta, który podpisał kontrakt [na zamrożenie po śmierci], ale jego żona nielegalnie wykradła ciało i skremowała je w nadziei, że zwrócimy jej wpłacone przez małżonka pieniądze”. (Cały materiał, zawierający wiele szczegółów dotyczących krioniki w Rosji można znaleźć tu https://www.svoboda.org/a/28304903.html).

    A potem zaczęli się kłócić założyciele firmy. Trzy lata temu stadło Miedwiediewa i Udałowej rozpadło się. Do tej pory właściciele drą koty o podział firmy, a właściwie – o zamrożonych pacjentów. Udałowa stwierdziwszy, że magazyny pękają w szwach, zaczęła jakiś czas temu budowę nowych chłodni pod Twerem. We wrześniu tego roku wybuchł skandal – zdjęcia mknących po podmoskiewskich szosach ciężarówek przewożących należące do KrioRusa kapsuły trafiły do sieci i przyciągnęły uwagę szerokiej publiczności. Potem reportaż pokazała też rosyjska telewizja Rossija (https://smotrim.ru/video/2335830). Okazało się, że Udałowa chciała przewieźć część nieboszczyków do niedokończonych jeszcze magazynów pod Twerem. Miedwiediew wezwał policję, oskarżył ekspartnerkę o kradzież.

    Szarpanina pomiędzy Daniłą i Walerią trwa nadal i nie wygląda na to, aby spór miał się szybko zakończyć. Udałowa podjęła kolejną próbę przemieszczenia kapsuł pod koniec listopada. A 3 grudnia policja poinformowała, że działania Udałowej, gdy chciała wywieźć ciała z magazynu, były legalne – choć nie jest formalnie dyrektorką firmy, ma prawo do przewozu kapsuł na mocy wcześniejszych porozumień.

    Co teraz będzie z usługami? Rysa na wizerunku KrioRusa jest potężna. Nie oszczędzają też praktyk stosowanych przez firmę naukowcy. „Krionika to zarabianie pieniędzy na niewiedzy ludzi. Przecież podopieczni firmy to osoby, które nie żyją. Nic nie mówią, nie są w stanie się bronić” – mówi Rostisław Poliszczuk, doktor nauk fizyko-matematycznych, członek komisji ds. zwalczania pseudonauki przy Rosyjskiej Akademii Nauk. „Zamrożony trup po odmrożeniu będzie odmrożonym trupem. Koniec, kropka” – wtóruje w tym duchu cytowany przez TV Rossija inny uczony.

    W Rosji krionika jest oficjalne dozwolona, jeżeli człowiek za życia wyrazi zgodę na zamrożenie, to nie ma w tym naruszenia prawa. Jest to traktowane na równi z zapisaniem ciała po śmierci nauce w celu dokonania eksperymentów.

  • Proszek w prezydenckim nosie

    24 listopada. Od kilku tygodni przez Rosję przetacza się czwarta fala koronawirusa. Dobowy przyrost nowych potwierdzonych przypadków zakażenia to w tym okresie ok. 33-42 tys. Codziennie umiera z powodu Covid19 ponad tysiąc osób. W ostatnich dniach rosyjskie czynniki zajmujące się statystyką zachorowań informują, że fala opada – z dnia na dzień odnotowuje się zmniejszenie liczby nowych przypadków. Natomiast tendencja covidowych zgonów nadal się nie odwraca: regularnie umiera (według oficjalnych danych) ponad 1200 osób dziennie. Komentatorzy zwracają uwagę na zadziwiającą powtarzalność: przez kolejne dni 1247, 1251, 1254, 1254, 1252, dziś 1240 zmarłych.

    Na przełomie października i listopada prezydent Putin udzielił Rosjanom kilku dni wolnych od pracy, aby zahamować tempo rozprzestrzeniania się wirusa i zyskać czas na wykonanie szczepień (pisałam o tym na blogu http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/23/covid-zabija-rosjan/). Liczba nowych zakażeń, jak wspomniałam wyżej, w ostatnich dniach lekko zaczęła spadać, natomiast liczba szczepień nieco wzrosła, choć nadal w Rosji jest zbyt mało zaszczepionych osób, aby mówić o uzyskaniu odporności zbiorowej. Co rusz na czołówki gazet powraca temat kupowania fałszywych certyfikatów szczepień, ich liczbę trudno oszacować. Ostatnio ta kwestia znów stała się tematem dyskusji w związku ze śmiercią znanego aktora, który miał świadectwa przyjęcia dwóch dawek, zmarł na covid, a przed śmiercią przyznał się znajomej, że tak naprawdę się nie zaszczepił. Dziś media nagłośniły list lekarzy do osób ze świecznika, które nie chcą się szczepić – m.in. deputowanych Dumy, artystów. Medycy zapraszali niedowiarków na oddziały covidowe, aby ci przekonali się, że wirus naprawdę istnieje i kosi niezależnie od wieku i stanu zdrowia.

    Władze poszczególnych regionów próbują różnych metod walki z pandemią. Ze zmiennym szczęściem. W stolicy Tatarstanu Kazaniu wprowadzono ograniczenia w komunikacji miejskiej: do autobusu czy tramwaju mogły wsiąść tylko osoby posiadające kod QR. Konduktorzy nie zawsze byli w stanie wyegzekwować od pasażerów okazanie kodu, niektórzy zostali dotkliwie poturbowani przez tych, którym się nowy przepis nie spodobał.

    Dwa dni temu Władimir Władimirowicz poinformował, że zaszczepił się trzecią dawką. Tym razem była to szczepionka Sputnik Light (poprzednie dwie dawki to, wedle słów prezydenta, był Sputnik V). Znowu – jak przy szczepieniu pierwszą i drugą dawką – nie było z prezydentem kamer. Naród został poinformowany o tym szczęsnym wydarzeniu jedynie przez samego prezydenta. Aby mógł wygłosić oświadczenie, stworzono mu specjalną okazję: Putin spotkał się przed kamerą z dyrektorem pracującego nad szczepionkami Centrum im. Gamalei, Denisem Łogunowem, porozmawiali o konieczności szczepienia. Czy kogoś przekonali? Trudno powiedzieć.

    Ale to jeszcze nie koniec ciekawych informacji o szczepieniu prezydenta. Dziś – przypominam: dwa dni po anonsowanej rewakcynacji Sputnikiem Light – poinformowano, że Putin został zaszczepiony eksperymentalną szczepionką podawaną do nosa. Prace nad taką szczepionką trwają w Rosji od dawna. Kilka miesięcy temu w eksperymencie wzięła udział przewodnicząca Rady Federacji, Walentina Matwijenko.

    „Moskowskij Komsomolec” pisze: „Władimir Putin aktywnie włączył się w kampanię informacyjną i propagowanie szczepionek. Jak się okazało podczas narady z rządem, zaraz po rewakcynacji Sputnikiem Light prezydent, nikomu nie mówiąc, przyjął dawkę szczepionki nasalnej (do nosa), stając się jednym z pierwszych uczestników etapu jej badań klinicznych. Według słów WWP, wszystko jest w najlepszym porządku – już nawet odbył zajęcia sportowe”. Potem okazało się jeszcze, że nasalną szczepionką „poczęstował” Putina dr Łogunow. „To szczepionka w postaci proszku do nosa” – wyjaśnił prezydent członkom rządu. Inaczej o fakcie mówił zawsze dobrze poinformowany rzecznik Kremla, Pieskow: prezydent przyjął nasalną szczepionkę w formie żelu. Hmm, żelu. I nikomu nic nie powiedział. Hmm.

    Powstaje pytanie: to czym w końcu potraktowali prezydencki nos – proszkiem czy żelem?

    Jak widać, chmura pytań dotycząca tajemnicy szczepień Władimira Władimirowicza tylko gęstnieje. Czy to pomoże sceptycznym rodakom uwierzyć, że przywódca Rosji jest zaszczepiony i przekonać się, że należy iść za jego przykładem i zaszczepić się w jakiejkolwiek dostępnej formie?

  • Mordowanie pamięci

    11 listopada. Prokuratura Generalna wystąpiła do Sądu Najwyższego o zlikwidowanie stowarzyszenia Międzynarodowy Memoriał, oskarżywszy o „systematyczne naruszanie przepisów o agentach zagranicznych”. Rozprawa odbędzie się 25 listopada.

    Owym „systematycznym naruszaniem” jest, zdaniem prokuratury, nieumieszczanie na materiałach i publikacjach kolportowanych przez Memoriał disclaimera „agent zagraniczny”. „To polityczna decyzja, mająca na celu zniszczenie stowarzyszenia, które zajmuje się badaniem historii represji politycznych i obroną praw człowieka” – napisał Memoriał w specjalnym oświadczeniu. Zdaniem członków stowarzyszenia, nie ma absolutnie żadnych prawnych podstaw, aby zlikwidować Międzynarodowy Memoriał, gdyż organizacja – choć nie zgadza się z przyznanym jej odgórnie przez ministerstwo sprawiedliwości statusem „agenta zagranicznego” – spełnia wszelkie wymogi. Niespełna miesiąc temu doszło do napaści na Memoriał (pisałam o tym na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2021/10/16/napasc-na-memorial/).

    Dzisiaj sąd w Moskwie odrzucił pozew szefa organizacji „O prawa człowieka”, jednego z inicjatorów utworzenia stowarzyszenia Memoriał, Lwa Ponomariowa domagającego się wykreślenia go z listy osób fizycznych będących agentami zagranicznymi. Kilka dni temu legendarny dysydent i obrońca praw człowieka został ukarany po raz kolejny grzywną w wysokości 10 tys. rubli za to, że w umieszczanych w mediach społecznościowych postach nie wpisywał zatwierdzonej przez Roskomnadzor formułki (24 słowa wielkimi literami), że jest „agentem zagranicznym”. Jeżeli Ponomariow jeszcze dwukrotnie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności za podobne „wykroczenie”, grozi mu sprawa karna. Ponomariow w rozmowie z Radiem Swoboda powiedział: „Kraj jest podzielony. W niemal każdej rodzinie są ofiary represji z czasów ZSRR, ale są przecież również potomkowie oprawców. Ta krwawa rana pozostała i nadal krwawi. Memoriał to narodowa duma Rosji, to organizacja, która ratuje reputację kraju, gdzie nie potępiono publicznie terroru, nie powiedziano całej prawdy o represjach”.

    Memoriał położył wielkie zasługi w badaniu zbrodni stalinowskich, przywracaniu pamięci o ofiarach. Dzięki historykom z Memoriału anonimowe miliony zmielone w machinie represji odzyskują twarze i nazwiska. Logicznym dalszym ciągiem tej gigantycznej pracy nad przywracaniem imion ofiar powinno być wskazywanie i publikowanie nazwisk oprawców, przynajmniej symboliczny sąd nad nimi. I tu zaczynają się schody.

    Prezydent Putin hołubi Federalną Służbę Bezpieczeństwa, która ogłosiła się spadkobierczynią KGB, NKWD i Czeki. Niedawno służba ta świętowała stulecie – datą, od której zaczęto odliczanie, był dzień założenia Czeriezwyczajki przez towarzysza Feliksa Edmundowicza Dzierżyńskiego. Stare dobre tradycje, nieprawdaż.

    Rodziny ofiar próbują zbadać okoliczności skazania ich przodków na łagry lub rozstrzelanie. Zwracają się w tej sprawie do archiwów i czasem otrzymują kopie dokumentów. W maju 2020 roku kobiecie poszukującej informacji o swoich represjonowanych krewnych wydano z archiwum miejscowego FSB dokumenty, na których zamazano markerem nazwiska przesłuchujących i skazujących funkcjonariuszy NKWD (szczegóły sprawy tu: https://www.svoboda.org/a/31262788.html). „To korporacyjna solidarność” – powiedział dziennikarz Igor Jakowlew, zajmujący się badaniem sprawy swojego krewnego, który ucierpiał w latach Wielkiego Terroru.

    Opozycyjny polityk Władimir Kara-Murza tak skomentował dzisiejsze wiadomości o zamiarze zlikwidowania Memoriału: „Trudno znaleźć bardziej trafną ilustrację sytuacji we współczesnej Rosji niż żądanie zamknięcia Memoriału – organizacji, założonej przez noblistę Andrieja Sacharowa i przywracającej pamięć o ofiarach czekistowskiego terroru. Pamiętajcie, drodzy koledzy, że noc jest najczarniejsza przed brzaskiem”.

    Uniemożliwienie pracy Memoriałowi wpisuje się w prowadzoną od lat politykę przemilczania tych wydarzeń z historii (zwłaszcza historii XX wieku), które nie pasują Putinowi do tworzonych mitów o rosyjskim/sowieckim mesjanizmie, bezgrzeszności szlachetnych przywódców, niosących światu pokój. Duma co jakiś czas przyjmuje kolejne ustawy przewidujące penalizację za publikowanie treści niezgodnych z zatwierdzoną wersją jedynej słusznej historii. Dotyczy to między innymi wspominania o sojuszu Stalina i Hitlera przed wybuchem II wojny światowej. Likwidacja Memoriału – jeśli zostanie przeprowadzona – będzie oznaczała zamordowanie pamięci i otworzy drogę do prześladowania za mówienie prawdy o tym, co było.

    Putin boi się nie tylko teraźniejszości i przyszłości, ale także przeszłości.

  • Którzy odeszli 2021

    2 listopada. W Dzień Zaduszny krótkie wspomnienie tych, którzy zmarli w ostatnim roku w Rosji.

    Ten post poświęcę ludziom kultury. Andriej Miagkow dla widzów pozostanie na zawsze Żenią Łukaszynem, bohaterem kultowego filmu „Ironia losu” Eldara Riazanowa. Partnerował w nim Barbarze Brylskiej. Film jest stałym komponentem niezbędnego wyposażenia sylwestra w Rosji jak choinka, musujące wino i sałatka Olivier na stole. Duet Brylska-Miagkow nieodmiennie gości za pośrednictwem telewizji w każdym rosyjskim domu przynajmniej raz w roku w tę wyjątkową noc. Popularność przyniosła Miagkowowi rola w jeszcze jednej komedii Riazanowa, „Biurowy romans”. Mnie zawsze Miagkow kojarzyć się jednak będzie z kreacją w ekranizacji „Braci Karamazow” w reżyserii Iwana Pyrjewa: wcielił się w Aloszę Karamazowa. Miagkow był przede wszystkim człowiekiem teatru, przez wiele lat związanym z moskiewskim teatrem Sowriemiennik, potem z MChAT-em. Był też wybitnym pedagogiem, spod jego ręki wyszły zastępy znakomitych aktorów. Zmarł w lutym 2021 r., miał 82 lata, został pochowany na cmentarzu Trojekurowskim w Moskwie, tuż obok swego przyjaciela Walentina Gafta, który zmarł dwa miesiące wcześniej.

    Walentin Gaft był przez lata związany z najważniejszymi scenami teatralnymi Moskwy – Lenkomem i Sowriemiennikiem. W filmach pojawiał się niezbyt często, ale to właśnie role filmowe przyniosły mu ogólnokrajową popularność, zagrał m.in. w obrazach Riazanowa („Zapomniana melodia na flet”, „Garaż”) czy Nikity Michałkowa „Dwunastu”. Udzielał się społecznie jak obrońca praw zwierząt. Miał też w swoim życiu obywatelskim kilka epizodów, które można scharakteryzować jako swing. W 2000 r. wraz z grupą ludzi kultury wypowiedział się przeciwko przywróceniu przez Putina sowieckiego hymnu Aleksandrowa-Michałkowa. Kilkanaście lat później chwalił natomiast publicznie ZSRR za stworzenie atmosfery „prawdziwej przyjaźni między narodami”. W 2015 r. władze Ukrainy umieściły nazwisko Gafta na tzw. białej liście rosyjskich artystów. To miało być wyróżnienie za krytyczną postawę wobec aneksji Krymu przez Rosję. Ale Gaft podziękował za wpis i oznajmił, że popiera politykę Putina wobec Krymu i Donbasu (został po tym oświadczeniu wpisany na tzw. czarną listę). Najwyraźniej nie chciał być kojarzony z polityką, zawsze od niej uciekał, nie piastował żadnych stanowisk. Pisał wiersze i epigramy, czasem cięte, zawsze dowcipne. Miały swój specyficzny styl, który w ostatnich latach próbowali podrabiać autorzy internetowych memów, podszywając się pod Gafta. Najpierw walczył z tym zjawiskiem, wydawał oświadczenia, że te produkcje nie są jego, a potem dał spokój. Zmarł po wylewie, miał 85 lat.

    Wśród epizodów filmowych, jakie Gaft zagrał na – niezbyt obfitującym w role – początku kariery, była mała rólka w serialu „Siedemnaście mgnień Rosji”. Gwiazdą tego serialu była – obok zamyślonego Wiaczesława Tichonowa w roli agenta Stirlitza – Jekatierina Gradowa, wcielająca się w radiotelegrafistkę Katię Kozłową vel Kathrin Kinnt. W latach osiemdziesiątych Gradowa przeszła poważną chorobę, po której nie wróciła ani na scenę, ani na plan filmowy. Nawróciła się na prawosławie: była przekonana, że wyjść z ciężkiej choroby pomogła jej jedynie wiara i modlitwa. Ukończyła kursy na Prawosławnym Państwowym Uniwersytecie św. Tichona w Moskwie, zaangażowała się w pracę nauczyciela, jeździła z pielgrzymkami do klasztorów, zbierała pieniądze na odbudowę świątyń prawosławnych. Założyła fundację, która pomagała sierotom. Miała 75 lat, została pochowana na cmentarzu Trojekurowskim, niedaleko Gafta i Miagkowa.

    Kilka dni temu zmarł reżyser filmowy Aleksandr Rogożkin. Znany przede wszystkim jako twórca szalenie popularnych komedii „Osobliwości narodowego polowania” (1995) i „Osobliwości narodowego wędkarstwa” (1998). W tych filmach nowa Rosja, wyłaniająca się z krajobrazu po rozpadzie ZSRR jest absurdalna, ale taka swojska, zrozumiała dla każdego – bohaterowie rozmawiają mieszaniną języka koszarowego, potocznego, propagandowego, i robią to, co każdy prawdziwy „mużyk” chciałby zrobić: przeżyć prawdziwie męską przygodę w pięknych okolicznościach przyrody w towarzystwie równie zaprawionych w życiowych bojach kolegów. A wszystko skąpać w czystej perlistej. Zanim jednak zabrał się za to, co w Rosjanach śmieszne, pokazał to, co w Rosjanach straszne. W 1992 roku wyreżyserował ekranizację wielkiej, choć mało znanej powieści Władimira Zazubrina „Drzazga”. Film nosi tytuł „Czekista” i opowiada o funkcjonariuszach Czeki na rosyjskiej prowincji. Obraz niezwykły i wstrząsający, pokazujący machinę unicestwiającą „wrogów rewolucji” – czekiści sami wybierają ofiary spośród niedobitków po caracie, sami je sądzą i sami rozstrzeliwują. Jeden z czekistów jest rozdarty – bo z jednej strony rewolucja, w której ideały wierzył, a z drugiej – masowe mordowanie niewinnych ludzi. Rozdarcie przeradza się w totalną schizę. Po „Osobliwościach” Rogożkin zrobił jeszcze jeden ważny film: „Kukułkę” (2002). Pod koniec II wojny Fin i Rosjanin – dezerterzy – spotykają się u lapońskiej szamanki. Żadne z nich nie zna języka dwojga pozostałych, mężczyźni są wrogo nastawieni do siebie, nie rozumieją się nawzajem, nie rozumieją, kim sami są. „Kukułka” to pięknie opowiedziana historia o bezsensie wojny. Rogożkin miał 72 lata, został pochowany na cmentarzu Bogosłowskim w Petersburgu.