Życie polityczne Rosji buzuje. Nawet w święto – Dzień Rosji, 12 czerwca – prezydent i jego zwolennicy pracowali w pocie czoła, przekształcając założony dwa lata temu Ogólnorosyjski Front Narodowy w ruch społeczny: Front Narodowy – Za Rosję! Obecny Front, podobnie jak poprzedni Front, na całej połaci ma wspierać poczynania lidera. Tyle że teraz już ze statutem, manifestem i kierownictwem (właściwie – sztabem, zgodnie z militarystyczną nazwą organizacji), których wcześniej jako ponadpartyjna platforma „sił, którym leży na sercu dobro kraju”, nie miał. Rwą się do niego na wyprzódki wierni deputowani i szeregowi członkowie Jednej Rosji (partia władzy, nazywana powszechnie „partią oszustów i złodziei”), która najwyraźniej przestała być Putinowi potrzebna. Teraz w cenie jest już nie wierność biurokratów, bo ci co rusz kompromitują idola, a entuzjazm szerokich mas. Naturalny, szczery i otwarty.
W sposób naturalny, szczery i otwarty uczestnicy zjazdu Frontu poparli wszystko jak leci. Przez aklamację. Gdy do moskiewskiego Maneżu (tego, który się spalił, gdy Putin wybierał się na drugą kadencję i wszyscy mówili, że to zła wróżba) przybył sam lider, na zastygłych w niekłamanej euforii twarzach delegatów nawet pojawił się cień zainteresowania tym, co się dzieje wokół. Nie na długo – dobrotliwe przemówienie lidera nie ożywiło atmosfery. Ochrona zbierała tymczasem muchy, które masowo padały z nudów w locie.
Gdy senna euforia sięgała zenitu, na scenę wyszedł opalony Stanisław Goworuchin, niegdyś reżyser filmowy, dziś piewca Putina. Żeby nie tracić czasu na zbędną zjazdową mitręgę i móc czym prędzej powrócić do przerwanej partii bilardu, postanowił przyspieszyć bieg historii. „A teraz zadam najbardziej idiotyczne pytanie: kogo frontowcy wybiorą na lidera?”. Niektórzy frontowcy, i owszem, nadążyli za chybką myślą Goworuchina i udzielili odpowiedzi. W sali rozległy się okrzyki: „Putin, Putin!”. I rzeczywiście – to Putin stanął na czele Frontu. Wybrany bez biurokratycznych procedur, w słusznym porywie kolektywu zebranego w udekorowanym na niebiesko Maneżu. Uśmiechnął się, podziękował skromnie i zachwycił twarzami, które widzi wokół: „Jakie jasne, jakie pełne entuzjazmu twarze! Życzę nam sukcesów!”.
Komentatorzy próbowali się dopatrzeć w przyjętych dokumentach i dosłuchać w oracjach, czym właściwie Front ma się zajmować. Ogólnie – wiadomo, wszyscy mają wspierać, podtrzymywać, budować. „Celem naszego frontu jest dać każdemu możliwość tworzyć, tworzyć wielki kraj, wielką Rosję” – powiedział Putin. Wcześniej, na uroczystości wręczania nagród państwowych powiedział coś bardziej konkretnego: „Jeśli nie my, to nas”. To chyba lepiej oddaje istotę powołania tego dziwnego bytu, jak jawi się Front Narodowy – Za Rosję niż okrągłe zdania o solidarności wszystkich ze wszystkimi.
Front ma być imitacją dialogu społecznego, imitacją kontroli społeczeństwa nad władzą. To z jednej strony. A z drugiej, jak ujawniło anonimowe źródło w administracji prezydenta, Front ma być w zamyśle prezydenta tym instrumentem, dzięki któremu masy będą naciskać na aparat urzędniczy, nie dość sumiennie wykonujący prezydenckie polecenia. Czy tak?
„Starannie omijając kluczowy problem nieefektywnych organów państwa i skupiając uwagę na krytyce wybranych urzędników i ich niepopularnych decyzji, Front pozwala Władimirowi Władimirowiczowi zademonstrować troskę o prostych ludzi i podkreślić swoją rolę lidera narodu. Jednocześnie ogłaszając jako zadanie Frontu umocnienie ogólnonarodowej solidarności, wzywając do przyłączenia się do frontu wszystkich, którzy są za Rosją, wszystkich, którzy ją kochają, proputinowski ruch wypycha tych, którzy nie zgadzają się z polityką prezydenta, na obrzeża, przyczepiając im łatkę sił antynarodowych”. „Jeśli nie my, to nas”.
I jeszcze jeden głos: „Władza wybrała model zarządzania, charakterystyczny dla połowy ubiegłego wieku. Taki polityczny retromobil raczej nie zapewni rezultatów. Takim pojazdem nie zajedziemy w przyszłość. Natomiast w przeszłość cofnąć się – o, tak – do tego retromobil się nadaje” – napisał Andriej Kolesnikow na łamach „Nowej Gaziety”.
Przedstawiciel Cerkwi Wsiewołod Czaplin, obserwujący zjazd Frontu, spojrzał na wydarzenia z innej perspektywy. Na pytanie dziennikarki portalu Slon.ru, dlaczego zjazd miał taki patriarchalny styl, odpowiedział: „To styl przyszłości. Każde silne państwo ma spersonifikowaną władzę centralną. Tym się cechuje ludzka społeczność”. Retromobil włącza wsteczny bieg.
O innych burzliwych wydarzeniach w ostatnich dniach w Rosji – przyjęciu ustawy antygejowskiej, ustawy o ochronie uczuć religijnych, wyborach mera Moskwy, demonstracji w obronie więźniów politycznych – w następnych odcinkach.
Kategoria: Bez kategorii
-
Front frontem do Putina
-
Cywilizowany balet rozwodowy
Zanim jeszcze papiery rozwodowe wylądowały oficjalnie w Urzędzie Stanu Cywilnego, małżonkowie Ludmiła i Władimir Putinowie poinformowali o zamiarze „zakończenia małżeństwa” telewidzów stacji Rossija 24, czyli cały świat.
„Prawie się nie widujemy, każde z nas ma oddzielne życie. To cywilizowany rozwód” – powiedzieli państwo Putinowie w przerwie spektaklu baletowego „Esmeralda”, który oglądali wspólnie w Wielkim Pałacu Kremlowskim. Już wspólne pojawienie się „na publikie” Ludmiły i Władimira Putinów było sensacją samą w sobie (ostatnio Rosjanie widzieli panią prezydentową rok temu podczas zaprzysiężenia męża), a tu jeszcze taki wystrzał! Ekipa telewizyjna, która przypadkiem akurat przechodziła z tragarzami, zapytała Putinów, jak im się podoba balet, a oni nagle wystąpili z bardzo osobistymi wynurzeniami o kryzysie w rodzinnym życiu. Było to tym bardziej zaskakujące, że prezydent zawsze bronił dostępu do swej prywatności jak twierdzy, uczynił swoje życie rodzinne tajemnicą za siedmioma pieczęciami, opryskliwie odpowiadał dziennikarzom, którzy dopytywali o żonę, o córki. A tu – bach!
Dlaczego państwo Putinowie postanowili się rozwieść na półtora miesiąca przed trzydziestą rocznicą ślubu? Bo Władimir Władimirowicz cały czas poświęca pracy, a Ludmiła Aleksandrowna nie lubi pokazywać się publicznie, ponadto nie lubi latać [ciekawe, przecież z zawodu jest stewardessą], no i dzieci wyrosły – tłumaczyli. Nieprzekonująco to zabrzmiało, choć z drugiej strony słuchy o tym, że małżeństwo prezydenta jest fikcją, hulały po Internecie od lat. Od czasu do czasu podgrzewane były jeszcze wrzutami o domniemanych związkach Putina z atrakcyjną sportsmenką Aliną Kabajewą albo fotografującą modelką Janą Łapikową.
Skoro syndrom pustego gniazda dopadł państwa Putinów już dawno, to czemu raptem zdecydowali się na oficjalny rozwód teraz? „Żeby nie frustrować wiernopoddanego ludu i nie prowokować ataków serca wśród załogi Urałwagonzawoda, można się było nie rozwodzić co najmniej do 2018 roku [końca obecnej prezydenckiej kadencji]” – snuje rozważania politolog Stanisław Biełkowski. No właśnie, pani Ludmiła mogła przecież nadal nie pojawiać się publicznie i nie latać prezydenckim samolotem, skoro się boi.
Więc dlaczego – dlaczego akurat teraz, kiedy Rosja po powrocie Putina na Kreml zasklepia się coraz bardziej w konserwatywnych wartościach? Wiadomość o rozwodzie pierwszej pary ewidentnie idzie pod prąd temu trendowi. Prawosławny aktywista Kiriłł Frołow określił wiadomość o zapowiadanym rozwodzie prezydenta jako „smutną”. Bo chociaż małżeństwo Putinów nie było pobłogosławione przez Cerkiew [w 1983 roku oficerowi KGB zapewne nawet przez myśl nie przeszło przysięganie przed ołtarzem w Cerkwi], to jednak para prezydencka to ludzie wierzący i decyzja o rozwodzie przeczy utrwalanej obecnie w Rosji prawosławno-patriotycznej ideologii budowanej na gruncie tradycyjnych wartości – podkreślił Frołow. Patriarcha Cyryl nie skomentował oficjalnie wiadomości o rozwodzie prezydenta, ale w przeszłości w wywiadach kilkakrotnie wypowiadał się przeciwko rozbijaniu rodziny. Coś tu się rozjechało. Bo z jednej strony wsparcie dla prawosławnych tradycji, a z drugiej – liberalna wolta z rozwodem. Kontrowersyjny pisarz, reżyser, dziennikarz Aleksandr Niewzorow uważa, że Putin nic sobie nie robi z opinii Cerkwi: „Władimir Władimirowicz działa równolegle, nie stykając się i nie przecinając ze wstecznictwem Cerkwi. Przecież cerkiewna ideologia, nie chcę jej nazywać wiarą, to nie element wewnętrznego życia człowieka, a instrument, którym Putin potrafi się świetnie posługiwać”.
Cherchez la femme – szemrzą w komentarzach media. Sekretarz prasowy Putina natychmiast ucina te spekulacje: w życiu Władimira Władimirowicza nie ma innej kobiety. Całe życie poświęca on pracy dla Rosji.
Socjologowie zastanawiają się, czy rozwód wpłynie na rankingi Putina. Większość jest zdania, że raczej nie. Rozwody są w Rosji stałym elementem społecznego pejzażu: blisko połowa zawartych małżeństw kończy się rozwodem. Inna sprawa, że od czasów Piotra I żaden z carów, genseków i prezydentów Rosji/ZSRR nie rozwodził się. Rankingi Putina i tak spadają – podkreślają inni komentatorzy. No i mogą spaść jeszcze bardziej po tej rozwodowej wieści. „Prezydent dużo ryzykuje – komentuje niemiecki dziennikarz Aleksander Rahr, zwykle bardzo przychylny Putinowi, autor kilku książek o nim. – Cerkiew raczej nie będzie tego głośno komentować. Ale ludzie nie odniosą się do rozwodu ze zrozumieniem. Rozwód głowy państwa zawsze jest ryzykiem, szczególnie w Rosji, gdzie osoba prezydenta uznawana jest za symbol nowej rosyjskiej państwowości”.
W rosyjskiej przestrzeni internetowej aż roi się od komentarzy, blogerzy piszą jeden przez drugiego, powstała już cała masa sytuacyjnych dowcipów. Pisarz Dmitrij Gubin wywodzi, że rozwód z Ludmiłą i symboliczne zaślubiny z Rusią oznaczają, że teraz już Putin zostanie na wieki: „Władimir Putin to małżonek dany nam na zawsze, dopóki śmierć nas nie rozłączy. To jego kardynalna decyzja. Nie możemy rozwieść się z Putinem”.
Może tak, może nie. Tak czy inaczej komunikat o prywatnym rozwodzie prezydenta może sygnalizować jakieś polityczne zmiany czy wydarzenia. -
Jeniec z Kaukazu
Jeżeli twórcy cyklu filmów o Jamesie Bondzie będą poszukiwać rezydencji dla kolejnego adwersarza agenta 007, to powinni zainteresować się imponującym domostwem mera Machaczkały, stolicy północnokaukaskiej republiki Dagestan. Dom mera został zbudowany na skale (a właściwie na skalnym uskoku), nie na piasku. Kiedy w 1998 roku zamachowcy podłożyli tu bomby, dom ani drgnął, chociaż zawaliło się 29 sąsiednich budynków, zginęło 18 osób.
Umocnienia imponującego bunkra nie wystarczyły jednak, by pomóc właścicielowi uniknąć aresztowania. Mer Said Amirow został zatrzymany 1 czerwca m.in. pod zarzutem zorganizowania zabójstwa szefa wydziału śledczego jednej ze stołecznych dzielnic. Scena aresztowania też wyjęta żywcem z filmów akcji. Ulice wokół rezydencji mera zostały zamknięte dla ruchu, obstawione przez pojazdy opancerzone, z powietrza akcję Federalnej Służby Bezpieczeństwa ubezpieczały wojskowe śmigłowce. Jednym z nich przetransportowano zresztą aresztanta do Moskwy, widocznie obawiając się przewiezienia go samochodem (mogli go odbić jego ludzie – media pisały, że zatrudniał 150-osobową ochronę). Operację przeprowadzono w chwili, gdy całe miasto oglądało finałowy mecz o Puchar Rosji pomiędzy CSKA Moskwa i Anży Machaczkała. Mer też oglądał transmisję u siebie w domu.
Gdy po mieście rozeszła się wieść, że mer został wzięty w jasyr, niedowierzanie mieszało się ze smutkiem jednych i radością drugich. Amirow miał przydomek „Nieśmiertelny” – przeżył kilkanaście zamachów, w wyniku jednego został częściowo sparaliżowany, porusza się na wózku inwalidzkim. Merem Machaczkały jest od piętnastu lat. W 2012 roku został uhonorowany tytułem „Najlepszego mera Federacji Rosyjskiej”.
Jak księżyc Amirow ma jednak i ciemną stronę. Innym przydomkiem Amirowa jest „Krwawy Roosevelt” – z uwagi na wózek inwalidzki i udział w latach 90. w krwawej wojnie klanowej i nie tylko. W 1998 r. Amirow został merem Machaczkały, a rok później odznaczył się tym, że zebrał pospolite ruszenie, które wykurzyło z Dagestanu czeczeńskie oddziały Szamila Basajewa, za co spłynęła nań łaska Kremla.
Jego lojalność wobec federalnego centrum była wielokrotnie nagradzana. Amirow był jednym z założycieli regionalnej jaczejki Jednej Rosji, został szefem jej stołecznego oddziału. Podczas wyborów zawsze zapewniał partii rządzącej i prezydentowi wysokie rezultaty. Z drugiej jednak strony Machaczkała była miejscem krwawych zamachów dokonywanych przez islamskich radykałów.
Amirow, sam wywodzący się z chłopskiego rodu bez znaczenia w hierarchii społecznej, w ciągu ostatnich kilkunastu lat stworzył własny potężny klan, rządzący miastem. Jego synowie oraz bliżsi i dalsi krewni zajmują kluczowe stanowiska w mieście. O stopniu skorumpowania klanu krążyły legendy.
System klanowy to fundament, na którym opiera się życie społeczne Dagestanu. Aleksiej Makarkin z moskiewskiego Centrum Technologii Politycznych próbuje wyjaśnić zawiłości dagestańskich współzależności i powody zatrzymania Amirowa: „Moskwa zaczęła korygować swój stosunek do dagestańskich klanów. W dzisiejszej optyce to już nie jest czynnik stabilizujący, a raczej zjawisko przeszkadzające rozwojowi republiki. […] Kreml podjął więc zapewne decyzję o uderzeniu w jeden z najbardziej ambitnych dagestańskich klanów, by podważyć istniejący układ. Ponadto miejscowi siłowicy uważali, że Amirow maczał palce we wszystkich głośnych zabójstwach ostatnich lat. Amirowa podejrzewano też o związki z islamskim podziemiem zbrojnym. W Dagestanie nie sposób określić, gdzie kończy się lojalna elita, a zaczyna zbrojne podziemie. Obserwuje się od jakiegoś czasu niepokojącą tendencję – dokonywane przez ekstremistów przestępstwa nierzadko mają drugie dno: są dokonywane w interesach klanów”.
Splot interesów, wątków, konfliktów tworzy gordyjski węzeł nie do rozplątania. W komentarzach i prognozach podnoszone są jeszcze dwa aspekty. Po pierwsze. Dagestan jest republiką zamieszkaną przez kilkadziesiąt narodowości. Udział we władzach przedstawicieli poszczególnych narodowości wyznaczany jest według koronkowego klucza, mającego zapewnić parytet każdej z grup. Wyeliminowanie Amirowa zaburzy tę równowagę. Chwiejną i tak. Po drugie. Zbliżają się igrzyska olimpijskie w Soczi, położonym w sąsiedztwie Kaukazu Północnego. Tymczasem w Machaczkale i nie tylko ciągle coś wybucha, w strzelaninach giną ludzie itd. Niektórzy komentatorzy w usunięciu Amirowa widzą element operacji mającej na celu przejęcie kontroli nad sytuacją w republice w celu zapewnienia spokoju. Ramazan Abdułatipow jest człowiekiem Kremla, któremu postawiono zadanie oczyszczenia Dagestanu z radykałów i wspierających ich po cichu dygnitarzy. „Mam nadzieję, że Kreml przewidział, jakie będą konsekwencje wyrugowania Amirowa. Jeśli nie, to konflikt pomiędzy Dargijczykami i Awarami [dwa najliczniejsze narodowości zamieszkujące Dagestan] jest nieunikniony” – powiedział jeden z najwnikliwszych znawców Kaukazu w Rosji, Aleksiej Małaszenko.
Amirow został aresztowany na dwa miesiące. Do najważniejszych osób w państwie listy interwencyjne w obronie mera wystosowali członkowie sejmiku Machaczkały. Zdaniem obserwatorów, zda się to psu na budę – przecież owe najwyższe czynniki w Moskwie nie mogły nie wiedzieć o planowanej operacji zatrzymania Amirowa. Bez sankcji Kremla nikt nie odważyłby się na tak spektakularną akcję. -
Larry King – małe wielkie sprostowanie
Temat pozyskania Larry Kinga – gwiazdy amerykańskiej żurnalistyki – przez kremlowską telewizję dla zagranicy RT z każdym dniem obrasta nowymi znaczeniami.
Po tym, jak dyrektorka RT Margarita Simonian roztrąbiła przez Twitter i nie tylko, że jej stacja zatrudniła w charakterze prowadzącego Larry Kinga, podniosła się fala krytycznych komentarzy wobec Kinga. Głównie zarzucano mu, że dał się pozyskać do współpracy propagandowej tubie Kremla pracującej na rzecz powiększenia armii „pożytecznych idiotów” na Zachodzie, z miłym uśmiechem omijającej zasady rzetelności dziennikarskiej. O niespodziewanym angażu Kinga pisałam w poprzednim poście „On utonuł?”( http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/05/30/on-utonul/).
Nestor klasyki wywiadu, dowiedziawszy się o tym, że został podwładnym Margarity Simonian, napisał na Facebooku, że – owszem – sprzedał telewizji RT (podobnie jak kilku innym stacjom telewizyjnym) prawa do transmisji swojego programu „Larry King Now”, ale nie zatrudnił się jako jej dziennikarz; sprzedaje rosyjskiej stacji gotowy program wyprodukowany przez jego studio, a nie specjalnie przygotowywany dla RT.
Jak mówią w Odessie, eto dwie bolszych raznicy. Informacja i jej interpretacja. Publikujące zjadliwe komentarze o decyzji Kinga podejmującego się pracy „u Putina”, amerykańskie gazety podpowiadały Kingowi, by choć jednym okiem, choć pobieżnie obejrzał arcydzieła wypaczania obrazu rzeczywistości i naginania wydarzeń „pod tezę” w wykonaniu dziennikarzy RT. Może obejrzał. A może przeczytał twity szefowej RT. No i zareagował.
Nadal niejasny wydaje mi się status drugiego anonsowanego programu Kinga – publicystycznego show o polityce. Dyrekcja RT twierdzi, że to ma być „exclusive” dla jej stacji. Czy to kolejne pobożne życzenie pani Margarity Simonian? Co przyniosą kolejne odsłony tego wciągającego medialnego spektaklu? -
On utonuł?
„Mamy nowego kolegę, będzie prowadził u nas program publicystyczny. Tylko proszę nie mdleć” – napisała w Twitterze dyrektorka telewizji RT (d. Russia Today – angielskojęzycznej rosyjskiej telewizji rządowej), Margarita Simonian.
O tym, ilu pracowników nadającej na zagranicę kremlowskiej telewizji jednak zemdlało, gdy usłyszało nazwisko prowadzącego, światowe agencje milczą. A o omdlenie nie było trudno, bo nowy publicystyczny show będzie w proputinowskim okienku na świat prowadził amerykański dziennikarz Larry King. Legenda dziennikarstwa, tytan wywiadów, który przemaglował w swoim programie w telewizji CNN kilkadziesiąt tysięcy polityków, sportowców, artystów.
79-letni Larry King odszedł z CNN dwa lata temu, ładnie pożegnał się z widzami. Ale na emeryturze nie wytrzymał długo. W zeszłym roku zrealizował dla TV Ora 155 wywiadów w cyklu „Larry King Now”, dostępnych za pośrednictwem internetu. RT będzie transmitować kolejne wywiady Kinga z tego cyklu. Ponadto ma być realizowany drugi autorski program dziennikarza specjalnie dla RT.
Kiedy prezydent Putin pracował w KGB, do jego zadań w drezdeńskiej placówce należało werbowanie. Biografowie Putina gubią się w domysłach, czy dobrze mu szło na tym polu. Jako prezydentowi idzie mu niewątpliwie znacznie lepiej. Ileż znaczy choćby pozyskanie ekskanclerza Niemiec do obsługi rosyjskiej gazrury. Wiele atramentu wypisano o skuteczności czarów, jakie rosyjski prezydent roztacza przed wysokimi działaczami sportowymi, od których zależy przyznawanie organizacji igrzysk olimpijskich czy mistrzostw świata. Ostatnio pod urokiem Władimira Władimirowicza znalazły się gwiazdy kina – Gerard Depardieu i Steven Seagal. A teraz w siatkę programów proprezydenckiej telewizji wpadł tuz amerykańskiego dziennikarstwa, Larry King.
Panowie znają się od lat. U zarania swej prezydentury Mister Putin spowiadał się w programie Kinga z katastrofy podwodnego okrętu Kursk. Z tego wywiadu pochodzi jedna z najsłynniejszych fraz Putina. Na pytanie Kinga, co się stało z Kurskiem, Putin odparł lakonicznie: „Ona utonuła” (okręt podwodny to po rosyjsku „podłodka” – słowo rodzaju żeńskiego).
Zachodnie media komentują decyzję Kinga jadowicie. „Najbardziej znany dziennikarz telewizyjny USA uciekł do Rosjan” – pisze „The Times”. „The Washington Times” używa sobie na nestorze amerykańskiego dziennikarstwa w stylu kabaretowym, parodiując jego przyszły program dla propagandowej tuby Kremla. Najnowsze wydarzenia – głodówkę jednej z przebywającej w kolonii karnej uczestniczek zespołu Pussy Riot, sytuację w Syrii, śledztwo w sprawie zamachu w Bostonie – King miałby komentować tak: „Te dziewczęta z Pussy Riot powinny się zmusić do zjedzenia czegoś – sama skóra i kości. Syryjscy powstańcy – to straszne, niech ktoś pomoże Asadowi. Czy widzieliście już, jak Putin jeździ wierzchem na niedźwiedziu? Ten człowiek poskromił przyrodę… Słuchajcie, wszyscy mamy problemy, ale dziennikarze przecież powinni wiedzieć, kiedy lepiej się zamknąć. Amerykanie powinni uważniej przysłuchać się rosyjskiej tajnej policji w sprawie tych dwóch Czeczenów [którzy dokonali zamachu w Bostonie]. Nie, nikt mi nie mówił, że będą mi płacić akcjami Gazpromu”.
„Foreign Policy” zadaje Kingowi pytanie, czy chociaż raz oglądał RT. Zdaniem pisma, RT to propaganda „pod cienką woalką”, kanał, który znany jest z „propagowania polityki rosyjskich władz z tak bezwstydnym zaangażowaniem, że Fox News czy MSNBC rumieniłyby się ze wstydu”.
W Rosji angaż dla Kinga zauważyli blogerzy i skomentowali to wydarzenie żartobliwie: „Sukces Rosji to byłoby przejście Kandełaki do ABC [Tina Kandełaki – popularna prezenterka rosyjskiej tv], a w przypadku Kinga chodzi po prostu o forsę, czym się tu podniecać”. „Larry King w RT to co takiego jak Patricia Kaas w krasnodarskim cyrku”. „Zachód trzyma się tylko na entuzjazmie tych, których Kreml nie może kupić”.
Niedawno Larry King udzielił wywiadu rosyjskiemu tygodnikowi „The New Times” (antykremlowski, konserwatywny): „Zło mnie intryguje. Chciałbym na przykład spytać bin Ladena, dlaczego to zrobił. Co sprawiło, że postanowił pozostawić zamożny dom w Arabii Saudyjskiej, zamieszkać w jaskini i latami przygotowywać atak na Amerykę. […] Hitlera zapytałbym o jego dzieciństwo, o rodziców, o to, kiedy zaczął zajmować się polityką i dlaczego tak nienawidził Żydów. […] Stalinowi zadałbym podobne pytania. Dlaczego został komunistą? Z kogo brał przykład?”. Dalej mówił, że wolność słowa jest fundamentem demokracji. „Niepokoi mnie, że ludzi osadza się w więzieniu za ich polityczne poglądy, za to, co myślą”.
Piękne słowa, piękne ideały. Jak się to ma do serwilizmu kremlowskiej tuby? Pierwszy program Kinga na RT ma się pojawić już na początku czerwca.