Miłosierna zniżka cen na gaz i obietnica rozciągniętego w czasie wykupywania przez Rosję obligacji państwowych Ukrainy za łączną sumę 15 mld dolarów. Takie ustalenia zapadły wczoraj w Moskwie podczas wizyty ukraińskiego prezydenta Wiktora Janukowycza. Oferta doraźnie ratująca polityczne życie Janukowyczowi i podłączająca kroplówkę znajdującej się na skraju przepaści ukraińskiej gospodarce. O przystąpieniu Ukrainy do Unii Celnej Rosji, Białorusi i Kazachstanu, jak głosi oficjalny komunikat, wcale nie rozmawiano. Co w zamian za tę rosyjską hojność? Tego właśnie nie wiemy.
Cena rosyjskiego gazu dla Ukrainy od kilku lat była niebotyczna, jak dla najgorszego wroga. Niezreformowana gospodarka ukraińska dusiła się od tego, dusiła i byłaby się udusiła chociażby z powodu niewykonalnych spłat zadłużenia, gdyby nie nagła łaskawość gazowego sąsiada. Chociaż nie wiem, czy nagła czy wykalkulowana właśnie na ten moment, kiedy cofnięcie decyzji o paskarskich cenach będzie miało dodatkowy polityczny wymiar i sens.
Co Rosja spodziewa się otrzymać za tę łaskawość? To główne pytanie, które dziś zadają sobie komentatorzy. Według spekulacji portalu „Politcom.ru” Rosja będzie mogła wreszcie posiąść (przynajmniej częściowo, może w połowie) swój „mroczny przedmiot pożądania”, czyli system ukraińskich rurociągów. Taktyka duszenia okazała się skuteczna wobec Białorusi (dwa lata temu 50% Biełtransgazu stało się własnością Rosjan), może się okazać skuteczna i wobec słabej w tym momencie ukraińskiej gospodarki. Przejęcie kontroli nad ukraińską gazrurką zmniejszyłoby problemy z bezpieczeństwem dostaw rosyjskiego gazu na Zachód. To oczywiście tylko hipoteza. O ewentualnej transakcji nie było ani słowa. Ponadto Rosja czyni starania, by zbudować South Stream, który szerokim łukiem ominąłby Ukrainę i stwarzane przez nią problemy z tranzytem. Ale ten rurociąg też trzeba dopiero zbudować i jeszcze pokonać przeszkody prawne, stawiane przez Komisję Europejską. Jeżeli rurociąg powstanie, Ukraina znacznie straci jako partner tranzytowy Rosji.
Wśród kart, które leżą na stole (choć niekoniecznie rozgrywane były teraz w Moskwie), jest rosyjska Flota Czarnomorska stacjonująca na Krymie i współpraca przemysłów zbrojeniowych.
Rosyjscy komentatorzy pienią się dziś obficie, próbując dociec, dlaczego Putin tak beztrosko rzucił Ukrainie koło ratunkowe warte 15 mld dolarów. To pieniądze pochodzące z Funduszu Dobrobytu Narodowego, należącego do obywateli Rosji, zapewniającego pokrycie deficytu funduszu emerytalnego. Zdziwienie cokolwiek teatralne – Putin może rzucić dowolną kwotę z dowolnych funduszy, jak tak mu się spodoba. Duma go nie ogranicza, rząd go nie ogranicza. To po pierwsze. A po drugie, wcale nie wiadomo, jaka będzie ta kwota. Wykup ukraińskich obligacji ma następować stopniowo. Pieniądze miałyby trafiać do Kijowa porcjami. Do czasu wyborów prezydenckich, zaplanowanych na marzec 2015 roku. Kroplówka, żeby pacjent przeżył. I może miał szansę zawalczyć o reelekcję.
Może faktycznie Janukowycz tak rozmawiał z Rosją, by była ona skłonna ratować przed rozeźlonym Majdanem jego polityczną skórę. I to był jego cel jedyny. A Rosja postawiła warunki, które będą dyscyplinować Janukowycza. Krok w stronę Europy zaowocuje wstrzymaniem kroplówki. Cena na gaz będzie przecież ustalana co kwartał, a wykup obligacji też nie będzie jednorazowy, a porcjowany. Do końca roku Kijów otrzyma 3 mld dolców. Co do reszty – to się zobaczy.
Ukraińska opozycja jest przekonana, że prezydent zawarł w Moskwie diabelski pakt. Że Rosja etapami będzie przymuszać Ukrainę do Unii Celnej. Możliwe, że taki jest strategiczny plan Moskwy. Dla Putina i jego ekipy wypłynięcie Kijowa na europejskie wody jest nie do pomyślenia. Bo bez ukraińskiej perły czapka Monomacha nie będzie miała odpowiedniego ciężaru gatunkowego. Ba, może nawet całkiem straci rację bytu.
Rozwija tę tezę Lilia Szewcowa z moskiewskiego Centrum Carnegie w wywiadzie dla „Le Nouvel Observateur”: „[Putin] uważa, że zawrócenie Ukrainy pod skrzydła Moskwy zapewni przetrwanie jemu i jego klanowi. Ostatnio zaczął zdawać sobie sprawę, że stosowanej przez lata strategii utrzymania się u władzy – represje, propaganda – może nie wystarczyć. Podobnie jak inni carowie stara się znaleźć rozwiązanie wewnętrznych problemów poprzez politykę zagraniczną. Dwa lata temu włączył starą płytę: oblężona przez zewnętrznych wrogów Wielka Rosja powinna się bronić. Jak? Stać się jeszcze większa. Bez Ukrainy zbudowanie reinkarnacji Związku Radzieckiego – Unii Eurazjatyckiej się nie powiedzie. A zatem przeszkodzenie w zbliżeniu Kijowa z UE jest głównym celem dzisiejszej strategii Putina. Kiedy Obama i zachodni liderzy okazali słabość i niepewność w kwestiach Syrii i Iranu, Kreml zrozumiał, że może rozegrać swoją kombinację, niczym nie ryzykując. Reakcja Zachodu, w tym UE, była bardzo słaba. Myślę, że teraz Putin pójdzie jeszcze dalej”.
O ile cyrkulacja wschodnia na Ukrainie się utrzyma. A co do tego pewności nie ma. Są tylko chłodne kalkulacje.
Kategoria: Bez kategorii
-
Wiatr z kierunków wschodnich
-
Rosja dziś
„Jeśli zamierzacie uprawiać sabotaż, to nie odpowiada to moim planom. Praca w agencji musi się wiązać z miłością do Rosji” – powiedział na spotkaniu z podwładnymi Dmitrij Kisielow nowy szef nowej struktury informacyjnej „Rossija Siegodnia”, powstającej na gruzach agencji RIA Nowosti. Przez ostatni tydzień temat powołania tego nowego zbrojnego ramienia ministerstwa prawdy nie schodzi z pierwszych stron rosyjskich gazet. Ale po porządku.
Była państwowa agencja informacyjna RIA Nowosti. Na jej czele stała Swietłana Mironiuk, menedżerka, umiejętnie lawirująca pomiędzy Scyllą lojalności a Charybdą przyzwoitości. Na skutek zakulisowych gier pomiędzy kilkoma osobami z otoczenia prezydenta Putina agencję zlikwidowano (chodziły słuchy, że wywalenie Swietłany Mironiuk kończy wielkie sprzątanie po Miedwiediewie, który pod koniec swojej kadencji, hłe, hłe, kadencji, stanął murem za Mironiuk). Jak twierdzą obserwatorzy, zamiana RIA Nowosti nowym tworem pozostaje w ścisłym związku z ponownym podziałem rynku medialnego i reklamowego. W tych dniach poinformowano, że bracia Kowalczukowie (najwierniejsi z wiernych pretorianie Władimira Putina związani z nim przez kooperatywę Oziero) zakupili holding medialny Profmedia. Wraz z kontrolowanym przez nich Gazprom-Media stworzy to wielką strukturę kontrolującą większość stacji telewizyjnych, rozgłośni radiowych oraz poczytnych tytułów prasowych. „Putin lubi monopole” – komentuje Julia Łatynina. Można by dodać: lubi mieć wszystko pod kontrolą.
Zdawać by się mogło, że rosyjskie media mają tak ciasno założony kaganiec, że niewiele da się w nim jeszcze mocniej przykręcić. A jednak. Okazuje się, że władza jest niezadowolona. Głównie z tego, że sama wygląda w przekazie medialnym niezbyt atrakcyjnie (choć obsługujący Kreml dziennikarze robią wszystko, by zawinąć towar w błyszczące papierki), że w mediach pojawiają się głosy krytyczne, pokazywane są zjawiska negatywne itd., a to stwarza wrażenie, że władza nie jest piękna i nieomylna. Trzeba coś z tym zrobić. Zmienić władzę? O, nie! Zmienić sposób tworzenia jej wizerunku.
Na miejsce zlikwidowanej RIA Nowosti powstanie zatem wzmiankowana „Rossija Siegodnia”. Ma ona za zadanie, jak powiedział Kisielow, „przywrócenie sprawiedliwego stosunku do Rosji jako ważnego państwa świata kierującego się dobrymi zamiarami”. Od zeszłego roku prezydent Putin kładzie większy nacisk na rozwijanie wpływów „miękkiej siły”. Czyli eksport rosyjskich interesów „poprzez przyciąganie sympatii do Rosji na gruncie jej osiągnięć nie tylko w sferze materialnej, ale także duchowej”. Prezydent Putin na zeszłorocznym spotkaniu rosyjskich ambasadorów podkreślał, że wizerunek Rosji za granicą jest wypaczony, bo „nie jest tworzony przez nas”. No to teraz będzie „tworzony przez nas”. I to przez nie lada fachową siłę. I to wcale niemiękką. Dmitrij Kisielow od dawna cieszy się zasłużoną sławą kremlowskiej tuby, propagandysty tropiącego i gromiącego spiski „mirowoj zakulisy” przeciwko Rosji i Putinowi. Wsławił się kilkoma głośnymi wypowiedziami, m.in.: „Uważam, że karanie gejów za propagandę homoseksualizmu grzywną to za mało. Należy zakazać im oddawania krwi, spermy, a ich serca w razie wypadku samochodowego należy zakopywać w ziemi albo spalić”. Ostatnio widzowie kanału „Rossija” dowiedzieli się od Kisielowa, że w Kijowie zwolennicy eurointegracji „barbarzyńsko zniszczyli” choinkę noworoczną ustawioną na Majdanie, że demonstranci mają „pustkę w oczach”. A podsycanie Euromajdanu przez Polaków, Litwinów i Szwedów (sic!) to ich zemsta na Rosji za przegraną bitwę pod Połtawą z czasów Piotra I. Ciekawe podejście. Na pewno bardzo poprawi wizerunek Rosji w świecie.
„Trzeba mieć chorą wyobraźnię, żeby Dmitrija Kisielowa uczynić twarzą Rosji na eksport. Z drugiej strony – wszystko stało się bardziej logiczne i w pewnym sensie uczciwsze. Putinowska Rosja z twarzą i propagandowym językiem Kisielowa to czysta prawda” – tak Natalia Geworkian zrecenzowała to posunięcie kadrowe Kremla.
Anton Oriech w internetowym „Jeżedniewnym Żurnale” skomentował: „Oni [władza] karmią się ciągle wyobrażeniami z czasów Breżniewa, uważają, że w świecie będą wiedzieć o nas tylko to, co my sami pozwolimy im się dowiedzieć, tylko to, co sami im opowiemy. Agencja Kisielowa ogłosi, że Rosja jest dobra i świat nie będzie miał żadnej sposobności, aby odkryć prawdę. W dobie otwartych granic, internetu i innych kanałów przekazywania informacji oni powołują firmę, która będzie tworzyć jakiś idealny obrazek, w który wszyscy będą musieli uwierzyć”. -
Biedni ludzie
„Oni tupyje”, oni są tępi. To lejtmotyw firmowego monologu satyryka Michaiła Zadornowa. Kim są ci tępi „oni”? Wiadomo, Amierikosy-pindosy. Ich tępota przejawia się – o czym szeroko Zadornow opowiada w monologu – w tym, że nie potrafią kombinować. Tacy prostoduszni, postępują wedle instrukcji, trzymają się procedur. Co innego my – pełni inwencji, zaradni, każdego wyprowadzimy w pole, za przykładem Iwana Susanina i innych spryciarzy.
Zadornow ma ogromną widownię, na jego koncerty przychodzą tysiące, transmisje tych koncertów w telewizji oglądają miliony. Trzeba przyznać, że artysta ma dar przekonywania. Jego programów naoglądali się najwidoczniej rosyjscy dyplomaci pracujący w Nowym Jorku w konsulacie i przedstawicielstwie Rosji w ONZ.
Tydzień temu okazało się, że 49 dyplomatów (11 z nich nadal pracuje w USA) w ciągu ostatnich dziewięciu lat nacięło amerykański budżet na 1,5 mln dolarów, wyłudzając pieniądze na ubezpieczenie medyczne. Fałszowali dane dotyczące zarobków i podszywali się pod biednych ludzi, którym program Medicaid pomaga płacić za usługi medyczne. Jednocześnie wzbogaceni na tępocie prostodusznych Amerykanów rosyjscy dyplomaci robili drogie zakupy, np. u Swarovskiego i Tiffany’ego. Żyje się raz.
Rosyjski MSZ zareagował na upublicznienie tych danych natychmiast. Wiceminister spraw zagranicznych agencji Interfax powiedział, że Rosja też ma określone pretensje do zachowania amerykańskich dyplomatów w Moskwie, jednak informacji o tym nie podaje do wiadomości ogółu. Poradził amerykańskim kolegom, by w podobnych wypadkach korzystali z kanałów dyplomatycznych. A poza tym – to nieładnie śledzić dyplomatów, którzy powinni cieszyć się nietykalnością.
Strona amerykańska liczy na to, że Moskwa pozbawi jedenastu pozostających jeszcze w Nowym Jorku dyplomatów immunitetu lub odwoła ich z placówek i nakaże powrót do kraju.
O skandalu napisały niemal wszystkie amerykańskie gazety, w Rosji – tylko opozycyjne media, przeważnie internetowe. Sprawę rozwałkował Aleksiej Nawalny, który w tej materii czuje się jak ryba w wodzie. „Nowaja Gazieta” skomentowała rzecz następująco: „Jeżeli odrzucić patos i zapomnieć, że dyplomaci to ludzie reprezentujący za granicą politykę, interesy i prestiż swego kraju, to mamy do czynienia z realnym problemem bytowym. […] Rosyjscy dyplomaci nie mają w USA ubezpieczenia medycznego i sami płacą za leczenie. W przedstawicielstwie Rosji przy ONZ działa punkt medyczny, zapewniający podstawowe usługi medyczne. Ale bardziej przy skomplikowanych przypadkach chorych kieruje się do amerykańskich szpitali. W odróżnieniu od Rosjan pracownikom większości akredytowanych w Nowym Jorku zagranicznych placówek pracodawca opłaca kompleksowe ubezpieczenie medyczne, obejmujące członków rodziny. Wychodzi na to, że gdybyśmy my, rosyjscy podatnicy, opłacali ubezpieczenie naszym dyplomatom, to skandalu by nie było?”.
Trudno powiedzieć. Dzisiaj telewizja CNN poinformowała, że podejrzewani o wyłudzenie pieniędzy rosyjscy dyplomaci mogli być pod obserwacją amerykańskich służb, gdyż mogli zajmować się szpiegostwem. Z tym że służby nie mają na to w rękach niezbitych dowodów.
W praktyce dyplomatycznej jeżeli jakiś kraj usuwa ze swego terytorium dyplomatów drugiego kraju, to ten drugi kraj na ogół odpowiada pięknym za nadobne. Można się zatem spodziewać dalszego ciągu tej historii. Wątek szpiegowski daje szerokie pole do popisu.
*
Dwa dni temu napisałam, że szykowana w Rosji amnestia nie obejmie Pussy Riot i aktywistów Greenpeace. Dziś już więcej wiadomo o wniesionej przez Putina do Dumy ustawie – amnestia dotyczyć będzie 20-25 tysięcy osób. Także osób skazanych z art. 213 kk (chuligaństwo). A zatem teoretycznie i Tołokonnikowa (ostatnio została przewieziona z kolonii karnej w Mordwie do kolonii karnej w Kraju Krasnojarskim), i Alochina, i załoga Arctic Sunrise, i część targanych za udział w demonstracji 6 maja mogą wyjść na wolność. Na razie nazwisk nie znamy, znamy dzisiejsze komentarze przewidujące optymistycznie, że ci więźniowie i aresztowani zostaną wypuszczeni z rąk rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Część spekulacji dotyczy jeszcze jednego ciekawego przypadku – czołgany od roku po różnych prokuratorskich dywanach były minister obrony Anatolij Sierdiukow, wobec którego kilka dni temu wszczęto sprawę karną z art. 293 (niedbalstwo), też może skorzystać z amnestii.
A Chodorkowski nie wyjdzie. -
Cień wielkiej kraty
Szykuje się amnestia. Za kilka dni dwudziestolecie konstytucji – z tej okazji pewne kategorie więźniów mogą wyjść przedterminowo na wolność. Według doniesień prasy amnestia ma być „szeroka”. Ale nie obejmie ani dziewczyn z Pussy Riot, ani więźniów 6 maja (uczestników demonstracji w przeddzień zaprzysiężenia Putina na obecną kadencję, którym przypisuje się spowodowanie zamieszek i czynną napaść na policjantów), ani czekających na proces działaczy Greenpeace, ani Nawalnego (skazanego na wyrok w zawieszeniu), ani Chodorkowskiego.
Drugi wyrok Chodorkowskiego kończy się w sierpniu przyszłego roku (na stronie internetowej khodorkovsky.ru odliczane są dni odsiadki, które więzień ma już za sobą: 3697 i te, które zostały do końca wyroku: 259). Wczoraj media podały, że wobec Chodorkowskiego toczą się jakieś kolejne śledztwa. Zastępca prokuratora generalnego Aleksandr Zwiagincew powiedział w wywiadzie dla agencji Interfax, że „wobec Chodorkowskiego i kilku innych osób toczą się postępowania karne, mające dobrą perspektywę sądową”.
Obrońcy Chodorkowskiego nie dysponują żadnymi informacjami o nowych postępowaniach w stosunku do ich klienta. Adwokat Wadim Kluwgant przypomniał, że grupa śledcza pracująca nad sprawą Chodorkowskiego i Lebiediewa powstała jedenaście lat temu. Jego zdaniem, do tej pory zajmuje się ona fabrykowaniem spraw karnych w stosunku do Chodorkowskiego. „Jeżeli została podjęta decyzja, by nadal prześladować Chodorkowskiego, to możemy się spodziewać wszystkiego. Jak już nie będzie można wydłubać niczego nowego ze starej sprawy Jukosu, to być może podejrzane wydadzą się zarobki Chodorkowskiego w kolonii karnej”.
Prokurator oznajmił, że w interesach śledztwa żadnych komentarzy dawać nie będzie. Znalazł się wszelako jakiś anonimowy informator, który uchylił rąbka tajemnicy: chodzi o wypranie za granicą 10 mld dolarów, jakoby wykradzionych przez Chodorkowskiego i grupę jego współpracowników. To jedna ze spraw „wydzielonych” z głównej sprawy Jukosu wszczętej w 2003 roku.
Kilka tygodni temu, kiedy stuknęło dziesięć lat od momentu, kiedy ekswłaściciel Jukosu stracił wolność, wielu komentatorów zastanawiało się, czy Chodorkowski stanowi jeszcze zagrożenie dla Putina. Pisałam o tym w poście: http://labuszewska.blog.onet.pl/2013/10/25/jeden-dzien-michaila-borysowicza/). I wielu twierdziło, że już nie. Zwłaszcza że sam „zek numer jeden” deklaruje od jakiegoś czasu, że po wyjściu z więzienia nie zamierza zajmować się polityką. Ale widocznie Kreml w te zapewnienia nie wierzy. -
Kilka godzin w Soczi
Znowu było tajemniczo – prezydent Janukowycz w drodze z Pekinu do Kijowa zawitał do Soczi, gdzie spotkał się z Władimirem Putinem. Podobnie jak po dwóch poprzednich spotkaniach obu panów prezydentów w październiku i listopadzie i tym razem wydano króciutki ogólnikowy komunikat: rozmawiano o relacjach handlowych i gospodarczych. Strona ukraińska dopowiedziała jeszcze, że tematem rozmów było przygotowanie przyszłego porozumienia o strategicznym partnerstwie.
Z Pekinu ukraiński prezydent nie wiezie skrzyń pełnych złota. A to oznacza, że pole poszukiwań zbawczego deszczu pieniędzy dla pogrążonej w kryzysie ukraińskiej gospodarki pozostało wąziutkie. Ukraińska prasa w przeddzień wizyty w Soczi spekulowała, że brzytwą dla tonącego Janukowycza będzie 12 mld dolarów rosyjskiego kredytu i nowy kontrakt pomiędzy Gazpromem i ukraińskimi prywatnymi firmami (należącymi do Dmytro Firtasza, Serhija Kurczenki i Ihora Bakaja) na dostawy 10 mld metrów sześciennych gazu po cenie 210-220 dolarów za tysiąc metrów już od 1 stycznia 2014 roku. Obecnie Ukraina płaci za rosyjski gaz dużo wyższą stawkę, a właściwie nie płaci, bo nie ma z czego, rosną zaległości, które też są przedmiotem zakulisowych rozmów i prasowych spekulacji. Czy wszystkie te spekulacje mają sens, pewnie dowiemy się niebawem. To dobre warunki dla strony ukraińskiej. Ale co Rosja chce w zamian? Tego nie wyjawiono. Wojna nerwów na gazowym froncie trwa – codziennie wydawane są wzajem sobie przeczące komunikaty. Raz w eter wydostaje się zapewnienie, że Gazprom daruje Ukrainie zaległe płatności lub przynajmniej je sprolonguje, to zaraz potem płynie zapewnienie, że nic takiego nikt nikomu nie przyrzekał.
Jeżeli przecieki na temat rozmów gazowych z prywatnymi firmami się potwierdzą, to powstanie ciekawy układ. Ihor Bakaj jest bliskim współpracownikiem Wiktora Medwedczuka, szarej eminencji z czasów prezydentury Leonida Kuczmy i kuma prezydenta Putina. Młody zdolny (27 lat) Serhij Kurczenko należy do bliskiego otoczenia prezydenta Janukowycza i jego syna Ołeksandra. Dmytro Firtasz jest zawsze i wszędzie tam, gdzie gaz pachnie dolarami, jego przynależność do tej czy innej grupy biznesowo-politycznej jest od lat przedmiotem dyskusji. Schemat pozwoli się pożywić krewnym i znajomym Królika. Ta grupa na pewno nie będzie popierać europejskich dążeń Ukrainy, skoro karmić ją będzie inna ręka.
Tymczasem Majdan szykuje się do weekendu, manifestantów przybywa (zwoływane jest zgromadzenie ludowe), wewnętrzne służby porządkowe zamieniły plac w warownię. Sąd w Kijowie dał demonstrującym pięć dni na opuszczenie Majdanu. Na razie nie widać, by ktokolwiek myślał o zwinięciu protestu. W dzisiejszym wywiadzie dla Radia Swoboda pisarka Oksana Zabużko z niepokojem przestrzegała przed możliwymi kolejnymi prowokacjami. Jej zdaniem w Kijowie miesza ręka Kremla, który chce „zawrócić marnotrawną Ukrainę w sferę Putinowskich wpływów. Przysłali tu profesjonalnych prowokatorów. Służba Bezpieczeństwa Ukrainy nie jest zdolna do organizowania tego rodzaju prowokacji. […] Moskwa prowadzi zmasowaną kampanię informacyjną: że w Kijowie są pogromy, w Kijowie jest krew itd. Do sukcesu tej operacji potrzebna jest krew. Celem jest podział kraju. Mam nadzieję, że to się nie uda. Ukraina to nie Rosja. […] Dziś na Ukrainie nie jest już możliwe wykluczenie społeczeństwa z polityki, jak to się dokonało na Białorusi czy w Rosji. Ale koordynacji pomiędzy elitami a społeczeństwem nie ma”.
Jeden z liderów mityngującej na Majdanie opozycji, Arsenij Jaceniuk z Batkiwszczyny wezwał prezydenta Janukowycza do ujawnienie treści rozmów z Putinem. Nie wygląda na to, by mógł cokolwiek wskórać. Opozycja ma znacznie słabszą pozycję przetargową po przegraniu w parlamencie głosowania w sprawie odwołania premiera Azarowa. Ale broni nie składa.