Kategoria: Bez kategorii

  • Umowa, Julia i wybory 2015

    Oglądałam w ubiegłym tygodniu program rosyjskiej stacji telewizyjnej Pierwyj Kanał „Politika” poświęcony perspektywom podpisania przez Ukrainę umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Przez godzinę dziesięciu interlokutorów – politolodzy, deputowani, ekonomiści – dyskutowało, a właściwie próbowało się nawzajem przekrzyczeć. Często trudno było zrozumieć, co kto mówi, emocje sięgały zenitu. Prowadzący Piotr Tołstoj próbował nad tym harmidrem zapanować – bez powodzenia. Loża krytyków marszu Ukrainy na Zachód obficie toczyła pianę, zagłuszając próby przedstawiania argumentów przez lożę zwolenników tegoż marszu. „Ukraina zachowuje się jak nałożnica!” – dowodził schrypniętym falsetem politolog Siergiej Markow. „Od Ukrainy na odległość wali prowincją” – recenzował z pełnym wyższości uśmiechem dziennikarz-killer Siergiej Dorienko. „Ukrainą rządzi Waszyngton” – padło z kilku ust odwieczne twierdzenie wielbicieli teorii spiskowych. „A co wy [Ukraino niefrasobliwa na Zachód idąca] zamierzacie Europie sprzedawać?” – próbował się dowiedzieć od grupy zwolenników prowadzący Tołstoj, dając wyraz własnym wątpliwościom, czy Ukraina jest w stanie być partnerem Europy, mającej tak wysokie wymagania.
    W ogólnym tumulcie i podniecie co rusz ginęło meritum. I na dobrą sprawę całkiem zginęło.
    Tydzień później w tym samym studiu w programie „Politika” spotkało się dziesięciu innych dyskutantów, a omawiano tym razem tragiczne wydarzenie: katastrofę lotniczą w Kazaniu, w której zginęło kilkudziesięciu pasażerów. Rzeczowo i spokojnie analizowano przyczyny wypadku. Nikt nie wrzeszczał, nikogo nie rozgrzewały do białości urągające warunki techniczne maszyn, przemęczenie załóg latających na liniach wewnętrznych, kiepski poziom przygotowania pilotów. Choć tak na zdrowy rozum, ta sprawa powinna przecież wywołać znacznie większe emocje (bo dotyczy życia i bezpieczeństwa obywateli) niż spór polityczny. Nie wywołała. Znamienne.
    Wczoraj na linii Bruksela-Kijów-Moskwa nastąpił zwrot akcji – na tydzień przed planowanym na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie podpisaniem umowy stowarzyszeniowej Ukraina zawiesiła przygotowania do tego aktu. Prezydent Janukowycz tłumaczył to Europie naciskiem i szantażem ze strony Rosji (bariery handlowe). Europa zastygła w zdumieniu – komisarz Fule odwołał wizytę na Ukrainie. Dziś prezydent Putin stwierdził, że to Europa szantażuje Ukrainę. A Rosja? A Rosja tylko broni swoich interesów. Julia Tymoszenko, której tymczasowe wypuszczenie z więzienia na leczenie było jedną z najważniejszych kart w grze Kijowa z Brukselą, zaapelowała do prezydenta Janukowycza, by nie zważając na nic podpisał umowę z UE. Janukowycz gra ryzykowną partię szachów: poświęcenie królowej może mu dać szansę na wygranie kampanii o reelekcję w 2015 roku – unieszkodliwiona Julia w takim razie nie będzie rywalką w walce o fotel prezydencki. Ale co dalej?
    Jakiś czas temu odbyło się spotkanie Janukowycza z Putinem. Panowie porozmawiali sam na sam. O czym – nikt pary nie puścił. Domysłów było sporo: o perspektywach obniżenia cen rosyjskiego gazu dla Ukrainy, o jakimś mitycznym kredycie dla przeżywającej niełatwe czasy ukraińskiej gospodarki. Jednym słowem: coś za coś. Czy to już wtedy zapadły decyzje w sprawie Wilna? Tego nie wiadomo. Potem jeszcze było spotkanie premierów Rosji i Ukrainy. I nadal nic konkretnie nie wiadomo. Transakcja w toku.
    Ukraiński dziennikarz Witalij Portnikow nie ma wątpliwości, że podczas tych sekretnych spotkań Rosja obiecała Janukowyczowi pieniądze. „Duże pieniądze. A pieniądze są Janukowyczowi potrzebne. Na załatanie […] budżetu. Na kampanię wyborczą w 2015 roku. Na walkę z opozycją, która teraz okrzepnie. Putin, zapewne, jest bardzo zadowolony: chciał powstrzymać Ukrainę od dokonania europejskiego wyboru, i mu się to udało. Ale tak naprawdę Ukrainę stracił – dlatego że ludzie będą teraz wiązać krach swoich nadziei nie tylko z Janukowyczem, ale i z Rosją. Nie należy ulegać iluzji, że za rosyjskie pieniądze Ukraińcom będzie się żyć lepiej – dlatego że za rosyjskie pieniądze nie udaje się żyć lepiej nawet samym Rosjanom. Poza tym te pieniądze zostaną banalnie rozkradzione”.
    Rosyjski komentator Anton Oriech na stronie rozgłośni radiowej Echo Moskwy wywodzi w innym trochę duchu: „Po niespodziewanej wolcie Ukrainy Europejczycy powinni się cieszyć, że mają jeden problem z głowy. A Rosja i Ukraina powinny pracować nad zbliżeniem we wszystkich sferach. Dlatego że jesteśmy sobie bliscy, rozumiemy się nawzajem i znajdujemy się mniej więcej na tym samym poziomie rozwoju. Ale żeby to zbliżenie było korzystne, niezbędne są dwie rzeczy. Ukraina powinna się przestać nas bać, a my powinniśmy zacząć ją szanować. To tak samo trudne, jak dla Ukrainy zdobycie pozycji pełnoprawnej części Europy Zachodniej. Wychodzi na to, że nikt nie wygrał. I nie ma się z czego cieszyć”.
    W Kijowie powstało nowe słowo: euro-Majdan. Zwolennicy kursu na integrację Ukrainy z UE skrzyknęli się na spontaniczne manifestacje uliczne. Ale z liczebnością pomarańczowego Majdanu dzisiejsze zgromadzenia nie mogą się żadną miarą równać. Przynajmniej na razie.

  • Spóźnienia prywatne i polityczne

    Ludmiła Putina wspominała, że w czasach narzeczeńskich, gdy umawiała się z Władimirem Władimirowiczem na randki, on spóźniał się permanentnie. Godzina to było ‘małe miki’, czasem pani Ludmiła czekała dłużej. Czekała, czekała, denerwowała się, płakała, ale czekała. ‘Brał mienia izmorom’ – podsumowała.
    Spóźnienia prezydentowi najwyraźniej weszły w krew. Po jego ostatniej wizycie w Korei Południowej tamtejsza prasa napisała: „Prezydent Władimir Putin zachował się nieładnie – aż pół godziny spóźnił się na spotkanie z panią prezydent Park Geun-hye i zmienił program wizyty […] Seul i Moskwa uzgodniły 1 listopada, że Putin przyjedzie do Korei we wtorek i środę, ale kilka dni później Kreml zażądał, by pobyt skrócić do jednego dnia. To oznaczało m.in., że rząd miał w bardzo krótkim czasie powiadomić wszystkich zaproszonych na oficjalny obiad gości, że program ulega zmianie. Rosyjski prezydent nie przedstawił żadnych wyjaśnień’. Powściągliwi i dyplomatycznie grzeczni Koreańczycy musieli być wściekli, skoro w powściągliwej i dyplomatycznie grzecznej oficjalnej gazecie napisali o wizycie wyczekiwanego gościa tak obcesowo. Putin miał załatwić podczas wizyty kilka ważnych spraw, Moskwa z coraz większym zainteresowaniem patrzy na Wschód. To ma być kierunek przyszłej ekspansji gospodarczej, rozwoju itd. Czy zjednał sobie koreańskich partnerów? Owszem, dostał od nich czarny pas i dziewiąty dan w taekwondo (choć tej dyscypliny nie uprawiał; złośliwcy zaraz zauważyli, że to o jeden dan więcej niż Chuck Norris), ale czy to wystarczy, by rozwijać stosunki handlowe?
    Pół godziny to ‘małe miki’. Koreańscy komentatorzy przypomnieli, że na spotkanie pani prezydent z panem prezydentem w kuluarach szczytu G20 we wrześniu tego roku Putin spóźnił się dwie godziny. ‘Brał izmorom’. Według dobrze poinformowanych źródeł pani prezydent Korei była bardzo zmęczona, mimo to nie dała po sobie tego poznać, była uśmiechnięta i nastawiona na dialog. Natomiast Putin siedział z szeroko rozstawionymi nogami (to wyrażenie zostało w koreańskiej prasie podkreślone) i spiesznie przeczytał z kartki przygotowane zawczasu formułki.
    Zdaniem psychologów, mężczyzna siada z szeroko rozstawionymi nogami, gdy nie ma nic więcej do zaoferowania światu – może demonstrować w ten sposób tylko to, że należy do męskiej połowy ludzkości. Pan prezydent często prezentuje się swoim rozmówcom w takiej ‘rozchełstanej’ pozie. Ma to w zamyśle podkreślać zapewne jego luz i niezależność, „pańskie” zachowanie kogoś, kto nie musi się z nikim liczyć. To z nim wszyscy mają się liczyć. Choć według większości obserwatorów to jedynie kiepskie maniery.
    Firmowe spóźnienia Władimir Putin zaprezentował już wielu swoim rozmówcom (jest takie słynne powiedzenie z czasów Aleksandra III; „kiedy rosyjski car łowi ryby, Europa może poczekać”; „Forbes” uznał Putina niedawno za najbardziej wpływowego człowieka na świecie, do carskiego tronu blisko, coraz bliżej). Ostatnio „ćwiczenie spóźnieniem” na przykład zastosowano podczas majowej wizyty sekretarza stanu USA w Moskwie – najpierw ‘potrzymano’ Johna Kerry’ego w korku ulicznym z powodu próby parady z okazji Dnia Zwycięstwa, a potem jeszcze trzy godziny w korytarzu na Kremlu. Posiedzenia rządu, takich czy innych ciał, z którymi spotyka się prezydent, wiecznie się ‘obsuwają w czasie’, z powodu jak wyżej.
    Plotkarskie źródełka internetowe przypomniały, że Władimir Władimirowicz przybył do Korei w pierwszą rocznicę ślubu swojej młodszej córki Kati z synem byłego attache wojskowego ambasady Korei w Moskwie, Yonn Joon-won. Chociaż ani o ślubie, ani o koreańskim mężu żadnych oficjalnych potwierdzonych informacji nie było. Top secret.

  • Terroryzm jako choroba przenoszona drogą płciową

    Radykalni islamiści działający w Moskwie i okolicach zastosowali nowy typ broni. Atrakcyjny młodzieniec zawierał znajomości z nieatrakcyjnymi dziewczętami. Z bukietem kwiatów i czekoladkami wyznawał miłość, obiecywał matrymonialne złote góry, zdobywał zaufanie. Gdy dziewczyna gotowa była skoczyć za nim w ogień, wyjawiał jej, że należy do islamskiego podziemia, jest fanatycznym bojownikiem i oczekuje, że ona także przejdzie na islam i ramię przy ramieniu stanie do walki. Gdy gołąbeczka zgadzała się na wszystko i stawała się równie jak oblubieniec fanatyczną islamistką, bojownik wywoził ją na południe. Tam odkrywał karty: „proszła lubow, zawiali pomidory”, nie kocham cię, ale walczmy z niewiernymi. I przekazywał w sprawne rączki kompanów. Zdaniem prowadzących śledztwo policjantów, dziewczęta znajdujące się pod silnym wpływem „narzeczonego” mogły być szykowane na wykonawczynie zamachów samobójczych.
    Atrakcyjny młodzieniec Aleksandr Gołombic sam był konwertytą, przyjechał do podmoskiewskiej Bałaszychy z Ukrainy, wstąpił do organizacji At-Takfir wal-Hidżra, zajmującej się propagandą radykalnego islamu (organizacja została uznana przez rosyjski Sąd Najwyższy za ekstremistyczną, jej działalność jest zakazana na terytorium Federacji Rosyjskiej). Został zatrzymany, gdy z kolejną podopieczną zamierzał udać się do kolegów z oddziału.
    Policji udało się ustalić na razie personalia czterech zwerbowanych dziewcząt. Co ciekawe, trzy z nich oświadczyły, że nie mają zamiaru wracać do domu, do Moskwy, do rodziców, chcą zostać z nowymi znajomymi, wyznawcami radykalnego islamu. Na powrót zdecydowała się tylko jedna.
    Nowy typ werbunku jest stary jak świat. Według klasyfikacji Czapajewa z radzieckich dowcipów, to prawdziwa broń biologiczna. Historia Aleksandra Gołombica i jego ofiar uświadamia, że radykalne podziemie islamskie sięga po różne, coraz to nowe metody werbunku. Pranie mózgu jest w cenie. Już nie „czarne wdowy” – kobiety, owładnięte żądzą odwetu za śmierć męża, ojca czy brata. Ostatnie zamachy adeptów radykalizmu z Kaukazu wskazują na rozszerzenie działalności i zmianę profilu potencjalnego zamachowca. Bracia Carnajewowie, którzy dokonali zamachu na maraton w Bostonie, to przykład werbunku i radykalizacji ludzi mieszkających na Zachodzie. Sprawczyni niedawnego zamachu w Wołgogradzie od siedmiu lat mieszkała w Moskwie, była wykształcona, pracowała, prowadziła normalne życie i nagle okazuje się, że jest „smiertnicą” obwiązaną pasem szahida.

  • Którzy odeszli – 2013, część trzecia

    Wspomnienie trzecie chciałabym poświęcić ojcu Pawłowi Adelgejmowi, duchownemu prawosławnemu, dysydentowi z czasów radzieckich i krytykowi nieprawidłowości w odradzającej się Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej.
    Pochodził z rodziny zruszczonych Niemców, dziad i ojciec (poeta) zostali rozstrzelani w latach stalinowskich represji. Po aresztowaniu matki wychowywał się w domu dziecka. Potem mieszkał wraz z matką w Kazachstanie na przymusowym osiedleniu. Uczył się w seminarium duchownym w Kijowie, został zeń relegowany z motywów politycznych. Ukończył Akademię Duchowną w Moskwie. W 1969 r. został aresztowany i skazany na trzy lata kolonii karnej za „oszczerstwa pod adresem ustroju radzieckiego”, w 1971 r. podczas niepokojów w kolonii stracił nogę (według świadków, ktoś mu w tym „pomógł”). Od 1976 r. był proboszczem parafii Niewiast Niosących Wonności w Pskowie. Założył szkołę dla regentów chórów cerkiewnych i sierociniec. Był autorem wielu publikacji i prac teologicznych, m.in. „Dogmatu o Cerkwi w kanonach i praktyce”.
    Krytycznie patrzył na zaprzedanie ideałów wiary przez wyższą hierarchię cerkiewną, służącą jego zdaniem, nie Bogu i wiernym, a świeckim władzom państwowym. Był jednym z nielicznych prawosławnych duchownych, którzy stanęli w obronie skazanych na wysokie wyroki dziewczyn z Pussy Riot. „Nabożeństwo punkowe [Pussy Riot] nie wzięło się znikąd – mówił – to był protest przeciwko sojuszowi rzeczy z gruntu sprzecznych: aparatu państwowego z organizmem cerkiewnym, wolności z przemocą, miłości z merkantylizmem. Ta sytuacja została sprowokowana przez państwo, które gardzi opinią publiczną, oraz przez Rosyjską Cerkiew Prawosławną, która odwróciła się od ludu Bożego. […] Jeżeli organy ochrony porządku publicznego naruszają prawa i swobody obywateli, to gdzie można się zwrócić na skargę? Prawne środki obrony nie istnieją. […] Państwo działa wbrew konstytucji, a RCP – wbrew kanonom i tradycjom. […] Zwykły człowiek nie ma w Cerkwi nic do gadania: albo bierz, co dają, albo odejdź. Cerkiew opiera się nie na Ewangelii, a na strukturach siłowych państwa, pozbywając się niepokornych”.
    Przez wiele lat ojciec Paweł Adelgejm toczył spór z biskupem pskowskim Euzebiuszem (zarzucał hierarchom wystawne życie, nieliczenie się z wiernymi). W 2008 r. został przez biskupa pozbawiony probostwa w parafii Niewiast Niosących Wonności.
    6 sierpnia tego roku zginął od ciosu nożem we własnym domu. Zaatakował go 27-letni niezrównoważony psychicznie gość, któremu ojciec Adelgejm miał pomóc w odzyskaniu równowagi. Miał 75 lat.
    Rok wcześniej w wywiadzie dla portalu Slon mówił: „W Cerkwi nikomu nie jestem potrzebny. Nie tylko nie jestem potrzebny, ale nawet jestem wielce niepożądany. W każdej chwili mogą mnie stamtąd wyrzucić. Czekam na to ze spokojem. Mam swoje lata. Pożyję może pięć, może dwa lata, może rok. A może umrę jutro. To nie jest ważne. Ale żal mi tych młodych kapłanów, którzy nie mają żadnych perspektyw ani żadnych praw”. W jednym z ostatnich tekstów pisał: „Nieważne, ile w Patriarchacie będą mówić o złotych kopułach cerkwi. To naprawdę nieważne. Bo te złote kopuły wyrażają tylko siłę władzy cerkiewnej i wzrost budżetu cerkiewnego zasilanego przez struktury państwowe. A życie duchowe jest niszczone. Celowo niszczone przez Patriarchat. […] Przyjaźń państwa i Cerkwi to katastrofa. Katastrofa dla Cerkwi”.
    Diakon Andriej Kurajew w swoim blogu napisał po śmierci ojca Adelgejma: „Odszedł ostatni wolny kapłan Patriarchatu Moskiewskiego”.

  • Którzy odeszli – 2013, część druga

    W części drugiej tegorocznych pożegnań – ludzie polityki.
    23 marca w willi niedaleko Ascot w hrabstwie Berkshire znaleziono w łazience ciało Borysa Bieriezowskiego. Śmierć nastąpiła na skutek powieszenia. Policja nie stwierdziła śladów przemocy. Śledztwo w sprawie wyjaśnienia przyczyn śmierci nadal się toczy. Jednym z najbardziej prawdopodobnych motywów jest samobójstwo.
    „Mnie to się wydaje, że on ma ogon, tylko zasłania go dłuższą marynarką” – powiedziała kiedyś moja znajoma, przyglądająca się z bliska poczynaniom Borysa Bieriezowskiego. Tak w czasach Jelcyna postrzegała Bieriezowskiego duża część rosyjskiego społeczeństwa. On sam dbał o swoją reputację demona. Podstęp, nagły zwrot przez rufę, diabelski spryt – to było instrumentarium, które pozwoliło mu w latach gorącej transformacji lat 90. zbić fortunę i zająć poczesne miejsce blisko tronu. Był mistrzem mistyfikacji, więc – jak utrzymuje wielu wnikliwych kremlinologów – również rozpowszechniona opinia, że to on pociąga za sznurki na Kremlu, była jego kreacją na użytek zewnętrzny. Owszem, należał do wąskiego kręgu przy Jelcynowskiej Familii, owszem, odgrywał w niej ważną rolę. Ale to nie on podejmował decyzje. Jego dochodzenie do majątku, ostre gry w biznes i politykę w latach 90. zostały drobiazgowo opisane i przez przyjaznych mu literatów, i przez analityków, i przez wrogów. Na podstawie jednej z książek, autorstwa Jurija Dubowa, powstał film „Oligarcha”. Główny bohater – Płaton (po emigracji do Wielkiej Brytanii Bieriezowski zmienił formalnie nazwisko na Płaton Jelenin) – wymyśla genialny w swej prostocie „akcelerator”, pozwalający na zrobienie szybkiej kasy. To „numer” zaczerpnięty z arsenału pomysłów Bieriezowskiego. Z wykształcenia matematyk (miał tytuł doktora habilitowanego, był członkiem korespondentem Rosyjskiej Akademii Nauk) biznes poddawał analizie matematycznej. Ale jego żywiołem był nie tyle biznes, ile intryga. O jego zamiłowaniu do towarzystwa pięknych kobiet i dziewcząt (jedna z jego „pasji” miała zaledwie czternaście lat) wiecznie rozpisywały się brukowce na całym świecie. Metodę analizy matematycznej Bieriezowski próbował zastosować również w polityce. Ale w 2000 r. coś w tym równaniu nie wyszło. Pod jedną z niewiadomych Bieriezowski podstawił nieodpowiednie wartości. Bieriezowski trąbił, że to on jest autorem „projektu Putin”, że to on wyznaczył na następcę ciężko chorego, ustępującego prezydenta Jelcyna młodego, lojalnego wobec Familii następcę. Czy rzeczywiście tak było? Nie wiem, czy kiedykolwiek się tego dowiemy. Ale fakt, że Bieriezowski obnosił się z tym, ile Putin mu zawdzięcza, stało się jednym z najważniejszych powodów powodem ich rozłamu. Przede wszystkim jednak Bieriezowski nie zrozumiał nowych reguł gry, chciał nadal mieć władzę. Jak niepyszny musiał jednak unosić głowę z Rosji – przeciwko niemu wszczęto kilka postępowań o malwersacje. W 2003 r. uzyskał azyl polityczny w Wielkiej Brytanii. I dalej walczył z „krwawym reżimem Putina”. A reżim wysłał za nim list gończy. Bieriezowski próbował nadal stosować swoją maksymę „Kupić można wszystko. Trzeba tylko znać cenę”. No więc płacił za swoje pomysły, które miały nasolić Putinowi. W wywiadach dla brytyjskiej prasy chwalił się, że finansuje przeciwników Kremla. W 2005 r. utrzymywał, że przekazał pokaźne sumy na sfinansowanie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie, też na złość Kremlowi. Udzielał pomocy uciekinierom z Czeczenii – przeciwnikom Ramzana Kadyrowa. Jego cień towarzyszył sprawie zabójstwa byłego funkcjonariusza Federalnej Służby Bezpieczeństwa Aleksandra Litwinienki, otrutego polonem w Londynie w 2006 r. Zdaniem brytyjskich śledczych (i samego Bieriezowskiego), sprawcami śmierci byli funkcjonariusze FSB Andriej Ługowoj i Dmitrij Kowtun. Śledztwo trwa nadal. Co jakiś czas w prasie pojawiały się też wieści o przygotowywanych zamachach na życie Bieriezowskiego.
    W kwietniu 2012 r. Bieriezowski ustanowił nagrodę w wysokości 50 mln rubli za aresztowanie Putina, później zwiększył kwotę do 500 mln. Ciągle się z kimś procesował, m.in. z autorem książki „Ojciec chrzestny Kremla” amerykańskim dziennikarzem Paulem Chlebnikowem (zginął w zamachu w Moskwie w 2004 r.) czy brytyjską gazetą „Eurobusiness”, która wskazywała na powiązania Bieriezowskiego z zabójstwem deputowanego Dumy Państwowej Siergieja Juszenkowa. W sierpniu 2012 r. zakończył się proces, w którym Bieriezowski pozwał Romana Abramowicza, zarzucając mu oszustwo i złamanie umowy dżentelmeńskiej w sprawie sprzedaży firmy Sibnieft’ i domagając się zadośćuczynienia w wysokości 5,6 mld dolarów. Bieriezowski był pewien wygranej. Bez żenady opowiadał o porządkach panujących w szalonych latach dzikiej prywatyzacji, na widoku publicznym odbywało się pranie politycznych i biznesowych brudów Rosji (pisałam o tym procesie w blogu: http://labuszewska.blog.onet.pl/2011/11/12/dwaj-przyjaciele-z-sibniefti/). Ale Bieriezowski proces przegrał. Po przegranej Bieriezowski popadł w depresję i w tarapaty finansowe. Według wielu komentatorów właśnie to stało się powodem targnięcia się na życie. Wokół jego życia i śmierci nadal jest wiele znaków zapytania.
    I jeszcze jedno wspomnienie – 11 lutego zmarł Rem Wiachiriew, nazywany „gazowym królem Rosji” wieloletni szef Gazpromu (do 2001 roku), bliski współpracownik twórcy Gazpromu, premiera Wiktora Czernomyrdina. W latach 90., gdy państwowa kasa świeciła pustkami, Wiachiriew wspomagał rząd – Gazprom zawsze miał pieniądze. Wiachiriew i Czernomyrdin dzięki wpływom i układom na górze przeprowadzili prywatyzację Gazpromu na korzystnych dla siebie zasadach (wymyślonych i narzuconych przez siebie). Po 1998 r., kiedy Czernomyrdin przestał być premierem, Wiachiriew stracił przemożny wpływ na decyzje podejmowane w sprawie Gazpromu, ale utrzymał stanowisko szefa gazowego giganta. Wraz z przyjściem do władzy Putina wycofał się na ciche, najwyraźniej z góry upatrzone pozycje. W niedawnym wywiadzie wspominał: „Kiedy Putin się dowiedział, że chcę odejść, strasznie się ucieszył”. Wiachiriew nie rzucał się w oczy, a nowa ekipa nie szarpała go za klapy. Zachował akcje Gazpromu (wartości ok. 13 mln dolarów). W 2004 roku po cichu zniknął z listy najbogatszych Rosjan sporządzanej przez Forbesa. Zmarł w swoim podmoskiewskim majątku z powodu niewydolności krążenia. Został pochowany na cmentarzu Wostriakowskim w Moskwie.