Kategoria: Bez kategorii

  • Rosyjskie atomowe prawosławie

    22 października. Patriarcha Cyryl konsekwentnie wspiera zbrodniczą politykę Putina. Od pierwszego dnia inwazji Rosji na Ukrainę każdą swoją wypowiedzią usprawiedliwia czynione na wojnie zło. Ale ostatnie wystąpienie podczas uroczystości jubileuszu 85-lecia znanego fizyka jądrowego Ilkajewa o tym, że rosyjska broń atomowa powstała dzięki wstawiennictwu patrona, świętego mnicha Serafima Sarowskiego, wysadziła przegrzane obwody. Słowa „atomowego” patriarchy zbiegły się w czasie z wyjściem Rosji z traktatu o zakazie prób z bronią jądrową.

    „Gdyby nie praca Kurczatowa, Radija Iwanowicza [Ilkajewa] i ich kolegów, współbraci, to można zadać pytanie, czy w ogóle istniałby nasz kraj. Oni stworzyli broń pod patronatem Serafima Sarowskiego, gdyż wedle niewypowiedzianego zamysłu Boskiego ta broń powstawała w pustelni błogosławionego Serafima. Dzięki tej sile Rosja pozostała niepodległa i wolna”. To słowa patriarchy. Mowę o błogosławionej bombie atomowej duchowy przywódca rosyjskiego wojującego prawosławia wygłosił 18 października podczas uroczystości uhonorowania Ilkajewa orderem Sergiusza z Radoneża za wybitne zasługi itepe.

    Kilka słów w przypisie: Ilkajew jest honorowym członkiem kierownictwa Rosyjskiego Federalnego Ośrodka Badań Jądrowych. Instytucja mieści się w starym klasztorze Sarowskim – który po rewolucji został odebrany Cerkwi (i do dziś nie został zwrócony, a w latach, gdy zakładano Ośrodek, zniszczono kilka obiektów sakralnych na potrzeby naukowców; obecnie trwa odbudowa i restauracja niektórych cerkwi). Sarow, za czasów sowieckich noszący kryptonim Arzamas-16, nadal pozostaje obiektem zamkniętym, co – jak pisze w „Nowej Gazecie. Europa” Lera Furman – „znacznie ogranicza rozwinięcie działalności przez klasztor, a tym bardziej pielgrzymowanie do miejsc kultu Serafima Sarowskiego (zmarł w 1833 r.), najbardziej znanego duchownego, związanego z tym klasztorem”.

    Patriarcha Cyryl w swoim putinowskim zapędzie zaprzągł działającego w pierwszej połowie XIX wieku świętego mnicha Serafima do rydwanu współczesnej mocarstwowej polityki Rosji. Mimo że zwierzchnik rosyjskiej Cerkwi swoimi wiernopoddańczymi wypowiedziami, wspierającymi zbrodnicze plany Putina, zdążył już wszystkich przyzwyczaić do myśli, że Cerkiew to duchowe skrzydło putinizmu, to jednak zachwyt nad sowiecką bronią jądrową i przypisywanie niebiańskiego patronatu jej powstaniu wychodzi na nowe orbity.

    „Jeśli wierzyć Cyrylowi, to błogosławiony Serafim z niebios błogosławi zniszczeniu świątyń i przekazaniu klasztoru w ręce ludzi, którzy pracują nad stworzeniem broni, zdolnej do unicestwienia ludzkości, o czym niemal codziennie przypominają przedstawiciele władz Rosji, grożąc światu jej użyciem. […] Na miejscu historycznego prawosławia w Rosji skonstruowana została nowa narodowo-imperialna religia, pogańska, a częściowo nawet ateistyczna w swej istocie. Głównymi obiektami kultu są państwo-imperium, siły zbrojne i bezgrzeszny, nieomylny przywódca, a historyczne obrazy Boga i świętych pełnią jedynie służebną, wspomagającą rolę w obsługiwaniu głównych obiektów. Nie należy szczególnie wierzyć w słowo „prawosławna”, które jeszcze figuruje w oficjalnej nazwie Rosyjska Cerkiew Prawosławna – po rozpoczęciu „specjalnej operacji wojskowej” zrozumiały to inne pomiestne [lokalne] Cerkwie, z Patriarchatem Konstantynopola na czele. […] Następuje kuriozalna synteza Serafima Sarowskiego i sarowskiej bomby atomowej. A maksymą rosyjskiego atomowego prawosławia są słowa [wypowiedziane kiedyś przez Putina] „Po co nam świat, w którym nie będzie Rosji?” – pisze Furman.

    Z ciemnych korytarzy ruskiego mira wyprowadza czytelników niesforny publicysta Aleksandr Niewzorow, mający w zwyczaju bezlitośnie kpić z putinowskiego patosu. Tym razem drwi z legendy o genialnych twórcach sowieckiej bomby atomowej. „Do tej pory wiadomo było, że „jądrowe tajemnice” wykradli [Ameryce] i przekazali ZSRS małżonkowie Rosenberg i Klaus Fuchs. Gdyby nie ta trójka złodziejaszków, to żadnej broni atomowej Sowieci by nie mieli. Bo własne opracowania sowieckich fizyków znajdowały się w fazie przedpotopowej. Rosenbergowie otrzymali w USA swoje krzesła elektryczne, a Klaus – wyrok [14 lat]. Ale patriarcha Cyryl nie wiedzieć czemu połączył tę grupę przestępczą z Serafimem Sarowskim, który w momencie wykradania dokumentów [Amerykanom] raczej nie miał możliwości poważnego wspierania złodziei. Obywatel Sarowski nie posiadał dostępu do prac projektu Manhattan i sekretów programu atomowego. Nie miał nawet amerykańskiej wizy”.

    Żarty żartami, ale na dzień przed wygłoszeniem przez patriarchę wiekopomnych błogosławieństw dla rosyjskiej bomby jądrowej Duma Państwowa w pierwszym czytaniu przyjęła jednogłośnie za wyjście Rosji z traktatu o zakazie prób z bronią jądrową. Nazajutrz dokument przeszedł – również jednogłośnie – drugie i trzecie czytanie. Bez słowa dyskusji, bez słowa sprzeciwu.

  • Obława, obława, na adwokatów obława

    18 października. W putinowskiej Rosji adwokat to zawód podwyższonego ryzyka. Mnożą się prześladowania wobec członków palestry, którzy podejmują się obrony więźniów politycznych i innych osób, które nie spodobały się władzom. Prawnicy są wpisywani na listę „agentów zagranicznych” lub w inny sposób pozbawiani możliwości komentowania wydarzeń. Władze posunęły się dalej: w ostatnim tygodniu armaty wytoczono przeciwko grupie adwokatów reprezentujących Aleksieja Nawalnego. Trzej z nich zostali aresztowani pod zarzutem udziału w organizacji ekstremistycznej.

    Adwokaci Wadim Kobziew, Igor Siergunin i Aleksiej Lipcer zostali 13 października osadzeni w areszcie śledczym. Sąd uznał, że nie mogą pozostać na wolności i odpowiadać z wolnej stopy, gdyż „biorą udział w organizacji ekstremistycznej”. Na czym ma polegać inkryminowana działalność? Otóż, na przekazywaniu listów Nawalnego pisanych przez niego w łagrze „na wolność”, co pozwala mu nadal prowadzić działalność polityczną. Nawalny został wsadzony przez Putina do łagru pod sfingowanymi oskarżeniami. Co jakiś czas wymiar niesprawiedliwości „dosypuje” mu kolejne wyroki w kolejnych sfingowanych procesach (szykuje się następny). Nawalny jest w kolonii karnej o szczególnym rygorze nieustannie poddawany szykanom i karom, większość czasu spędza w karcerze (w ostatnim roku aż 200 dni!). Ale nawet siedząc w łagrze, zachowuje prawo do kontaktów z prawnikami. Za ich pośrednictwem przekazuje treści, które są następnie publikowane w jego profilach w mediach społecznościowych. Aresztowanie trzech adwokatów ograniczy kontakt ze światem „więźnia numer jeden”.

    Przy okazji sprawy trzech adwokatów Nawalnego warto przypomnieć i o innych ich kolegach po fachu. Jak twierdzą dziennikarze pracujący w rosyjskich mediach emigracyjnych, w ciągu ostatnich dwóch lat na wyjazd z Rosji zdecydowało się kilkudziesięciu adwokatów, którzy byli obrońcami w procesach politycznych.

    Wśród emigrantów znalazł się m.in. Iwan Pawłow, obrońca Iwana Safronowa i innych osób oskarżonych o zdradę stanu (o Safronowie pisałam na blogu: http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2022/09/06/dziennikarstwo-to-przestepstwo/). Drugi z obrońców Safronowa, Dmitrij Tałantow został aresztowany i przebywa w areszcie śledczym (ma odpowiadać za rozpowszechnianie fejków o armii). Wyjechał z kraju także Wadim Prochorow (obrońca Nawalnego i dwóch innych rosyjskich opozycjonistów: Władimira Kara-Murzy i Ilji Jaszyna). Władze planują wprowadzenie przepisów umożliwiających pozbawianie statusu obrońcy tych prawników, którzy wyjechali z kraju z przyczyn politycznych.

    Olga Michajłowa, adwokat Nawalnego, która towarzyszyła mu w chwili, gdy po powrocie z leczenia z Niemiec został zatrzymany na lotnisku w Moskwie (i od tamtej pory na wolność nie wyszedł), obecnie przebywa na urlopie za granicą. Czy w tych okolicznościach wróci do kraju? Kolejny adwokat Aleksandr Fiedułow ogłosił, że nie zamierza wracać.

    Jak sugeruje „Nowaja Gazieta”, Aleksiej Nawalny pozostanie bez obrońców, wśród rosyjskich adwokatów raczej nie znajdą się samobójcy, którzy zaryzykują, widząc, co dzieje się z aresztowanymi kolegami. Przedstawiciele władz dowcipnie poradzili Nawalnemu, żeby sam zajął się poszukiwaniem adwokatów, którzy będą go bronić w kolejnych procesach. Najbardziej humanitarny sąd świata na pewno wyjdzie więźniowi naprzeciw.

    Poza efektem mrożącym dla całego środowiska prawniczego, podejmowane przez władze szykany wobec adwokatów Nawalnego mają jeszcze jeden cel: pozostawić jego samego na placu boju, „wprowadzić reżim absolutnej izolacji”, jak piszą komentatorzy „Nowej Gazety”. Czyli zamknąć mu usta, pozbawić możliwości wypowiedzi, kontaktu ze światem zewnętrznym.

  • Klub Wałdaj, czyli kabaret skeczów ponurych

    6 października. Doroczne spotkanie Klubu Wałdaj, czyli zjazd wielbicieli Putina i jego morderczej polityki odbyło się w Soczi. Chlubą i ozdobą tego kółka adoracji prezydenta Rosji był sam prezydent, który wygłosił odczyt na tematy bieżące, a następnie odpowiadał na spontaniczne pytania z sali. Lansował się przez trzy godziny. Mimo że wylał hektolitry łgarstw, spotkał się z pełnym zrozumieniem uczestników.

    To była dwudziesta z kolei sesja. Jej motto brzmiało: „Sprawiedliwa wielobiegunowość: jak zapewnić bezpieczeństwo i rozwój dla wszystkich”. Czyli hasło, które wymyślił jeszcze nieboszczyk Jewgienij Primakow (wieloletni dyrektor Służby Wywiadu Zagranicznego, potem minister spraw zagranicznych, przez chwilę też premier): postzimnowojenna koncepcja rosyjskiej polityki zagranicznej, przewidująca świat składający się z wielu biegunów. Krytycy koncepcji podnosili, że jest bezsensowna, bo na świecie są dwa bieguny i więcej raczej nie będzie. A jeśli w świecie ma być więcej niż dwa obozy, to nie mogą się nazywać „bieguny”. Nie muszę dodawać, że w roli głównego „bieguna”, najbardziej sprawiedliwego na świecie, Rosja obsadza siebie.

    Mowa Putina obfitowała w liczne powtórki już dawno wygłoszonych tez. Zresztą mówca sam się do tego przyznawał. Np.: „Jak już wielokrotnie mówiłem, nie my zaczęliśmy tak zwaną „wojnę na Ukrainie”. My próbujemy ją zakończyć”. A kto zaczął? No, wiadomo: „reżim w Kijowie przy bezpośrednim wsparciu Zachodu”. Potem było znowu o pożądanym przez Moskwę „nowym porządku”, wykutym dzięki (zwycięskiej, a jakże) wojnie. Było rzecz jasna o zgniłym Zachodzie, zawalającym się pod ciężarem braku tradycyjnych wartości. Kolonializm się kończy, z czego Rosja jest zadowolona, bo sama – jakże by inaczej – nigdy nikogo nie skolonizowała.

    Żaden passus z długiego wystąpienia Putina (całość dostępna na stronie Kremla: http://www.kremlin.ru/events/president/news/72444) nie wzbudził takiego zainteresowania jak słowa, które padły już po części oficjalnej, czyli w trakcie „dyskusji”, na sam koniec (widocznie Putin – podobnie jak Stirlitz – wiedział, że ludzie pamiętają tylko ostatni fragment wypowiedzi).

    „Zapewne wisi w powietrzu pytanie, a co się stało z kierownictwem prywatnej firmy wojskowej [Grupy Wagnera]. Szef Komitetu Śledczego ostatnio mi raportował, że w ciałach ofiar katastrofy lotniczej znaleziono fragmenty granatów ręcznych. Z zewnątrz samolot nie został niczym zaatakowany. To potwierdzony fakt – rezultaty ekspertyzy przeprowadzonej przez Komitet Śledczy [na paróweczkach?]. Niestety, nie zbadano, czy we krwi ofiar był alkohol i narkotyki. Chociaż wiemy, że po pewnych wydarzeniach [buncie wagnerowców] w siedzibie Grupy Wagnera w Petersburgu FSB znalazła nie tylko 10 mld rubli w gotówce, ale i 5 kg kokainy. Moim zdaniem, trzeba było przeprowadzić taką ekspertyzę, ale jej nie przeprowadzono”.

    Jednym słowem: Prigożyn, Utkin i spółka lecieli samolotem, jak zwykle się narąbali wódą i poprawili kokainą. Wesołą zabawę na pokładzie postanowili sobie uprzyjemnić użyciem granatów ręcznych, które – co za dziwy! – wzięły i eksplodowały. Od tego wybuchu samolot wziął i się rozleciał. Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego, badającego okoliczności katastrof samolotowych na obszarze postsowieckim ani brazylijskiego odpowiednika (samolot był produkcji brazylijskiej) nie dopuszczono do śledztwa. Nie poznamy zatem opinii biegłych, którzy mogliby ocenić, czy od wybuchu granatu ręcznego może się w samolocie urwać skrzydło.

    Wersja, którą przedstawił Putin, nie trzyma się kupy. I o to właśnie chodzi. To nie eksperci mają sprawę badać i zabierać głos. To Putin o wszystkim decyduje. „Przedstawiając absurdalną, demonstracyjnie poniżającą dla wagnerowców wersję ich śmierci, w którą niepodobna uwierzyć, Putin dąży do tego, aby właśnie nikt w nią nie uwierzył. Na to jest obliczone jego wystąpienie: nikt nie uwierzy, ale wszyscy zrozumieją, jak trzeba – napisał w komentarzu na stronie „Echa” Władimir Pastuchow. – Chodzi o to, aby do społeczeństwa dotarło, że tak będzie z każdym [kto podniesie rękę na władzę i kto nastraszy Putina tak, jak nastraszył Prigożyn]”.

    Putin był wczoraj w Soczi bardzo z siebie zadowolony – gadał i gadał, a publiczność spijała słowa z jego ust, klaskała, kiwała główkami. To był ten rodzaj show, które Putin bardzo lubi – siedzieć na scenie, pleść głupoty, których nikt nie śmie przerwać czy podważyć, kąpać się w zachwyconych spojrzeniach zebranych. Dawne dworskie rytuały w postaci dorocznych konferencji prasowych czy „bezpośrednich linii ze społeczeństwem” odeszły do przeszłości. Są zbyt ryzykowne, zbyt trudne do skontrolowania, zawsze się może przywlec jakiś „nieodpowiedzialny” dziennikarz albo jakiś obywatel wyskoczyć z pytaniem o straty na froncie czy poruszyć inne niepożądane tematy. A publiczność gromadząca się w Klubie Wałdaj to sprawdzeni miłośnicy Putina, niosący po świecie kaganiec kremlowskiej propagandy, lobbujący interesy Rosji. Putin tym razem ze szczególną atencją powitał wnuka Charles’a de Gaulle’a, Pierre’a, który wyskakuje w portek, żeby dogodzić Putinowi, dwoi się i troi, aby Zachód zdjął sankcje itd. Nie on jeden.

    Żaden z uczestników spędu nie był porażony tym, że dokładnie w czasie, gdy Putin brylował na błękitnej scenie klubu, rosyjska rakieta spadła na wieś Groza (Hroza) w obwodzie charkowskim i zabiła pięćdziesięciu uczestników stypy. A dokładnie pięćdziesięciu jeden. Pięćdziesięciu jeden!

    Filmowiec Aleksandr Rodnianski napisał w komentarzu: „W filmie stosuje się tzw. równoległy montaż: na ekranie rozgrywają się równolegle dwie sceny. Taki montaż pozwala uwypuklić sens tego, co się dzieje. […] Występuje Putin. Twarz mu płonie z zadowolenia. Mówi coś o specjalnej operacji wojskowej, myli się, podaje nieprawdziwe dane, ale nikt z obecnych nie reaguje. Słuchają go. Putin mówi, że Rosja to samodzielna cywilizacja. Że cywilizacja to przede wszystkim ludzie, a nie terytoria. Równolegle widz widzi inny obrazek. Ukraińska wioska, mała, położona z dala od wszelkich wojskowych celów, zamieszkana przez spokojnych cywilów, w sumie około trzystu mieszkańców. I właśnie w tę wioskę uderza groźna, wyprodukowana za miliony petrodolarów rosyjska rakieta Iskander. Ludzka tragedia, bezbrzeżny smutek. […] Znowu na ekranie pojawia się klub Wałdaj, słyszymy słowa Putina: „Przed nami stoi zadanie zbudowania nowego świata”. Doskonale wiemy, jaki świat buduje Putin: popatrzmy na Grozę”.

  • Nowe święto państwowe

    30 września. Rok temu Putin zwołał gauleiterów czterech odebranych Ukrainie prowincji i urządził na Kremlu uroczystość na okoliczność „zjednoczenia nowych terytoriów z Rosją”. Wojna trwa nadal, część tych podbitych ziem ukraińska armia odbiła, Rosja nadal nie kontroluje całego terytorium zagarniętych prowincji, mimo to Putin postanowił pompatycznie świętować rocznicę aneksji. Z jego inicjatywy ustanowione zostało nowe święto państwowe: Dzień „Zjednoczenia Donieckiej Republiki Ludowej, Ługańskiej Republiki Ludowej, obwodu zaporoskiego i obwodu chersońskiego z Federacją Rosyjską”. Długie wyrażenie w cudzysłowie, bo realnie wszystkie zawarte w tytule święta słowa i nazwy należy traktować z daleko idącym dystansem – są wytworem putinowskich manipulacji i kłamstw.

    Wygenerowany przez Kreml „prazdnik” trzeba było jakoś obejść. Wczoraj na placu Czerwonym odbył się więc dla przyjemności zachwyconych mas tzw. puting. Z estrady płynął na zgromadzoną publiczność (przeważnie młodą) strumień uznawanych za właściwe dla podniosłego charakteru uroczystości haseł i pieśni. Wystąpili weterani scen – np. świetny niegdyś aktor Władimir Maszkow, który patetycznie odegrał rolę patriotycznie wzruszonego putinisty (Maszkow regularnie wygłasza na oficjalnych uroczystościach chwytające za gardło i serce slogany). Smaku dodały wystąpienia Z-poetów, którzy masami tworzą grafomańskie rymowanki, pretendujące do roli wierszy. Ze sceny rozbrzmiał prawdziwy wiersz autorstwa XIX-wiecznego poety Aleksandra Puszkina, deklamujący go aktor Dmitrij Piewcow, zaangażowany putinista, poprzedził występ słowami skierowanymi do stolicy Polski, Warszawy – „która wtedy była częścią imperium rosyjskiego”. Wystąpiły też jakieś zespoły z „nowych terytoriów”, poprawnie i, a jakże, patriotycznie. Widzowie znieśli też mężnie pieśni w wykonaniu zawsze miernego, zawsze wiernego Nikołaja Baskowa i ledwie widocznej spod warstwy pudru i tuszu piewicy Larysy Doliny (też weteranka putinistka), tupiącego w rytm Olega Gazmanowa wraz z synem Rodionem (przebój Россия — в этом слове огонь и силa) i jeszcze wielu innych. Na deser podano główne młodzieżowe bóstwo, wokalistę Shamana. Prowadzący nieustannie podkreślali, że Rosja i nowe terytoria – to już mur, beton, na zawsze.
    Co dziwne, koncertu nie transmitowała kremlowska telewizja, fragmenty można obejrzeć w mediach społecznościowych (https://www.youtube.com/watch?v=bHYJJQ5YFYQ; https://twitter.com/the_ins_ru/status/1707882479116308759), spodziewana jest retransmisja fragmentów.

    Putin, który chętnie bierze udział w takich bombastycznych wiecach, tym razem nie przybył własną osobą na plac Czerwony. „Nie miał tego w planach” – powiedział jego rzecznik. Prezydent nagrał za to krótkie orędzie z podniosłej okazji „zjednoczenia z Rosją” zagarniętych ukraińskich terytoriów. Zaprezentował firmowe wykręcenie kota ogonem: bronimy naszych rodaków, narażonych na rządy bezprawnych władz Ukrainy. Wystąpił nie wiedzieć czemu w stroju żałobnym (http://www.kremlin.ru/events/president/news/72403).
    Podpisanego rok temu na Kremlu dokumentu o włączeniu czterech nowych „podmiotów Federacji” nikt na świecie nie uznał, choć Putin przy każdej stosownej okazji (także w powyższym orędziu) podkreśla, że na „nowych terytoriach” przeprowadzono referenda w zgodzie z przepisami prawa międzynarodowego. Ale jakoś zapomina uściślić, że opiewane „zjednoczenie” jest bezpośrednim rezultatem pełnoskalowej agresji Rosji, złamania przez nią prawa międzynarodowego, pogwałcenia podpisanych przez Federację Rosyjską gwarancji bezpieczeństwa itd. Putin cieszy się z osiągnięć, zapowiada odbudowę zagarniętych ziem (czy trzeba dodawać, że nadejście ruskiego miru oznaczało dla ukraińskich miast i wsi zniszczenie, a często wręcz zrównanie z ziemią?).

    Na koniec jeszcze jedno spojrzenie na scenę ustawioną na placu Czerwonym. Wiec-koncert odbył się pod znamiennym tytułem „Jeden kraj, jedna rodzina, jedna Rosja”. Tak, skojarzenie z hasłem pewnej narodowo-socjalistycznej partii nasuwa się samo.

  • Na tym balu nad balami

    13 września. Codzienne wiadomości z frontu o atakach rakietowych, ofiarach, zniszczeniach spowszedniały – rosyjskie społeczeństwo zamknęło się już dawno w kokonie, nie widzi, nie słyszy, nie reaguje.

    Wąska warstewka najbogatszych próbuje przeczekać złą passę. Krezusi nie wychylają się (to naczelna zasada przetrwania), a niektórzy korzystają z możliwości, jakie otwiera przed nimi wojna, zarabiają więcej niż za czasów pokoju. Ich rodziny nudzą się, już nie jeżdżą tak często na wakacje nad Morze Śródziemne, wybierając bardziej bezpieczne kierunki. Ale ile można czekać na zmianę politycznego klimatu? Trzeba gdzieś zaprezentować wybotoksowane usteczka, nową kreację zamówioną w topowym domu mody czy świeżo oszlifowane diamenciki z Antwerpii. Niedawno nadarzyła się taka okazja – Borys Rotenberg zorganizował w Carskim Siole koło Petersburga bal. Tak, prawdziwy bal. Bal marzeń dojrzewających córek putinowskiej elity.

    Sala tronowa pałacu Katarzyny widziała niejeden bal, pod plafonem „Triumf Rosji” wirowały w tańcu eleganckie damy w ramionach najwyższych urzędników dworu, arystokratów, wybitnych dowódców wojskowych, zagranicznych gości. Do tej tradycji nawiązano również w putinowskiej Rosji: organizowano tu przeznaczone dla wybrańców koncerty i rauty.

    Wojna wojną, a dwór chce się bawić. Prezydencka Fundacja Inicjatyw Kulturalnych popiera takie przedsięwzięcia. Tym bardziej gdy palce w organizacji macza Hans-Joachim Frey, były dyrektor opery drezdeńskiej. A obecnie dyrektor artystyczny Centrum Edukacji Sirius w Soczi.

    Frey ongiś przeszczepiał na rosyjski grunt swoją koronną imprezę Drezdeński Bal, ale pandemia pomieszała szyki. Jak powiedziała o nim w audycji Radia Swoboda Anna Roze (https://www.svoboda.org/a/zamorskie-shuty-putina-anna-roze-o-petrovskom-bale/32571082.html): „Miłość do Rosji wybuchła we Freyu w rok aneksji Krymu – w marcu 2014 r. Frey został oficjalnym konsultantem dyrektora Teatru Bolszoj. Zostawił firmę w Austrii i zakotwiczył w Soczi […]. W 2018 r. był organizatorem wielkiego „Balu Piłkarskiego” w Teatrze Bolszoj na cześć mistrzostw świata. Wcześniej, w 2009 r. na Balu Drezdeńskim Frey odznaczył Putina saksońskim Orderem Wdzięczności. To zapewne stało się początkiem fascynacji Freya putinizmem. Wręczenie odznaczenia Putinowi wywołało w Niemczech falę protestów. Ale dla Freya wydarzenie to otworzyło nowe horyzonty. Zaprzyjaźnił się z wiolonczelistą Siergiejem Rołduginem (http://labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl/2016/04/26/partita-na-brudna-wiolonczele/)”. W marcu 2022 r. organizatorzy Balu Drezdeńskiego zdecydowali o odebraniu orderu Putinowi i zerwali wszelkie kontakty z Freyem. „Za to Frey został uhonorowany w Rosji: w lipcu 2023 r. wręczono mu Order Przyjaźni. Na uroczystości Niemiec oznajmił, że jest po stronie Rosji i jest ogromnie wdzięczny Putinowi”.
    Ale wróćmy na bal. Ten tegoroczny bal w Carskim Siole został nazwany I Balem Piotrowskim.

    Jak napisała w relacji petersburska gazeta „Fontanka”, nie wszyscy z zaproszonych gości przyjechali (oczekiwano m.in. szefa Rosyjskich Kolei Państwowych i przedstawicieli włoskiego biznesu), ale większość przybyła i pełen lans się odbył. Przy stole Rotenberga siedzieli olimpijscy medaliści w dżudo (Borys Rotenberg, podobnie jak większość członków klanu, uprawiał w młodości sztuki walki), wicegubernator Petersburga Borys Piotrowski i saksofonista Igor Butman. Łącznie balować przyszło około 300 osób, w tym goście zagraniczni (głównie z Niemiec, przedstawiciele firm motoryzacyjnych, agencji nieruchomości, rolnictwa, a także burmistrz miasta Freiberg Sven Krüger). Burmistrz wystąpił nawet z krótkim przemówieniem, w którym wypowiadał się o Rosji w samych superlatywach i próbował znaleźć historyczne paralele, usprawiedliwiające zorganizowanie balu w czasie wojny. Niemieckie akcenty królowały również w programie artystycznym (no, powiedzmy): gościom przygrywał weteran estrady zespół Dschinghis Khan (po zespole został już chyba tylko szyld z lat 70-80., w składzie zaszły zmiany, a pod starą nazwą śpiewają jacyś wokaliści z Rosji). Swój stary szlagier „Moskau” solista wykonał w przebraniu z epoki Katarzyny, w koszmarnej peruce, na tle baletu wbitego niedbale w gorsety. Występy innych artystów, głównie rosyjskich i włoskich, zapowiadała miss Rosji z 2001 roku Oksana Fiodorowa.

    Nie obyło się bez patosu: burmistrz Frey poprosił o chwilę ciszy i zadumy nad historią. Orkiestra zdetonowała motyw z filmu „Lista Schindlera”, a na ekranie pojawiły się kroniki z oblężonego Leningradu (gdzie Rzym, gdzie Krym). Borys Rotenberg wstał, a zaraz po nim – cała sala. Patriotycznie.