Kategoria: Bez kategorii

  • Którzy odeszli – 2013, część pierwsza

    Zwyczaj wspominania zmarłych 1 i 2 listopada jest tradycją polską (katolicką). Rosjanie odwiedzają groby bliskich w trzeci dzień po Wielkanocy lub w sobotę poprzedzającą Zielone Świątki. Zbierają się też na „pominki” trzy, dziewięć i czterdzieści dni po śmierci osoby bliskiej. Ale ja tutaj przypomnę tych, którzy odeszli w tym roku, zgodnie z tradycją polską.
    Aleksiej German, reżyser filmowy, 75 lat. „Jestem wariatem – nieustannie myślę tylko o kinie” – mówił nie bez kokieterii. Stworzył jedne z najważniejszych rosyjskich filmów. „Próba wierności”, „Dwadzieścia dni bez wojny”, „Mój przyjaciel Iwan Łapszyn”, „Chrustalow, samochód!” i ostatni, niedokończony „Trudno być bogiem” (na podstawie powieści braci Strugackich). Nad każdym filmem pracował wiele lat, cyzelował scenariusz, z pietyzmem odnosił się do najdrobniejszego detalu. Legenda głosi, że wszystkie przedmioty, które „zagrały” w „Chrustalowie”, musiały być autentyczne: i meble, i filiżanki, i deski klozetowe wiszące na gwoździach w korytarzu pod wspólną dla mieszkańców komunałki toaletą. Te detale tworzyły atmosferę. German był mistrzem autentyczności. W jego filmach nie ma ani grama fałszu. Krytycy mówili, że jego czarno-białe obrazy są jak dokumenty.
    W tych dniach na festiwalu filmowym w Rzymie w ramach światowej premiery filmu „Trudno być bogiem” zostanie wręczona nagroda specjalna za całokształt twórczości dla Aleksieja Germana. Odbiorą ją żona Germana Swietłana Karmalita i syn Aleksiej German jr., również świetny reżyser filmowy. To wydarzenie bez precedensu – po raz pierwszy w historii europejskich festiwali nagrodę przyznano nieżyjącemu reżyserowi.
    W jednym z wywiadów na pytanie „czego się pan boi?”, odpowiedział: „Snów w nocy z czwartku na piątek. Ostatnio śniło mi się, że Swietłanę [żonę] wpuścili do raju, a mnie nie. Ten człowiek, podła gadzina, z budki przy bramie raju wysunął głowę i mówi: – Nie zakryłeś worków celofanem. Ja mu odpowiadam: – Wszystko mi pan poplątał. A on wsiadł na mój rower i odjechał. Stoję przed tą budką sam, a Swietłana idzie sobie do raju i nawet się nie odwróci”.
    Do bram raju zapukał też reżyser Aleksiej Bałabanow , lat 54, twórca zmienny, kontrowersyjny, poszukujący własnego języka, niespokojny, wkurzony na świat. Mówił rzeczy ważne i nieprzyjemne. Programowo odrzucał upiększanie na ekranie – wręcz przeciwnie, dotykał brzydoty, podłości, rozkładu. Z obrzydzeniem, ale i spokojną konstatacją, że tacy jesteśmy. Pisałam o nim i jego filmach w tym blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2010/01/10/rzeka-tredowatych/; http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/05/19/aleksiej-balabanow-in-memoriam/).
    W kwietniu odszedł grafficiarz, scenograf, artysta street artu Pasza183, P183, Paweł Puchow, lat 29. Nazywany był „rosyjskim Banksym”. Przyjaciele Paszy183 nazywali Banksy’ego „angielskim Paszą183”. Sam Banksy poświęcił mu graffiti (http://lenta.ru/news/2013/04/08/banksy). O przyczynach śmierci w tak młodym wieku nic nie wiadomo. (http://labuszewska.blog.onet.pl/tag/pasza183/).

  • Jeden dzień Michaiła Borysowicza

    Można by sparafrazować Majakowskiego: „Mówimy Lenin,/ a w domyśle partia, / mówimy partia/, a w domyśle Lenin” i dziś – w dziesiątą rocznicę pozbawienia wolności Michaiła Chodorkowskiego – powiedzieć: „Mówimy Putin, / a w domyśle Chodorkowski, / mówimy Chodorkowski, / a w domyśle Putin”. Bo jak u Majakowskiego Lenin i partia, tak we współczesnej Rosji Putin i Chodorkowski zrośli się jak „bliźnięta-bracia”.
    Chodorkowski siedzi już dziesięć lat. Drugi wyrok skończy w sierpniu przyszłego roku. O ile władza, lękająca się konkurencji politycznej z jego strony, nie uszyje mu kolejnego wyroku – zaznaczają sceptycy. W „Financial Times” ukazał się dziś wywiad z Chodorkowskim (pytania na piśmie – odpowiedzi na piśmie via pośrednicy). Tytuł wywiadu „Jeden dzień Michaiła Chodorkowskiego” nawiązuje do utworu Sołżenicyna. „Na obiad bałanda [slangowe określenie cienkiej więziennej zupy] i kartofelki, można się najeść, ale lepiej się nie przyglądać, co się je – można się zdenerwować. Najbardziej doskwiera brak dostępu do książek. Lekarze badają nas regularnie, czy nie mamy gruźlicy. Inne dolegliwości ich specjalnie nie interesują”. Na pytanie, czym jest putinizm, Chodorkowski odparł: „Putinizm to autorytarny kapitalizm państwowy, opierający się na liderze. To próba kontrolowania społeczeństwa i aparatu państwowego poprzez szukanie haków i poprzez dowolne interpretowanie i stosowanie prawa. To konsekwentne unicestwienie niezależnych instytucji obywatelskich. To ręczne zarządzanie wielkim krajem”.
    Czym zajmie się, gdy wyjdzie na wolność? „Wiem, że rządzący boją się mojego oswobodzenia, dlatego nie robię żadnych planów. Priorytetem pozostaje rodzina. Nie mam ochoty wracać do biznesu. Nie pociąga mnie też służba państwa, walka o głosy paternalistycznie nastrojonego elektoratu i polityczne intrygi. Ale gotów jestem występować w obronie praw ludzi, którzy trzymają los w swoich rękach, którzy mają poczucie godności, dlatego zajmę się działalnością na rzecz społeczeństwa obywatelskiego”.
    A w artykule opublikowanym dziś w „The New York Times” Chodorkowski pisze: „Dużo się zmieniło przez te dziesięć lat. […] W kraju zmniejsza się liczba zwolenników demokratycznego reformowania władzy, powoli, ale nieubłaganie rosną radykalne nastroje, które w kryzysowej sytuacji zrodzą odpowiedniego lidera. Innymi słowy, niezależnie od tego, co robi Putin, w Rosji istnieje ryzyko, że po jego autorytarnym reżimie przyjdzie kolejny”.
    W rozważaniach Chodorkowskiego dominują ciemne barwy, złudzeń co do możliwości wyjścia na międloną właśnie przez Kreml i Dumę amnestię jak na lekarstwo (raczej oczekiwanie kolejnych represji). Jelena Bonner po drugim wyroku na Chodorkowskiego napisała: „Wypuszczenie na wolność Chodorkowskiego i Lebiediewa będzie oznaczało wyzwolenie kraju spod władzy tych, którzy jak pijany wozak wpędzają Rosję w przepaść”.
    Internetowa „Gazeta.ru” nazywa Chodorkowskiego „więźniem minionej epoki”. Epoka Chodorkowskiego symbolicznie zakończyła się na przełomie roku 2011 i 2012, fala protestów ulicznych wyniosła do góry nowych liderów, nowych bojowników z reżimem. Dlatego władza już nie powinna się obawiać Chodorkowskiego i może go spokojnie wypuścić.
    Tak, to jedno przez dziesięć lat się nie zmieniło. Pytanie, co będzie, jak niezłomny Chodorkowski, który się reżimowi nie kłaniał, wyjdzie na wolność. I czy wyjdzie. Nawet ci, którzy przy każdej okazji na łamach prasy czy na forach internetowych przypominają zekowi z Siegieży, że ma dużo za uszami, nie jest niewinnym nagietkiem i siedzi za konkretne przekręty, dojrzeli do myśli, że nawet jeśli nagrzeszył, to już odpokutował z nawiązką. Tylko czy „bliźnię-brat” już do podobnego wniosku dojrzał?

  • Paszport terrorystki

    Samobójczyni opasana „pasem szahidki” zdetonowała ładunki wybuchowe w autobusie w Wołgogradzie. Poza nią zginęło sześć osób, pięćdziesiąt pięć odniosło obrażenia, kilka osób jest w stanie ciężkim. W mieście ogłoszono trzydniową żałobę.
    Trzydziestojednoletnia Naida Asijałowa 21 października zmierzała rejsowym autokarem ze stolicy Dagestanu, Machaczkały do Moskwy. Podróżujący z nią pasażerowie zapamiętali, że miała zabandażowaną i usztywnioną rękę. W Wołgogradzie nieoczekiwanie wysiadła z autokaru i przesiadła się do autobusu komunikacji miejskiej numer 29. Na widok kobiety z zabandażowaną ręką dwie dziewczyny ustąpiły jej miejsca. Asijałowa usiadła. Specjaliści mówią, że to uratowało życie większości pasażerów – gdyby terrorystka zdetonowała ładunki stojąc, ofiar byłoby znacznie więcej.
    Jak niespełna trzy godziny po zamachu poinformowała rosyjska telewizja, na miejscu zamachu znaleziono paszport sprawczyni (można go zobaczyć m.in. tu: http://www.novayagazeta.ru/inquests/60590.html). Zaprezentowany przez telewizję paszport był czyściutki, bez zagnieceń i zabrudzeń, na zdjęciu kobieta miała na głowie hidżab (rosyjskie przepisy paszportowe wymagają fotografii bez nakrycia głowy). Blogosfera momentalnie wychwyciła te nieścisłości: jak to możliwe, by wydano Asijałowej paszport ze zdjęciem w chuście, jak to możliwe, że ktoś ją z takim paszportem wpuścił do rejsowego autokaru jadącego z Dagestanu do Moskwy (skrupulatnie sprawdzane są dokumenty wszystkich pasażerów podróżujących na trasach poza granice administracyjne poszczególnych regionów), jak to możliwe, że paszport kobiety, która wysadziła się w powietrze, nie nosi śladów wybuchu, jak to możliwe, że w ogóle samobójczyni, która miała zdetonować bombę, ma przy sobie dokument potwierdzający tożsamość?
    Kilka godzin później w Internecie rozpowszechniono kolejny skan paszportu terrorystki – tym razem pomięty i ze zdjęciem bez chusty. Ktoś poszedł po rozum do głowy. Ale skąd się wziął ten pierwszy skan? Celowe zamydlenie oczu? Czyjaś niefrasobliwość? Brak profesjonalizmu? Może wszystkiego po trochu.
    Według pierwszych ustaleń śledztwa, Asijałową przygotował do zamachu jej konkubent, 21-letni Rosjanin Dmitrij Sokołow, który jakiś czas temu przeszedł na islam i stał się żarliwym fanatykiem. Przystał do dagestańskich radykałów z dżamaatu Machaczkały. Według „Nowej Gaziety”, ten dżamaat jest najbardziej agresywną i najliczniejszą formacją dagestańskiego podziemia radykalnego; fundamentaliści z tego ugrupowania ponoszą odpowiedzialność za wiele spośród aktów terroru w Dagestanie w ostatnim roku. Asijałowa, jako osoba związana z Sokołowem, była obserwowana przez dagestańskie centrum ds. walki z terroryzmem (podsłuchiwano jej rozmowy, odnotowywano przemieszczanie się itd.). Komentatorzy zadają więc pytania, jak to możliwe, że pilnowana przez antyterrorystów kobieta zdołała swobodnie wyjechać z Machaczkały do Moskwy, następnie wymknąć się z autokaru i wysadzić w autobusie miejskim.
    Na te pytania odpowiedzi na razie brak. Widać natomiast, że służby odpowiedzialne za bezpieczeństwo – przede wszystkim MSW i Federalna Służba Bezpieczeństwa – intensywnie starają się zmyć piętno winy z siebie i wskazać na tę drugą strukturę jako winowajcę. Nie wiemy, jakie cele stawiali sobie autorzy zamachu samobójczego, nie wiemy na razie, kim byli. Na tym etapie śledztwa wskazuje się na ludzi z dżamaatu Machaczkały. Dagestan – i szerzej cały Kaukaz Północny – jest porażony paranoją radykalnego fundamentalizmu, który sięga po terror jako instrument walki. Istnieją obawy, że zamachy mogą być też zorganizowane podczas igrzysk olimpijskich w Soczi. Przy okazji tragicznego zamachu w Wołgogradzie powtarzano tę myśl wielokrotnie. Kaukaski terroryzm jest na pewno poważnym zagrożeniem – nie tylko w skali regionu, ale i poza nim.
    I jeszcze jedno: dziś mija jedenasta rocznica tragedii na moskiewskiej Dubrowce. Wtedy grupa uzbrojonych czeczeńskich terrorystów sterroryzowała podczas przedstawienia musicalu „Nord-Ost” widzów i wykonawców. Kilka dni później oddziały specjalne uwolniły zakładników, zabiły terrorystów, podczas operacji uwalniania użyto gazu usypiającego, wielu zakładników zginęło w wyniku zastosowania tego gazu i nieskoordynowanej akcji ratunkowej. Wiele pytań nadal pozostaje bez odpowiedzi.

  • Wojna w czerwonych pantofelkach

    Rosja zgłosiła w tym roku do Oscara dwa filmy: „Stalingrad” w reżyserii Fiodora Bondarczuka i „Pantofelki” Konstantina Fama. Dwa różne głosy o wojnie, dwa różne na nią spojrzenia.
    W Polsce znany jest poprzedni film Bondarczuka – „Dziewiąta kompania” (Afganistan). Jego „Stalingrad” to też zrealizowana z wielkim rozmachem opowieść o sześciu żołnierzach uczestniczących w tej jednej z największych bitew II wojny. A więc opowieść epicka, z pietyzmem odtwarzająca obrazy gigantycznego starcia dwóch machin wojennych. Ekran wybucha tysiącami pocisków, płonie setkami pożarów. Świat rozrywa się na kawałki. I woła: Chwała zwycięzcom!
    Dziś skupię się jednak na tym drugim rosyjskim kandydacie do Oscara. Film Konstantina Fama stoi na antypodach gigantycznej opowieści o wojnie Fiodora Bondarczuka. „Pantofelki” to kameralna opowieść o ludzkim losie złamanym przez wojnę. Film trwa 18 minut. W tych ramach Fam zamyka prostą historię. Dziewczyna kupuje parę pięknych czerwonych pantofli. Przyglądamy się jej zwykłemu życiu, obserwując wydarzenia z perspektywy jej nóg. Bohaterka ma na sobie czerwone pantofle, gdy fotografuje się z wybrańcem serca, gdy huśta swoje dziecko i potem – gdy po wybuchu wojny zostaje wygnana z domu; towarzyszymy jej aż do chwili, gdy czerwone pantofle lądują na górze butów odebranych tym, którzy zginęli w komorze gazowej.
    W filmie nie pojawia się ani jedna twarz. Jeśli kamera pokazuje twarz – historia staje się osobista, związana z konkretną osobą – tłumaczy reżyser. A „Pantofelki” to swoisty pomnik nieznanej ofierze Holocaustu.
    „Kiedy pokazałem film Niemcom, ludzie z departamentu oświaty orzekli, że to fantastyczna płaszczyzna, na której można zacząć budować dialog o Holocauście z młodzieżą, można by ten obraz włączyć do programu szkolnego. Powstał pomysł, aby niemiecka premiera filmu odbyła się na Luitpold Arena w Norymberdze – w miejscu, gdzie Hitler w 1935 roku ogłosił ustawy rasowe” – powiedział Fam w wywiadzie dla „Nowej Gaziety”.
    Temat Holocaustu jest bardzo rzadko obecny w rosyjskim filmie. Można nawet powiedzieć, że prawie nieobecny. Dwa lata temu powstał dokumentalny film „Holocaust – klej do tapet?” Mumina Szakirowa – rejestracja wizyty w muzeum w Auschwitz dwóch młodych Rosjanek, które w popularnym teleturnieju na pytanie, czym był Holocaust, udzieliły odpowiedzi: „To klej do tapet”. Zostały po tym programie zaproszone do odwiedzenia muzeum i zapoznania się ze straszną historią, której nie znały. Czy można się dziwić niewiedzy studentek, skoro temat Holocaustu tylko z rzadka przedziera się w mediach czy książkach?
    Konstantin Fam uważa, że to temat w Rosji niechciany. „Wydaje mi się, że się boją. Bo to w niezbyt dobrym świetle pokazuje ludzi. Dowłatow zauważył kiedyś: A kto napisał te cztery miliony donosów? Żeby unicestwić kilka milionów Żydów, nie wystarczy gestapo. […] Świetnie jest być wnukiem bohatera, ludzie ze współczuciem odnoszą się do rodzin ofiar, ale jak to jest być potomkiem niegodziwca? Kiedy zrozumiałem, że oprawcy i donosiciele mają dzieci, wnuki, że mieszkają obok mnie, to zrobiło mi się strasznie. […] Nie chodzi o antysemityzm. Antysemityzmu nie ma. Po prostu w Rosji, jak mi się wydaje, w ogóle nie lubi się innych, obcych. Nieważne, czy Żyda czy geja, dysydenta, inteligenta. To się bierze z poczucia mocarstwowości, z chęci dominowania. Ale dopóki nie zrozumiesz, na czym polega twoja słabość, nie jesteś w stanie się wyleczyć. […] Nie wierzę w heroizm narodu, wierzę w heroizm człowieka. Każdy walczy o swoje. Można się o to wiele spierać, ale ja właśnie tak uważam. […] Dość się już nastrzelaliśmy na ekranie, teraz trzeba sięgnąć głębiej”.
    Konstantin Fam nosi w sobie temat Holocaustu – to temat rodzinnych opowieści. Jego matka jest Żydówką, ojciec – Wietnamczykiem. Jeden dziadek zginął w Wietnamie, drugi – zaginął bez wieści w czasie wojny. „Mama wspominała, jak [podczas okupacji pod Charkowem] szukali w polu zmarzniętych kartofli, jak puchli z głodu, jak pukali do drzwi domostw i jak ich odpędzano, nazywając żydowskimi wyrodkami. Wojna to rzecz straszna – powszechna tragedia dotycząca wszystkich, ale dla Żydów miała jeszcze dodatkowo takie oblicze”. Inspiracją do napisania scenariusza filmu była wizyta reżysera w muzeum w Auschwitz, gdzie zobaczył wielką gablotę z tysiącami par butów więźniów obozu.
    Fam realizował „Pantofelki” za dobrowolne wpłaty osób prywatnych i organizacji, bez państwowych dotacji i wysokiego wsparcia związków twórczych.
    Dopełnieniem „Pantofelków” mają być jeszcze dwie nowele poświęcone tematyce Holocaustu: „Brut” i „Skrzypce”.

  • Nawalny w zawiasach

    Sąd wyższej instancji zawiesił wyrok sądu rejonowego w Kirowie wobec Aleksieja Nawalnego, najbardziej obiecującej twarzy pozasystemowej opozycji. Pięć lat w zawieszeniu – tak brzmi sentencja. O wygibasach wymiaru sprawiedliwości przed wrześniowymi wyborami mera Moskwy, w których Nawalny startował, pisałam przy okazji pierwszego procesu (http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/07/18/posadzic-nawalnego/ i http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/07/22/wypuscic-nawalnego/). Nawalny w wyborach tych zdobył 27 procent głosów – to był świetny rezultat, który uczynił z blogera polityka i pokazał, że już wiele na politycznej niwie potrafi. No i że trzeba się z nim liczyć.
    A więc pięć lat w zawieszeniu – czy to wyrok kryminalny za czyny karygodne czy wyrok polityczny (bo eliminujący Nawalnego z udziału w wyborach – do momentu zatarcia wyroku będzie pozbawiony biernego prawa wyborczego)? Sąd nie zdjął z Nawalnego ciążących na nim zarzutów malwersacji, ale też nie wtrącił go do ciemnicy. Internetowa Gazeta.ru donosiła, że taka była wola kancelarii prezydenta – pono Kreml nie chciałby robić z Nawalnego Nelsona Mandeli, potrząsającego kajdanami. Dobre i to. Nawalny zapowiedział, że nie zamierza rezygnować z działalności politycznej. I stwierdził, że nie ma złudzeń, że jeśli wychyli się za bardzo, to władze zrobią użytek z dwóch innych „uszytych” dla niego spraw karnych.
    „Sąd to tylko ogniwo w łańcuchu wydarzeń, pokazujących nie tylko degradację prawa w Rosji, ale wyjątkowy cynizm, z którym władze demonstrują wyższość decyzji politycznych nad prawem. Myślę, że wielu biznesmenów, którzy siedzą w więzieniu na podstawie sfabrykowanych dowodów winy, skazani w procesach opłaconych przez ich konkurentów, bacznie przyglądało się procesowi Nawalnego. Teraz zapewne ci ludzie stracili nadzieję: nie ma wątpliwości, że mamy do czynienia z politycznym kasynem. Sprawa Nawalnego rozsypała się już w pierwszej instancji, niemniej orzeczono wyrok skazujący. Teraz bez żadnych dodatkowych wyjaśnień wyrok zmieniono. To nie triumf prawa, a siła politycznego dyktatu. Cała rzecz pozostaje w ramach schematu „przykręcamy śrubę, luzujemy” – napisał w komentarzu w „Forbes” Aleksandr Morozow.
    W komentarzach nie brakuje też głosów, że scenariusze sądowe pisane były przez Kreml i Nawalnego pospołu. Proces miałby być sposobem na uwierzytelnienie Nawalnego w oczach tych, którzy „nie lubią Putina” i pomóc mu zająć pozycję lidera opozycji. Trudno zweryfikować podobne teorie. Faktem jest natomiast, że Nawalny był i jest młotem na „zażrawszychsia” członków establishmentu. Wytropił i spektakularnie rozkręcił skandale wokół zagranicznych nieruchomości koryfeuszy rosyjskiej demokracji parlamentarnej czy głównego śledczego.
    W przyszłym roku odbędą się wybory do moskiewskiego parlamentu, Mosgordumy. Sam Nawalny nie będzie mógł kandydować, ale już dziś mówi się o tym, że o mandaty zawalczą ludzie z tak zwanej listy Nawalnego. Miałaby to być próba zdyskontowania dobrego wyniku Nawalnego w wyborach mera i wykorzystania potencjału niezadowolenia ujawnionego podczas zeszłorocznych demonstracji ulicznych. Mówi się jeszcze i o tym, że wunderwaffe Nawalnego jest jego żona Julia.